Jest to rozdział III przepięknej i mało znanej książki Gilberta pt. „Christianitas w Dublinie” (ang. „Christendom in Dublin); rozdział o tyle ważny, że doskonale (i jak rzadko precyzyjnie) obrazujący stosunek Chestertona do Religii, Demokracji, a także potencjalnych i aktualnych relacji tych-że. Nie chcę zdradzić za wiele, ale może nie zdradzę, jeśli powiem, że jak zwykle okazuje się, że to ja mam rację, a inni się mylą (i nie jest to deklaracja nieskromna; po prostu wobec niszowości problemu tudzież różnorakich innych niekorzyści, jakie wiążą się z życiem doktoranta i młodego tłumacza, tudzież w ogóle młodego człowieka w naszym pięknym kraju, satysfakcja z tego, że się miało rację, pozostaje często jedyną formą gratyfikacji za ciężką robotę). Stąd i pomysł na nowe motto naszej strony: nie „Uwalniamy Chestertona”, a raczej: „Czego konserwatyści ci o nim nie powiedzą”. – M.W.

Lenin powiedział kiedyś, że religia to opium dla ludu. Uwaga ta doskonale po prostu tłumaczy senną służalczość, krowią łagodność oraz narkotyczną i nalaną potulność narodu irlandzkiego; oczywiście jeśli porównać jego usposobienie z rewolucyjnym szałem, nieskończoną kawalkadą buntów, umiłowaniem krwawych zamieszek i wiecznotrwałych burd ulicznych narodu angielskiego. Nikt, kto mieszkał w Irlandii choćby przez tydzień (jak ja w trakcie Kongresu Eucharystycznego) nie może wątpić, ze to kraj nieprawdopodobnie religijny; a zwłaszcza, że naród irlandzki jest nieprawdopodobnie religijny. Wynika stąd niezbicie, przynajmniej według zimnej logiki Lenina, że naród irlandzki zawsze cechował się także właśnie wyjątkową cierpliwością, łagodnością i służalczością. Nikt zaś, kto mieszkał w Anglii całe swoje życie (znowu: jak ja), nie może wątpić, że Anglia współczesna, mimo wszystkich swych męskich i szczerych cnót, stała się w znacznej mierze kompletnie religijnie obojętna. A zatem, znowu: według zimnej logiki Lenina, Anglicy muszą być najlepszymi bolszewikami na całym Bożym świecie. Zakładać coś innego to po prostu zuchwale i bezczelnie, nie! – bluźnierczo!, sugerować, że z logiką Lenina może być coś nie tak. Koniecznie trzeba nam zatem wierzyć, na tyle, na ile potrafimy, że Irlandczycy to ludzie potulni i pacyfistyczni; i że to Anglicy tak naprawdę zawsze byli „naprzeciw rządowi”1. W implikacji wychodzi więc, że wiara w Boga stanowi konieczny warunek wiary w państwo. Niemniej prawda jest taka, że wiara w Boga to konieczny warunek krytyki państwa. Zanegujmy Boga, a państwo staje się bogiem. To niezbity fakt, wypisany płonącymi literami na całym obliczu dziejów; przede wszystkim jednak – niedawnych dziejów Rosji; nowoczesnej Rosji, stworzonej przez Lenina. W Rosji państwo jest bogiem – zupełnie dosłownie, bo jak każdy Bóg pragnący kultu, ogłasza ono wszem i wobec, przy wtórze gromu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”.

Lenin popełnił zresztą bardzo mały błąd; postawił sprawę na głowie. Prawda jest bowiem taka, że to obojętność religijna jest opium dla ludu. Jeśli ludzie nie wierzą w coś ponad światem, zaczynają wielbić świat. Przede wszystkim jednak – to, co na świecie najsilniejsze. Bolszewizm zaś, a także wiele innych systemów politycznych współczesności, a także praktyka właściwie wszystkich systemów politycznych wszystkich epok dziejów, najsilniejsza rzeczą na świecie czyni – państwo. Cała tendencja czasów obecnych zmierza do tego, by człowiek uznał absolutne Państwo za absolutny punkt odniesienia. Aby można było protestować przeciwko niesprawiedliwym prawom, logicznie trzeba wpierw wierzyć w coś takiego, jak sprawiedliwość; a żeby wierzyć w sprawiedliwość, która jest wyższa od prawa, konieczne jest wierzyć także w sprawiedliwość, która jest wyższa nad ludzi. Można narzucić ludziom władzę bolszewików, podobnie jak można narzucić im władze Burbonów; w obu wypadkach zatem, mamy do czynienia właśnie z narzuceniem, czyli z pospolitą przemocą. Nawet w warunkach przemocy można jednak uczynić poddanego łagodnym i szczęśliwym – dokładnie tak, jak opium może uczynić człowieka łagodnym i szczęśliwym. Jeśli wszakże chcemy znaleźć w naszym społeczeństwie coś takiego, jak tak zwane „boskie niezadowolenie”, to faktycznie musi być ono boskie. Wszystko, co dzieje się pod niebem, w ostatecznym rozrachunku musi pochodzić z nieba.

