Gilbert Keith Chesterton

Co nie jest nie tak ze światem

T.P.’s Weekly, 1910

Powyższy, znakomity tytuł nie jest mojej inwencji. Podsunął mi go redaktor naczelny czasopisma T.P.’s Weekly, ja zaś zgodziłem się przyjąć wyzwanie – po pierwsze ze względu na niekłamaną przyjemność, jaką zawsze czerpałem z lektury tej gazety, po drugie dlatego, że daje mi to sposobność opowiedzenia pewnej egoistycznie osobistej historii, która to może rozjaśnić czytelnikom kwestię ogólnego pochodzenia podobnych tytułów.

Odkąd tylko zacząłem zajmować się pisaniem, bez ustanku słyszę o legendarnej już brutalności wydawców, cenzurujących autora i ciągnących go w dół; moje doświadczenie jest jednak takie, że ciągną go oni nie tyle w dół, co raczej cokolwiek przesadnie w górę. Nie powiem, że zamiast mieć autora za nic, mają go za zbyt wiele; metafora niniejsza otwiera się bowiem na posępne interpretacje finansowe, których bynajmniej nie mam zamiaru tutaj prowokować. Niemniej istotnie to czysta prawda, że prominentne figury światka literackiego są w ogromnej mierze tworami swoich wydawców – przynajmniej na tyle, na ile nie swoich żon. Oto mały dowód, wzięty z wypadków mej osobistej egzystencji. Zamierzyłem sobie napisać maleńki esej na temat pewnego szczególnego błędu teorii politycznej. Błąd ten, choć na pierwszy rzut oka trochę śmieszny i trochę scholastyczny, wydawał mi się prawdziwą przyczyną zamętu większości współczesnych dzieł socjologicznych. Chodziło, w skrócie, o przekonanie, że czegokolwiek nie robiono by dotychczas w historii polityki, robiono zawsze za mało. Cel mój stanowiło wykazanie, że ponieważ mówimy o sprawach praktycznych, z konieczności bardzo zawiłych, jest to po prostu nieprawda; że stare rozwiązanie może jak ulał pasować do nowej sytuacji; że zasada ogólna może być właściwa nawet jeśli w praktyce nie udało się jej dotąd z powodzeniem zastosować; że samo to niepowodzenie wynikać może z faktu, że ją porzucono; i tak dalej. W związku z czym, twierdziłem, w polityce trzeba szukać po prostu najlepszej możliwej metody, ideału, niezależnie, czy przyszłego czy przeszłego. Wyobrażałem sobie tę książkę jako wyważony traktat filozoficzny w szarej okładce i bez rozdziałów, z okazjonalnym nagłówkiem tu i tam. Chciałem, by moja analiza tego źródłowego błędu myśli nazywała się „Co jest nie tak”, to znaczy: co jest nie tak z naszym rozumowaniem logicznym. Zdarzyło mi się wszakże pisać dla naprawdę inteligentnych i miłych wydawców, naprawdę znakomitych ludzi, których jedyny grzech stanowiło to, że mój nieszczęsny i nudny monolog ewidentnie wydał im się czymś znacznie ważniejszym, niż mnie samemu. W pomylonym porywie ekstazy (którego wyłącznie z własnej winy nie zdołałem zatrzymać) tytuł zmieniono na „Co jest nie tak ze światem”. Tekst podzielony został na trzy hałaśliwe i krótkie rozdziały, przypominające okrzyki na francuskich zamieszkach. Na okładce wylądowało okropne zdjęcie mnie samego wyglądającego jak fryzjer w depresji, a proces publikacji poszedł jak wybuch bomby. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie poczytuję moim wydawcom żadnej winy. Mogłem zatrzymać ten proces, gdybym tylko zajmował się wystarczająco porządnie własnymi sprawami, sam on zaś był dziełem dusz pięknych i płomiennych. Wspominam o tym tutaj wyłącznie w charakterze dowodu na mylność powszechnych mniemań na temat wydawców. Zawsze mówi się o nich jako o zimnych i bezwzględnych kupcach, którzy z całego serca pragną zepchnąć pisarza na margines. Tymczasem niestety (według tak trafnych słów Wordswortha), niestety! – dobroć ich często wpędzała mnie w żałobę [Aluzja do wiersza „Simon Lee, stary myśliwy” z „Ballad lirycznych” – przyp. tłm.].

