Jak się okazuje, kobiety są w Polsce nieprawdopodobnie dyskryminowane.

Dowiedziałem się o tym niedawno, i sporo rozmyślam; z tego, co się mówi, jest po prostu katastrofa: szklany sufit, zablokowane drogi awansu zawodowego, ucisk rodzicielski, lekceważenie w debacie publicznej, wyzysk, nienawiść i pogarda. Kobieta polska żyje w piekle. To pierwszy przedmiot moich rozmyślań.

Przedmiot drugi przedstawia się natomiast tak: że kiedy zacząłem pytać o konkrety, w zasadzie niczego się nie dowiedziałem. To znaczy: niczego nowego; niczego, czego – dziwnym trafem – bym nie poznał na własnej skórze (a akurat w wielu wypadkach, jak się okazało, ma sporo, sporo bardziej pod górkę). Czy ja jestem kobietą?

To rzecz niezmiernie częsta, i warto ją zauważyć (jak to często czynił zresztą np. Belloc). Takie opowieści nie są ściśle „nieprawdziwe”; ale prawda, którą przekazują, służy – „na mocy jakiejś perwersji” – utrwaleniu fałszu.

Bo cóż powiedzieć? Istotnie, kobieta polska ma ciężko; ale nie dlatego, że jest kobietą. Tylko że jest Polką. Szklany sufit? Istnieje. Blokada zawodowa? Na pewno. Koterie wpływów? Nie uważam za stosowne odpowiadać. Lekceważenie, pogarda i wyzysk? Bez komentarza (koń jaki jest każdy widzi, a jak nie widzi, to czort z nim).

Tak, to wszystko istnieje; i – jak mniemam – wie o tym, świadomie bądź ledwie podświadomie, w mniejszym czy większym stopniu, jakieś 90% Polaków (na oko); niezależnie od płci, wyznania, wieku, wykształcenia czy specjalności zawodowej. To jest sól ziemi naszej czarnej i „polskie piekiełko”, o którym mówi się nie od dzisiaj, ani nie od wczoraj, tylko jakoś od końca XIX wieku.

Jak zwykle zatem, wracamy w pewnym momencie do tego, co Chesterton pisał już w latach 30, a zapewne i wcześniej; nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że kobiety nie mają realnych problemów – ale co do wyjaśnienia tych-że zdania się zasadniczo różnią, i bywają opinie trafniejsze: bywają także i mniej trafne. Tak też w Anglii, w ramach wzmacniania pozycji społecznej robotnic, po długich bojach dano im prawa głosu (konkretnie bodaj w 1928). Minęło kilka lat. Czy pozycja społeczna robotnic się poprawiła? Wolne żarty (nie trzeba chyba mówić, co przyszło na lud pracujący w latach 30). Gilbert patrzył na to i kiwał głową, rzucając od czasu do czasu jakieś na pół wesołe a na pół smutne „A nie mówiłem?”; a te autorki „sił postępu”, które się z niego naśmiewały i atakowały go za obłąkańczy szowinizm, wrzeszczały coraz głośniej; i co by się zrobiło – z jakiegoś powodu zawsze było za mało, i za mało, i za mało, i trzeba było robić coraz więcej, więcej i więcej.

I coraz głośniej, głośniej i głośniej wrzeszczeć.

Jak mniemam, pointa nie jest potrzebna, ale jednak ją napiszę („na wszelki słuciaj” jak to mówiła moja babcia). Tak, kobiety mają problemy – ale nie dlatego, że są kobietami. Tylko dlatego, że są obywatelkami kraju o zerowym niemal poziomie solidarności narodowej i obrzydliwych urządzeniach społecznych, kraju oligarchicznego, neofeudalnego, niedbającego o słabszych i miażdżącego zdolniejszych, nie prawdziwej „rzeczy pospolitej”, tylko luźnej federacji księstewek udzielnych, których watażkowie nie patrzą na nic, tylko na to „jak swoje ucapić” (jak śpiewał poeta), kraju bez świadomości publicznej, sprywatyzowanego, rozczłonkowanego moralnie do granic możliwości, do tego niewiarygodnie ciemnego i niechętnego jakimkolwiek wysiłkom zbiorowym. Tu leży problem i to trzeba zmienić.

