„Życie ludzkie jest święte, ponieważ od samego początku domaga się «stwórczego działania Boga» i pozostaje na zawsze w specjalnym odniesieniu do Stwórcy, jedynego swego celu. Sam Bóg jest Panem życia, od jego początku aż do końca. Nikt, w żadnej sytuacji, nie może rościć sobie prawa do bezpośredniego niszczenia niewinnej istoty ludzkiej”.
 
Te słowa, jak zapewne większość wie: pochodzące z Katechizmu Kościoła Katolickiego (2258), zazwyczaj przywołuje się dzisiaj w kontekście sporów — nie wiem, jak to się teraz mówi? bioetycznych? Bo powinno się raczej mówić „eugenicznych”; to wciąż ta sama bajka, od zarania aż do dzisiaj — i każdy rozumny człowiek niechybnie dostrzeże, że w każdej dyskusji na temat aborcji, eutanazji, in vitro — nawet antykoncepcji — bardziej (a faktycznie mniej) „liberalnie” nastawieni zawsze wracają, w ten czy inny sposób, wprost czy objazdem, otwarcie czy maskowanie, „twardo” czy „miękko” do argumentów z „doskonałości gatunku”, od których zaczęli całą tę historię ich intelektualni praojcowie. I zawsze zaczyna się od humanitaryzmu i współczucia, a kończy na „przydatności społecznej”; już nie mówiąc, że kiedyś słyszałem z ust przyszłej lekarki (sic…), że „no fajnie, ale kto za te kaleki będzie płacić? Bo ja na pewno nie”.
 
Dla większości zapewne antyeugeniczna działalność GKC nie jest tajemnicą; i trzeba przyznać, że w tej kwestii osiągał Gilbert niespotykany poziom agresji i zdecydowania. Chesterton właściwie nie atakował i nie złośliwił — poza tym jednym wypadkiem; i widać, że i tak bardzo się powstrzymuje i stara nie powiedzieć wszystkiego, co mu się ciśnie na język. Do tych pewnych siebie jegomości ze złośliwymi oczami i pogardliwym uśmieszkiem, których aż za dobrze znamy z własnych gazet, telewizji czy internetu, czuł GKC prawdziwe obrzydzenie; i nie dziw, że raczej nie chcieli z nim rozmawiać. Laseczka GKC była także szpadą (tak, właśnie tak; często nosił też pistolet, nieźle strzelał; co ciekawe, nikogo nie zabił).
 
Na książkach i artykułach się jednak nie kończyło; i Gilbert bardzo aktywnie na tym polu działał; działał stricte politycznie — co stanowiło w jego wypadku bardzo duży wyjątek. Zawiązana w latach 1918 roku Liga Obrony Matek, z Chestertonem na czele, odegrała bardzo poważną rolę w postawieniu tamy ustawodawstwu eugenicznemu w Anglii, która istotnie, jako jedyny kraj protestancki na świecie ustrzegła się tej zarazy.
 
Ciekawe, że się o całym tym problemie raczej nieczęsto wspomina (to tak tytułem ciekawostki).
 
Niemniej, powiedziawszy to wszystko (mniej niż minimum zresztą), trzeba powiedzieć coś jeszcze; że to jednak nie działalność antyeugeniczna (termin mniej patetyczny niż modna dziś „obrona życia”, ale się nie kłócę), ale dystrybucjonistyczna była centrum życia i myśli, największym skarbem i największą dumą samego GKC.
 
Dziś natomiast, jest w świecie katolickim zupełnie inaczej.
 
Oczywiście, można argumentować, że świat (już nie katolicki) się sporo zmienił; że jednak — pomimo zasadnicze podobieństwa z warunkami gospodarczymi lat 30 XX wieku — ludziom pracy żyje się przecież znacznie (i to naprawdę, dla człowieka, który wie, o co chodzi, jest różnica niemal niewyobrażalna) ale to znacznie lepiej, niż wtedy, prawo gospodarcze jest ostrzejsze, państwo nie boi się interweniować w pewne interesy (to jest już teza kontrowersyjna, ale niech tam), różnorakie eugeniczne eksperymenty zaś, z „programowaniem” człowieka włącznie (o aborcji nie wspominając) stały się właściwie częścią naszej nieszczęsnej codzienności. Jest to zatem po prostu kwestia zmiany warunków działania, i słusznie, że katolicy przerzucili się z zagadnień gospodarczych na eugeniczne, bo to jest obecnie bardziej palące i wymaga bardziej zdecydowanych działań.
 