***

Plotki, które spisałem kilka stron wcześniej, dotyczące różnych ważnych gości Kongresu, w znacznej mierze obracały się wokół przeróżnych zagranicznych prałatów czy patriarchów z obcych krajów, w których wyglądzie zewnętrznym było coś takiego, co wydawało się niemal fantastyczne, jakby nie z tego świata – przynajmniej dla kogoś, kto nie zdaje sobie sprawy, do jak dalekich krain zawędrowała w historii najbardziej awanturnicza religia ziemi.

I naprawdę sądzę, że nawet ten trochę dziecinny nastrój ma swoją wartość, łącząc w sobie dwa przeciwstawne aspekty katolickiej prawdy; dystans jej rozmiarów i bliskość jej codziennego rytuału. Istotnie, wydaje mi się, że katolicy czerpią przedziwną, ironiczną niemal przyjemność z obcości, a nawet skostnienia, pewnych orientalnych form czy symboli kultu; dokładnie dlatego, że wiedzą, że u źródła ich leży chrześcijańska prostota i miłosierdzie, które przerażać mogą tych tylko, którzy ich nie rozumieją. Im bardziej dumni jesteśmy, że opowieść o tym, co stało się w Betlejem, zrozumieć mogą nawet prości pasterze owce, a niemalże same owce, tym bardziej pozwalamy naszej wyobraźni odlatywać na ciemnych i bujnych freskach oraz w kolorowych misteriach ludu próbujących oddać tajemniczą powagę i piękno wędrówki Trzech Króli. Ma to w sobie nawet coś z dowcipu; dowcipu, w którym człowiek współczesny otrzymuje bardzo osobisty list od przyjaciela napisany egipskimi hieroglifami czy babilońskim pismem klinowym. I tak właśnie, czy jakoś w tym rodzaju, opisać mógłbym owo przedziwne wrażenie, jakie sprawiła na mnie nieprawdopodobnie pstrokata panorama tłumu, jaki zebrał się na pierwszym nabożeństwie eucharystycznym w Phoenix Park.

W centrum, bezpośrednio nad ołtarzem, wznosiła się jak gdyby kopuła świątyni, mieniąca się pasami brunatnej czerwieni i łagodnego złota; po obu stronach zaś, stały wielkie namioty kardynałów, ledwie nieco mniej czerwone niż ich szaty. Było w tym tak bliskim zestawieniu dwóch odcieni jednej barwy, jak gdyby dwóch warstw czerwonego lakieru, a także w kolorowej kratce falującej nad nimi, co przywodziło na myśl kulturę Chin; w związku z czym twarze Anglików i Irlandczyków, które znałem przecież doskonale, zaczęły przybierać wygląd jak gdyby widmowy, dziwnie odległy – i to nie tylko pod względem przestrzennym, ale i czasowym; jak gdyby naprawdę zebrali się tam mandaryni o długich rękawach, spoglądający na cynobrowe namioty pierwszej dynastii Synów Nieba. Zza nich zaś, wychodziły, niby dwa ostre rogi, zacienione rzędy krzeseł dla biskupów i arcybiskupów. Te zaś, generowały własną iluzję; bo półksiężyc, jaki formowały, stanowił jak gdyby kolumnadę, z której dachu gdzieniegdzie zwisały koszyki z zielonymi roślinami, do złudzenia przypominającymi wawrzyny lub oliwki Śródziemnomorza; biskupi zaś, odziani w swe dumne, purpurowe szaty, wyglądali jak rzymscy senatorowie zasiadający w amfiteatrze. I w obu wypadkach, wyobraźnia mogła bawić się tą ironią zupełnie swobodnie; pamiętając, że żadna z tych niedorzeczności nigdy nie mogłaby być całkiem niedorzeczna; że Kościół pierwszy dom zbudował sobie w pogańskim Rzymie – i może jeszcze oglądać będziemy jego świątynie na ulicach Pekinu.

