Bo istotnie, czuję, że muszę. Tylko kto to był ten Benedykt Labre?

Pytanie wydaje się nawet sensowne, bo święty ten, choć onegdaj w Europie siła popularny, w Polsce pozostaje praktycznie postacią nieznaną. Tak też Benedykt urodził się w roku 1748 w miejscowości Amettes  w pobliżu granicy belgijskiej jako najstarsze spośród piętnaściorga dzieci, w chłopskiej rodzinie. Ponieważ przejawiał spore zdolności intelektualne, rodzice zadbali, żeby jak najprędzej jak się wtedy dało rozpoczął edukację; uczył się u miejscowych księży, potem u wuja, również z rodziny Labre, do którego przeprowadził się do sąsiedniego Erin. Uczył się pilnie, a szczególnie dobrze szło mu z łaciną, niemniej już po krótkim czasie na pierwszy plan zaczęły wysuwać się w życiu dorastającego chłopaka sprawy religijne; zapragnął wstąpić do zakonu trapistów, i oddać życie na kontemplację dróg Pana. Początkowo spotkało się to ze sprzeciwem rodziców, jednak wraz ze śmiercią ks. Labre, która de facto przekreśliła perspektywy dalszej edukacji, Benedykt dostał ojcowskie błogosławieństwo i ruszył mierzyć się z losem. Do zakonów próbował wstąpić trzy razy: raz do trapistów, skąd odprawiono go z kwitkiem, bo był za młody i nie miał polecenia; drugi raz do kartuzów, lecz na przeszkodzie stanęło jego delikatne zdrowie; w 1769 do cystersów, którzy wyprosili go po kilku tygodniach stwierdzając, że młody Benedykt „jest za mało święty i za bardzo roztargniony”. Błądząc po drogach świata, odbijając się od drzwi do drzwi, zawędrował do Rzymu, w Asyżu wstępując do trzeciego zakonu franciszkańskiego, lecz nigdzie nie mógł znaleźć pokoju;  i coraz rozpaczliwiej szukając swego miejsca, pewnego dnia usłyszał na modlitwie dziwne wezwanie bez słów: Twoim powołaniem jest cały świat. Klasztorem twoim ulice i drogi. Masz być pielgrzymem Bożym”. Wątpliwości opuściły go w jednej sekundzie (często konsultował zresztą to doświadczenie ze spowiednikami, i każdy – mimo początkowego sceptycyzmu – uznawał jego autentyczność) – i tak też właśnie spędził resztę swojego życia. Został osiemnastowiecznym świętym Rochem. Pielgrzymował do wielu sanktuariów północy Śródziemnomorza, znano go w La Salette, Asyżu, Neapolu, Bari, w szwajcarskim Einseideln, a nawet w Santiago de Compostella. Nosił wyłącznie jeden zestaw ubrań oraz torbę podróżną, w której miał Pismo Święte i kilka książek, utrzymywał się wyłącznie z jałmużny, zawsze oddając to, co mu zbywało, jeszcze biedniejszym od siebie, i zajmował się opieką nad podobnymi sobie wyrzutkami oraz chorymi. Ostatecznie osiadł w Rzymie, gdzie mieszkał w ruinach Koloseum i kontynuował pracę charytatywną wśród miejscowej biedoty. Przez niektórych nazywany „szaleńcem Chrystusa”, przez większość pogardzany i wyszydzany, zmarł 16 kwietnia 1783 roku, mając zaledwie 35 lat. Przy jego grobie zaczęły dziać się liczne cuda, pieczołowicie spisywane przez miejscowych, które posłużyły potem jako dowody w procesie kanonizacyjnym, a także doprowadziły do konwersji Jana Thayera, protestanckiego pastora, przebywającego wtedy w Rzymie (ostatecznie miał on zostać pierwszym urodzonym w Nowej Anglii księdzem katolickim). Beatyfikował Benedykta Pius IX w 1860, a kanonizował Leon XIII w 1881; jego kult, z początku żywy i interesujący, przygasa, lecz trwa do dziś.

