Gilbert Keith Chesterton

Co widziałem w Ameryce (1922)

Rozdział XI – Amerykanin niezwyczajny

 

Gdy byłem w Ameryce, miałem wrażenie, że to kraj znacznie bardziej obcy niż Francja, a nawet Irlandia. Pod pojęciem „obcy” zaś, rozumiem raczej „fascynujący” niż „odpychający”. Chodzi mi o ten element obcości, który jest nieodłącznym znakiem krainy czarów – i samemu podróżnemu zapewnia niemalże upiorny tytuł „obcego”. I jaśniej niż w krajach uważanych za bardziej odmienne od Anglii, czy to pod względem rasowym czy religijnym, zdałem sobie tam sprawę z paradoksu, stanowiącego jedną z wielu prawd podróżowania.

Nie zaczynamy nawet rozumieć jakiegoś ludu dopóki nie natrafimy na coś, czego nie rozumiemy. Tak długo, jak długo charakter jakiegoś narodu wydaje nam się łatwy do odczytania, tak naprawdę wczytujemy weń nasz własny charakter. Kiedy widząc jakieś wydarzenie możemy je szybko wytłumaczyć, możemy być pewni, że przygotowaliśmy to wyjaśnienie na długo wcześniej, zanim cokolwiek zdążyło się stać. Wynika stąd, że najlepszym obrazem obcego ludu prawdopodobnie zawsze będzie obraz-zagadka. Jeśli natrafimy na takie wydarzenie, które wyda nam się z początku zupełnie ciemne, prawdopodobnie rzuci to na sprawę sporo światła. Opiszę tutaj zatem jeden ledwie wypadek, który z całą pewnością nie mógł mieć miejsca w żadnym innym kraju, na którym kiedykolwiek miałem okazję zawiesić oko. Naprawdę, nie mam pojęcia, co mógł on oznaczać. Od samych Amerykanów usłyszałem około pięciu różnych hipotez na ten temat. Lecz chociaż go nie rozumiem, to mam mocne przekonanie, że jeśli go kiedyś zrozumiem, zrozumiem Amerykę.

Wydarzyło się to wszystko w Oklahomie, mieście, które jako takie – nawet jako tło – zasługuje na osobną książkę. Stan Oklahoma to dystrykt na południowym zachodzie, niedawno wydzielony z terytorium indiańskiego. To, co wielu ludzi – zupełnie błędnie – wyobraża sobie na temat Ameryki, w wypadku Oklahomy rzeczywiście jest prawdą. To kraina dumna z tego, że nie ma żadnej historii. Kipi poczuciem, że ma wielką przyszłość – i nic poza tym. W Nashville ludzie są gotowi chełpić się starymi budynkami tak bardzo, jak w Norwich; w Bostonie są tak samo dumni ze starych tradycji rodowych, jak w Bath. W Oklahomie wszakże, jej mieszkańcy potrafią pokazać palcem na jakąś kolosalną budowlę i z arogancją rzucić: „Tydzień temu tego tu jeszcze nie było”. To właśnie na tle kolorów tej surowej scenerii, przypominającej wyjęte z pantomimy, tekturowe miasto, pojawiła się przede mną owa fantastyczna figura, która wciąż jeszcze za mną chodzi, jak wezwanie do sądu. Spacerowałem właśnie wzdłuż głównej ulicy, rzucając mimo okiem na stoisko z gazetami pełnymi wiadomości o najnowszym morderstwie, gdy wtem odezwał się do mnie obcy człowiek; i zapytał, grzecznie, ale i z jakąś przedziwną nutą autorytetu w głosie, sugerującą że jest dokładnie tą osobą, która powinna zadać mi to pytanie, co porabiam w Oklahomie.