Powiedziałem już, że w pełni rozumiałbym, gdyby człowiek z zewnątrz czuł się zdezorientowany całą tą pontyfikalną pompą; która mnie przynajmniej naprawdę wydaje się naraz światowa, a jednak nieziemska.

Ale choć zewnętrzne, a nawet zawrotne znaki i symbole tej kolosalnej hierarchii w naturalny sposób przykuwały oczy najbardziej, po pewnym czasie wyławiało się z tej scenerii coś jeszcze, rzecz jeszcze większą i nie mniej tajemniczą. Relacji między tymi rzeczywistościami nie da się zaś opisać lepiej, niż tak, jak uczyniło to samo życie – i to w pewnym związku z osobistym losem niżej podpisanego.

Pewien biskup, górujący nade mną w całym straszliwym majestacie rzymskiej purpury, zszedł nagle kilka stopni niżej i poprosił mnie, wiejskim irlandzkim akcentem, żebym przeniósł się nieco wyżej, bo stamtąd widać cały park. Tak też uczyniłem: i oto ujrzałem, daleko, jak osiem sięgnął, aż po same krańce nieba, ów nieogarniony ocean ducha, który nazywa się Ludem.

Naprawdę, wyglądało to jak wizja; i wydaje mi się, że ujrzałem w niej kilka niezmiernie ważnych rzeczy, które wszakże również niezmiernie trudno będzie mi wyrazić słowami – czy tutaj czy gdziekolwiek indziej; zacznę więc od jednej z najmniejszych z nich.

***

Kongres Eucharystyczny zajmował się Eucharystią; słowo „Eucharystia” zaś, samo w sobie stanowi werbalny symbol, prawie moglibyśmy powiedzieć: werbalną maskę, dla rzeczywistości tak nieprawdopodobnej, że stwierdzanie jej i negowanie zarówno wydawać by się mogły po prostu bluźnierstwem; bluźnierstwem, wstrząsającym podstawami ziemi od dwóch tysięcy lat.

Kiedy jednak zdamy sobie sprawę z centralnego znaczenia tego faktu, z tej prostej koncentracji na jednym nieznanej współczesnemu światu, w zasięg wzroku zaczynają wchodzić także pewne prawdy poboczne, takoż wielmi ciekawe i interesujące. Szczególnie dla tych zapewne, którym nie przydarzyło się odkryć prawdziwości najważniejszego w całej sprawie dogmatu. Sam fakt, że tak ogromna rzesza ludzi patrzyła w jednym kierunku – na ołtarz – daje postronnemu obserwatorowi doskonałą okazję, aby popatrzył sobie na nich. Jeśli zaś tak uczni, niechybnie zda sobie sprawę i z pewnych innych faktów (które wszyscy ci ludzie na pewno uznaliby za należące do mniej wzniosłej dziedziny nauk politycznych i społecznych), ale które jemu wydadzą się osobliwie typowe i na miejscu.

Weźmy choćby jeden z nich; przyznaję bowiem, że sam byłem w stosunku do całości wystarczająco postronny, by nagle, gdy niepoliczalne tłumy zaczęły rozpraszać się, wychodząc długimi mackami w kierunku pobliskich dróg i mostów, umysł mój rozjaśniło światło błyskawicy: „Zaraz, zaraz, przecież to jest – Demokracja! A ludzie mówią, że nie ma czegoś takiego!”

I nie mówię tego w sensie sentymentalnym, czy wyłącznie z osobistych sympatii poglądowych. Nie chodzi, ani trochę, o ckliwe gadki o braterstwie, solidarności czy idealizmie społecznym. Ale o jasny i jaskrawy sens pierwotnego terminu greckiego – o tłum rządzący samym sobą na podobieństwo króla.

