G.K. Chesterton

William Blake a oświecenie

(z Williama Blake’a, 1910)

Blake nie należy do najlepszych dzieł Chestertona, ale ma swoje momenty, a jednym z nich jest właśnie ten, w którym znajdziemy arcyciekawe spostrzeżenia na temat wieku osiemnastego i jego filozofii, która tak bardzo Gilberta interesowała. A ponieważ nas interesuje zainteresowanie Gilberta wiekiem osiemnastym, no to publikujemy. – Tłumacz.

… Niemniej, konkluzja ta, dotycząca tak pierwotnego zdrowia Blake’owej umysłowości, jak i jej wtórnych problemów, stawia nas nagle w obliczu większej kwestii tego, jakie skutki wywierała na jego duszy i wierze ogólna sytuacja życiowa, w której się znalazł; jego heterodoksji, ortodoksji, stosunku do własnych czasów. Aby zająć się tym problemem w sposób adekwatny, musimy zrobić teraz, to jest przy końcu książki to, co – prawdę mówiąc – powinniśmy byli zrobić na jej początku; musimy powiedzieć coś niecoś, i tak krótko, jak to tylko możliwe, o epoce, w której przyszło Blake’owi żyć. Nie uda się nam zaś to, jeśli nie powiemy również czegoś – i również tak krótko, jak to tylko możliwe – na temat całej owej wielkiej tradycji i społeczności Zachodu, do której Blake należał i do której my także jeszcze należymy; o chrześcijaństwie, czy po prostu Europie, rzeczy naraz zbyt wielkiej, by ją pomierzyć i zbyt bliskiej, by zrozumieć.

Czym był wiek osiemnasty? Albo raczej (by ująć rzecz mniej mechanicznie a nieco bardziej inteligentnie), czym był ów niedający się pomylić z niczym etap lub nastrój, przez który społeczność europejska przechodziła dokładnie w momencie, w którym Blake stał się jej nieodrodnym dzieckiem? Czym był ów dominujący trend bądź duch, który niczym gładka i wielka fala podnosił się powoli przez całe to sto lat, by runąć nagle na ziemię z ogłuszającym hukiem w dniu Rewolucji Francuskiej? Oczywiście, dla wszystkich swoich dzieci znaczył on coś trochę innego. Zapytajmy więc, co znaczył on konkretnie dla Blake’a: poety, malarza, wizjonera. Spróbujmy ująć ten problem w najściślejszej możliwej relacji do ducha, którym Blake sam żył – do tej pracy, którą miał wykonać na świecie.

Każdy człowiek współczesny istnieje w trzech osobach. W każdym współczesnym Europejczyku działają nieomylnie trzy energie tak konkretne, że niemalże osobowe, trójca święta naszego ziemskiego przeznaczenia. Można je określić mniej-więcej jak następuje. Pierwszym i najbliższym nam z tych bytów jest chrześcijanin, człowiek Kościoła historycznego, człowiek tej wiary, która wycisnęła trwałe piętno na naszych umysłach, niezależnie, czy uważa się ją (jak ja ją uważam) za naraz syntezę i zwieńczenie dwóch pozostałych czynników, czy ledwie za niekonieczny zabobon, przypadkowy dodatek, który w niewytłumaczalny sposób przetrwał dwa tysiące lat. Pierwszy zatem, jest chrześcijanin; zaraz za nim idzie Rzymianin, obywatel owego wielkiego kosmopolitycznego królestwa prawa i rozumu, w obrębie którego, i na którego równych fundamentach, chrześcijaństwo mogło narodzić się i wzrastać. Stoik, surowszy niż anachoreci. Republikanin dumniejszy od królów. Oto ten, który tworzy proste drogi i jasne prawa, i któremu zdrowy rozum zupełnie wystarczy. Po nich zaś, nadchodzi trzeci – i o nim mówi się najtrudniej. Nie ma imienia, a wszystkie prawdziwe przekazy, które go opisują, zachowały się tylko we fragmentach; ale podąża on za nami po każdej ścieżce leśnej i budzi się w nas, gdy wicher szarpie konarami drzew. To początek – to człowiek puszczy. Nie ma sensu rozwijać tutaj tej kwestii zanadto; możemy jednak rzucić w przelocie, że największą zasługą dziejową chrześcijaństwa jest dokładnie to – że odkryło ono na nowo stary szał przed-rzymskiej duszy, ujmując ją w karby rzymskiego porządku. Bogowie umarli na długo przed narodzeniem Chrystusa. Tym, kto zajął ich miejsce, był po prostu bóg-władza – Boski Cezar. Pogańscy obywatele prawdziwego Cesarstwa Rzymskiego kochali szacowność. Mówi się, że gdy Chrystus przyszedł na świat przebiegły ziemię okrzyki, że Pan nie żyje. Prawda jest jednak taka, że gdy Chrystus przyszedł na świat, Pan po raz pierwszy od wieków poruszył się w swoim grobie. To chrześcijaństwo zapewniło pogańskim bożkom, od wielu już lat włożonym między bajki, drugie życie, choćby było to tylko życie diabłów. Mógłbym założyć się, że gdyby znaleźć w towarzystwie prawdziwych Rzymian jednego człowieka, który naprawdę wierzyłby w osobowe istnienie Apolla, człowiek ten okazałby się chrześcijaninem. Chrześcijaństwo wielkim głosem obwieszczało zmartwychwstanie starych, nadprzyrodzonych instynktów puszczy i wzgórz. Nałożyło jednak na ten tajemniczy chaos wędziło rzymskiej idei porządku. Tak też małżeństwo stało się sakramentem – ale seks przestał być sakramentem, jak był nim dla wielu szalonych kultów puszczy. Tak też wino stało się sakramentem Chrystusa; ale pijaństwo przestało być sakramentem Dionizosa. Krótko mówiąc, chrześcijaństwo (z czysto historycznego punktu widzenia) uznać można za próbę połączenia jarmarcznego zdrowego rozsądku z mistycyzmem natury. Próbę wskrzeszenia wszystkich zabobonów, które rzeczywiście potrzebne są człowiekowi, i wyprowadzenia z nich spójnej filozofii. Pogański Rzym próbował zaprowadzić prawo i porządek wśród ludzi. Rzym chrześcijański próbował zaprowadzić prawo i porządek wśród bogów.