Był to szczupły, ogorzały mężczyzna, z wielkim siwym wąsem i czujnymi oczyma. Najdziwniejsza jego cechą było wszakże to, że na przedzie jego płaszcza lśniło mnóstwo metalowych plakietek w kształcie gwiazd i księżyców. Do tego czasu zdążyłem się już przyzwyczaić do amerykańskiego zwyczaju ozdabiania płaszczy maleńkimi symbolami różnorakich stowarzyszeń; to część ogólniejszej amerykańskiej pasji do swego rodzaju rytualizmu koleżeństwa. Nie ma drugiej takiej rzeczy, którą Amerykanin kochałby równie mocno, jak zakładanie tajnych stowarzyszeń celem rozprawiania o nich potem z każdym i o każdej porze dnia. W tym wypadku wszakże, jak zdążyłem napomknąć, wyglądało to tak, jak gdyby tego człowieka symbolicznie wprost wysypało – co jest nieomylnym znakiem wysokiej gorączki. Ta mniejsza tajemnica rozwiązała się, przynajmniej oględnie, po kilku pierwszych zdaniach, jakie wypowiedział. W odpowiedzi na pytanie dotyczące powodów pobytu w Oklahomie, rzuciłem z pewnym wahaniem, że wygłaszam wykłady. Na co on odparł z kolei, bez śladu wahania, ale raczej z promienną i dojmującą dumą: „Ja również wygłaszam wykłady. O astronomii”.

W tym momencie, zdawało się że zajaśniała nad sprawą jakaś cudaczna racjonalność. W moim kraju, rzecz jasna, nieczęsto zdarzało się, by astronom Jego Królewskiej Mości chodził po Strand w płaszczu obklejonym wizerunkami układu słonecznego. Istotnie, angielscy astronomowie ogólnie rzadko reklamują przedmiot swoich wykładów podobnymi metodami. Lecz choć coś takiego byłoby rzeczą niezwykłą, to niekoniecznie wcale nierozsądną. Właściwie, to myślę, że dodałoby czegoś do smaku i różnorodności życia przyjęcie przez specjalistów tego rodzaju scjentystycznej heraldyki. Bardzo bym się cieszył, mogąc rozpoznać entomologa po dekoratywnych wizerunkach pająków i karaluchów, łażących po całej powierzchni jego płaszcza i kamizelki. Bardzo by mi się podobało, gdyby każdy koncholog chodził w prostym kostiumie zrobionym z muszelek. Osteopata, jak mniemam, przemieszczałby się między ludźmi pomalowany w taki sposób, by przypominał kościotrupa, botanik zaś, energetyzował przechodniów jako nowy „Kuba w zieleni”. Tak też choć ten astronomiczny wykładowca w astronomicznym płaszczu wydawał mi się postacią wyjątkową, istotnie – nad wyraz wyjątkową, w porównaniu do prostych astronomów mojej ojczystej wyspy (starczy mi piękność ich niewyszukana1), nie dostrzegałem w nim także niczego nielogicznego – raczej może twórczą skrajność logiki. A potem raz jeszcze los zakręcił kołem absurdu – i całą logika rozwiała się na wietrze.

Wypinając rozgwieżdżoną pierś i i stojąc w rozkroku, roztaczając wokół taką aurę, jak gdyby cała ulica należała do niej, dziwna istota kontynuowała: „Tak tak, wygłaszam wykłady z astronomii, antropologii, archeologi, paleontologii, embriologii, eschatologii” i tak dalej, niczym grom spadały jedna za drugą różne gałęzie nauki, tworząc listę przekraczającą chyba możliwości jednego uniwersytetu, o jednym profesorze nawet nie wspominając. Skoro już się wszakże przedstawił, przeszedł do sedna sprawy. Z prawdziwie amerykańską grzecznością przeprosił za to małe przesłuchanie i wytłumaczył, że takie rzeczy należą do jego ciężkich obowiązków służbowych. Mniemałem, że chodzi mu o istotnie ciężki obowiązek zarządzania katedrami wszystkich wymienionych wyżej nauk. To jednak była dla niego najwidoczniej ledwie fraszka – znacznie poważniejsze zmartwienia chmurzyły mu czoło.

