Gilbert Keith Chesterton

Rozdział IV: Filozofia wycieczek krajoznawczych

Ze zbioru Nowe Jeruzalem (1920)

Różni wysoce kulturalni krytycy mówili mi, że powinienem rozczarować się Jerozolimą; i obawiam się, że niemało rozczarują się oni faktem, że tak się nie stało. Odnośnie miasta jako miasta postaram się powiedzieć coś na innym miejscu; niemniej sprawy, o które owym krytykom chodziło, mają naturę znacznie bardziej ogólną i wewnętrzną. Tyczą się jakiegoś elementu jarmarku, tandety i przesądu, który mają w sobie tutejsze kapliczki oraz korzystający z nich ludzie. Otóż, problem krytyków nie leży w tym, że krytykują oni świat; ale w tym, że nigdy nie są samokrytyczni. Porównują to, co obce, z ideałem; a jednak nie porównują oni z tym ideałem także samych siebie; raczej wprost się z nim identyfikują. Spotkałem kiedyś pewnego turystę, który widział wielką piramidę i powiedział mi, że wydała mu się nieduża. Zapewniam, turysta ów wydawał się sporo mniejszy. Istotnie, istnieje też drugi typ podróżnika, w sensie moralnym czy mentalnym wcale nie małego, który przyznaje się do podobnych zawodów całkiem szczerze, jako do przejawów realizmu wobec osobistych wrażeń. W tym wypadku, cierpi on zazwyczaj na standardową przypadłość większości realistów; to znaczy: ma nie dość realistyczne nastawienie. Tak naprawdę nie przemyśliwa on swoich wrażeń do końca; gdyby tak było, stwierdziłby, że generalnie nie są one wcale aż tak bardzo rozczarowujące. Pewien obdarzony poczuciem humoru żołnierz powiedział mi kiedyś, że pochodzi z Derbyshire i nie ma najlepszej opinii o piramidach, ponieważ nie są one tak wysokie, jak wzgórze Peak1. Zwróciłem mu wtedy uwagę, że porównując go do góry, składa on wytworowi rąk ludzkich możliwie największy hołd; nawet jeżeli sądzi, że wytwór ten to jako góra jest raczej niewielki. Zasugerowałem, że tak naprawdę to raczej spory nagrobek. Starałem się dotrzeć do moich rozmówców z tamtego dystryktu pytając ich, czy przypadkiem nie byliby choć trochę zaskoczeni, gdyby natknęli się na podobną budowlę podczas spokojnej przechadzki po wiejskim cmentarzu. Lub czy gdyby taki nagrobek należał do kogoś z ich rodziny, nie uważaliby za rzecz naturalną, nawet jeśli całkiem niekonieczną, pokazywać go innym; i to nie bez pewnej dumy. Ta sama zasada wyższego realizmu znajduje zastosowanie w wypadku rozczarowanych widokiem Sfinksa. Tymczasem on naprawdę przechodzi wszelkie oczekiwania – dlatego właśnie, że się im wymyka. Na ogół pomniki wyglądają imponująco wtedy, gdy są wysokie i często tylko z odległości. Sfinks jest rzeczywiście nieoczekiwany, ponieważ trafia się na niego nagle, w niecce, a do tego znajduje się on wtedy bardzo blisko. Twarz ma zwróconą w drugą stronę; i skutek tego jest dosyć upiorny, jakby weszło się do pokoju, który wygląda na pusty, by niespodzianie dostrzec w nim kogoś zastygłego w bezruchu na kształt mebla. Albo jak gdyby w tym dołku w piasku odkryć nagle herbowy symbol lwa w pozycji leżącej; jako że istotnie, zakopana pod piaskiem część tego potwora ma przecież dokładnie formę leżącego króla zwierząt. Gdyby był to prawdziwy lew, jego bliskość prawdopodobnie nie umniejszyłaby ogólnego zaskoczenia; również pierwszej emocji spotykającego go podróżnika nie dałoby się chyba określić mianem rozczarowania. W tego typu wypadkach zazwyczaj w pewien sposób korzystne jest spojrzeć na pomnik jeszcze drugi raz, lub nawet drugi raz przyjrzeć się naszym własnym odczuciom. W ten oto sposób argumentowałem, spierając się z nieokiełznanymi krytykami w nieokiełznanej dziczy; jedyną wszakże istotną w tym momencie część dyskusji wyrazić można słowami, że uważam piramidę za dużą, z tego głębokiego i prostego powodu, że jest ona większa niż ja. Tym, którzy czuli się rozczarowani widokiem Sfinksa sugerowałem delikatnie, że Sfinks równie dobrze mógł się rozczarować nimi. Widział przecież Juliusza Cezara; bardzo prawdopodobne, że widział również św. Franciszka, gdy ten przywiózł do Egiptu płomień swojej miłości; z pewnością spoglądał, w pierwszych, górnych dniach zwycięstw Rewolucji, na oblicze młodego Napoleona. Czy nie jest choć trochę możliwe, próbowałem dać do zrozumienia moim przyjaciołom i pozostałym turystom, by po wszystkich tych doświadczeniach widok ciebie lub mnie wpędził go w lekki dołek? Jednakże, jak mówiłem, przywołuję tu moje uwagi wyłącznie w związku z problemem szerszym, niż wszystkie te martwe sprawy pustyni; w związku z grobem, przy którym nawet piramidy to zaledwie kolosalne rupiecie i obecnością większą niż Sfinks, bo stanowiącą nie tylko zagadkę, ale i odpowiedź.