No i cóż rzec? Co powiedzieć o takim świętym? I czemu on jest ważny dla dystrybucjonistycznej sprawy? Oczywiście, świętych oceniać można (a wręcz trzeba) różnie, z uwzględnieniem kontekstu historycznego; byli święci (VIII wiek np.), którzy się okaleczali, co dziś z perspektywy katolickiej jest zupełnie niedopuszczalne; bywali tacy (św. Ludwik IX), którzy kazali przypalać bluźniercom usta. Człowiek żyje i działa jak go nauczą, i choć wyżywanie się na naszych braciach z perspektywy postępu wieków jest średnio uczciwe, to można drogi Benedykta zwyczajnie nie rozumieć, i uważać ją za przesadę, niemniej dla mnie jedna rzecz pozostaje pewna; „starajcie się odczytać znaki czasu” mówi Pan. A znak czasu przedstawia się tak, że wtedy, w połowie wieku XVIII, gdy kapitalizm stawał się pomału obowiązującym ustrojem kontynentu i rewolucja przemysłowa zaczynała iść pełną parą, Bóg nie dał Europie świętego „biznesmena”, świętego finansisty, nawet świętego księgowego – ale świętego wyrzutka, świętego żebraka, „słabeusza” bez dachu nad głową, świętego, który sobie „nie poradził”, dla którego nie było miejsca ani w szkole, ani w zakonie, ani nawet na rodzinnej wsi.

Świętego, który dobrowolnie przyjął krzyż, mający stać się przymusową kaźnią tak wielu.

Czy jestem zrozumiany?

O kapitalizmie w Polsce rozmawiać szczerze nie wolno, bo tak to jakoś dziwnie wychodzi, że zawsze ostatecznie kończy się na czymś względnie podobnym do tego, co napisali o tym ustroju Marks z Engelsem – no a jak wiadomo, nie ma niczego gorszego od Marksa z Engelsem, co w Polsce niby to wszyscy „wiedzą”, więc nawet jeśli przypadkowo zdarzyło im się pisać o faktach, to cóż; wiadomo przecież: tym gorzej dla faktów. Lecz przecież o charakterze ustroju kapitalistycznego pisali nie tylko oni, ale też cała masa innych ludzi, o których się już nie pamięta, bo nie „pompują” ich bezustannie zachodnie uniwersytety; i nieprzypadkowo opisując kondycję dziewiętnastowiecznej Anglii, zbierającej już pełnymi garściami „błogosławione żniwo” liberalnych reform, pisze Gilbert Keith Chesterton w „Williamie Cobbecie” tak właśnie, a nie inaczej:

„Nieświadoma oryginalność [Cobbetowego] podejścia polega zaś na tym, że zaskakuje nas ono wewnętrznie. Człowiek, który napisał te słowa, nie wszedł w rolę demagoga czy proroka burzy; nie zamierzył sobie opisać slumsów tak, jak misjonarz opisuje dzikusów. Czytelnik nie wie, co go za chwilę spotka; gdy jednak coś go spotyka, to spotyka to właśnie jego, a nie jakiegoś postronnego obserwatora. Ma niemal wewnętrznie owo przedziwne uczucie, jakby się tonęło, wynikające z ustania wszystkich naszych funkcji fizjologicznych; to jego własny żołądek jest całkiem pusty i jego własne serce – chore z przegranej nadziei. I tym lepiej dla niego, jeśli jego własny mózg spadnie w czarną otchłań, a jego własny język stanie się gorzki jak piołun; jeżeli pojmie choć na jedną chwilę, co oznacza żywot włóczęgi, któremu każdy krok przynosi ból, i na którego głowę raz za razem spadają ciosy zniewagi, pogardy i odmowy. Jeśli wyobrazić to sobie osobiście choćby na jeden moment – wtedy właśnie można po raz pierwszy w życiu zrozumieć, co to znaczy, że ludzie są braćmi, a nie ledwie ubogimi krewnymi. Tak właśnie przedstawia się doświadczenie psychologiczne, odpowiadające filozoficznej doktrynie, dla wielu pozostającej wciąż nieprzeniknioną tajemnicą; równości wszystkich ludzi.

