Gilbert Keith Chesterton

Drapacze nieba

Ze zbioru Sidelights (1932)

Drapacz nieba to bardzo fantazyjne określenie; ale, z drugiej strony, to zupełnie fantastyczna rzecz. Nikt nie zwraca uwagi na to, że coś takiego nie istnieje. Nazwa ta pierwotnie była wspaniałym przykładem amerykańskiego kłamstwa; znanej i uznanej formy amerykańskiego żartu. I choć żart dawno poszedł w zapomnienie, nazwa ciągle pozostaje w użyciu, co samo w sobie stanowi interesujący przykład niezwykłych zdolności, dzięki którym umysł współczesny potrafi mieszkać w wyimaginowanym świecie prawie że tego nie zauważając; jak gdyby we śnie błądzić pomiędzy różnorakimi przypuszczeniami krainy nierozumu. Tytuł drapacza nieba to całkiem dobra legenda czy baśń; stanowi on część tego samego świata, co człowiek z księżyca czy sułtan – brat słońca i gwiazd. Lecz używający tych legendarnych terminów wiedzieli, że są one legendarne; a nawet gdy sądzili, że są prawdziwe, wiedzieli, że nie są same przez się oczywiste. Język współczesny wszakże, a szczególnie język amerykański, naszpikowany jest wyolbrzymieniami, do których wszyscy się już przyzwyczaili; wyolbrzymieniami, które nie wyglądają już olbrzymio. Pełno w nim najbardziej fantastycznych opowieści, które stały się zupełnie pospolite.

Opowieść o pierwszym drapaczu nieba w dziejach, Wieży Babel, nie stała się zupełnie pospolita. Jeden z najpoważniejszych argumentów za istnieniem w życiu człowieka osobnej przestrzeni religijnej stanowi fakt, że ocala ona pewne sprawy od wpływu owej specyficznej swojskości, w błyskawicznym tempie unicestwiającej piękno i cudowność rzeczy zwykłych. Wszyscy mogą żartować z Wieży Babel ile tylko dusza zapragnie; a i tak nawet dzisiaj ktoś mógłby napisać o niej epos. Ale wśród stu milionów istot ludzkich, codziennie wypowiadających słowa „drapacz nieba”, znajdzie się prawdopodobnie bardzo, ale to bardzo niewiele takich, które pamiętają, że gdy użyto tego słowa po raz pierwszy, stanowiło ono coś w rodzaju fantastycznego liryku. Jedną z konsekwencji tego przesadnego pobudzenia i wynikającego zeń wyjałowienia wyobraźni, jest fakt, że ci, którzy obracają się pośród podobnych spłowiałych fantazji z ledwością potrafią rozpoznać fakty – nawet jeżeli mają je tuż przed oczami. Za nic w świecie nie chcą przyznać, na przykład, że ideał dystrybucjonizmu to najbardziej realny, a nawet najbardziej realistyczny spośród wszystkich ideałów; że chodzi w nim o fakty najbardziej niezaprzeczalne spośród wszystkich faktów. Wiedzą, że nie da się podrapać nieba wieżą; a jednak – używają tego zwrotu w mowie. Kiedy my mówimy im wszakże, że jak najbardziej da się podrapać ziemię rydlem, sądzą, że to zwyczajne bajki.