Niemniej ogólnie biorąc, podoba mi się ta metoda działania: że wydawca wymyśla tytuł, a autor go potem zdawkowo komentuje. Każdy człowiek o względnie szerokich horyzontach powinien umieć pisać o czymkolwiek. Każdy człowiek naprawdę wolny powinien umieć pisać na zamówienie. Niektóre z najlepszych książek w historii świata powstały przynajmniej w części dokładnie po to, by wypełnić kontrakt z wydawcą. Wspominam tu wszakże o tych dwóch wypadkach, w których tytuły moim dzieł wymyślał za mnie ktoś inny, bo skutecznie unaoczniają one jak dużo roboty ma potem autor z wyjaśnianiem i wyprostowaniem takiego wkładu zewnętrznego. Bo obydwa te tytuły są naraz zbyt złożone i zbyt proste. Nigdy by mi na myśl nie przyszło ogłaszać, jak gdybym faktycznie odkrył coś w tym zakresie, co jest nie tak ze światem. Nie tak ze światem jest to, że istnieje diabeł, nie jest z nim nie tak to, że istnieje Bóg; ludzkość jeszcze kilka milionów lat szarpać się może z wszelkimi rodzajami historycznego rozkładu i reformy, uwiądu i odrodzenia, lecz nawet gdy zmiecie ją ze świata ostatni podmuch zimna lub gorąca, w kwestii tej prostej generalizacji właściwie nic się nie zmieni. Wszakże w epoce, która pomieszała sobie rozum bzdurną gadaniną o „optymizmie” i „pesymizmie”, znajdować trzeba bardziej subtelne środki analizy. Jedną z najdziwniejszych cech wyrazu „optymista” stanowi to, że tak często używa się go dziś w odniesieniu do przyszłości. Świat to już dla ludzkości nie dom, a swego rodzaju karawana; nie mówi się w ogóle o tym, czym jest, a tylko co go czeka. Nie ma ludzi bardziej lubujących się w bajkopisarstwie nie z tego świata niż postępowcy, którzy nie wierzą w „bajki” o świecie innym, niż ten.

Tymczasem, skoro już o tym mowa, naprawdę myślę, że świat staje się pod wieloma względami dużo lepszy. W wypadku przynajmniej kilku z nich, jak mniemam, teza ta nie podlega dyskusji. Tym, co w całym obecnym kryzysie niezaprzeczalnie krzepiące jest fakt, że żadne proroctwa się nie sprawdziły. Że przynajmniej wszystkim tym, którzy byli tak pewni swego, życie wykazało błąd. Teraz zastanówmy się: dlaczego przepowiednie mądrych okazały się nic niewarte, a ludzkość zdecydowała się skierować swe losy w zupełnie innym kierunku? Otóż dlatego, że ludzkość składa się z wielu milionów względnie szczęśliwych i rozsądnie nieszczęśliwych istot dwunożnych, które nie przeczytały w życiu ani jednej książki i nie mają pojęcia o istnieniu jakichkolwiek prognoz naukowych. Jeśli zdarzy im się działać inaczej, niż przewidziały to akademie, czy można je za to winić? Jeśli czymkolwiek grzeszą, to niewiedzą. Nie rozumieją, że oto w bezczelności swojej ośmieliły się uniknąć tego, co było ponad wszelką wątpliwość nieuniknione. Niemniej istotnie, to, co mówi się o tym mrowiu nieznanych nikomu istnień ludzkich zazwyczaj jest cokolwiek mylące. Powiedzieć o większości naszego gatunku, że jest niewykształcona, to jak wytykać indiańskiemu myśliwemu, że jeszcze nie obronił pracy magisterskiej. Nieśmiało nadmieniam, że bronił już w swoim życiu wielu innych rzeczy. Bo i też, by ująć problem ściśle, nie ma czegoś takiego na świecie jak człowiek niewykształcony. Każdy może nie zdać tego czy innego egzaminu – ale nie przerażającego egzaminu istnienia. Niesamodzielność dzieciństwa, sympatia do zwierząt, miłość kobiety i strach przed śmiercią – to doświadczenia znacznie bardziej uniwersalne i potworne, niż jakakolwiek forma rozwoju intelektualnego. Nie ma sensu narzekać, że edukacja średnia i wyższa bywa banalna. Szkoły i uniwersytety muszą być banalne. Uniwersytet nie może, po prostu nie może, uczyć rzeczy istotnych. Bo każdy, kto skończył dwadzieścia lat, już się ich nauczył. Dobrze czy błędnie – ale zawsze sam.