„Uważam to za swój obowiązek”, tłumaczył, „zapoznać się z każdym obcym odwiedzającym moje miasto; i doprawdy, jakże miło jest mi powitać tutaj przedstawiciela Górnej Dziesiątki”. Zapewniłem go z pośpiechem, że nie wiem na temat Górnej Dziesiątki zgoła nic, poza tym, że do niej nie należę; sadziłem, nie bez niepokoju, że Górna Dziesiątka może być kolejnym z amerykańskich tajnych stowarzyszeń. Machnął ręką na moje zapewnienia i ciągnął: „Spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność. Jestem przyjacielem burmistrza, tak – wielka odpowiedzialność…” I wtedy stało się coś niezwykłego. Szybkim ruchem sięgając do przedniej kieszeni płaszcza, ekscentryczny jegomość wyciągnął z niej i podstawił mi pod oczy coś w rodzaju małego lusterka; coś, co zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. Przez krótką chwilę, którą miałem, zdołałem dostrzec że było to coś w rodzaju wypolerowanej, metalowej plakietki, z literkami wygrawerowanymi na niej jakby w monogram. Lecz oto w tamtej godzinie próby, otrzymałem wreszcie nagrodę za moje pracowite i cnotliwe życie, obracające się zasadniczo wokół czytania amerykańskich opowiadań detektywistycznych; moje głębokie i trudne studia zmyślonych morderstw z magazynów dziesiątej kategorii w końcu wydały owoc. Przypomniałem sobie, kto to jest ten, który w detektywistycznych bajaniach Jankesów świeci w oczy Chudego Jima albo Jednorękiego Crooka metalową plakietką, czasem zwaną „tarczą”. Desperackim tonem godnym samego Chudego Jima odparłem: „A zatem ma Pan jakieś związki z miejscową policją, prawda? Cóż, jeśli zdarzy mi się tu kogoś zamordować, dam Panu znać”. Na co mój zadziwiający interlokutor machnął ręką i rzekł: „Och, nie spodziewamy się niczego takiego po kimś z Górnej Dziesiątki”.

Potem zaś, ta ruchoma konstelacja oddaliła się i porwał ją ciemny prąd ludzkości, jak wizję Sir Galahada, którą również ciemne prądy niosły, by – gwiazdom podobna – pośród gwiazd zniknęła2.

Tak właśnie przedstawia się problem, jaki postawiłbym do rozwiązania Amerykanom i tym wszystkim, którzy twierdzą, że rozumieją Amerykę. Kim był ten człowiek? Astronomem? Detektywem? Bezdomnym wariatem? I jeśli był to ledwie wariat, któremu wydawało się, że jest astronomem, dlaczego miał odznakę detektywa? Jeśli był to detektyw udający astronoma, dlaczego miałby informować o tym zupełnie obcego człowieka dwie minuty po tym, jak powiedział mu, że zajmuje się astronomią? Jeśli chciał tylko czuwać nad bezpieczeństwem miasta, nie zwracając na siebie uwagi i nie narzucając się, dlaczego upstrzył się w metalowe gwiazdy nocnego nieba i twierdził, ze wygłasza wykłady ze wszystkich możliwych przedmiotów znanych ludzkości? Każdy pojętny i porządnie wykształcony badacz historii morderstw dobrze wie, że istnieje coś takiego, jak policjant w cywilu. Ale nikt nie mógłby powiedzieć, że ten konkretny człowiek naprawdę wyglądał jak cywil. Dlaczego nie nosił munduru, skoro konsekwentnie pokazywał odznakę wszystkim napotkanym przechodniom? Może nie miał żadnego munduru; bo przecież krainy te do niedawna stanowiły jeszcze terytoria przygraniczne, zarządzane przez straż obywatelską. Niektórzy Amerykanie stwierdzili, że spotkałem miejscowego szeryfa; regularnego, twardego i niesubordynowanego szeryfa z książek Breta Harte’a3 i moich marzeń chłopięcych. Inni z kolei utrzymywali, że był to agent Ku Klux Klanu, owej wielkiej, bezimiennej rewolucji, o której renesansie krążyły wtedy przeróżne plotki; i że symbol, który mi pokazał, był symbolem tej organizacji. Niezależnie wszakże od tego, czy był szeryfem zdecydowanym bronić prawa, czy spiskowcem działającym wbrew prawu, czy też wariatem pozostającym całkowicie poza prawem, zgadzam się co do jednej kwestii. Otóż pewien jestem, że miał w swojej kieszeni coś więcej, niż tylko odznakę. I pewien jestem również, że w innych okolicznościach bez mrugnięcia okiem zrobiłby z tego użytek, i po prostu mnie zastrzelił – właśnie tam, między kolorowym stoiskiem z prasą a nabitymi po sufit tramwajami. I to jest właśnie ostatni element ogólnej złożoności; bo choć w tym przedziwnym kraju często można odnieść wrażenie, że tworzeniem prawa zajmują się wariaci, nigdy nie można mieć pewności, czy jakiś wariat nie zastrzeli cię za to, że go przestrzegasz. I tylko rozmyślając o tym właśnie obywatelu Oklahomy czuję, że istotnie staję przed całą głębią i tajemnicą Ameryki. Nic nie rozumiem – dlatego też wiem, że mam do czynienia z czymś realnym, z czymś, co zwykło się u nas nazywać narodem; i salutuję jego fladze.