Inną ironią losu jest tutaj to, że ludzie po raz pierwszy przekonali się, że mogą budować drapacze nieba dokładnie w momencie, w którym przekonali się, że nie istnieje coś takiego jak niebo. Dzikie plemiona i proste ludy marzyły o zamkach pośród chmur i bogach latających na skrzydłach burzy; ale ci, którzy odkryli, że są w stanie przebić ogrom przestrzeni iglicą i wzbijającym się w górę silnikiem, zorientowali się również, że zupełnie nic w niej nie ma. Odtąd nawet budowniczowie Wieży Babel nie mogą już bluźnierczo próbować dosięgnąć niebios. Mogą tylko, ściśle mówiąc, spadać, spadać i spadać, niczym w koszmarze Lukrecjusza, w bezdenną pustkę. Fakt ten może również częściowo tłumaczyć, dlaczego twórczy element tej megalomańskiej frazeologii tak szybko ulatnia się z używanych w niej słów. Jeżeli drapacz nieba to zapomniany mit, bierze się to nie tylko stąd, że drapacz to rzecz mityczna, ale także i stąd, że samo niebo to rzecz mityczna. Z tego, o czym nasi ojcowie układali legendy i poematy, my możemy sobie już tylko żartować. Prawda, że drapacz nieba wywiera pewne skutki artystyczne, o których można pisać bardzo wzniosłe rzeczy; tak jak o każdym potężnym i przejmującym paroksyzmie tajemniczych energii człowieka. Ale nawet te współczesne medytacje, w swoich najlepszych momentach, wydają się zawierać pewien interesujący element odczłowieczenia; element, który nie jest tak do końca zdrowy. Ciągle powtarza się teraz, na przykład, że spoglądając w dół ze szczytu wieżowca widzi się cudowną mapę jakiegoś miasta lub nawet całego świata, spłaszczonego w matematyczne miary i proporcje, z ludźmi zredukowanymi do roli małych kropek, przypominających kurz atomów. Niemniej, ta niezwykła moc dystansu to zwykła iluzja; dokładnie taka sama, jak piękno niebieskich wzgórz, z tym że w sensie symbolicznym nieporównanie mniej prawdziwa. Ludzie to nie kropki czy atomy, choćby i ktoś spoglądał na nich ze szczytu całej pagody drapaczy nieba – i na pewno niedobrze byłoby, gdyby człowiek taki upadł na tyle nisko, by myśleć, że jest inaczej. Przeczuwano to wystarczająco często, rzecz jasna, na długo zanim komukolwiek śniło się choćby coś takiego jak drapacz nieba; i wyrażano w sposób znacznie piękniejszy, niż czyni się to współcześnie. Szekspir miał to widzenie na szczycie Klifu Szekspira; znał się jednak na swoim fachu, w związku z czym włożył jego opis w usta szaleńca. Jako iż w Królu Learze prawie wszyscy są szaleni.

Z faktu istnienia drapaczy nieba można nauczyć się jednej rzeczy, obecnie grającej w ludzkim życiu – czy może raczej śmierci – niesłychanie wprost ważną rolę. Stanowi on ilustrację owej ogromnej anomalii, jaką jest odcięcie współczesnego człowieka od jakiegokolwiek związku z ziemią. Łączy się z tym, co powiedziałem wcześniej na temat niemożliwości drapania nieba i możliwości drapania pól. Za doskonałą paralelę naszej argumentacji mogłaby posłużyć tutaj opowieść, w której ludzie z niższych pięter pewnego wieżowca próbowaliby zagłodzić na śmierć ludzi z wyższych pięter tego wieżowca. Ludzie z wyższych pięter dysponowaliby w tej historii wszelką możliwą przewagą w kwestii tego, co określa się mianem przykładów nowoczesnego postępu i wygody; światła, wentylacji, telefonów, ciepłej i zimnej wody – dopóki by im ich całkiem nie odcięto. Niemniej, nie mogliby oni jeść kabli telefonicznych – jedzenie mydła zaś, mogłoby im sprawiać niejaką trudność; i o ile nie udałoby im się posadzić kilku warzyw w doniczkach na oknie, prawdopodobnie umarliby lub ogłosili kapitulację. O bitwie w wielkim hotelu, z całym mnóstwem cel przygotowanych dla kłębiącego się w nim roju pszczół, można by napisać świetny amerykański epos. Mógłby się w nim znaleźć ekscytujący opis batalii o windę; wojny niezliczonych i bezimiennych gości, znanych tylko z numerów pokoi. Mógłby on opiewać rycerski wypad 55783, który zdobył i z powodzeniem obsługiwał windę numer trzydzieści dwa; heroiczny bój 62017, który przebił się przez wyjście awaryjne z rękoma pełnymi ziemniaków i pochrzynów; nieśmiertelne czyny 65991, którego imię, a raczej numer, na wieczność zapisze się na kartach historii. Byłaby to naprawdę dobra zabawa; bardzo dobrze unaoczniająca, o co właściwie chodzi w dystrybucjonizmie.

Trzeba tutaj dodać jeszcze jedną rzecz. Oszczerstwem wobec Ameryki byłoby nazywać ją krainą drapaczy nieba. Wielką niesprawiedliwością wobec Amerykanów jest zakładać, że większość z nich mieszka w wielkich hotelach. Znaczna ich liczba mieszka w malutkich, drewnianych domkach, przypominających raczej domki dla lalek, z których każdy ma przed wejściem werandę; i ludzie ci są znacznie bardziej szczęśliwi i mają się znacznie lepiej, niż ktokolwiek mieszkający choćby i w największym hotelu świata; największe zaś ich szczęście stanowi być może fakt, że nikt nigdy o nich nie słyszał.

Tłm. Maciej Wąs