Gilbert Keith Chesterton

Ameryka nieznana

Ze zbioru Sidelights (1932)

Zawsze zadziwia mnie, że pośród najbardziej absurdalnych „stymulacji” i „spektakularnych sukcesów” amerykanizacji, nikt nigdy choćby słowem nie wspomina o prawdziwych cnotach Ameryki. Sprawa może stracić nieco ze swojej tajemniczości, jeżeli wspomni się na to, że kiedy Anglia miała owo nieszczęście być biznesowym liderem narodów, nikt ani słowem nie zająknął się nawet o prawdziwych zaletach naszej małej wyspy. Ludzie chlubili się najróżniejszymi i najbardziej trywialnymi rzeczami, takimi jak imperium, nad którym nigdy nie zachodzi słońce, wysoka produkcja węgla, malowanie mapy na czerwono, kilka gazet codziennych, składanych pięć czy sześć razy na pół i pełnych masy nadętych artykułów, dumnie zestawianych wtedy z najzwyklejszymi w świecie, bulwarowymi ulotkami, na których drukowało się wtedy wyłącznie to, co uznano za warte druku. Nigdy jednak nie chlubili się rzeczami wielkimi i naprawdę chwalebnymi; jajecznicą z bekonem, twórczą oryginalnością Chaucera, kwiatkami w ogródkach bardzo ubogich ludzi, czy wspaniałymi piosenkami komicznymi z wodewilów, stanowiącymi, być może, prawdziwą angielską literaturę ludową dziewiętnastego wieku. Miały one w sobie zadziwiającą energię groteski, którą z rzadka tylko można było usłyszeć u nas od czasów elżbietańskich, jak choćby ów piękny liryk, w którym młoda dama imieniem Janka dowiaduje się, że „jej wokalna przymiarka uśmierciła kanarka, gaz się wrócił w rurki” – po tej zniewalającej wizji zaś, przychodzi gromkie wołanie poety, w którym pobrzmiewają wyraźnie echa Pieśni Salomona:

Wichrze południowy, wiej,

nanieś błota w usta mej,

Janki, Janki, Janulki!

Wątpię jednak, czy to wiekopomne dokonanie sztuki poetyckiej uwzględniono w jakiejkolwiek istniejącej antologii, jako iż na próżno próbowałem znaleźć je w oksfordzkim Wyborze poezji angielskiej.

Na takiej samej zasadzie, jak mniemam, można się było spodziewać, że tego typu amerykańskie wspaniałości, o których słyszy się często po drugiej stronie oceanu, okażą się dokładnie rzeczami najmniej wspaniałymi i najmniej godnymi pochwały. Gaz i gorące powietrze, ujęte w karby przez nowoczesna maszynerię, przemieszczają się znacznie szybciej, niż naturalne zapachy i rodzime powietrze jakiejkolwiek ludzkiej prowincji czy jakiegokolwiek ludzkiego domostwa. Gaz na pewno nie „wraca się” już dziś „w rurki”, ale płynie strumieniami na cztery końce świata; wiatr zachodni zaś, nie ma najmniejszego problemu z nanoszeniem błota w usta typowego współczesnego eksperta od popularności – a czasami tylko z rozwiewaniem na prawo i lewo tego, co już tam wcześniej było. Lecz podczas gdy Anglia naprawdę się dzisiaj, w tym nader nieprecyzyjnym sensie, amerykanizuje, i gdy naprawdę usiłuje się zamienić Londyn w słabą imitację Nowego Jorku, nikt nie zająknie się nawet o prostszych i poczytalniejszych elementach elementach amerykańskiego życia, odległych od Nowego Jorku prawie tak samo, jak od Londynu. Nie jest to również wyłącznie kwestia atmosfery, która w każdym wypadku stanowi rzecz niemożliwą do opisania. Istnieje spora liczba bardzo konkretnych faktów, w wypadku których Ameryka rzeczywiście różni się od Anglii – posiadając przy tym poważną przewagę natury moralnej. Dziwne jest zaś w tym wszystkim to, że nie tylko Anglicy tego stanu rzeczy nie rozpoznają – ale że sami Amerykanie go nie rozgłaszają. Nigdy nie da się ich znaleźć w jakimkolwiek spośród mniej lub bardziej brutalnych sporów, jakie toczą ze sobą te dwa narodowe ustroje. Ciągle słyszy się mniej więcej te same, wytarte już nieco frazesy, że Stany Zjednoczone są republiką – co wydaje się znaczyć niewiele więcej ponad to, że prezydenta nie nazywa się tam królem; bardzo niewiele jednak usłyszeć można o różnych praktycznych elementach życia, które walnie przyczyniają się do tego, że Stany Zjednoczone są demokracją. Część winy leży tutaj po stronie samych Anglików, którzy zawsze dochodzili ostatecznie do pochopnego wniosku, że Amerykanie nazywają tę samą rzecz na kilka różnych sposobów; podczas gdy zachodziło tutaj znacznie większe niebezpieczeństwo nazywania w ten sam sposób kilku różnych rzeczy. Kiedy czytałem w przeszłości opisy afrykańskiej części amerykańskiego społeczeństwa, w których mówiono o tych ludziach jako o „kolorowych”, sądziłem, że to jakiś żart. Zakładałem, że to przejaw jakiejś drwiącej uprzejmości w stosunku do Murzyna, coś w rodzaju komicznego eufemizmu na słowo „czarny”. Tymczasem każdy, kto choć raz znajdzie się w Ameryce, natychmiast zobaczy, że to po prostu w pełni dokładna i naturalna obserwacja – jako iż istnieją negroidzi wszystkich odcieni koloru brązowego, żółtego czy miedzianego, do których termin „czarny” pasowałby równie mało, co „pawiozielony”. W mniej więcej podobny sposób (poniekąd wprowadzony w błąd przez Dickensa i jego Marcina Chuzzlewita), zawsze miałem wrażenie, że jest coś fałszywie skromnego w nazywaniu służby „pomocą domową”. Okazuje się jednak, że w żadnym wypadku. „Pomoc domowa” nosi nazwę „pomocy domowej”, ponieważ jest pomocą domową a nie, w naszym znaczeniu tego słowa, służbą. Bardzo często, nie należy ona nawet jakoś wyraźnie do innej klasy, niż ci, którym pomaga; czasami niemal dosłownie można by ją opisać jako grupę ludzi, którzy wpadli do sąsiada pomóc mu ogarnąć dom. W amerykańskim życiu społecznym da się znaleźć całe mnóstwo tego rodzaju maleńkich elementów, których Anglicy w ogóle nie rozumieją. Zazwyczaj zaś łączą się one ze zbiorem bardzo męskich i szlachetnych cnót, których naśladowanie naprawdę wyszłoby Anglikom na dobre. Uparliśmy się jednak naśladować wyłącznie amerykańskie przywary.

