Gilbert Keith Chesterton

Amerykański ideał

Ze zbioru Sidelights (1932)

Jedyną wyraźną wadą Amerykanów są ich ideały. Z Amerykaninem realnym wszystko jest zupełnie w porządku; z Amerykaninem idealnym wszakże, wszystko jest zupełnie nie w porządku. Narzucane odgórnie prawa i pojęcia życia stanowią tutaj znacznie większy problem, niż działające oddolnie, ludzkie przywary i słabości.

W tych wypadkach, w których obywatele tej zachodniej demokracji rzeczywiście zbłądzili, ich błąd nie pojawił się w sposób logiczny czy całkiem naturalny. Błędnie ich uczono; błędnie instruowano; błędnie edukowano; błędnie wychwalano i emancypowano. Ogromna herezja, raczej typowa dla współczesności, a jednak traktowana przez współczesnych krytyków zadziwiająco bezkrytycznie, zdemoralizowała ich w sposób nie do końca zgodny z kształtem ich osobowości. Prawdziwi, naturalni Amerykanie, to ludzie otwarci, szczodrzy, zdolni do pięknych uczuć wdzięczności i zachwytu; pełni entuzjazmu dla rzeczy zewnętrznych od siebie; prędcy do polemiki, ale nie bardzo próżni. Obecnej próżności świadomie i systematycznie ich nauczono. Systematycznie edukowano ich w teorii entuzjazmu, który degeneruje się z czasem w zwykły egotyzm. Amerykanin odziedziczył po swych przodkach, niby jakiś rodzaj religii, pojęcie, jakoby trąbienie przed sobą było równie ważne, co dźwięk trąby Sądu Ostatecznego.

W głównej mierze stanowi to, jestem niemal pewien, przykład zgubnego skutku herezji – i to herezji bardzo agresywnej – polegającego na postępującym zatwardzaniu ludzkich serc. Podobnych przykładów zaś, znajdzie się znacznie więcej, niż chcieliby to przyznać ci, którzy udają, że herezja nie jest niczym szkodliwym. Weźmy choćby Szkotów; kalwinizm nigdy nie leżał w ich naturze; i kiedy udaje się im wyzwolić spod wpływu tej religii, zamieniają się nagle w postaci niezmiernie romantyczne, pokroju Stevensona czy Cunninghame’a Grahama1. W naturze Amerykanów zaś, nigdy nie leżały reklamiarstwo czy biznesowy bandytyzm. Byliby oni znacznie szczęśliwsi – i znacznie bardziej sobą – gdy pozwolono im żyć na wsi jako plemieniu ludzi prostych i ciepłych, kochających wiejskie zabawy i zachwycających się cudownościami wiejskich festynów. Herezja egoizmu, dziecko współczesnego pogaństwa, wpoiła im, wbrew wszystkim ich chrześcijańskim instynktom, że przechwałki są lepsze od uprzejmości, a duma – lepsza od pokory.