Wracamy zatem do fundamentalnej prawdy, że to, co nie jest nie tak ze światem, nie ma żadnego związku z tym, czy przyszłość potoczy się tak, czy inaczej, ale wynika z samej istoty rzeczywistości. Jeśli grupy ludzkie wykazują się nagle niespodziewaną niezależnością czy mocą twórczą; jeśli robią coś, o czym nikomu się nawet nie śniło; jeśli okazują się bardziej żywiołowe czy skłonne do poświęceń, niż kiedykolwiek dopuszczała to mądrość tego świata, to podobnie niewytłumaczalny wybuch energii da się wytłumaczyć jedynie przez odwołanie do jakiegoś elementu podstawowej i absolutnej koncepcji natury człowieka. Żadna tradycja nie jest równie starożytna, ja te, z których bierze się nieustanna gorączka i nowość współczesnego świata. Ci, którzy nazywają się republikanami, tak naprawdę nie chodzą po tym świecie, ale po ciasnych uliczkach starożytnych polis, rozkopując ziemię w poszukiwaniu kości pogańskich gigantów. Gdy pytamy jednak, na czym ostatecznie opiera się doktryna republikanizmu, niezmiennie docieramy do starego dogmatu przyrodzonej godności ludzkiej. Gdy zaś zaczynamy operować pojęciem korony stworzenia, z konieczności docieramy do pojęcia stworzenia; i znów zadajemy sobie to wielkie pytanie, na które św. Tomasz (ów niepoprawny optymista) odpowiadał twierdząco: czy to wszystko jest w ogóle cokolwiek warte?

To, co nie jest nie tak ze światem, to świat. Po prawdzie, niemal wszystko inne jest nie tak. Oto właśnie wielka prawda stworzenia: że ludzkość musi pamiętać albo przeminie. Wszystko na początku było dobre – i niekoniecznie okaże się takie (jak chcieliby tego bardziej prymitywni progresiści) na końcu. Rzeczy pierwotne – istnienie, energia, owocowanie – są same w sobie naprawdę przyjemne. Nie ma czegoś takiego, jak złe życie – choć bywają obłędnie źli żyjący. Męskość i kobiecość są bardzo dobre, choć mężczyźni i kobiety bywają naprawdę niegodziwi. Z maku można zrobić narkotyk, z wierzby rózgę, z kamienia bałwany, ze zboża wódkę; ale zawsze pozostanie prawdą, że nim się to wszystko zrobi, każda z tych rzeczy to czyste piękno, prawdziwy cud konkretu i różnorodności. Wszyscy chwalą Boga za to, że wśród skał rosną wierzby, a wśród zboża mak – wszyscy to robią, nawet jeśli nie wszyscy w Niego wierzą. Wszyscy podziwiamy i pochwalamy projekt świata, zupełnie jak gdybyśmy spotkali się po raz pierwszy w pierwotnych ciemnościach i na własne oczy ujrzeli pierwsze gwiazdy nieba. Człowiek jest znacznie bardziej pewny tego, że jego życie to piękna i fascynująca przygoda, niż tego, że przygoda ta skończy się pomyślnie. Ci ewolucyjni optymiści, którzy nazywają siebie meliorystami (cierpliwy to, i nieszczęśliwy narodek), zawsze mówią tak, jak gdyby świetnie znali zakończenie – ale nie początek. Innymi słowy: nie wiedzą, dokąd życie zmierza, ale mają pewność, że dotrze do celu. Dlaczego ktoś, kto nie pamięta skąd idzie  miałby być równie pewny gdzie idzie, nigdy nie umiałem pojąć; ale melioryści naprawdę tak myślą. Gotowi są mówić o istnieniu jako takim jako o tworze czystego zła. Jeśli mówią o zwierzętach, to tak tylko, jak gdyby w przyrodzie wszystko się ciągle wzajem mordowało; a przecież miesiąc na wsi wystarczy, by przekonać się, że jest inaczej. Patrzą na gwiazdy i morza z takim przerażeniem, z jakim ktoś z lękiem wysokości spogląda w przepaść. Czasami instynktownie brzydzą się gliną, grzybami i świeżym miotem zwierząt, wzdrygając się na ich widok w sposób nieomylnie zdradzający prawdziwego pesymistę. Życie, proste, pierwotne życie, życie jako takie, wywołuje w nich wstręt. Społecznie należą oni do tej samej klasy, co pewna wykwintna dama, która stwierdziła, że pija tylko mleko z czystych sklepów, a nie takie od brudnej krowy. Ale wiedzą, po prostu na pewno wiedzą, jak wszystko się skończy.