Jeśli istnieje na świecie jedna rzecz, co do której umysł współczesny zachowuje zupełny sceptycyzm, to właśnie ta. Podchodzi do niej ze znacznie, wbrew pozorom, większą rezerwą, niż do wszelkich cudów naszej historii, nawet do cudu Mszy świętej. Nonsensem jest twierdzić, że żaden poważny naukowiec nie wierzy dzisiaj w Mszę świętą. A jednak, żaden, czy prawie żaden poważny naukowiec nie wierzy dzisiaj w Lud. Jeśli wziąć wszystkie dzisiejsze gadki o rzekomym „stopniowym upadku dogmatów chrześcijaństwa”, okaże się, że są zupełnie prawdziwe – jeśli tylko podmienić słowo „chrześcijaństwo” na słowo „demokracja”. Najczęściej zaś, na negacjonistyczny warsztat, szczególnie wśród krytyków najbardziej kulturalnych i inteligentnych, trafia dogmat własny Jana Jakuba Rousseau, który nazywa się „doktryną woli powszechnej”. Humaniści z Ameryki, faszyści włoscy, a nawet rosyjscy bolszewicy – wszystkie najnowsze szkoły myśli politycznej, rewolucjonizujące starą tradycję rewolucyjną, wszystkie, powiadam, traktują wolę poszechną jako mit. Nie ma czegoś takiego, jak „wola powszechna”. Jak mogłoby w ogóle istnieć coś takiego, jak „wola powszechna”?

Otóż, jest to zupełnie pewne, że wola powszechna istnieje i niedawno około tygodnia chodziła po ulicach Dublina. W tym, co się wtedy działo, widać było niezwykłą harmonię praktyczną – opartą na uprzedniej harmonii teoretycznej. Wszędzie dało się znać, według wyświechtanego i zwulgaryzowanego wyrażenia polityków, „wolę ludu”; i wola ludu stawała się prawem. Porządek, jaki wśród tych ludzi panował, nie polegał tylko na dobrej organizacji, która była zewnętrzna – choć istotnie, rzeczywiście bardzo dobra. Ktokolwiek, komu od tej chwili wyrwie się jakiś standardowy frazes, jakoby to Irlandczycy nie umieli się organizować, nie umieli rządzić, czy byli nie dość praktyczni na praktykę polityczną, stanie się obiektem śmiechu przez wszystkie pokolenia. Nie było jeszcze dotąd na świecie wydarzenia masowego tak ogromnych rozmiarów, które przeszłaby tak sprawnie, z tak marginalną ilością nieszczęśliwych wypadków czy drobnych pomyłek. Niemniej, nikt, komu zdarzyło się spoglądać na ten tłum jako na tłum, nie mógł pomylić wewnętrznego ładu, jaki się mu objawiał, ze zwykłą organizacją. Tą nieogarnioną masą dało się kierować z takimi sukcesami, bo każdy z tworzących ją ludzi pragnął tylko jednego: aby to ceremonia okazała się sukcesem. Byli to zaś ludzie bardzo często bardzo odmiennych opinii na tematy wszelakie (politykę, na przykład); w tym jednym wypadku wszakże, ich opinie wyglądały dokładnie jednakowo; to znaczy: ożywiała ich po prostu jedna wola – wola powszechna. Tłum Dublina, jako jedyne spośród społeczeństw współczesności, naprawdę sam o sobie stanowił; naprawdę miał prawo samostanowienia – w starym sensie samokontroli. Gdyby nie został zorganizowany z zewnątrz, zorganizowałby sam siebie. Dziwna była to wizja, na pewno dla tych, którzy ujrzawszy na własne oczy przeróżne trudne do wytłumaczenia fakty polityki współczesnej, musieli słuchać potem mętnego, monotonnego teoretyzowania, jakie zazwyczaj uskuteczniają na ich temat współcześni politycy. Oto na naszych oczach dokonywała się bowiem naprawdę: auto-determinacja ludu.

Tak się zresztą złożyło, że pod ręką dosłownie miałem znakomity probierz czy standard porównania. Niedawno odbyły się w Irlandii wybory powszechne, które skończyły się dla współczesnego parlamentaryzmu dość typowo: powstała większość i powstała mniejszość. Szefem rządu został pan De Valera; jak to zwykle szefowie rządu szefami rządu zostają. A jednak, nikt, komu nie brak piątej klepki nigdy nie uwierzyłby, że tak ogromny tłum mógłby zebrać się kiedykolwiek dla pana De Valery; czy że ktokolwiek w nim w ogóle musiał głosować na partię pana De Valery. Gdyby wskazać na dowolnego kupca-cwaniaka, który się tam akurat kręcił, na dowolnego, gburowatego grubasa ze wsi, nikt nie postawiłby ani szylinga na to, że ten akurat popiera obecnego premiera. Równie dobrze mógłby popierać pana Cosgrave’a2, którego zresztą istotnie, gdziekolwiek się pojawił, witały wiwaty i owacje; albo jakąś skamielinę po starych nacjonalistach; mógłby być jednym z owych umiarkowanych katolików, którzy w sensie praktycznym popierają Unię; a mógł w ogóle przez całe swoje życie nie słyszeć ani słowa o polityce; mógł być kimkolwiek i popierać cokolwiek. Oto właśnie to, co naprawdę można powiedzieć o demokracji; oto ten punkt, w którym Rousseau miał absolutną rację, choć jego krytycy twierdzą, że absolutnie się mylił. Bo może istnieć coś takiego, jak wola powszechna; ale nie jest to to samo, co głosy wyborcze, czy prosta większość; i nikt w pierwszych i górnych dniach europejskiej demokracji nie twierdził, że tak jest. Mechaniczne rządy większościowe mogą mieć swoje zalety i zastosowanie praktyczne; ale na pewno nie jest to to, co prawdziwi republikanie mieli na myśli, gdy mówili: „wola ludu”.