Moje spotkanie z tą tajemniczą postacią ma wszakże również morał – i to kolejny powód, aby o nim wspomnieć. Czy był to szeryf, czy kryminalista, było w nim również coś, co przywodziło na myśl starą, brutalną przygodę amerykańskiego pogranicza; i czy miał jakieś związki z policją, czy nie, otoczenie, w którym żył, było dosyć brutalne, by nawet najbardziej gorliwy policjant mógł czuć się w nim spełniony. Plakaty w sklepie z gazetami wytapetowane były wiadomościami o wyroku w sprawie Hamona4; cause celebre, która osiągnęła zenit dokładnie w czasie mojego pobytu w Oklahomie. Senator Hamon zginął z ręki dziewczyny, którą skrzywdził, i wdowa po nim z wielką energią domagała się sprawiedliwości – czy też, by powiedzieć to jaśniej, zemsty. Od początku towarzyszyły zatem tej sprawie wielkie emocje, których kulminacja nastąpiła w momencie wydania werdyktu uniewinniającego. Niemniej, sprawa Hamona nie wydawała się na tym wietrznym pograniczu niczym wyjątkowym. Gdy tylko miasteczko dowiedziało się, że Klara Smith jest wolna, sprzedawcy gazet ruszyli w dół ulicy krzycząc: „Dwie osoby zasztyletowane w pobliżu Oklahomy” i „Zabójstwo na ulicy Głównej, bankier nie żyje”, i życie toczyło się dalej, zupełnie normalnie. Wydawało się, jakby wszyscy mieszkańcy mówili mi: „Pan naprawdę myśli, że przejmujemy się zabójstwem senatora?” czy: „No dobra, dobra, dzień jeszcze młody – i choć Klarę Smith uniewinniono, Oklahoma wciąż ma w zanadrzu wiele niespodzianek”.