Dziwne, jak niedawna i nieuformowana jeszcze jest ta herezja; i jak rzadko dostrzega się ją podczas polowań na heretyków. Wiele słyszy się dzisiaj o tym, jak współczesne formy poligamii i porubstwa wypierają powoli chrześcijański ideał czystości. Nieco, choć i tak o wiele za mało – o tym, jak współczesne formy kapitalizmu i komercjalizmu wypierają powoli chrześcijański ideał miłosierdzia wobec ubogich. O tym wszakże, jak współczesne formy reklamy, z ich pewnością siebie, pragnieniem rozgłosu i rozpychaniem się łokciami, wypierają powoli chrześcijański ideał pokory, nie słyszy się dzisiaj wcale nic. Możemy jednak błyskawicznie przekonać się, na czym właściwie polega ta nowa etyka popularności – wystarczy tylko przestać myśleć o niej w kategoriach życia publicznego; i zastosować ją do życia prywatnego. Co byśmy sobie pomyśleli, na jakimś prywatnym przyjęciu, gdyby pewien starszy gentleman napisał na przedzie swej białej koszuli pięknymi, kreślonymi zamaszyście literami: „Jestem jedyną dobrze urodzoną osobą w tym towarzystwie”? Co takiego pomyślelibyśmy sobie, gdyby jakiś niepozbawiony smaku i poczucia humoru człowiek chodził po pokoju z transparentem: „Proszę zwrócić uwagę na mój dyskretny urok”? Co powiedzielibyśmy, gdyby ludzie zupełnie poważnie zamieszczali na wizytówkach ogłoszenia, że są najprzystojniejszymi, najbardziej dowcipnymi i najbardziej w jakiś dziwny i subtelny sposób atrakcyjnymi mieszkańcami swoich miejscowości? Otóż nie tylko pomyślelibyśmy sobie na to, bardzo zresztą celnie, że ludzie ci zachowują się jak osły i z całą pewnością niweczą z wyprzedzeniem wszystkie atuty, jakimi naprawdę mogą dysponować w towarzystwie. Pomyślelibyśmy sobie także to, że bezmyślnie ignorują i niszczą oni zasadę towarzyskiego taktu i moralnej delikatności, znaną we wszystkich cywilizowanych państwach i epokach, w etyce chrześcijańskiej wszakże – zajmującą naprawdę szczególne miejsce. Nowoczesny biznes zaś, zwłaszcza w Ameryce, istotnie zmusza ludzi, by w podobny sposób szukali popularności w życiu publicznym; i pomalutku zaczyna naciskać na to nawet w życiu prywatnym. Należy tutaj jednak podkreślić jedną rzecz: to, że rzeczywiście, większość Amerykanów działa w tej materii pod wpływem nacisku; że niemal siłą zmusza się ich i zagania do uczestnictwa w tym typie życia publicznego; i że znacznej ich liczbie wystarczyłoby w zupełności zwykłe życie prywatne. Wytrzymaliby je, nawet gdyby naprawdę odzyskało ono całą zamierzchłą przyzwoitość i godność prywatności. To jest bowiem właśnie ten punkt, w którym każdy krytyk musi obchodzić się z subtelnością owej amerykańskiej prostoty możliwie jak najbardziej delikatnie.

Amerykanów zawsze usprawiedliwia się za ich niedoskonałości stwierdzeniem, że to młody naród; choć samo to usprawiedliwienie nie jest już chyba aż takie młode. Prawdę mówiąc jednak, określenie to jest bardzo mylące; i w pewnym sensie towarzyszy im raczej atmosfera starości narodu. Po wszystkich drogach tego rozległego kraju, ludzie ci jawią się na pewno jako wspólnota, którą powinniśmy nazwać narodem staromodnym. W żadnym narodzie na świecie nie znajdzie się bowiem tyle przywiązania do pewnego zestawu starych tekstów, znanych powszechnie cytatów, albo sentymentalnych notatek, które wypisywano niegdyś na różowych kartach wiktoriańskich sztambuchów. Podczas mojego pobytu w Ameryce, wydano drukiem pewną bardzo popularną książkę, noszącą niepokojący poniekąd tytuł Serce bije mocniej, z którego to zbiorku dowiedzieć się można na przykład, że ulubionym wierszem pewnego potężnego i posępnego sędziego jest „Błogosławieństwo babci”, albo że jakiś kolos komercji, jakiś „król stalowy” czy „naftowy”, osobiście preferował prostsze wersy, zatytułowane „Kapelusz naszego tatusia”. Sprawiedliwie należy tutaj dodać, że niektórzy z tych stąpających twardo po ziemi i srogich samowładców, nigdy nie zapomnieli owych prawdziwie klasycznych idei, które wyrażone zostały w „Siedmiu wiekach życia”2 czy „Młodym śnie miłości”3. Niektórzy mogliby drwić z podobnych skrótowych notatek – na pewno wszakże nie z ich nowinkarstwa czy prymitywizmu. Ja w każdym razie, nie wspominam o nich tutaj po to, aby z nich drwić, ale – przeciwnie – po to, aby na ich podstawie wykazać, że ewidentnie istnieje jeszcze w Ameryce bardzo dużo z naszych normalnych, a wręcz tradycyjnych, sentymentów. Nie ma zaś żadnego zgoła powodu, aby ludzie, którzy mają takie sentymenty, którzy odziedziczyli taką tradycję, musieli zamieniać się z czasem, z własnej, nieprzymuszonej woli, w wyznawców sensacyjnego i reklamiarskiego samolubstwa. Podejrzewam, tak nawiasem mówiąc, że mniej jest podobnie gruboskórnego i gardzącego ludźmi egoizmu w Ameryce, niż gdziekolwiek indziej. Starsze cywilizacje, niektóre z których pozwolę sobie nazwać cywilizacjami bardziej cywilizowanymi, pod wieloma względami górują nad Ameryką jeżeli chodzi o różnorodność kultury i ogólny kunszt krytyki; przypuszczam jednak, że ich niegodziwość również jest bardziej niegodziwa. Francuz potrafi być znacznie bardziej sceptyczny i cyniczny, niż Amerykanin; Niemiec – bardziej szalony i zepsuty; Anglik – znacznie bardziej zlodowaciały od pychy i zmanierowany. Nieszczęście, które przydarzyło się Ameryce, polega na tym, że pewna liczba ludzi, których przeznaczeniem było pędzić żywot bohaterskich i walecznych rolników, naraz chłopów i pionierów, została zmieciona z powierzchni ziemi przez zarazę osobliwej, współczesnej fantazji czy fałszywej wiary; ideału, który w pełni zasługuje na to, aby znaleźć swój wyraz w owym ohydnym sformułowaniu „dobrze się zakręcić”. Same słowa stanowią tutaj hipokryzję, która byłaby czymś zupełnie niezrozumiałym dla jakiegokolwiek przedstawiciela innej epoki czy innej religii; tak dla greckiego sofisty, jak i dla buddyjskiego mnicha. Jako iż udaje im się, mocą zwyczajnej zabawy słowami, połączyć ze sobą pojęcie cwaniactwa z całkowicie przeciwnym pojęciem dobra. Jednak nienormalność tej koncepcji widać najwyraźniej, jak już wspomniałem, w wypadku jej pogańskiego i barbarzyńskiego odwołania do najbardziej bezczelnego samochwalstwa. Jeżeli chciało się sprzedać jakiś towar, zupełnie przypadkowo trzeba było, rzecz oczywista, zostać kłamcą; niemniej, czymś niemal jeszcze gorszym był fakt, że trzeba było zostać bufonem.