Weźmy jeden konkretny przykład: otóż uważam, że znaczna część tego, co w życiu Ameryki rzeczywiście wolne i zdrowe, bierze się z prostego braku praw łowieckich. Jest tutaj przestronność i atmosfera przygody, przywodząca niemal na myśl lata chłopięce – bo nie ma ogrodzeń, i całą wiejską okolicę traktuje się jeszcze jako coś w rodzaju dziczy. Tak ubodzy, jak bogaci mieli większą „zabawę” ze strzelbą i wędką w przeszłości, niż teraz – w Ameryce wszakże, zawsze było pod tym względem więcej swobody. Tym, co czyni Przygody Hucka Finna jedną z najwspanialszych epopei chłopięctwa jest owo nieopisywalne poczucie, że Huck naprawdę potencjalnie jest panem całej ziemi, że cały świat stoi przed nim otworem, i że sama Ameryka to jedna wielka opowieść przygodowa. Pamiętam jedną zwrotkę jednego wiersza, jaki czytałem w dzieciństwie w pewnym amerykańskim magazynie; nie mam pojęcia, jaka była reszta tej opowieści, ani jaki był jej sens, i ośmielam się zaryzykować przypuszczenie, że w ogóle nie miała ona żadnego sensu. Niemniej, słowa tej zwrotki będą podzwaniać mi w uszach aż do dnia, w którym umrę, choć było to ledwie coś takiego:

Raz pewien murzyński chłopak,

co serce odważne miał,

wędrował ze strzelbą radośnie po lesie,

a potok huczał wśród skał.

Na marginesie, wierszyk ów można by specjalnie polecić tym wszystkim, którzy wciąż szydzą z Ameryki za to, że Murzyni byli tam niewolnikami i którym ciągle z jakiegoś niepojętego powodu wydaje się, że nasi biali robotnicy to wolni ludzie. Ów murzyński chłopak miał znacznie więcej wolności, niż większość angielskich robotników, nawet w kwestii tak błahej, jak posiadanie strzelby; i gdyby jakiś ubogi człowiek zaczął wędrować ze strzelbą po jakimkolwiek lesie, chronionym przez prawo łowieckie, z całą pewnością nie wędrowałby po nim radośnie.

A jednak, nigdy w życiu nie słyszałem, aby jakikolwiek uczestnik sporu, czy to Amerykanin, czy Anglik, wspomniał choćby słowa „prawa łowieckie”. Prawdziwe różnice, niezależnie od tego, czy świadczą o amerykańskiej, czy angielskiej wyższości, nigdy – jak się zdaje – nie pojawiają się w międzynarodowych polemikach toczonych na łamach prasy. Wymaga się od nas, abyśmy podziwiali Amerykę jedynie za jej szwindle, jej nadęcie, jej komercyjne kombinaty. Nic nigdy nie mówi się o owych prawdziwych republikańskich cnotach, które przetrwały do dzisiaj, pomimo zdezorientowanej i zdeprawowanej polityki samej republiki. Przede wszystkim jednak, wymaga się od nas, abyśmy uwielbiali jako najlepszą cechę Ameryki to, co z całą pewnością stanowi najgorszą cechą Ameryki. Chodzi tu o ową straszną i ohydną rzecz, zwaną optymizmem, podobną w swojej metafizyce tzw. „nauce chrześcijańskiej”. To znaczy: stanowiącej naraz całkowite zaprzeczenie nauki i całkowite zaprzeczenie chrześcijaństwa, ponieważ nauka opiera się całkowicie na świadomości prawdy, chrześcijaństwo zaś – na świadomości bólu. To kłamstwo, będące ledwie kaprysem kilkorga bogatych Amerykanów, przekroczyło Atlantyk w kłębach mgły i dymu, jako iż wyziewy z jednego, wysokiego komina fabryki płyną wysoko nad widnokręgiem, nie biorąc nic zgoła od spokojnych i szczęśliwych wsi, które leżą u jego stóp. Ostatnim paradoksem jest zaś tutaj to, że najlepsze rzeczy na świecie nie podróżują – my wszakże musimy podróżować, aby je znaleźć.

 

Tłm. Maciej Wąs