Zanim przejdę do bardziej gruntownej obrony podobnego kultu czy kultury, pragnę zaznaczyć w tym miejscu jakiś rodzaj próby dla pierwszego wrażenia zwykłych turystów, takich jak ja, którym wiele z tego, co pełne jest archaicznej siły, może wydawać się po prostu sztywne – lub też wiele z tego, co ma do czynienia z głęboką psychologią pobożności, może wydawać się po prostu nienormalne. Krótko mówiąc, chciałbym postawić się na chwilę w sytuacji wykształconego Anglika, który odnosi najszczersze wrażenie, że ma do czynienia z bałwochwalstwem. Przypadkowo zupełnie, nadmieniam, to właśnie on jest tutaj poganinem. To on czci miejsce, nie mając przy tym krzty czci dla samej tej czci.  To on właśnie zajmuje się przede wszystkim tym, czy jakiś martwy przedmiot jest stary czy nowy, złoty czy złocony. Innymi słowy: to on właśnie ceni rzeczy widzialne ponad niewidzialne; bo żaden zdrowy umysłowo człowiek nie może wątpić, że odwiedzający te kapliczki księża i pielgrzymi naprawdę widzą to, czego nie widać.

Pośród emocji, które wyrzuciły cały świat z drogi, po której dotychczas kroczył, rozsypanych wokół tłumów, które za jedną definicję potrafią zginąć lub popełnić morderstwo, wykształcony Anglik w swojej ślepocie kłania się drewnu i kamieniom. Ponieważ jedyną złą cechą tego godnego podziwu jegomościa jest jego ślepota na samego siebie.

Nikt na serio nie spróbuje opisać, co czuł, gdy pierwszy raz stanął na progu Grobu Chrystusa. Jedyny istotny tutaj zapis historyczny dotyczy faktu, że ja sam nie doświadczyłem niczego z niechęci, by nie powiedzieć: wstrętu, który uderza tak wielu na widok oficjalnego otoczenia tego miejsca.