Póki co, morał całej historii wygląda dość osobliwie; a brzmi: że wielkie ideały polityczne istnieją i działają; wszędzie, tylko nie w polityce. Na pewno, mamy tu zresztą do czynienia z czymś całkowicie odwrotnym w stosunku do wszystkich tendencji polityki współczesnej; która zajmuje się raczej dzieleniem ludzi, niż ich jednoczeniem.

Cokolwiek można zatem powiedzieć na temat praktycznych zalet systemu partyjnego, okazuje się jasne, że system partyjny sam w sobie stanowi niemal prostą odwrotność doktryny woli generalnej. To jednak zupełnie inna kwestia, o której nie musimy w tym momencie rozmawiać, choć być może wrócę do niej jeszcze w związku innymi sprawami. Póki co chodzi mi tylko o to, że jedyną siłą zdolną obecnie jeszcze wytwarzać zjawiska podobne do tego starego ideału starych polityków i filozofów politycznych, jest Religia. Nic innego nie mogłoby zjednoczyć tych wszystkich ludzi tak, jak byli zjednoczeni; ani zwycięska rewolucja, ani wybory, nic – żadne z praktycznych doświadczeń politycznych współczesnego świata. To, co widziałem – wielkie i falujące przed moimi oczyma – to była w najpełniejszym sensie tego słowa chrześcijańska demokracja; nie jako slogan tej lub innej partii – ale żywe i autentyczne osiągnięcie ludu. Cały ten tłum, prawie że mógłbym powiedzieć: cała tłuszcza, robił dokładnie to, co chciał; a chciał robić jedno – wierzyć. I zastanawiam się czasami, czy nawet demokracja polityczna nie mogłaby nabrać nieco więcej walorów praktycznych, gdyby ludzie przygotowywali się do wyborów tak, jak do Kongresu Eucharystycznego: modlitwą i pokutą raczej, niż kłamstwem i nakręcaniem popularności.

Niemniej, zupełnie już serio mówiąc (by nie zapuścić się w tych spekulacjach zbyt daleko), wobec wypadków powyższych, naprawdę zastanawiam się, czy przypadkiem autentyczny element moralny demokracji współczesnej nie ujawni się dopiero, jak ustrój ten zacznie funkcjonować w bardziej katolickiej atmosferze. Mam tu, rzecz jasna, na myśli atmosferę nieskażoną jeszcze gorącymi wyziewami i benzynowym swądem nowoczesnego industrializmu. Obawiam się, że raczej skądinąd fantastycznym przedsięwzięciem byłoby oczekiwać od demokracji katolickiej, że będzie działała w oparciu o powszechny heroizm cnót. Że każdy kandydat zacznie kampanię od publicznego wyznania win, zamiast drobiazgowego katalogowania osobistych zalet. Czy że wybory będą po prostu wielkim polowaniem na najlepszych w całej wsi, rzeczywistych wybrańców spośród ludu, których będzie się łapać, obezwładniać i siłą sadzać w ławach parlamentu – podobnie jak św. Anzelma siłą zrobiono biskupem Canterbury. Mam jednak mocne przekonanie, że proste odwrócenie trendów panujących obecnie w sprawach polityki wystarczy, aby władza przestała funkcjonować w charakterze nagrody za najlepszą autoreklamę. Uważam bowiem, że w demokracji naprawdę kryje się wielka prawda, której wszakże nie odkrył jeszcze żaden demokrata. Bo odkryć by ją można wyłącznie, gdyby naprawdę zaczęto szukać w polityce przede wszystkim tych, którzy czują się niegodni rządzić – i czasami jeszcze mniej godni głosować. Jakkolwiek by z tym było, pewne pozostaje, że wszystkie rewolucje w historii zawiodły wyłącznie z tego powodu, że umiały wypełnić ledwie połowę rewolucyjnego przesłania Magnificat; nigdy nie zapominały wołać raz za razem, i czasem bardzo słusznie: Deposuit potentes de sede; żadna z nich jednak nie doszła do: Exaltavit humiles.

