Gilbert Keith Chesterton

A co z kwakrami?

Ze zbioru Sidelights (1932)

Amerykanie ustanowili Święto Dziękczynienia ku celebracji faktu, że Pielgrzymi dotarli do Ameryki. Anglicy zaś, spokojnie mogliby ustanowić inne jeszcze Święto Dziękczynienia; upamiętniające ów radosny dzień, w którym Pielgrzymi opuścili Anglię. Wiem, że ci, którzy dawno przestali zaprzątać sobie głowę kwestią herezji teologicznej, uważają takie postawienie sprawy za herezję historyczną. Jako iż choć ludzie takowi ciągle jeszcze upierają się przy twierdzeniu, że Pielgrzymi byli orędownikami wolności religijnej, to nie ma nic pewniejszego od faktu, że przeciętny współczesny liberał nie tylko nie znalazłby na ich statku ani krztyny wolności, ale czułby także potężną antypatię do prawie wszystkich elementów znalezionej tam religii. Nawet samo Święto Dziękczynienia, choć teraz w bardzo przyjemny i czarujący sposób podtrzymuje jego tradycję całe mnóstwo liberalnie usposobionych i tolerancyjnych Amerykanów, w pierwotnym zamyśle miało, jak mi się zdaje, stanowić coś w rodzaju ikonoklastycznej sztuczki, obliczonej na zniweczenie świąt Bożego Narodzenia. Purytanie wszystkich krajów zawsze pałali do Bożego Narodzenia osobliwą i wściekłą niechęcią; co, nawiasem mówiąc, nie rozpłomienia mojego ducha jakąś przesadną miłością do purytanizmu. A jednak, żeby było dziwniej, purytańska tradycja obchodów Święta Dziękczynienia często wiązała się zarówno z wyeliminowaniem z jadłospisu świątecznego puddingu, jak i zachowaniem w nim świątecznego indyka. Nie bardzo potrafię zrozumieć czemu – chyba że samo angielskie określenie indyka: turkey, przywodziło tym ludziom na myśl proroka islamu, który był przecież także prorokiem prohibicji.

Powód, dla którego powracam tutaj jednak na moment do kontrowersyjnej kwestii Pielgrzymów, nie łączy się bezpośrednio ani ze Świętem Dziękczynienia, ani z Bożym Narodzeniem. Czynię to wyłącznie po to, aby jeszcze raz zaznaczyć, że ilość uwagi poświęcanej Pielgrzymom, jeżeli porównać to z sytuacją wielu innych ludzi, których przynajmniej równie prawdziwie nazwać można Ojcami Republiki, zawsze wydawała mi się cokolwiek przesadna. Purytanizm i popularność bardzo się ostatnimi czasy wymieszały. Purytanie być może i nie zawsze zgadzali się z instytucją sceny; pomimo to trudno powiedzieć, aby skąpiono im w dziejach światła reflektorów. Komuś udało się uczynić Mayflower czymś tak legendarnym, jak Arka Noego czy Argo Jazona; istotnie, legendarnym pod więcej, niż tylko jednym względem – jeżeli wziąć pod uwagę cel i atmosferę tej ekspedycji. A jednak – bardzo wątpię, czy większość ludzi słyszało w ogóle kiedyś nazwy tych wszystkich okrętów, na których żeglowało wtedy tak wielu innych, oddanych i bohaterskich kolonistów Ameryki; ja w każdym razie – na pewno nie. Nie będę się zbyt mocno upierał przy jednym, konkretnym przykładzie Lorda Baltimore’a i założycieli stanu Maryland; którzy ustanowili pierwszy w historii system tolerancji religijnej; jako iż mógłbym zostać z tego powodu oskarżony o faworyzowanie moich osobistych religijnych sympatii oraz poglądów. A jednak, udaje mi się zachować potrzebny dystans i bezstronność przynajmniej w podobnej nawet i nieodległej chronologicznie sprawie założenia stanu Pensylwanii. I jakkolwiek nazywałby się okręt, na którym przypłynęli w to miejsce owi wielcy kwakrzy, na pewno ma on większe niż Mayflower prawo do tego, abyśmy określali go, w języku pana Forda, mianem „Okrętu Pokoju”1.