Osobiście wyznaję poglądy zupełnie odwrotne. Mam znacznie większą pewność, że na początku wszystko było dobre, niż że wszystko dobrze się skończy. Że cały pierwotny szkielet rzeczy, ciała, kamieni, jest bardzo dobry, przekonałem się zbyt brutalnie, bym mógł to wyrazić. Co się z nim wszakże stanie, to już kwestia dogmatu i powołania prorockiego. Mówię tutaj, rzecz jasna, wyłącznie o osobistych odczuciach, nie osobistych poglądach. Moje instynkty na pewno jednak nie dają mi żadnej wskazówki co do tego, jak ten materialny świat, który wydaje mi się taki piękny, dokona swego przeznaczenia. Jak dla mnie, zupełną prawdą, gołą i dosłowną, a nie ledwie symboliczną, może być i to, że siano zbiera się na spalenie, a drzewo leży kędy upadło. Jak większość ludzi z konkretnymi poglądami teologicznymi, jestem agnostykiem. Staram się jednak świadczyć, tak prawdziwie, jak tylko mogę, że drzewa i kwiaty na początku są zawsze dobre, cokolwiek się z nimi później stanie. Normalne postępowe stanowisko w tej sprawie jest takie, że wszechświat jest zły, ale mu się polepszy. Ja mówię, że wszechświat jest dobry, nawet gdyby mu się pogorszyło. Twierdzę, że kwiaty i drzewa, płcie, przestwory niebieskie, są – w sensie fundamentalnym i źródłowym, a nie tylko w ostatecznym rozrachunku – dobre. Na Początku moc przerastająca możliwości ludzkiej mowy stworzyła niebo i ziemię. Na Początku spojrzał na nie – i widział, że były dobre.

I tę konieczną teorię (bo teoria z natury swej jest konieczna) można przetłumaczyć na prostszy język mniej-więcej tak. Powinniśmy patrzeć na istnienie jako na swego rodzaju projekt czy przygodę; a więc i sądzić je nie według przeciwności, z którymi musi się mierzyć, ale tego, pod jakim sztandarem się dokonuje i jakich miast próbuje dobyć. Najniebezpieczniejsza rzecz na świecie – to życie; to życie może zadać człowiekowi największe cierpienia. Ale każdy, kto boi się tego ryzyka, jest zdrajcą wielkiego planu i eksperymentu istnienia. Przeciętny pesymista, taki, który naprawdę uważa, że lepiej się było nie narodzić, winien jest zbrodni Judasza Iskarioty. Z duchowego punktu widzenia, sprawiedliwie byłoby karać go śmiercią. Przez grzeczność wobec jego własnych poglądów wszakże, karzemy go życiem.

