Gilbert Keith Chesterton

Abraham Lincoln na angielskiej ziemi

Ze zbioru Sidelights (1932)

 

 

Kilka lat temu, pamiętam, wyniknął w Anglii dosyć poważnych rozmiarów spór, dotyczący wzniesienia statuy Abrahama Lincolna, prawdopodobnie w geście przyjaźni w stosunku do Ameryki. Nie chodzi o tę statuę, która znajduje się obecnie w Londynie – tylko o inną, uznawaną na ogół za mniej udany wyraz przyjaznych uczuć. W gazetach, w klubach, a nawet na ulicach zaczęły się zwyczajne w takich wypadkach dyskusje, podobne tym, które rozgorzały także w związku z pana Epsteinowym wyobrażeniem panny Rimy1. Między tymi dwoma wypadkami wszakże, przynajmniej na mój rozum, zachodziła pewna bardzo poważna różnica. Rima, zanim stała się dziełem sztuk plastycznych, stanowiła część dzieła literackiego. I czymś przynajmniej mniej-więcej rozsądnym było utrzymywać, że Rima rzeźbiona ani trochę nie nadawała się na karykaturę Rimy literackiej. Brzydota wszelkiego typu może zupełnie zasadnie stanowić element wszelkiej sztuki – nie stanowiła ona jednak jakiegoś szczególnie ważnego elementu sztuki pana Hudsona. Innowator sztuki rzeźbiarskiej może faktycznie mieć prawo wywoływać z dziewiczej materii kamienia nowe i nienormalne monstra, można wszakże sądzić, że powinny być one także, ze względu na swą nowość, bezimienne. Gdyby jednak rzeczonemu rzeźbiarzowi zlecono przygotowanie medalionu Janiny Austen w katedrze Winchesterskiej, wydaje się, że diakon i kapituła mieliby pewne powody do skarg, gdyby w swojej pracy skopiował on starannie kształt czaszki Pitekantropa lub przyozdobił ową damę parą wielkich rogów czy szponów. I gdyby najoryginalniejszego spośród wszystkich artystów współczesnych poprosić o zaprojektowanie pomnika panny Milford2, mającego stanąć na środku spokojnego rynku Naszej Wsi, jego natchniona wizja wrzeszczącej małpy, częściowo pożartej przez aligatora, mogłaby dostarczyć kilku ludziom pewnych powodów do krytyki – i to nie tylko natury czysto artystycznej. Jeżeli jednak istnieje nowy anarchiczny artysta naprawdę potrafiący tworzyć nowe, nienormalne potwory z niczego, jeżeli istnieje kierunek artystycznej ofensywy, który mógłby zaszokować nas czymś całkowicie prymitywnym a jednak przełomowym, jeżeli można jeszcze wykrzesać nieco energii z nieznanych dotąd rodzajów brzydoty, i jeśli znajdzie się jeszcze styl tak nieokrzesany, że aż niesamowity – to sądzę, że podobna potworność naprawdę stanowiłaby najlepszy pomnik, jaki tylko można by postawić Abrahamowi Lincolnowi w Londynie.

Zdarzyło mi się kiedyś zaangażować w swego rodzaju dyskusję na temat Abrahama Lincolna, podczas której broniłem go przed zarzutami abstynencji, ogólnego szacunku, arystokratycznego pochodzenia i anglosaskiego ducha. Jak wtedy wyjaśniłem, jestem wielkim wielbicielem Abrahama Lincolna – nie jestem wszakże wielbicielem jego wielbicieli. Nie jestem wielbicielem przyczyn, podstaw ani ducha ich uwielbienia. Być może najlepiej wytłumaczyłbym, o co mi chodzi, gdybym powiedział, że w sensie pierwotnym, to wcale nie uwielbienie. Uwielbiać to podziwiać, a podziwiać to dziwić się – z konieczności czemuś nieznanemu. I żaden Anglik nie zaczął nawet naprawdę podziwiać Abrahama Lincolna, dopóki nie zaczął także dziwić się głęboko tak bardzo dziwnemu nieznajomemu. Jeżeli ma stanąć w Londynie jego statua, winna być to statua człowieka prawdziwie egzotycznego – więcej nawet: niemalże statua jakiegoś egzotycznego zwierza. Powinna ona sprawiać w nas dokładnie takie same wrażenia, jak spotkanie grizzly w Green Parku3 czy bizona w Bywater4. Najmroczniejsze nawet przepaście, najbardziej nawet szalone linie nowoczesnej rzeźby nie mogłyby oddać sprawiedliwości otchłani, która oddziela człowieka takiego jak on od ludzi takich jak my. Był to człowiek wielki, jak Konfucjusz – i dobry, jak Wujek Remus; stanowi on jednak symbol spraw tak od nas odległych, jak biała i czarna rasa, do których należały te dwie słynne postaci. Nie w większym stopniu miał pochodzenie anglosaskie, niż anglo-hinduskie; już racjonalniej chyba byłoby powiedzieć, że miał coś z Indianina. Prawdę mówiąc jednak, był on kimś, komu nawet najbardziej szokująca statua nie oddałaby sprawiedliwości; kimś tak obcym Anglii, że potrzeba byłoby nowych dziedzin i nowych wymiarów sztuki, aby wyrazić ten rozmach i różnicę. Był – Amerykaninem.