The „New home” in the far west fot. Library of Congess, dozwolony użytek

W pewnym bardzo prawdziwym sensie, niektóre prymitywności Amerykanów stanowią nie tyle część amerykańskiego prymitywizmu, co amerykańskiej kultury. To nie tylko zwyczajne wybryki ludzkiej natury; to coś, co systematycznie wpaja się owej naturze od zewnątrz. Nieprzypadkowo przecież jedne z najważniejszych elementów amerykańskiego systemu edukacji stanowią twory w rodzaju szkół biznesu czy szkół dziennikarstwa. I zachodzi doprawdy ogromna różnica między tymi rzeczami, a wszystkim, cokolwiek świat rozumiał w przeszłości pod pojęciem szkoły; szczególnie szkoły bardziej scholastycznego charakteru. Nawet ci, którzy nie mają najlepszej opinii o praktyce uczenia się greki i łaciny zgodzą się co do tego, że zawierała ona w sobie jakąś niejasną sugestię, że Grecy i Rzymianie to ludzie godni podziwu. Uczniowie mieli w pewien sposób poczuć, że są niżej w hierarchii. Lecz nawet w prawdziwej akademii biznesu, uczęszczający tam chłopcy nie zajmują się patrzeniem na jakiegoś wielkiego milionera, jak ten zbija właśnie fortunę na krętactwach na rynku pszenicy, z sercami wypełnionymi tym samym uczuciem, które wypełniało serce każdego poganina, gdy jego oczy spoczęły na chwilę na Kolosie Rodyjskim. Na nic by im się to nie przydało; ważniejsze jest jednak to, że po prostu zazwyczaj tego nie robią. Jeżeli uczą się tam czegokolwiek, to tego, jak samemu sprawnie kręcić na rynku pszenicy – albo przynajmniej, jak mieć nadzieję, że zrobi się to z gracją prawdziwego akrobaty. Nie uczy się tam nawet, jak stosownie podziwiać pana Rockefellera – tylko jak pana Rockefellera naśladować.

Podobnie, praktyczne studia dziennikarskie nie stały się tu przyczyną jakiegoś szczególniejszego uwielbienia dla literatury. Cechy charakteru, które się na nich wszczepia i kultywuje, są dokładnie takie same, jak te, które wszczepia się i kultywuje w biznesie. Mówię to bez jakiejś specjalnej złości czy żalu, ale faktem jest, że szkoły biznesu i szkoły dziennikarstwa niemal równie dobrze można by nazwać szkołami tupetu, szkołami nadęcia, względnie szkołami „, więcej, więcej, więcej, więcej, więcej”.