Albo miałem nadzwyczajne szczęście, albo inni są nadzwyczajnie wybredni. Przewodnik, który pokazał mi Grób, nie zachowywał się wcale jakoś szczególnie głośno, bluźnierczo czy w sposób uchwytnie najemniczy; przejawiał więcej raczej niż mniej ogólnego zrozumienia niż wielu z tych, którzy oprowadzali mnie choćby po Opactwie Westminsterskim czy Stradford-on-Avon. Był to niski, poważny, starszy mężczyzna o sowiej twarzy, z wyznania rzymski katolik; niemniej nie dając w żadnej mierze podstaw do oskarżeń o nieznajomość Biblii, zasłużył on raczej na delikatną wymówkę za przyjęcie założenia, że nikt poza nim jej nie zna. Jeśli w tak świętych okolicznościach cokolwiek zasługiwało na uśmiech, to umyślna prostota, z którą opowiadał podstawowe fakty z Ewangelii, jak gdyby nawracał poganina. W każdym razie, nie mówił w stylu tandeciarza ze straganu; ale raczej nauczyciela ze szkoły podstawowej. Pieczołowicie wyjaśnił, że Jezus został ukrzyżowany, na wypadek, gdyby ktoś myślał, że został ścięty; bardzo często też przerywał tok swojego wywodu, aby jeszcze raz zaznaczyć, że bohaterem tej opowieści jest właśnie Jezus Chrystus, na wypadek, gdyby zdawało się nam, że Nabuchodonozor albo książę Wellington. W żadnym wypadku nie przeszkadza mi fakt, że mnie tym rozbawił; nie mam jednak także żadnego powodu wątpić, że mógł on być lepszym człowiekiem niż ja. Ofiarowałem mu to, co mógłbym ofiarować każdemu przewodnikowi z mojej ojczyzny; rozstałem się z nim tak grzecznie, jak rozstałbym się z każdym z moich rodaków. Zgodnie z przyjętym zwyczajem, ofiarowałem także pieniądze różnym, opiekującym się kaplicami zakonnikom; nie widzę w tym wszakże niczego zaskakującego. Nie jestem do tego stopnia ignorantem, aby nie zdawać sobie sprawy, że bez zgromadzeń zakonnych, wspomaganych podobną dobroczynnością, dziś w Jerozolimie nie byłoby czego oglądać. Istnieje jedna ledwie klasa ludzi, których stałe zmartwienie, od czasów pogan i herezji po czasy Turków, stanowiła opieka nad tymi wszystkimi miejscami; i na pewno nie mam zamiaru szydzić z nich za to, że nie wykonują żadnej pożytecznej pracy, żeby potem nie płacić im za całą pożyteczną pracę, którą wykonują. Co do reszty, nawet sprawa zniszczeń architektonicznych jest przesadzona – kościół spłonął i został odbudowany w nowożytnej i niekorzystnej dla tego epoce; niemniej starsze części, szczególnie kruchta krzyżowców, są tak wspaniałe, jak ludzie, którzy je wykonali. Zachodzące tu i ówdzie niezgodności stanowią kwestię lokalnego kolorytu. Na marginesie – w związku z tym, co powiedziałem na temat zwierząt jucznych, samemu również pokonałem w pewnym momencie kilka rzędów stromych schodów, wiodących na dach mieszczącego się za Grobem Pańskim, żeńskiego klasztoru. Kiedy zaś osiągnąłem już kres mojej wędrówki, znalazłem się we flegmatycznej obecności dwóch wielbłądów. Nader ciekawym przeżyciem byłoby spotkać dwie krowy na dachu wiejskiego kościoła. Niemniej, jedynym morałem wtrąconej tu opowieści jest to, iż także w naszym własnym kraju możemy natknąć się na równie interesujące rzeczy.

Kiedy krytyk mówi, że Jerozolima to wielkie rozczarowanie, zazwyczaj ma na myśli, że pobożność ludowa jest tutaj nędzna i zdegenerowana, a sztuka religijna – krzykliwa i groteskowa. Na ile podobne stwierdzenie ma w sobie cokolwiek z prawdy, faktem jest również, że krytyk ten rzadko widzi prawdę w całej jej okazałości. Problem z krytykiem polega na tym, że nie krytykuje on sam siebie. Nie próbuje uczciwie porównać tego, co w tym konkretnym świecie idei słabe, z tym, co jest słabe w jego własnym świecie idei. Posłużę się przykładem z osobistego doświadczenia. Jeśli mam jakieś gniazdo rodzinne, to z pewnością będzie to High Street w Kensington, z której wyrasta dom mojego dzieciństwa. Dorastałem właśnie przy owej wielkiej arterii, którą pan Max Beerbohm, z przychodzącą mu tak łatwo precyzją frazy, określił jako „ruchliwą, z niejaką skłonnością do sztuk pięknych”. Być może mnie samego nigdy nie dało się opisać przez odwołanie do „ruchliwości”; lecz zupełną prawdą jest, iż ludziom, wśród których się wychowałem, zawdzięczam pewne zamiłowanie do sztuki. Zgadza się również, że podobne zamiłowanie obecne było dosyć powszechnie, w różnych postaciach i z różnym natężeniem, w świecie, którego symbol stanowić może High Street w Kensington. I niezależnie od tego, czy uwaga ta to hołd, czy nie, na pewno trzeba przyznać, że większość wrażliwych artystycznie mieszkańców tej ulicy, biorąc pod uwagę ich poczucie przyzwoitości, doznałoby niemałego szoku, gdyby zdarzyło im się ujrzeć ludowe kapliczki Jerozolimy; ich fałszywe złoto, odpustowe kolory, fantastyczne opowieści i pełną podniecenia wrzawę. