Gilbert Keith Chesterton

Coś o Rousseau

G.K.’s Weekly, 25 października 1930

Mimo iż nie zgadzamy się ze sobą właściwie w niczym, mam ogromny szacunek dla wszystkich autentycznie wielkich i inspirujących cech umysłowości wielebnego Inge’a [William Inge (1860-1954) – znany jako „Dean Inge”, anglikański duchowny, profesor Cambridge, poczytny i popularny autor książek na tematy religijne, moralne i społeczne, trzykrotnie nominowany do literackiej Nagrody Nobla. Promował model duchowości indywidualistyczny, emocjonalny, wolny od zewnętrznego autorytetu; przyp. tłumacza]. Ostatnio w każdym razie, znacznie bardziej skłonny jestem krytykować nie jego, a raczej społeczeństwo, które z jakiegoś powodu nie potrafi przeprowadzić najzwyklejszej krytyki podobnie niezwykłego krytyka. Ilekroć się myli – nikt nie widzi problemu, a ilekroć ma rację, to wszyscy się śmieją. Tak też najlepsza i najświetniejsza z jego cech, ta, ze względu na którą mówi się o nim, że jest pisarzem „posępnym”, to po prostu wolność od wulgarnego optymizmu przekupniów, której każdy porządny człowiek ma już po dziurki w nosie; a także pewna niewzruszoność, pozwalająca zachować spokój tak wobec przeszłości, jak i przyszłości. Z drugiej strony, nikt jeszcze nie zwrócił uwagi na to, co moim zdaniem naprawdę jest z nim nie w porządku; i zapewne narażę się tutaj na kolejne oskarżenie o „paradoksalność”, gdy powiem, że krytyka, na którą zasługuje to prosta odwrotność tej, której mógłby się spodziewać. Niestrudzenie przybiera on pozę człowieka, który nie udaje nawet, że jest demokratą – w porządku; nie w porządku natomiast, że nie będąc demokratą, jest pełną gębą demagogiem. Możliwe, że każdy obdarzony zdolnością wyrazistej ekspresji i szerokością wizji musi być trochę demagogiem. Niemniej Inge gra pod publiczkę w sposób, który mnie osobiście przynajmniej bardzo trudno wybaczyć; to znaczy: na starych i zużytych aluzjach, które wciąż jeszcze mogą wydawać się świetne pół-wykształconym, każdemu naprawdę wykształconemu wszakże jawią się jako płaskie, albo wręcz banalne. Zwróćmy uwagę na przykład, jak umiejętnie posługuje się słowem „inkwizycja”; na dźwięk którego wciąż ścina się krew w żyłach mieszkańców Tooting. Każdy normalny opis historyczny wystarczy, by przekonać wykształconego człowieka, że krucjata przeciw Albigensom faktycznie zmusza do refleksji nad niezmiernie poważną kwestią i straszliwymi konsekwencjami prześladowań religijnych. Inge wszakże, musi określić krzyżowców mianem „inkwizycji”; inaczej publika nie wstrzymałaby oddechu z przerażenia. Innego dnia oskarżył mnie, że wierzę w „czary” – bo nie ma lepszego sposobu zszokowania czytelników Evening Standard, niż napisać „czary”; choć wie przecież równie dobrze jak ja jak przytłaczająca jest liczba dowodów potwierdzających realność psychologicznego wpływu złych duchów na człowieka. W dokładnie tym samym stylu, i w związku z zupełnie innym tematem, napisał niedawno wyniośle, jakoby Rousseau był „pierwszym bolszewikiem”. Równie dobrze można by powiedzieć, że Shelley był pierwszym biznesmenem [Percy Bysshe Shelley (1792-1822) – angielski poeta i dramaturg, przedstawiciel drugiej fali romantyzmu angielskiego: buntownik, rewolucjonista, ateista, potem panteista…; postać ciekawa, przyp. tłm.]. W środowisku naszych uczonych utrzymuje się jednak niezbyt mądra tradycja, wedle której o Rousseau powiedzieć można dosłownie wszystkie, nieważne, jakby to było głupie; podobnie jak wszystko, nawet największą bzdurę, powiedzieć można o Napoleonie. Obydwaj to podli i podstępni obcokrajowcy, którzy bardzo nam kiedyś bruździli, nawet jeżeli nie pamiętamy już dokładnie jak. „Bonuś”, „bolszewizm” i „Rousseau” to wciąż magiczne zaklęcia, a Inge naprawdę potrafi je rzucać. Jak nikt zgłębił tajniki tych mrocznych i brzydkich czarów.