W świetle powyższych zasad, możemy nareszcie zdefiniować epokę, o której mówimy. Wiek osiemnasty był przede wszystkim wiekiem rozumności – wiekiem Rzymu. Stoicki i obywatelski element zarysowanej wcześniej układanki wybił się zdecydowanie na pierwsze miejsce. Był to czas pełen, podobnie jak czasy rzymskie, szacunku do prawa. Zauważmy, że księża wciąż noszą, generalnie rzecz ujmując, średniowieczne szaty: a prawnicy dokładnie osiemnastowieczne peruki. Ale choć Rzym był światem porządku, był to również świat permanentnej rewolucji. Ale, istotnie, te dwie rzeczy zawsze idą ręka w rękę. Anglicy uwielbiają przechwalać się, że udało im się przeprowadzić „rewolucję konstytucyjną”; ale każda rewolucja z konieczności musi być konstytucyjna, w tym sensie przynajmniej, że musi opierać się na jakiejś przedistniejącej teorii sprawiedliwości. Człowiek musi mieć prawa, zanim zacznie łamać prawo. Bez ustanku zatem trzeba przypominać, że kraje, które uczyniły najwięcej dla upowszechnienia prawniczych generalizacji i sądowej hermeneutyki, to również kraje najstraszniej rozrywane przez polityczną furię i buntownicze zapędy ludu – Rzym, na przykład, albo Francja. Rzym zasiał wśród barbarzyńskich plemion ziarno swojego prawa dokładnie w tym czasie, wstrząsały nim wojny frakcyjne i krwawe rzezie przeciwników politycznych. Francja całej niemal Europie wmusiła, i to siłą intelektualnej konieczności, doskonały kodeks cywilny dokładnie w czasie, gdy na ulicach jej największych miast wciąż jeszcze gdzieniegdzie zalegały trupy, a ona sama próbowała złapać oddech w krótkiej przerwie między dwiema wojnami domowymi, które miały zetrzeć jej kości na proch. I, z drugiej strony, bez przerwy trzeba przypominać, że państwa bez rewolucji to również państwa bez prawa; kraje, w którym chaos mentalny spowił szczelnie wszelki inteligibilny przepis i urządzenie – państwa takie jak Maroko, czy Anglia współczesna.