A zatem zmieniajmy; ja w każdym razie wzywam i upraszam. Napiszmy prawo oparte na rozumie i sprawiedliwości, zmuśmy „elity” do kooperacji i otwarcia ciężkich wrót tak pilnie strzeżonych skarbców władzy i wpływów, dajmy ludziom instrumenty obrony i egzekwowania woli społecznej i zbudujmy wreszcie taki kraj, w którym Polacy nie będą sobie wzajem szkodzić, a pomagać (bo są Polakami), w którym będą dla siebie życzliwi, w którym będą chcieli się kształcić, w którym lud będzie dumny z inteligencji, a inteligencja z tego, że jest z jednej krwi z ludem, w którym pracownicy będą szanować pracodawców, a pracodawcy – pracowników, słowem: kraj, w którym – zjednoczeni w świadomości dobra autentycznie wspólnego – „wszyscy mężczyźni i kobiety będą nareszcie pracować na swoim” , jak pisał Gilbert – we wszystkich możliwych sensach (bo to potężna treść). Marzę o dniu, w którym ta wielka wizja stanie się ciałem; i od ponad roku w pojedynkę, nie mogąc prawie nic, robię co mogę, żeby w tym choć trochę pomóc. Zresztą, nie trzeba wcale jakichś wielkich rzeczy (przynajmniej lokalnie biorąc, i nie na początku) – wystarczy zacząć od codzienności, od siebie, i trochę inaczej podchodzić do pewnych spraw; gwarantuję – efekty będą błyskawiczne, i wprost oszałamiające. Niestety, jakieś wielkiej woli walki – szczególnie ze strony „nowego proletariatu” – nie dostrzegam.

No i nietrudno się domyślić dlaczego; bo ma jej nie być. I, co więcej, cały ten sprzeciw obliczony jest na to, żeby jej nie było. Najskuteczniejszą metodę minowania rozwiązań prawdziwych stanowi podsuwanie skrzywdzonym rozwiązań pozorowanych; najlepsze narzędzie zaciemniania prawdziwych przyczyn jakiegoś problemu – biadolenie nad nim do niemożliwości i dyskretne podsuwanie ludziom fałszywych wyjaśnień (a wielcy tego świata wiedzą, jak dbać o swoje). W tym wypadku, w każdym razie, działa to doskonale; i naprawdę, trudno się w pewien sposób nie zachwycić (jak ów ewangeliczny „pan” z przypowieści o nieuczciwym zarządcy) maestrią tego łajdactwa. Bo oto seryjnie niemal produkuje się ludzi powierzchownych, nieskutecznych, nieumiejących rozróżniać spraw pierwszo- i drugorzędnych, rozchwianych emocjonalnie niemal do poziomu pospolitej monomanii, a przede wszystkim (i to absolutnie najbardziej śmiercionośne): zupełnie pozbawionych świadomości i umiejętności właściwej oceny własnych ograniczeń, a więc podatnych na manipulację (zwłaszcza na pochlebstwa) oraz kompletnie niewrażliwych na naturalne przecież dla człowieka i bezcenne impulsy do samorozwoju, szczególnie na płaszczyźnie intelektualnej, w tym – i o to chodzi – w dziedzinie nauk politycznych. Wszystkie wyjścia zabezpieczone, wszystkie kontrakcje zablokowane, sukces całkowity i kompletny – na tylu frontach – osiągnięty za jednym zamachem.

Cóż – czapki z głów. Dlatego właśnie feminizm jest trucizną; nie dlatego, że jest wyssany z palca, że nakłania do niemoralności, że burzy nic nie oferując w zamian. Ale ze znacznie poważniejszej przyczyny – ponieważ samą prawdę zaprzęga w służbę fałszu, i – zwyczajnie – wypacza ludzi, których intelekt, jak wiemy przecież, właśnie dla prawdy jest stworzony.

Tak to widzę, no i cóż, nie wiem, co powiedzieć; nie będę kończył żadnym „apelem do kobiet” czy czymś w tym rodzaju, bo byłoby to niedorzeczne, a poza tym – (i to obowiązywałoby nawet gdybym miał większy odbiór społeczny) bo mam skądinąd mocne przeświadczenie, że Panie moich „apeli” i uświadamiań wcale nie potrzebują. Ewentualnie mogę zaprosić do tego, żeby sobie coś na temat w wolnej chwili poczytać; i zapewniam, że u Chestertona interesujących treści znajdzie się pod dostatkiem. Nie oznacza to, oczywiście, że się nie mylił – ale jak się mężczyzna może ani razu nie pomylić co do kobiety? Zresztą, Gilbert zdawał sobie z tego sprawę wystarczająco dobrze – i pewien jestem, że płeć piękna znajdzie w sobie dość wielkoduszności, by mu te drobne potknięcia wybaczyć.