Mam w sprawie GKC kilka ulubionych stereotypów; ale najlepszym jest, moim zdaniem, ten, jakoby jego pisma polityczne to była „efemeryda”, już nieaktualna, wręcz nudna, wręcz czasem żenująca; ale jego WIELKIE pisma — trwają wiecznie.
 
Czegóż to się tam nie wyprawia, w tych opowiadań o Chestertonie-mistyku, Chestertonie-wizjonerze, Chestertonie-proroku, Chestertonie, „który widział byt takim, jakim jest”, który „patrzył na świat oczami niewinnej duszy” itp. itd. Trochę napisałem już o gębie i pupie, i nie będę się powtarzał. Ale fakt faktem, że celebracja i weneracja to ledwie siostra bliźniaczka pospolitego lekceważenia.
 
Ja pisma polityczne GKC lubię pasjami; i nie bardzo mogę zrozumieć, jak porządny chestertonista mógłby się bez nich obejść. Może to kwestia osobista; może to kwestia tego, że to GKC mnie wprowadził w dojrzalsze myślenie o państwie i społeczeństwie, otworzył źródła myśli liberalnej, rewolucyjnej, do której zawsze miałem sentyment — i pokazał, że ta myśl nie musi (a wręcz nie powinna) być antykatolicka; i, co chyba jeszcze ważniejsze, że Kościół nie musi być antyrewolucyjny. No i, że współczesny „liberalizm” niewiele ma z nią wspólnego. I, na przykład, że rewolucje się od siebie zasadniczo różnią. Pozostaje też kwestia sposobu tego pisania. Młody człowiek jestem — i znalezienie kogoś starszego, kto zawsze pisał prawdę, kto zawsze był szczery, kto pisał mądrze i autentycznie wierzył w ideały, to jest wielkie przeżycie. A jednak, sądzę, że powinno się je cenić już nie osobiście, ale ogólnie; z faktów (które są inne od „faktomanii”).
 
Bo to pisarstwo, niezmiernie zaawansowane teoretycznie, ale i znające własne ograniczenia, to prawdziwy skarbiec doświadczenia politycznego; szczególnie cennego dla krajów z mniejszą tradycją parlamentarną, niż Anglia. Nie ma chyba w tym gigantycznym dorobku jednego problemu, którego nie dałoby się wyśledzić, w jakiejś innej, czasem bardzo zaawansowanej, mutacji, w naszym życiu publicznym. GKC był mistrzem aluzji i szkicu; tak też właściwie cały czas robił aluzje i szkicował — bardzo mądrze, bo wtedy gazety nie miały „budżetów procesowych” i każdy dziennikarz aż trząsł się na myśl o procesie z politykiem. Ale to szkic o wielkim rozmachu — i jeśli czytelnik popracuje nieco własną wyobraźnią, wyjdzie z tego całkiem ładny pejzaż. Towarzystwa, koteryjki, kliki, grupy promocji interesu i pomocy wzajemnej, deale polityczno-biznesowe, w których idee stawały się właściwie funkcją zysku (niezmiernie ciekawe zagadnienie dla — nie wiem? Chyba filozofów poznania? A może socjologów?) — takie to fascynujące obrazy stają przed oczami tego odbiorcy pana Gilberta, który włoży nieco wysiłku w odszyfrowanie tych wszystkich delikatnych napomknień i rzuconych niby mimochodem, zdawkowych uwag, nazwisk pojawiających się nie wiadomo skąd; ten pozorny chaos, to naprawdę rzecz niezmiernie przemyślana.
 
No i teraz pytanie: czy taki obraz coś nam mówi? Ja mniemam, że mówi; że każdy, kto ma oczy na swoim miejscu, zobaczy, o co chodzi.
 
Ludziom wydaje się zazwyczaj, że w polityce chodzi o ideały, o pewne wizje, o koncepcje, o wiarę; tymczasem, wygląda to zupełnie inaczej (i ja wiem, że zaraz zacznie się prychanie i zaprzeczanie, że zaraz każdy będzie bardzo mądry i pozbawiony złudzeń; ale złudzeń nie tak łatwo się pozbawić; poczekajmy, obserwujmy się — zobaczymy, co się okaże w momentach granicznych). Polityka to kwestia bardzo osobista; kwestia, mówiąc innym językiem, interesu osobistego. Same w sobie bardzo słuszne pojęcia, typu „państwo prawa”, „trójpodział władzy”, „społeczeństwo obywatelskie”, „sprawiedliwość” itp. nie znaczą tego, co znaczą same w sobie; ale zlewają się jakoś przedziwnie z całą masą osobistych zależności, zamiarów, koneksji, z całą tą mozaiką przedziwnych relacji, świadomych i nieświadomych, zdrowych i chorych, która stanowi właściwą treść i tworzywo ludzkiego życia. Ten lub inny polityk nie broni państwa prawa bo w nie wierzy — ale dlatego, że ma siostrę, która działa w fundacji, która wzięła spory kredyt na swoją działalność i teraz jak coś się tamu bankowi stanie to (itp. itd.). Gada o „sprawiedliwości społecznej” nie dlatego, że w nią wierzy, ale że ma przyjaciół we Francji, którzy gdyby się dowiedzieli, to o-ho-ho i w ogóle. Albo dostaje pieniądze od jakiejś fundacji ze względu na osobistą sympatię jej prezesa; a jak by się powiedziało coś innego, to osobista sympatia by się z nagła skończyła. To są sprawy bardzo prywatne. Wiem, że zdanie „bronię egalitaryzmu, bo broni go 90% moich przyjaciół” brzmiałoby absurdalnie; dlatego też nikt tak nie mówi. Ale popatrzmy krytycznie, zainteresujmy się, drążmy — kto ma uszy do słuchania itd.
 
Warto się nad tym zastanowić; bo najgorszy problem jest właśnie taki: że to nie jest nieraz wcale cyniczne; to nie jest tak, że ci ludzie w to nie wierzą (znaczy „nie-wierzą”; bo nie wierzą — ale i nie nie-wierzą). Poznanie (a zwłaszcza poznanie w działaniu) to rzecz bardzo złożona; bo jest i przecież słabość ludzka, a rozum to ledwie parvum lumen, i nie każdy potrafi otworzyć — jak napisał ktoś kiedyś ładnie — niebo abstrakcji i patrzeć z pewnego dystansu. To się wszystko jakoś miesza, zazębia przeplata; i nasza rzecz, aby się nie dać w-plątać. Aby przejrzeć to wszystko (rzecz jasna mniej-więcej), uchwycić, zrozumieć; co wymaga wielkiej umiejętności praktycznej — i sporo wiedzy o człowieku.  Dlatego też analiza życia politycznego (czyli dobra publicystyka) może być tak fascynująca; i naprawdę ujawnić błysk geniuszu u pisarza. Oczywiście, nie zamierzam się tutaj teraz nad tym rozwodzić; bo kończę. A na koniec cztery propozycje:
 
1. Nie dać się.
2. Czytać GKC.
3. Zastanowić się, czy fakt, że polityka musi być „bezosobista” oznacza również, że powinna być „bezosobowa”. To zresztą naprawdę ciekawy temat do analizy — chyba nie na blog… A może na blog?
4. Przemyśleć, co jest głównym motorem napędowym osobistego chciejstwa — i dlaczego są to pieniądze. A jeśli tak: jak można się ich pozbyć z wpływu na życie publiczne?
 
Szczęść Boże.
Powyżej: Cecco del Caravaggio, „Wygnanie przekupniów ze świątyni”, 1610 (obraz medytacyjny).