Wiara ta jednak (wiara w to, że byt jest celowy i w sensie fundamentalnym dobry) nie ma za wrogów jedynie posępnych, konwencjonalnych pesymistów. Każdemu, kto twierdzi, że wolałby umrzeć, należałoby solidnie przyłożyć kijem; oto odpowiedź – naraz logiczna i fizycznie skuteczna. Niemniej, do kultury Europy współczesnej wkradło się inne jeszcze pojęcie, w równym stopniu stanowiące atak na fundamentalną wartość świata. Nie jest ono otwarcie pesymistyczne, choć źródło jego (buddyzm) wszystkim, którzy je rozumieją jak najbardziej wydaje się pesymizmem. Oczywiście, niezmiernie łatwo – jak czyni to zresztą wielu oświeconych i sławnych teozofów – przystroić je w szaty czegoś niezmiernie optymistycznego. Ale to właśnie ów pesymizm malowany, utajony, stanowi to, co naprawdę jest nie tak ze światem – przynajmniej ze światem współczesnym. Koniecznie należy go zatem wykryć – i zbadać.

Otóż niedawno przedostała się do naszych myśli, za pośrednictwem tysiąca pęknięć i rozszczelnień, idea osobliwa i nienaturalna. Idea jakoby jedność sama w sobie stanowiła wartość; że szczytem piękna i duchowości jest, by rzeczy traciły tożsamość i stapiały się w jedno. Wszystkie rzeki zlać w jedno morze, wszystkie warzywa wrzucić do jednego garnka – tak właśnie przedstawia się nasza wizja pełni istnienia. Nowa szkoła ma „jednoczyć” dziewczęta i chłopców; Nowa Teologia – „jednoczyć” wszystkie wyznania; zwierzęta stają się ludźmi, a człowiek Bogiem; jedność sama w sobie jest dobra. Otóż jedność sama w sobie nie jest dobra.  Miłość jest dobra – ale miłość to nie jedność. Przeciwnie – to raczej przejmujące poczucie różnicy i tożsamości. Ckliwa i słaba poezja miłosna faktycznie mówi o kochankach mających „jedną duszę”; podobnie jak ckliwa i słaba poezja religijna mówi o „zatracaniu się” w Bogu; dobra poezja wszakże, nie mówi ani o tym, ani o tamtym. Gdy Dante spotyka Beatrycze, czuje dystans, nie bliskość; i wszyscy święci czuli się nie wielcy, ale właśnie mali w momentach ekstazy. I co jest prawdą w kwestiach poważnych i heroicznych (nie twierdzę, rzecz jasna, że kochankowie i święci nigdy nie mówili językiem jedności i zjednoczenia – co jest dobre we właściwym porządku i z odpowiednimi zastrzeżeniami) – więc co jest prawdą w tych wypadkach, jest i prawdą w wypadkach lżejszych i mniej fundamentalnych form zaskoczenia. Rozdział i różnica to rzeczy niezbędne dla zachwytu; rozdział i różnica to właśnie to, co nie jest nie tak ze światem. I nie ma nic specjalnie dobrego w zwykłym powinowactwie i podobieństwie.

Krótko mówiąc, ta mętna i mglista idea jedności to jedyna prawdziwa „reakcja” na świecie. Być może tylko w tym kontekście da się używać tego głupiego terminu – „reakcja” czy „reakcyjny” – w sposób względnie przynajmniej sensowny i prawdziwy. Bo to ciągłe mieszanie mężczyzn z kobietami; narodów z narodami, istotnie skończyć się musi powrotem do chaosu i nieświadomości sprzed stworzenia świata. Istnieje rzecz jasna inny jeszcze rodzaj jedności, o którym tutaj nie mówię: jedność w prawdzie i zrozumieniu, że różnorodność jest potrzebna człowiekowi; ale właśnie – różnorodność, różne rodzaje różnych rzeczy, wzajemny zachwyt mężczyzny i kobiety, przeglądających się w swoich duszach jak w dwóch zwierciadłach; zachwyt człowieka naturą, tym przedziwnym bytem naraz wyższym i niższym od niego; niezwykłe i samotne królestwo dzieciństwa; lokalne przywiązania i kolory krajobrazu – oto właśnie prawdziwe cuda i prawdziwa chwała świata; oto właśnie to, co sprawia, że życie warto przeżyć, a rzeczywistość, w ogólnym zarysie, jest godna podziwu. Najlepsze zaś jest to; że ten światopogląd, świadomie czy nie, zawsze wyznawały i zawsze będą wyznawać miliony prostych, żyjących i pracujących ludzi. Gdy garstka snobów na mównicach nie przestaje perorować o „jedności” i „Wszystkim”, lud mieszkający w dolinach tej ziemi bez ustanku odnawia wiarę w bogactwo jej różnic – i będzie to czynił po wieki wieków. Tam podziwia się kobiety za to, że są niemęskie, a mężczyzn za to, że nie są kobiecy. Tam kościół i dom obydwa są piękne – bo obydwa całkowicie odmienne; tam kocha się pole swego ojca i czci sztandar swojego kraju; tam jest pełnia istnienia – bo lud to nie ludzkość, a ludzie.