Wszystkie niniejsze refleksje naszły mnie bardzo niedawno, kiedy stałem akurat na ulicy w mieście Filadelfii; na które to spogląda z wysoka wielka statua Williama Penna, którego niepozorny grób znajduje się milę czy dwie od mojego własnego domu. I wydało mi się bardzo dziwne, że wszystkie te miliony ludzi, z zespołem nowoczesnych, humanitarnych upodobań, powiedziały jak dotąd tak niewiele na temat owej ewidentnej wyższości, jaką pod każdym względem przejawiał ten wielki, intelektualny i duchowy przywódca w stosunku do tak natarczywie reklamowanych obecnie kalwinistów z Mayflower. Bardzo obawiam się przy tym, że wielka liczba tych ludzi nie dostrzega między jednym a drugimi jakiejkolwiek zgoła różnicy. Do najosobliwszych spośród wszystkich osobliwości literatury, czy legendy, z którymi miałem kiedykolwiek styczność, ponad wszelką wątpliwość należy pewna romantyczna pogłoska, którą słyszałem na własne uszy (i której źródła, czy wiarygodności, nigdy nie udało mi się ustalić), głosząca, jakoby niedawno odkryto kawałki drewna z Mayflower przymocowane w jakiś dziwny sposób do mieszczącego się obok grobu Williama Penna, kwakierskiego domu zebrań. Nie potrafię pojąć, jakie w ogóle mogłoby być przesłanie niniejszej opowieści; albo w jaki sposób w ogóle mógłby wytworzyć się odkryty tutaj rzekomo stan rzeczy; o ile rzeczywiście, jakiś amerykański globtroter nie miał w zwyczaju jeździć po świecie i zwyczajnie rzucać fragmentami pochodzących z tego okrętu mebli (które, jak ludzie mówią, w samych Stanach Zjednoczonych można spotkać podejrzanie łatwo) w każdy dom, mający akurat jakikolwiek związek z jakimkolwiek założycielem amerykańskiego państwa. Tak czy inaczej, globtroter ów mógłby równie dobrze twierdzić, że Sir Walter Raleigh również pływał na Mayflower, co połączyć Williama Penna i jego pobratymców z wypełniającym ten statek fanatyzmem. Równie dobrze mógłby on obwiesić pierwszy kalwiński dom modlitwy różańcami, relikwiami i szkaplerzami, należącymi do katolickich członków rodziny Calvertów, co udawać, że związał dom pierwszego Stowarzyszenia Przyjaciół z relikwiami jego śmiertelnych wrogów i prześladowców: dawnych purytanów. Amerykański purytanin z wieku siedemnastego patrzyłby na kwakra tak, jak amerykański purytanin wieku dwudziestego patrzyłby na bolszewika. I choć bolszewików uważa się powszechnie za ludzi brutalnych, kwakrów zaś – łagodnych, są oni podobni do siebie przynajmniej pod tym jednym względem; że byli oni tymi, których współczesna Ameryka określiłaby mianem „radykałów”; to znaczy: ludźmi docierającymi do prawdziwej istoty rzeczy i naprawdę próbującymi coś z nią zrobić: czy to w sposób słuszny, czy niesłuszny. Krótko mówiąc, to rzeczywiście fundamentaliści; podczas gdy większość fundamentalistów – to nie fundamentaliści. Jako iż niezależnie od tego, co sądzimy na temat owej postawy, nazywanej współcześnie fundamentalizmem, nie wiąże się ona z niczym fundamentalnym. Bo nie jest czymś szczególnie fundamentalnym rzucać w innych ludzi wielkimi wydaniami Biblii (czy może raczej wydaniami konkretnego tłumaczenia Biblii, z którego mnóstwo ksiąg usunięto ze względu na ich „apokryficzność”) – nie bardziej w każdym razie, niż egzemplarzami Encyclopediae Brittanicae czy Instytucji Kalwina. Nawet jeżeli czynność owa ma w sobie jakąś prawdę, na pewno nie stanowi pierwszej zasady. Niemniej – jest czymś fundamentalnym, i jest jakąś pierwszą zasadą, słuszną bądź niesłuszną, powrócić, jak William Penn, do doktryny „światła wewnętrznego”. Bo William Penn naprawdę był wielkim człowiekiem – a nie tylko siedemnastowiecznym sekciarzem; jego myśli, niezależnie od tego, czy myślimy tak jak on, czy nie, mają pewne znaczenie także w wieku dwudziestym – czy jakimkolwiek wieku w ogóle; i zdołał on stworzyć coś znacznie większego niż Pensylwania i wspanialszego niż Filadelfia; wiarę, która przetrwała do dziś.