Wiek osiemnasty skończył się więc rewolucją dokładnie dlatego, że zaczął się od przywrócenia wagi prawa. Był prawdziwie wiekiem rozumu – a zatem i wiekiem rewolucji. Nie trzeba chyba tłumaczyć nikomu jak systematycznie odzyskiwał on dla siebie wszystkie cechy i charakter pogańskiego społeczeństwa, w którym chrześcijaństwo zaczęło istnieć i działać. Największą sztukę stanowiła retoryka, największą pasję – surowość. Najpopularniejszą cnotą była polityczna odpowiedzialność, najpopularniejszym grzechem – polityczne morderstwo. Ludzie wieku osiemnastego umieli wytrzymać pompę i przepych – ale nienawidzili niesamowitości; nie czuli niczego poza pogardą do tego, co można by nazwać niejasnym. Najbardziej męskim umysłom tamtej epoki, takim jak Fox czy doktor Johnson, wiersz czy obraz, który nie mówił wprost, o co chodzi, wydawał się czymś podobnym do niewypału, czy zegara, który rozkręcił się i zatrzymał: po prostu dziełem nieudanym, godnym najwyżej obojętności lub lekkiej satyry. Mimo iż sami byli ludźmi konkretnych i jasnych przekonań (ludźmi gotowymi dla swoich przekonań umierać), w ustach Europejczyków wieku osiemnastego słowo „entuzjasta” zawsze brzmiało pogardliwie. Co my nazywamy mistycyzmem, oni nazywali obłędem. Tak właśnie przedstawiała się osiemnastowieczna cywilizacja; tak wyglądała owa prosta i surowa rama, otaczająca obraz, z którego spoglądają na nas płonące oczy Williama Blake’a.

Póki co, Blake i jego epoka muszą wydawać się nam zupełnym przeciwieństwem. Trzeba jednak pamiętać, że trzy elementy konstytutywne Europy to nie trzy warstwy skalne, ale raczej trzy żyłki jednej liny – że odkąd zaczęły istnieć razem, żaden nie może istnieć zupełnie osobno. Można powiedzieć, że renesans był pogański – ale Michał Anioł bez wątpienia był chrześcijaninem. Można powiedzieć, że Tomasz z Akwinu był chrześcijaninem – ale nie wiadomo, co by z niego zostało bez Arystotelesa, który chrześcijaninem nie był. Można nawet nazywając Wergiliusza poetą rzymskiej godności i zdrowego rozsądku zastanawiać się, czy przypadkiem nie pamiętał on czegoś starszego od Rzymu gdy pisał, że szczęśliwy jest ten, kto poznał bogów pól i starych mędrców kniei. Podobnie, nawet w wieku osiemnastym zaznaczał się element ściśle chrześcijański i ściśle pierwotny. I tak się składa, że oba te nieracjonalne (czy nie-rzymskie) elementy odgrywały niebagatelną rolę w konstytucji umysłowej Williama Blake’a. Bo pierwszy z tych wkładów obcych tamtego wieku odpowiada za to wszystko, co w tym wielkim geniuszu dobre i twórcze, drugi zaś – za wszystko, co w nim irytujące i jałowe.

W wieku osiemnastym istniały dwa czynniki niewywodzące się z rzymskiego ideału stoika i obywatela. Pierwszym z nich było to, co nasz wiek określa mianem „humanitaryzmu” – a co tamten wiek nazywał „łzą sentymentu”. Stare pogańskie państwa były demokratyczne, ale nie miały w sobie za grosz humanitaryzmu. Nie roniły ani jednej łzy, gdy przychodziło poświęcić jednostkę dla dobra społeczności; a niechęć i sprawiedliwy gniew rezerwowały dla tych, którzy chcieli poświęcić społeczność dla dobra jednostek. Indywidualne współczucie dla indywidualnego życia to najczystszy wpływ chrześcijański; i gdy Wolter zaangażował się całym sercem w sprawę Calasa, całą energię czerpał z religii, której prawdziwości zaprzeczał. Rzymianin chętnie podniósłby miecz w imię Rzymu – ale na pewno nie w imię Calasa. Ten osobisty humanitaryzm to relikt chrześcijaństwa – być może (o ile wolno tak powiedzieć) popłuczyna po chrześcijaństwie. Blake był zaś owego humanitaryzmu czy sentymentalizmu, czy jak to tam zwać, ogromnym entuzjastą. Samemu będąc większym niż był, jako taki stanowił zapowiedź mniejszych od siebie; mniejszych, do których zaliczyć można Shelleya, na przykład, czy teraz Tołstoja. Rozwijał instynkt osobistej dobroci aż do potępienia wszelkiej wojny –

Jęczy niby łańcuchem skuta ludzkość cała

żelazną obręczą działa”.

Czy, na innym miejscu –

Nigdy nie był ród ludzki tak strasznie zgnębiony,

jak pod jarzmem żelaznej cezarów korony”.