Główny powód wszakże, dla którego wspominam to wydarzenie, jest taki. Pomimo wszystkie swoje mistyczne uwagi na temat Górnej Dziesiątki, mój przyjaciel żył w atmosferze będącej poniekąd dokładną odwrotnością względu na osoby. Istotnie, w samym nieokrzesaniu jego komplementów było coś, co pachniało ziemią, na której żyją równi. W kraju mniej lub bardziej jawnie arystokratycznym, takim jak choćby Anglia, nikomu nigdy nie śniłoby się nawet powiedzieć obcemu człowiekowi, że należy do Górnej Dziesiątki. Ze strachu, że faktycznie mogłoby tak być. Prawdziwy snobizm nigdy nie jest wulgarny; bo z założenia ma sprawiać przyjemność ludziom kulturalnym. Nikt nie liże butów hrabiego – choćby tylko z tego względu, że pan hrabia nie lubi, jak czyści mu się buty właśnie w taki sposób. Nikt nie obejmuje kolan markiza – bo dla szlachcica byłoby to krępujące. Nikt nie rozmawia z nim o przynależności do Górnej Dziesiątki – bo każdy powinien wiedzieć o tym z wyprzedzeniem. Istnieje wszakże jeszcze subtelniejszy rodzaj snobizmu, ujawniający się przy okazji każdego procesu sądowego jakieś znaczniejszej persony. I pierwszą rzeczą, która uderzyła mnie w Oklahomie, był dokładnie całkowity brak tej atmosfery. Pan Hamon, jak można domniemywać, należał do Górnej Dziesiątki, jeśli w ogóle jest coś takiego jak Górna Dziesiątka. Na pewno był członkiem senatu – czyli wyższej (niemalże górnej) izby amerykańskiego parlamentu; był też milionerem i filarem Partii Republikańskiej, którą nazwać można partią ludzi szacownych; i mówiło się o nim, że może w przyszłości zostać prezydentem. Przemówienia adwokata panny Klary Smith, znanego pod cudownie oklahomicznym imieniem Dzikiego Billa McLeana, były, uczciwie mówiąc, cokolwiek szalone; nie pozostawiały wszakże najmniejszych złudzeń co do tego, że – wbrew osobistym opiniom mego przyjaciela – przedstawicieli Górnej Dziesiątki również można oskarżać w Ameryce o przeróżne zbrodnie. Kiedy pan Dziki Bill z nim skończył, Neron i Borgia wydawali się przy Hamonie całkiem porządnymi ludźmi. Niemniej, różnica leżała głębiej – i była w pewnym sensie znacznie bardziej delikatna. Angielskie procesy toczą się w przedziwnym nastroju – i zawsze przynajmniej z początku towarzyszy im ogólny sceptycyzm co do tego, by wybitne osoby życia publicznego naprawdę mogą być w życiu prywatnym doszczętnie zepsute. Mniej lub bardziej otwarcie powątpiewa się w to, by „człowiek z pozycją” może popełnić przestępstwo; taka choćby markiza De Brinvilliers5 czy markiz De Sade. Prima facie, sam fakt, że De Sade był markizem, działałby u nas na jego korzyść. W wypadku Hamona wszakże, fakt, że był milionerem, ewidentnie działał na jego niekorzyść. Dziki Bill nie próbował przedstawić go jako bankruta czy spekulanta; przeciwnie, raz po raz miażdżył słuchaczy swymi „milionami Hamona”, jakby były nie wiadomo czym i znacznie pogarszały sprawę; bo zresztą, jak mi się przynajmniej wydaje, tak właśnie jest. Wydaje mi się tak wszakże wyłącznie dlatego, że przypadkowo ja i Dziki Bill (a także kilka innych dzikich bizonów prerii) wyznajemy tę samą filozofię polityczną. Innymi słowy: że naprawdę istnieje w Ameryce demokratyczny instynkt przeciwko dominacji bogatych. Niestety, bogaci i tak dominują; ale dzięki temu instynktowi, nikt nie czuje do tej dominacji śladu lojalności czy sentymentu. I mimo przejmujące świadectwo człowieka w gwiaździstym płaszczu, Amerykanie naprawdę nie mają żadnych złudzeń co do Górnej Dziesiątki. Kiedy McLean okładał senatora sztabkami jego własnego złota, odwoływał się po prostu do powszechnych nastrojów społecznych.