Rousseau to pisarz, którego w Anglii nikt nie czyta, dlatego też wszyscy krytykują. Anglicy nie mają pojęcia ani o prawdziwych błędach, ani o prawdziwych źródłach tej myśli. Błędy Rousseau stanowiły po prostu odwrotność błędów Kalwina. Ciekawe, że ludzie ci wywodzili się z tego samego miasta i w pewnym sensie z tej samej tradycji. [typowy Chestertonowski „skrót” – Kalwin tak naprawdę pochodził z Noyon] Pokazuje to tylko wszakże, że w tradycji tej nie chodzi o poglądy, tylko raczej o sprzeciw wobec jednej ważnej prawdy o człowieku. Rousseau był za bardzo pelagnianinem; za co atakowali go wściekle i wyniośle wiktoriańscy protestanci, myślący znacznie bardziej pelagiańsko, niż on. Udało mu się wszakże uchwycić wiele bardzo istotnych prawd, z których najistotniejsza jest bez wątpienia ta najbardziej w czasach wiktoriańskich obśmiewana jako naiwna wiara w „szlachetnego dzikusa” czy prymitywny „powrót do natury”. Cóż, dziś „powrót do natury” głosi cała armia snobów, a większość z proponowanych przez nich metod ani by się Rousseau nie śniła; ale i tak, mimo tego, nikt nie zadaje sobie trudu, żeby choć trochę poczytać to, co miał do powiedzenia i wyłapać to, co do czego naprawdę miał rację. A miał zupełną rację na przykład utrzymując, wbrew Wolterowi Diderotowi i całemu trupiemu ateizmowi epoki, że jest jakaś tajemnica mistyczna i moralna w tym dziwnym bycie, który powszechnie nazywamy naturą, a który co mądrzejsi z nas nazywają stworzeniem. Ludzie, którzy tracą kontakt z rzeczami fundamentalnymi, z orką, zbiorami i wychowaniem dzieci, tracą coś, czego nawet najbardziej zawrotny postęp cywilizacji nie jest w stanie im oddać; i Rousseau rozumiał, jako jedyny ówczesny republikanin, że tylko w podobnie prostych społecznościach sprawiedliwość i równość wydają się jednym w jasnej pogodzie rozumu. A jednak, był także w pewnym sensie tego słowa reakcjonistą. Można powiedzieć, że był duchowym ojcem Ruskina; nawet Tołstoja. Twierdzić wszakże, że był duchowym ojcem Trockiego, to czysty i barbarzyński bełkot. Marks – materialista, Żyd z pochodzenia, z religii ateusz, pod każdym względem człowiek miasta; który potrafił (jak to oddał niegdyś z humorem pan Wells) oddychać nawet w czytelni Muzeum Brytyjskiego – oto właśnie ojciec bolszewizmu, od początku do końca i na zawsze ruchu wielki metropolii. Nonsensem jest twierdzić, że Rousseau był protoplastą bolszewizmu, czy nawet komunizmu. Bo jeśli czegokolwiek, to dystrybucjonizmu.

Na szczęście, dystrybucjonizm ma mądrzejszego protoplastę i mądrzejsze podstawy w osobie św. Tomasza z Akwinu i tekście Dziesięciu Przykazań. Nie powinniśmy jednak nigdy lekceważyć znaczenia i zdrowia tej romantycznej reakcji, jaka pojawiła się w samym szczycie epoki oświecenia. Pewien uczony z Cambridge napisał niedawno do The Times świetny list, w którym zwrócił uwagę, że jeśli chcemy obarczać Rousseau odpowiedzialnością za rzeczy, o których mu się nawet nie śniło, równie dobrze moglibyśmy winić go za powstanie ruchu oksfordzkiego, co wybuch rewolucji rosyjskiej. Bo to właśnie on był tym, który dostrzegł, w samym zenicie wielkiego ruchu Rewolucji, znaczenie głęboko ludzkiej potrzeby Powrotu. Nie wiedział, istotnie, do czego tak bardzo chciał wracać; mniemał, że do natury; prawda jest taka, że raczej do nad-natury. Wiedział wszakże przynajmniej tyle, że sama „postępowość” nie wystarczy; wiedział o tym znacznie lepiej, niż racjonaliści, którzy atakowali go wtedy i irracjonaliści, którzy atakują go teraz. Ci, którzy widzieli ludzkość jako wielką armię maszerującą przez dzieje od zwycięstwa do zwycięstwa, nie mieli pojęcia o prawdziwej naturze człowieka – ani tym bardziej armii. I już prawdziwy marsz armii Napoleona czegoś ich w tek kwestii nauczył. Bo armia nie może iść bez zaopatrzenia i łączności z bazą. W wypadku tej armii, jaką jest ludzkość, linią zaopatrzeniową jest tradycja, a bazą – natura; prawdziwy świat, jaki Bóg stworzył dla człowieka. Rousseau był geniuszem, lecz rozumiał to jeszcze cokolwiek mgliście, bo świat współczesny dopiero się rodził. My zaś, nie jesteśmy geniuszami, lecz rozumiemy jasno – bo na na własne oczy ujrzeliśmy, jak świat współczesny runął.

Tłm. Maciej Wąs