Żaden pogański republikanin, jeden spośród tych choćby, na których oparł swoją etykę wiek osiemnasty, nie miałby pojęcia co zrobić z tym humanitarnym horrorem. Nie potrafiłby nawet zrozumieć tej idei – że wojna jest niemoralna nawet wtedy, gdy nie jest niesprawiedliwa. Nie da się znaleźć ślady tego sentymentu wśród pogan antyku – da się go znaleźć wszakże wśród pogan wieku osiemnastego; da się wysłyszeć go w przemówieniach Foxa, solilokwiach Rousseau, nawet w złośliwym chichocie Gibbona. Tutaj właśnie napotykamy ten element osiemnastowiecznej kultury, który w niejasny acz i niewątpliwy sposób wywodzi się z chrześcijaństwa, i w którym Blake ma wielkie uczestnictwo. Regulus wrócił do Kartaginy przyjąć tortury i pogański Rzym został ocalony; ale chrześcijaństwo nie zważa na Regulusów. Ludziom trzeba współczuć nawet gdy trzeba ich zabijać. To współczucie właśnie natchnęło Blake’a do napisania tych wspaniałych i bolesnych wersów:

Żołnierzy mordowanych krzyk

Ocieka krwią po pałacowych ścianach”.

Wiek osiemnasty nie wziął tej emocji stamtąd, skąd wziął swoją pogańską wolność i pogańskie prawo. Ale z kościołów, które profanował, i z religii, którą zwalczał. Ta irracjonalna litość dla jednostki to czysto chrześcijański element filozofii wieku osiemnastego. Ta irracjonalna litość dla jednostki to czysto chrześcijański element filozofii Williama Blake’a.

I po drugie, w filozofii wieku osiemnastego da się znaleźć inny jeszcze element, ani pogański, ani chrześcijański. To element początku; obecny na świecie przez całą historię pogaństwa i chrześcijaństwa; obecny na świecie, ale nie ze świata. W wieku osiemnastym przybierał on formy przedziwne, ale bardzo konkretne; a streścić go można jednym słowem – Cagliostro. Żadne inne imię nie nada się tutaj równie znakomicie; gdyby jednak ktoś pragnął nazwiska człowieka szlachetniejszego (istotnie, bardzo szlachetnego), może je usłyszeć – a brzmi ono: Swedenborg. Wiek osiemnasty miał bowiem, pomimo cały swój niezaprzeczalny zdrowy rozsądek, osobliwą ciągotę do cokolwiek teatralnej taumaturgii. Historia tego zjawiska to rzecz, w najbardziej dosłownym sensie tego słowa, strasznie interesująca. Bo wszystko w nim sprowadza się do poniekąd niejasnego poczucia początków. Zabawne jest wspomnieć, że to w wieku osiemnastym zaczęły istnieć przeróżne stowarzyszenia twierdzące, jakoby istniały od założenia świata. Najbardziej znanym z nich jest, rzecz jasna, masoneria; według swych własnych świadectw założona przy budowie piramid; ale według wszystkich innych świadectw, które można dzisiaj łatwo odnaleźć – właśnie w wieku osiemnastym. Niemniej, masoni w sensie duchowym mają rację, nawet jeśli mylą się co do litery. Faktycznie, swego rodzaju mistyczne mularstwo istniało przez całą historię pogańską i chrześcijańską. Poza granicami Kościoła zawsze trwała inna, konkurencyjna tradycja – nie racjonalizmu wcale, a pogaństwa w pierwszym i przerażająco pierwotnym sensie, w sensie pogańskiej magii. Świat chrześcijański, słusznie czy nie, zawsze przeciwstawiał się jej na gruncie obserwacji, że pogańska magia jest lub niepokojąco często staje się czarną magią. Nie musimy się tym tutaj teraz zajmować. Chodzi wyłącznie o to, że ten niechrześcijański supernaturalizm funkcjonował zawsze, nie zważając na to, czy świat jest chrześcijański, czy nie. Jego znaki i ślady zauważyć można w każdej epoce: unosił się niby jakaś ciężka chmura nad umierającym Cesarstwem Rzymu: znać go w energii gnostyków, którzy omal nie opanowali Kościoła, i których prześladowano za pesymizm; w samo południe wiary rył on swoje symbole na grobach templariuszy; i gdy pierwsze nowe sekty podniosły głowy pośród wrzawy reformacji, jego straszny głos rozbrzmiał raz jeszcze.