Chodzi tu jednak również o coś jeszcze innego. W pewnym momencie zdałem sobie bowiem sprawę z tego, z czego bardzo dobrze zdawałem już sobie sprawę wcześniej, przy czytaniu amerykańskich powieści kryminalnych: że milionera traktowano podczas całego procesu jako typ, a nie jednostkę. To jest właśnie różnica zasadnicza; Amerykanie naprawdę postrzegają bogatych krętów jako klasę. Anglik może rozpoznać, że ten czy inny konkretny człowiek jest krętem. Dowolny angielski romans może obracać się wokół zbrodni ludzi z pozycją; baron może w nim otruć żonę, a nieuchwytny włamywacz okazać się biskupem. Niemniej, Anglicy zazwyczaj nie mówią, czy to w romansach czy w rzeczywistości, rzeczy takich jak: „A jeśli baronowie wszystkim nam dosypują trucizny do jedzenia? Co zrobić?”. Nie mamrocą ze wściekłością: „Jeśli biskupi nie przyhamują z tymi kradzieżami, coś trzeba będzie poradzić”. Istotnie, wyjątkowy charakter bogatego złoczyńcy to samo sedno tych opowieści. W wypadku amerykańskich książek wszakże, amerykańskich gazet, czy amerykańskich procesów – choćby tego w Oklahomie – wygląda to zupełnie inaczej. Amerykanie mogą ekscytować się tym, że jakiś bogaty kręt został złapany; ale właśnie: tym, że został złapany – a nie, że w ogóle istnieje. By ująć to zwięźle: Anglicy dostrzegają, że jest coś takiego jak światek kryminalny – ale tylko wśród klas niższych. Amerykanie wiedzą, że jest także światek kryminalny górnych szczebli drabiny społecznej. Tak w Anglii, jak i w Ameryce, skazanie kryminalisty z różnych powodów może okazać się trudne, ale w Ameryce ludzie zdają sobie przynajmniej sprawę z tego, że kryminaliści również mają arystokrację. Arystokracja owa zaś, istnieje – rzecz jasna – zarówno w Anglii, jak w Ameryce.

Tak właśnie przedstawia się jedno z podstawowych założeń amerykańskiego umysłu – i założenie to zmienia bardzo dużo; w mojej opinii przynajmniej: na lepsze. Wizja biskupów-włamywaczy była zwykłym żartem; a jednak, pewna prawdziwa historia z Nowego Jorku, dobrze unaoczniająca istotę sprawy, rzeczywiście łączy się w pewnym sensie z problemem biskupiej przestępczości. Oto bowiem pewnego pięknego dnia jakiś anglikański lord duchowny, starego i napuszonego typu, postanowił wejść bez pukania domu czynszowego amerykańskiej biedoty, zupełnie zgodnie zresztą z tradycyjnymi zasadami pobożnej protekcjonalności angielskiego możnego i kapłana, wizytującego wieśniaków, gdy nagle wyłonił się nie wiadomo skąd gigantycznych rozmiarów irlandzki policjant i zdzielił go pałką w łeb – ewidentnie mając przeświadczenie, że unieszkodliwia włamywacza. Mam nadzieję, że ci, których ta historia śmieszy, dostrzegają, że nie tylko policjant jest tutaj zabawny; i że nie tylko jemu, ale właśnie chyba przede wszystkim rzeczonemu biskupowi, nie udało się poczynić pewnych zasadniczych rozróżnień logicznych. Biskupa, jako człowieka uczonego, można by zresztą poprosić (jak tylko odzyskałby przytomność), aby wyjaśnił nam dokładnie, czym różni się włamywacz od gościa; i dlaczego właściwie gościa, który nie zachowuje się jak na gościa przystało, nie powinno się uważać za włamywacza. Dla człowieka bezstronnego i inteligentnego czymś znacznie mniej szokującym jest, gdy policjant nie szanuje czyichś gości, niż gdy goście nie szanują swoich gospodarzy.