Zawsze należy również pamiętać, jeśli mamy zrozumieć cokolwiek ze znaczenia tej opowieści, że to właśnie ta postać bardzo ubogiego człowieka, włóczęgi czy żebraka, zawsze stanowiła u Cobbetta niemal nieświadome kryterium sądu nad tamtą epoką. Człowiek ów nie był tym człowiekiem, którego obejmowała tolerancja aktów tolerancji czy emancypacja reform politycznych. Nie eudukowano go według prawideł nauki popularnej pana Broughama i nie wyposażano w mechaniczne wynalazki pana Arkwrighta. Nie był on jednym z tych, którzy bogacili się dzięki urządzeniom nowego świata. Jak powiedziałby to sam Cobbett, z typową dla siebie goryczą: nie znajdował się on w komfortowej sytuacji Żyda, który ledwie bluźnił Chrystusowi, czy kwakra, który ledwie wypierał się Ojczyzny. Był to, niestety, zwyczajny, ochrzczony Anglik, który nie miał czego do ust włożyć. Był to ledwie ubogi; który z całą pewnością stawał się coraz uboższy”.

Może powtórzmy:  to właśnie ta postać bardzo ubogiego człowieka, włóczęgi czy żebraka, zawsze stanowiła, stanowi, powinna stanowić, kryterium sądu i klucz do zrozumienia tamtej strasznej epoki; bo to jest właśnie największa plaga nowego ustroju, który obecnie zdążył już stać się bardzo starym ustrojem: bezdomność, odrzucenie, i straszliwa samotność, w której bezradnego wyrzutka czeka najwyżej pogardliwy gest wzruszenia ramionami, i szydercza uwaga, żeby „wziął się za siebie,” „zrobił coś z własnym życiem,” i – oczywiście – największe kłamstwo świata, jakoby „każdy był kowalem własnego losu”; która to zresztą sięga znacznie dalej, i dotyka niemal każdej sfery życia – bo jest chorobą nie ciała, lecz ducha. Europejskiemu bezdomnemu na niewiele zdało się „nowe budownictwo mieszkaniowe”, którym próbowano „ratować” go od początku XX wieku, według słów Gilberta: po prostu budując na masową skalę nowoczesne przytułki; nadal pozostał bezdomnym, myślącym jak bezdomny, i jak bezdomny orientującym się w świecie. Czy to zmieni cokolwiek obecnie, że oprócz klitki w przytułku da mu się jeszcze kilka cacek, ładny telefon, komputer i telewizor, żeby ani na moment się nie skoncentrował, i nie przemyślał broń Boże własnej sytuacji, plus do tego sympatyczną ofertę kredytu?

Osobiście mniemam, że tym gorzej; bo może mu się spodobać. Już zresztą mu się chyba podoba, i to coraz wyraźniej; i Gilbertowi ulubieńcy z bokobrodami rechoczą w pośmiertnym tryumfie, gdy dziś, po dwóch wiekach, ich chłód i pogarda zaczynają stawać się prawdą; i cały Zachód zamienia się powoli w społeczeństwo wygnańców – których wygnanie, zupełnie jak ten straszny krzyż, zwykły fantazyjny ornament, widziany przez Cobbetta przy rezydencji jednego z przedstawicieli nowej, żydowskiej szlachty Wysp, nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, i z tym przedziwnym, duchowym wygnaniem pielgrzyma, idącego do domu Ojca.

Zresztą nie wiem, może się mylę; może to ja zwariowałem. Jeśli jednak przypadkowo nie zwariowałem, to niewątpliwie przyda nam się wsparcie z góry – i kilku przyjaciół, którzy pomogą nam patrzeć na życie z innej perspektywy, i zacząć kiedyś, nareszcie, trudne dzieło odnowy; i mało który powie nam na ten temat tyle, co św. Benedykt Labre. O którym,  i jakże to wymowne, dziś również się raczej nie pamięta – czy nie chce pamiętać?