Teraz, wiek osiemnasty był przede wszystkim (jak utrzymywali jego intelektualni przywódcy) czasem wyzwolenia rozumu i natury spod kontroli Kościoła. Ale gdy Kościół faktycznie został poważnie osłabiony, osłabienie to oznaczało wyzwolenie wielu różnych rzeczy. Nie tylko rozumu, ale i znacznie starszego odeń nierozumu. Nie tylko rzeczy naturalnych, ale i nadnaturalnych, a także – zgroza! zgroza! – nienaturalnych. Pogańscy mistycy, od dwóch tysięcy lat kryjący się po grotach, wyszli na światło dzienne – i tak powstała masoneria. Jeśli chodzi o sam założycielski, była to sprawa kompletnie niewinna; ale wszystkie odrodzenia prehistorycznego okultyzmu były u zarania niewinne. Podam tu ledwie jeden przykład spośród wielu. Idea, że można zniewolić czyjąś dusze nie kiwając palcem, nie dopuszczając się najmniejszego aktu przemocy, to idea, którą wszystkie zdrowe społeczeństwa uznawały – niezależnie, czy byłaby ona prawdziwa, czy nie – za potworną i obrzydliwą. Przez całą historię chrześcijaństwa wiedźmy i czarnoksiężnicy twierdzili, że mają taką moc, i chlubili się nią. Za swoje przechwałki (co poniekąd zrozumiałe) kończyli na szafocie. Osiemnastowieczne ruchy intelektualne interesowały się przede wszystkim, i Bogu dzięki, znacznie zdrowszymi rzeczami, powszechną sprawiedliwością i zdroworozsądkową reformą państwa. Niemniej, naprawdę osłabiły one chrześcijaństwo, a osłabiając chrześcijaństwo – broniły i wywyższały czarnoksiężnika. Mesmer ujawnił się i po raz pierwszy otwarcie wywalczył sobie prawo do istnienia: po raz pierwszy w dziejach magik mógł grozić światu duchową tyranią i nie zostać zlinczowany. A jednak, jeśli mesmeryści istotnie dysponowali mocą, którą twierdzili, że dysponowali, i którą przyznają im niektóre powieści, nie ma (jak mam nadzieję) żadnych wątpliwości, że każdy porządny tłum powinien ich topić w morzu.

Rewolucja wieku osiemnastego stanowiła więc wyzwolenie nie tylko dla naturalizmu, ale i dla pewnego typu supernaturalizmu. I Blake stanowi tego supernaturalizmu, bardzo szczególnego supernaturalizmu, wielkiego dziedzica. Brzydkim ucieleśnieniem tej idei był Cagliostro. Pięknym – Swedenborg. Ale w obu wypadkach można powiedzieć, że mistycyzm to próba zmarginalizowania, a nawet zapomnienia historycznego chrześcijanina, a szczególnie Kościoła Katolickiego. Cagliostro, człowiek wstrętnego ducha, odciął się od katolicyzmu wznosząc przeciw niemu sztandar mistycznego pogaństwa – trójkątów, sekretnych pieczęci, inicjacji eleuzyjskich, całego wulgarnego wyrafinowania tajnych stowarzyszeń. Swedenborg, człowiek ducha wielkiego i szlachetnego, odciął się od katolicyzmu na własną rękę, i mocą własnej niewinności i własnego geniuszu, odkrywając dla siebie niemal wszystkie stare katolickie doktryny, szczerze wierząc, że to jego oryginalne osiągnięcie. Doprawdy, uderzające to, jak blisko Swedenborgowi do teologii katolickiej – w nieustępliwej afirmacji wolności woli, na przykład, czy prawdziwego człowieczeństwa Boga wcielonego, w podkreślaniu mistycznego i przygotowawczego znaczenia Starego Testamentu. Blake miał wiele wspólnego ze Swedenborgiem (jak sam zresztą pierwszy by to przyznał), a także mało, ale jednak coś, z Cagliostrem. Nie należał do tajnej społeczności: bo, prawdę mówiąc, nie bardzo potrafił należeć do jakiejkolwiek społeczności. Mówił jednak tajnym językiem. Jego mistyka przejawiała wiele cech owej oligarchiczności i wyniosłości cechującej pogańskie tajne sekty, czy choćby teozofów i wszelkiej maści orientalistów naszych czasów. Istotnie, było w nim coś, poza wpływami Swedenborga, z Cagliostra i masonów. Odziedziczył to zaś po owym wielkim załamaniu wiary, jakie możemy nazwać wiekiem osiemnastym: i jako dziedzic, musi spłacać długi. Mówiąc to zaś, powiedzieliśmy wszystko, co można powiedzieć o tym, co jest komu dłużny. Jego należności zostały spłacone. Wykupił swą ziemię i swoje posiadłości. Wszystko, co zostaje, to on sam.

Tłm. Maciej Wąs