Sądzę, że wiem, dlaczego Pielgrzymi zepchnęli Williama Panna w cień. Chodziło o jego politykę; dla wielu wciąż stanowiącą jakąś mroczną tajemnicę. Pewnego razu jeden wartościowy, współczesny pacyfista poprosił mnie, abym wygłosił wykład w jednym z najstarszych spośród należących do Stowarzyszenia Przyjaciół domów zebrań (temat był kwestią dowolną). Zgodziłem się mówić o Williamie Pennie; i z utajoną i niegodziwą radością ułożyłem sobie w głowie szczegółowy plan panegiryku na cześć tego kwakierskiego bohatera. Z wielką determinacją postawiłem sobie za cel wyrazić bezgraniczną admirację dla tych elementów jego życiorysu i poglądów, których jego współcześni, purytańscy admiratorzy raczej nie admirują. Zamyślałem, aby nieokiełznanie wychwalać jego pełne oddania i lojalności poparcie dla dynastii Stuartów. Miałem zamiar wykazywać płomiennie jak godzien był on zacnej i zaszczytnej przyjaźni człowieka takiego, jak Karol II. Pragnąłem wniknąć jak najgłębiej w każdy najmniejszy szczegół jego dyplomatycznego i politycznego poparcia dla wspaniałych projektów politycznych Jakuba II. Chciałem podkreślić jak najmocniej intelektualną sympatię, czasami osiągającą poziom intelektualnego sojuszu, jaka łączyła go z Kawalerami, a nawet z katolikami. Krótko mówiąc, w całej swojej niegodziwości planowałem wychwalać go za wszystko, za co Macaulay go potępiał. Potem zaś, myślałem, kiedy uda mi się już wyjaśnić jak bliskie więzy łączyły Penna z rojalistami, a zwłaszcza z papistami – potem zapewne wszyscy protestanccy pastorzy zaczęliby się nieco przerażająco cieszyć. I oto wszyscy współcześni purytanie uwielbialiby mnie za moje doskonałe zrozumienie natury tego siedemnastowiecznego sekciarza. I oto stałbym się nagle idolem wszystkich tych, którzy gloryfikują Pielgrzymów i z entuzjazmem opowiadają o statku Mayflower. I oto przyznano by w końcu, że ja również jestem podobnym całej reszcie, świetnym, starym purytaninem. Niestety, jak mniemam, musiałem w pewnym momencie zacząć pysznić się publicznie moimi zamiarami, i jakaś dotycząca ich pogłoska dotarła najwyraźniej do purytańskich uszu. Jako iż niemal na pięć minut przed rozpoczęciem wykładu przyszła do mnie nerwowa prośba, żebym powiedział coś o Dickensie. I z samego tego faktu możemy wywnioskować tyle, że choć Dickens naprawdę był wrogiem purytanów, to nie w takim samym stopniu, jak Penn.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Oryg. Peace ship – popularna nazwa okrętu transatlantyckiego Oscar II, na którym Henry Ford wraz z radosną kompanią amerykańskich pacyfistów wypłynął w 1915 na pierwszą, amatorską misję pokojową do Europy.