A jednak, skoro to jedyna rzecz, którą chciałem powiedzieć tutaj na tematy polityczne, dodam jeszcze słowo celem uniknięcia nieporozumień. Kongresowi towarzyszyły dwa niezwykłe zjawiska – tak niezwykłe, że zbliżające się do statusu autentycznego omenu. Pierwsze: fakt, że na Wyspach Atlantyckich (moja fanatyczna bezstronność nie pozwala mi bowiem określać ich mianem Wysp Brytyjskich) w lecie panowała faktycznie letnia pogoda. I drugie: że przez cały pełny tydzień w Dublinie o polityce właściwie nie rozmawiano. Nie oznacza to, rzecz jasna, że cokolwiek się w nastrojach politycznych ludzi zmieniło; byłby to bardzo marny komplement zarówno dla nich, jak i ich polityki. Oznacza jednak tyle, że – z jednym czy dwoma małymi wyjątkami – myśli narodu oscylowały wokół spraw religijnych, a nie politycznych. Oczywiście, mam nadzieję, że nikt nie odniesie takiego wrażenia, jakobym umniejszał znaczenie spraw politycznych, czy, jak to się mówi, „broń Boże nie mieszał polityki z religią”. Przykro by mi było, gdyby moje uwagi na temat różnic zachodzących między powszechnymi wyborami a powszechną wolą odebrano jako nieobiektywne, czy przemycające ukradkiem jakieś niecne komunikaty dotyczące obecnego stanu kwestii irlandzkiej. Tak się składa, że mam ogromny szacunek do urzędującej głowy Wolnego Państwa Irlandii, jako do jednej z niewielu osób na świecie, która rozumie przynajmniej tyle, że cała nasza kosmopolityczna i kapitalistyczna cywilizacja znajduje się na krawędzi przepaści; i być może mądrze byłoby – bez względu na wszelkie łączące się z tym ryzyko – wyrwać swój kraj zupełnie z tej lepkiej, pajęczej sieci, i na serio zatroszczyć się o jego osobność i samowystarczalność. Z drugiej strony, zmysł społeczny mam dość wyostrzony, by umieć dać świadectwo lojalności; lojalności – a także niezaprzeczalnej godności i (dodam) dobrej woli, z jaką nasz wspólny monarcha, ostatnie ogniwo naszych historycznych związków, czynił zadość wymaganiom własnego urzędu, nie uchybiając przy tym w żadnym wypadku obowiązkowi szacunku wobec przeciwnika. Z czystym sumieniem powiedzieć mogę, że przy całej charakterystycznej irlandzkiej gorączce, naprawdę udało się wszystkim stronom zachować intelektualną sprawiedliwość; i na własne uszy słyszałem, jak ten sam człowiek wpierw wzniósł toast za zdrowie króla – w miejscu i atmosferze w których uczynek ten zyskał siłę rażenia podobną bombie wrzuconej do Klubu Konserwatystów – potem zaś bronił honoru i godności pana De Valery z zaangażowaniem, które samo wystarczyłoby, by obalić wszelkie oskarżenie. Myślę, że to w znacznej mierze ze względu na istotnie przesadną brutalność polityki irlandzkiej; bo muszę dodać, cokolwiek posępnie; że Irlandczycy nawet gdy robią się brutalni, to wiadomo, kogo i za co biją. I jakże wyraźnie pamiętam to wrażenie, gdy po mym powrocie do Anglii – a mówię to mimo całej sympatii do moich drogich rodaków, ich geniuszu i poczucia humoru – kraju, w którym ludzie czytają gazety, natychmiast spowiła mnie gęsta, czarna mgła – z której wyjścia nie było widać.

Tłm. Maciej Wąs

1Chesterton z sympatią zauważa tutaj dość szczególny dla Irlandczyków sposób mówienia (mniejsza o szczegóły).

2William Thomas Cosgrave (1880-1956) – irlandzki polityk, współpracownik Michaela Collinsa, premier Irlandii w latach 1922-32, zastąpiony właśnie przez Eamona.