Podczas mego pobytu w Ameryce, często zdarzało mi się plątać po małych miasteczkach i miejscach przydrożnych; i w przedziwny, a wręcz niemal nieco przerażający sposób coraz bardziej i bardziej wyraźnie wyczuwałem obecność Abrahama Lincolna. Sądzę, że trzeba pozostać trochę dłużej w Ameryce, a szczególnie w tym, co niektórzy nazywają najnudniejszymi i najbardziej nieprzyjemnymi zakątkami Ameryki, zanim równie mocne poczucie tego nieznanego typu wielkości naprawdę ukorzeni się w duszy. To, co mam na myśli, to rzecz nie do opisania – w związku z czym spróbuję ją tutaj opisać. Kusi mnie, aby zacząć od tego, że jeśli pierwszy rzeźbiarz po prostu zrobił z Lincolna maszkarę, prawdopodobnie był to zupełnie porządny człowiek. Całe narzekanie na tamten projekt sprowadzało się do stwierdzenia, że brzydko wygląda; że górna warga jest za duża i małpia, że ręce wiszą bezwładnie wzdłuż ciała i są za wielkie, i że w efekcie końcowym powstaje z tego jakiś dziwny, człekokształtny małpolud. Na ucho, wszystko przedstawia się znakomicie. Nie twierdzę jednak, że rzeźbiarz ów zdołał wyrazić w jakiś sposób sekret, o którym mówię – ponieważ nie mam najmniejszej pewności, czy w ogóle da się go wyrazić. Choć to może nieco dziwne, wydaje mi się, że lepiej dałoby się wyrazić go za pomocą pejzażu, niż rzeźby. To właśnie amerykańskie pejzaże stanowią, dla mnie przynajmniej, najbardziej klarowny wyraz tego, o co mi chodzi – szczególnie te, które każdy normalny pejzażysta omijałby szerokim łukiem.

Zewnętrze Środkowego Zachodu uderza Anglika jako bardzo brzydkie – a jednak, nie o brzydotę tak do końca tu chodzi. W Anglii znajdzie się kilka rzeczy równie brzydkich, a nawet brzydszych. Wille z czerwonej cegły, ciągnące się długimi rzędami przez przedmieścia różnych miejscowości Anglii Środkowej, to, jak można przypuszczać, maksymalny poziom ohydy, który mogłaby wymyślić lub chociaż tylko wytrzymać ludzka głupota. Ale to jednak co innego. To coś kompletnego; coś, na swój sposób, wręcz kompaktowego; coś wykończonego i wypieszczonego w sposób, który może wydać się sztuczny i filisterski, ale nie jest surowy. Otoczenie tych budynków jest bardzo schludne, nawet jeśli tylko schludnością pedanta. Brzydota amerykańska wszakże, nie jest wykończona nawet jako brzydota. Wygląda, jakby ktoś przerwał pracę w połowie; jest nieoszlifowana; nawet najważniejsze jej elementy otacza jakby aureola sprzeciwu. Ktoś powiedział kiedyś o twardym i sardonicznym drze Temple5: „W naszej świątyni nie ma gładkich krawędzi”. Na angielskich przedmieściu gładkich krawędzi znajdzie się pod dostatkiem, nawet jeśli są to krawędzie ledwie lakierowane – lakierowane tłusto i wulgarnie. W wielkich amerykańskich miastach wszakże, wśród pełnych majestatu i piękna klasycystycznych budowli, bardzo przypominających świątynie, gładkich krawędzi po prostu nie ma. I wydaje się, że podobna mieszanina szpetoty i doniosłości, nikomu zgoła nie przeszkadza. Choć trudno to wytłumaczyć, ten wielki naród Zachodu odczuwa sprawę pragnienia ładu i harmonii inaczej, niż my – i tak samo jest także w wypadku jego życia etycznego i politycznego. To właśnie z takiego pejzażu wywodził się ów wielki prezydent – i podróżny prawie że może dostrzec pośród smukłych drzew i mocnych drewnianych kolumn jakby fantastyczny cień jego postaci. Każdy obdarzony choćby odrobiną wyobraźni spoglądając przez odpowiednio długi czas na te przedziwne uliczki, z rzędami fińskich domków pełnych najnowszych praktycznych wynalazków i otoczonych najnowszym niepraktycznym śmieciem, zobaczyłby w końcu, jak wyłania się z oddali owa długa, niezgrabna sylwetka, ze swoim absurdalnym cylindrem, brzydkim parasolem oraz głębokimi, melancholijnymi oczyma, poczuciem humoru i niezłomną cierpliwością, która miała za pokarm nadzieję odwleczoną6.