Jedyną nadzieję współczesnego świata stanowi dokładnie to, że wszystkie te małe demokracje ziemi naprawdę wierzą jeszcze w wielki romans życia, w tę wewnętrznie różnorodną wspólnotę mężczyzny, kobiety i dziecka, która stanowiła dotąd źródło całej poezji dziejów. Zagrożenie zaś: fakt, że demokracje te rzeczywiście są małe – a więc i słabe, i to zazwyczaj tym słabsze, im bardziej mają rację. Grozi nam to, że świat stoczy się wkrótce w oligarchię – oligarchię snobów. Jeśli zaś ktoś zapyta mnie za moment – w stylu eleganckich  klubów dyskusyjnych – o definicję snoba, odpowiem tylko tyle, że snob to oligarcha, który nie wie nawet, że jest oligarchą. Kółko małych zarozumialców siedzi sobie na piedestale i perorując do sali, na której nikogo nie ma, ustala jednogłośnie, że nie istnieją żadne różnice między funkcją społeczną mężczyzny i kobiety, czy pozycją społeczną dziecka i dorosłego. Poniżej zaś huczy wściekłe morze milionów, które myślą inaczej, myślały inaczej i zawsze będą myśleć inaczej. I choć starą teorię życia popiera ogromna, gigantyczna wprost większość, osobiście mam wątpliwości, kto wyjdzie z tej walki zwycięsko. W związku z rozkładem teologii, podobnie jak wszystkich innych zresztą jasnych systemów myśli, ludzie muszą opierać się dziś w znacznej mierze na instynkcie, trochę jak zwierzęta. I jak zwierzęta – instynkt mają mocny, i na pewno słuszny; ale nie mają woli, w związku z czym łatwo ich wystraszyć. Tak też naprawdę nie wiem, kto wygra: statyczny i powolny tłum, czy małe kółka naukowców, które działają szybko jak błyskawica – choć nie mam wątpliwości, kto wygrać powinien.

Europa współczesna ogromnie koncentruje się na polityce, co wynika po troszę z upadku religii, a po troszę z prawego i radosnego przebudzenia, jakie przyniosło zniesienie starych nierówności. Taki stan rzeczy jednak, nie utrzyma się długo. Religia już powraca z wygnania; i jeśli coś na nas czeka w przyszłości, to prędzej epoka wszechobecnego i wściekłego zabobonu, niż powrót starego racjonalizmu wieku dziewiętnastego.

Z drugiej strony, nasze wysiłku na drodze do zniesienia obecnych, nienormalnych nierówności majątkowych, muszą wkrótce zacząć przynosić owoce; ludzie coś zmienią – choćby tylko po to, by położyć kres niekończącej się męczarni szczerego i całkowicie bezsilnego współczucia; i trawiąca nas obecnie szalona anarchia dobiegnie końca – nawet jeśli pokój, który po niej nastąpi, będzie pokojem niewolnictwa. I gdy te szczególne rodzaje obawy – obawa o państwo, obawa o wszechświat, ustąpią, coraz bardziej odsłaniać się będą naszym oczom owe pierwotne, archaiczne prawdy, zasłonięte obecnie przez tumany kurzu, unoszące się spod nóg walczących. I w miarę, jak kwestie wtórne odchodzić będą w przeszłość, na pierwszy plan coraz bardziej wysuwać się będzie pierwotna i podstawowa kwestia człowieka.