Niemniej, bezbłędnie wyczuwalny w całej opowieści zapach zachodniej gleby bierze się dokładnie z jej brutalności. W Anglii, snobizm i opresja społeczna to rzeczy znacznie subtelniejsze i słabsze; ich przejawy przynajmniej, wydają się znacznie łagodniejsze i bardziej ludzkie. W porównaniu, atmosfera Ameryki, a szczególnie amerykańskich miast, ma w sobie coś z tego, co zwykło nazywać się bezwzględnością. Biskup może wchodzić bez pukania do obcych domostw, ale na pewno nie starałby się rozwalić ich drzwi przy pomocy pałki; pałka irlandzkiego policjanta zaś, to pałka obosieczna. Irlandzki policjant może obchodzić się brutalnie zarówno z biskupem, jak i z ubogim mieszkańcem kamienicy czynszowej; zasadnicza różnica i rozróżnienie polegają tutaj wszakże dokładnie na tym, że może obchodzić się brutalnie z biskupem. A jest tak dlatego, że u podstaw całego tego barbarzyństwa leży swego rodzaju negatywna wiara w braterstwo wszystkich ludzi, pewne ślepe, demokratyczne przeświadczenie, że ludzie są ludźmi i nikim więcej, że bezdusznej, a nawet skorumpowanej biurokracji nienawidzi się tutaj inaczej, niż biurokracji oligarchicznych. Tutejsza korupcja nie jest tak nędzna, jak nepotyzm. To właśnie dzięki tego rodzaju przedziwnej, cynicznej pokorze, a nawet wprost cynicznemu miłosierdziu, tak długo trwała na wysokości owa straszna wieża ze spiżu, Tammany Hall. Nowoczesny system policyjny jest w wymiarze duchowym najbardziej nieludzki w dziejach, i jest to kwestia epoki, a nie narodu. Niektóre wszakże metody policji amerykańskiej są tak niegodziwe, że nie znajdują porównania; tutejszy detektyw zaś, może być większym złoczyńcą niż tysiące złoczyńców. Lecz w Stanach Zjednoczonych nie tylko że policjant może być gorszy od przestępcy – ale bardzo możliwe, że wcale nie myśli, by było inaczej. W popularnych opowiadaniach O. Henry’ego6 praktykę wyrzucania trampów z hoteli opisuje się tak lekko, że każdy chrześcijanin poczuje się w trakcie lektury zmuszony szukać pociechy w dosadnym języku, a także ufności w niebo – by nie powiedzieć, że w piekło. A jednak, czymś znacznie bardziej popularnym nawet od dzieł O. Henry’ego jest sentymentalna tandeta dziennikarek z pism kobiecych, które pływają po morzu łez śledząc losy spragnionych miłości starych panien, zajmujących się w życiu zasadniczo właśnie doczesną i duchową opieką nad trampami. Lud ten odznacza się zarówno brutalnością, jak i sentymentalizmem, których kompletnie nie rozumiem, szczególnie jeśli się mieszają; pewien jestem wszakże, że obydwie te rzeczy mają swoje zapomniane źródło nie w czym innym, tylko w demokracji. Irlandzki policjant nie ogranicza się wybrednie do bicia biskupów; tępi swą pałkę również na bardzo wielu głowach amerykańskiej biedoty; a jednak, mniemam, że ma do tych ubogich znacznie więcej zrozumienia, niż policja bardziej arystokratycznych krajów. I mniemam, że on również płacze wieczorami przy opowieściach o starych pannach i odratowanych trampach; istotnie, w amerykańskim magazynie (moim wiernym i jedynym towarzyszu wielu podróży amerykańską koleją) da się znaleźć sporo patetycznych opowiastek, nie tylko że poświęconych detektywom, ale jeszcze – jak się zdaje – pisanych przez detektywów. I w nich również uderza czytelnika ów szczery, ludowy zachwyt nad Górną Dziesiątką, jakiego wyrazicielem stał się w rozmowie ze mną właśnie detektyw – detektyw astronomiczny. O ile, rzecz jasna, był to naprawdę detektyw, a nie demon z mrocznej puszczy Indian, który po naszej rozmowie rozpłynął się w powietrzu. Wybrałem go wszakże na tytuł i temat niniejszego rozdziału dokładnie dlatego, że opisując tę osobliwą mieszankę czwartego stopnia czarnej magii i siódmego nieba sentymentalizmu dotykam czegoś, czego naprawdę nie rozumiem; a jeśli czegoś nie rozumiem, to mówię, że tak jest.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

1Aluzja do wiersza Jana Keatsa „Happy England”.

 

2Aluzja do wiersza Tennysona, „Sir Galahad”.

 

3Franciszek Bret Harte (1836-1902) – amerykański pisarz, autor opowiadań awanturniczych.

 

4Chodzi o Jakuba Ludwika Hamona (1873-1920), amerykańskiego polityka i biznesmena, zastrzelonego przez swoją sekretarkę, kochankę i żonę bratanka, Klarę Smith Hamon.

5Maria De Brinvilliers (1630-76) – francuska arystokratka i trucicielka.

6O. Henry (1862-1910) – wł. William Sydney Porter, amerykański autor opowiadań komicznych.