To właśnie jest podziw dla Abrahama Lincolna – i to jest właśnie podziw dla Ameryki. Dopiero kiedy obcy wchłonął już w siebie całą tę obcość, zaczyna rozumieć całe to dobro, które nie jest ledwie naśladowaniem dobra Europy czy Anglii; coś, co pewien amerykański pisarz jakże trafnie określił niedawno mianem „gościnnego ideału”, wyrażającego się w arcyszokującej akceptacji wszystkich jako „dobrych gości”, czy w tolerancji dla ludzi chodzących bez marynarek – która jest sprawą znacznie większej harówki i hartu ducha niż jakikolwiek pogański bełkot o nagości; akceptacji ludzkości z jej niezrozumieniem i niezdarnością, na którą nie da się znaleźć w angielskim odpowiedniego opisu, poza tym, że można ją niejasno i nieśmiało przybliżyć w tych właśnie dwóch słowach: „Abraham Lincoln”.

Nigdzie indziej na świecie człowiek tego typu nie mógłby stać się wielkim człowiekiem; w najlepszym razie stałby się człowiekiem dobrym, otoczonym ogólną drwiną i uznawanym za osobliwego osła i przegrańca. To naprawdę wielka chwała tej demokracji, że udało jej się wydobyć na światło dzienne talenty takiego człowieka i przemienić go w przywódcę ludu; w demagoga, który nie był dandysem albo malowanym gentlemanem, ani – skoro już o tym mówimy – prawdziwym gentlemanem; nie cynikiem czy kimś, kto „zniża się” do pospólstwa, ale kimś tym większym, że naprawdę mającym coś z tej pospolitości. Tak właśnie przedstawiają się zadania, stojące przed tymi wszystkimi, którzy pragnęliby wypracować pojednanie narodów. Na pewno jednak nie uda się go osiągnąć przez postawienie idealnego posągu „starego Abka”, z kijem do krykieta w jednym, a podręcznikiem do gramatyki anglosaskiej w drugim ręku, jako przedstawiciela tego typu osobowości, który formuje się w naszych szkołach publicznych.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Chodzi o Memoriał Hudsona w Hyde Parku. Rime to bohaterka jednej z powieści Hudsona, nazywana także „the Jungle Girl”. Kobitka mieszka w dziczy.

2 Maria Russell Milford (1787-1855) – angielska pisarka, najlepiej znana ze swoich szkiców poświęconych życiu angielskiej wsi. Opublikowano je zbiorczo w książce Nasza Wieś.

3 Jeden z parków królewskich w Londynie.

4 Prawdopodobnie chodzi o spokojną i malowniczą wieś na południowy wschód od Leeds.

5 Fryderyk Temple (1821-1902) – duchowny anglikański, biskup Canterbury w latach 1896-1902. Był jednym z pierwszych duchownych, którzy dostrzegli, że teoria ewolucji nie jest sprzeczna z wiarą chrześcijańską.

6 Aluzja do Ks. Przysłów (13,12).