Póki co, wszyscy popełniamy ten sam błąd; traktujemy politykę zbyt poważnie. Zapominamy, jak gigantyczna część życia wygląda dokładnie tak samo niezależnie, czy rządzi sułtan czy senat, św. Ludwik czy Neron. Świat to zawsze coś wspaniałego, a konieczność wczesnego wstawania to zawsze coś okropnego; jedzenie i przyjaciół trzeba umieć docenić, pracę i nieznajomych – ścierpieć; a gdy tylko noc nastanie, ptaki śpią, a dzieci nie chcą spać. I najgorsze, że współczesna rewolucja przeciw niesprawiedliwym dodatkom do życia może zniszczyć i to wszystko, co czyni życie względnie znośnym. I tragiczną ironią będzie, gdy po tak długim poszukiwaniu spokoju okaże się, że został nam tylko wieczny niepokój; że pracując po to, by w końcu odpocząć, całkowicie oduczyliśmy się odpoczywać. Typem człowieka współczesnego jest milioner, który tyra, żeby zarobić pieniądze, a potem przekonuje się, że nawet pieniędzmi nie potrafi się cieszyć. I istnieje poważnie niebezpieczeństwo, że reformator zarazi się niepostrzeżenie szaleństwem milionera, którego tak namiętnie wyklina. I może on przekonać się kiedyś, że choć wie znakomicie, jak budować place zabaw, to w ogóle nie umie się bawić. Może walczyć o ciszę i spokój, lecz po to tylko, by tym dramatyczniej przeżywać swe walki wewnętrzne. Podczas swych długich zmagań o choćby jedno wolne popołudnie może zacząć nienawidzić wszystkich naturalnych i starożytnych radości człowieka: pasji bycia, boskości ludzkiej natury, świętości rzeczy powszednich, płodności i pogody ziemi, które same jedne potrafią zmienić wolne popołudnie w popołudnie wolności, a niewolnika w niemal pół-wolnego człowieka.

Drzemie pewne niebezpieczeństwo w tej ostatnio modnej frazie: „nadludzkie niezadowolenie”. Drzemie w nim i prawda, to oczywiste; ale prawda raczej specjalna – i cokolwiek drugorzędna. Większa część obecnego sporu chrześcijaństwa ze światem bierze się dokładnie z tego; że w każdym momencie każdej rewolucji i reakcji mieszają się ze sobą, że tak powiem, dwie prawdy i jeden truizm – strasznie stary, ale przez to tym straszniej prawdziwy. Warto czasem przypomnieć sobie, że czarne nie jest tak czarne jak je malują; ale czarne to nadal czarne, a nie białe. Podobnie ma się to z kwestią zadowolenia i niezadowolenia. Prawda, że w pewnych skrajnych i niedopuszczalnych wypadkach przemocy i ucisku, niezgoda to obowiązek, a wstyd powinien budzić nas niczym trąba z nieba. Ale nieprawda, że człowiek powinien nie zgadzać się z życiem, jakkolwiek szlachetna byłaby to niezgoda. Nieprawda, że w swym najprostszym i najintymniejszym odniesieniu do świata: wobec płci przeciwnej, wobec bólu, przyjaźni, śmierci czy pogody, powinniśmy żyć ideałem buntu i sprzeciwu; to czyste szaleństwo. Niemal cała nasza nieśmiała nadzieja na szczęście to ledwie kilka prostych marzeń o tym samym: o domu małym, lecz pięknym, żonie prostej lecz czarującej, i żeby ból nogi nie był aż tak straszny a złe karty aż takie złe. Głosy buntowników i proroków, wzywające ludzi do niezgody i niezadowolenia, powinny – jak napisałem – rozlegać się od czasu do czasu, niczym dźwięk trąby. Lecz głosy mędrców i świętych, głoszące szczęście i spokój, powinny brzmieć zawsze, nieprzerwanie – jak morze.

 

Tłm. Maciej Wąs