No, niby można by się nad tym zastanowić, ale — niestetyż — argument ma dwie wady (za które odpowiadam, oczywiście, ja, bo to mój „argument”). Po pierwsze: katolicy tak się przesadnie w sprawy społeczne nie angażowali nigdy; narzekali na to różni ludzie, nie wyłączając papieży; przecież sam papież Leon XIII, po wydaniu encykliki „Rerum novarum”, był pełen rozgoryczenia wobec praktycznego braku odzewu; i spójna akcja katolicka na rzecz poprawy losu robotników nigdy nie nastąpiła. Katolicki Ruch Agrarny w Anglii oraz Liga Dystrybucjonistyczna również napotykały na swojej drodze właściwie same przeszkody, a podjęta akcja „rekolonizacyjna”, mająca pomóc zwolnionym górnikom w przeprowadzce na wieś, upadła z braku funduszy, angielski episkopat zaś, siedział sobie spokojnie i patrzył (i na pewno nie z braku próśb i petycji). Dzięki tej wspaniałej postawie — a NIE dzięki masońskim spiskom i żydowskiej finansjerze — w krótkim czasie cała Europa stanęła na krawędzi rewolucji bolszewickiej, a związek zawodowy stał się na zachodzie właściwie synonimem ateizmu.
Po drugie: nie wydaje mi się, aby te kwestie dało się rozdzielić.
 
Jak bowiem napisałem w szaleńczo prowokacyjnym tytule niniejszego wpisu, życie jest jedno; w tym sensie, że jest pewną jednością. Że życie każdego człowieka jest to samo od początku do końca. Na tym zresztą opiera się znaczna część argumentów organizacji pro-life, a także przecież argumentacja samego Kościoła z przywoływanego już Katechizmu. Od poczęcia do naturalnej śmierci – jedno, to samo, nieprzerwane; a cała reszta to czcza sofistyka.
 
No i prawda; święta prawda; tylko właśnie dlatego, powinna występować tutaj pewna spójność. Skoro życie od poczęcia do śmierci jest życiem (i jak tu się nie zachwycać zasadą tożsamości), to od poczęcia do śmierci wiążą się z nim te same prawa, ta sama godność, ta sama wartość. I te rzeczy powinny znajdować swoje odzwierciedlenie — od poczęcia do śmierci. I o ile z poczętymi i umierającymi nie ma problemu, to mam wrażenie, że jednak z tymi „w środku”, zwłaszcza w wieku pracującym, jest pewien problem; nie żeby im czegokolwiek w teorii odmawiano. Ale jednak, jakoś tak płomiennych wołań o ich godność, ich wartość i ich prawa, nie słychać. Oczywiście — przecież mają łatwiej; przecież mogą zawalczyć o siebie; przecież mogą się bronić. No, teoretycznie tak; ale jednak nie jest to takie proste, jak się wydaje; i błogosławieni ci, którzy nie poznali siły systemu.
 
Przy czym zgadzam się w pełni, że tutaj sprawa jest łatwiejsza; że dzieci nienarodzone, jako pozbawione głosu, wymagają większej aktywności; że trzeba walczyć o niej twardziej i zacieklej. Niemniej — w tym właśnie leży problem; bo czy jeśli akceptuje się, że życie ludzkie nie jest celem i wartością samą w sobie, w tym, co najbliższe i najłatwiej uchwytne — to czy można liczyć, że coś takiego nie będzie zachodzić w sprawach bardziej subtelnych? Innymi słowy: czy jeśli życie pracownika jest tylko funkcją zysku lub kolektywu — czy życie jego poczętego dziecka też nim nie będzie? „Kto w małej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny”.
 
I nie na odwrót.
 
I to jest właśnie przesłanka — moim zdaniem niezbita i decydująca — że każdy katolik powinien wykazywać przynajmniej minimum zainteresowania społecznego. Ja wiem, że wielu sprawy własności, jej typów, dystrybucji, sposobu funkcjonowania, kwestie ustrojowe i prawne, zawiłe debaty czym się różni „prawo naturalne” od „prawa natury” wydają się nudne i abstrakcyjne. Ale problem w tym, że o ile nudne być mogą, to abstrakcyjne na pewno nie są; są możliwie najbardziej konkretne i najbliższe codzienności — i determinują całe nasze życie. Jeśli więc chcemy mieć w Ojczyźnie prawdziwy szacunek do życia, prawdziwe uznanie godności człowieka, prawdziwie — krótko mówiąc — chrześcijańskie społeczeństwo, to podejmijmy, im szybciej tym lepiej, to wielkie zadanie, jakie na progu dwudziestego stulecia wyznaczyli Kościołowi papieże Leon XIII i Pius XI.
 
I, naprawdę, z perspektywy dziejów, trudno nie dopatrzeć się tutaj jakiegoś tchnienia z wysoka. Duch tchnie kędy chce — ale chce zawsze tego, co jest zgodne z Mądrością Niestworzoną.
 
Powyżej: obraz Jakuba Warda (1769-1859), malarza angielskiego, przedstawiający zbiory. Jak zwykle — ku myśli.