Chodzi tu jednak właśnie o to, że ludzie ci są tego tupetu i chciwości uczeni – a nie że są tacy z natury. Bo, prawdę mówiąc, nie są. I tak oto przedstawia się cały paradoks sytuacji, który zdążyłem już wcześniej zarysować i o którym chciałbym powiedzieć teraz trochę więcej. Widziałem w Stanach Zjednoczonych wielu młodych ludzi, którzy dopiero co ukończyli ów kurs kultury i z naprawdę ogromnym wysiłkiem zdobywali się na niegrzeczność – na podobnej zasadzie, na jakiej normalni młodzi ludzie z wysiłkiem tylko zdobywali się na uprzejmość. Byli oni nieśmiali w rzeczywistości i niewychowani z zasady. Zadawali bardzo niegrzeczne pytania, niemniej – bił od nich wtedy taki sam wstyd, jaki bije ze zwyczajnej młodzieży wtedy, kiedy musi komuś powiedzieć komplement. Posunęliby się do najbardziej bezczelnych środków, by tylko ktoś ich zauważył, niemniej – każdy, kto by ich zauważył, natychmiast zacząłby litować się nad ich skrępowaniem. Zawsze szturmowali sam środek sceny – i zawsze czynili to w stanie tremy scenicznej.

Bardzo prostym wytłumaczeniem tych wszystkich zadziwiających sprzeczności jest to, że byli to ludzie sami z siebie bardzo mili i normalni, których nigdy nie zostawili wszakże samym sobie zwolennicy teorii, że „trzeba o siebie walczyć”. Z największym tupetem wpędzono ich w tupeciarstwo i najzwyklejszym terrorem zamieniono w terrorystów. I wytłumaczeniem jest tu także owa współczesna herezja, czy fałszywy ideał, propagowany przez każdy możliwy organ popularności i plutokracji: teoria, wedle której przechwałki to jedyna prawdziwa rekomendacja.

Zasugerowałem już, że gdyby nie ta herezja, amerykański charakter mógł się rozwinąć w sposób nieskończenie bardziej ludzki i zdrowy. Oczywiście, amerykański charakter w każdym wypadku byłby znacznie bardziej niespokojny, żywy i porywczy, niż charakter angielski. Nie ma to jednak nic wspólnego z tą konkretna modą czy manią komercyjnej autoreklamy i ambicji. Istnieje mnóstwo plemion, które są znacznie bardziej żywotne i żywiołowe, niż Anglicy, a które mimo to pędzą normalne życie wesołego, wiejskiego ludu, zmieniając w czyn tradycyjne ideały grzeczności i skromności.

Problem z fałszywym ideałem komercjalizmu polega na tym, że zmusił on owych ludzi, aby zwalczali skromność tak, jakby była syfilisem; i naprawdę próbował poskromić ich naturalną grzeczność, tak jak inni ludzie męczą się ze swym naturalnym grubiaństwem. Nie sądzę, by przechwałki i pogoń za pieniądzem stanowiły amerykańskie przywary. Nienawidzę ich bowiem jako amerykańskich cnót; i sądzę, że spór ów toczy się nie tyle z Amerykanami, co z bogami Amerykanów: z fałszywymi bogami, których kultu ich nauczono, a którego to kultu nawet dziś nie mogą praktykować z zupełnie czystym sercem. I ci bogowie pogan, to ledwie mosiądz i kamień – lecz zwłaszcza kamień; i toczy się w owym połowicznym bałwochwalstwie odwieczny spór; jako iż często, gdy bogowie są z kamienia, to serca – ze złota.

Tłm. Maciej Wąs

1 Robert Bontine Cunningham Graham (1852-1936) – szkocki pisarz, podróżnik i polityk. W polityce zaczynał w Partii Liberalnej, by potem stać się bliższym raczej socjalizmowi (założył Szkocką Partię Pracy), a potem nacjonalizmowi (przewodniczył Szkockiej Partii Narodowej). Chesterton darzył go wielką sympatią – wspomniał o nim nawet w wydanej pośmiertnie Autobiografii.

2 Poetycki fragment z Jak się wam podoba Willa Szekspira; oryg. „Seven Ages of Man” lub, jak równie często się go nazywa, „All the World’s a Stage”.

3 Wiersz romantyczny poety Tomasza Moore’a (1779-1852). Oryg. „Love’s Young Dream”.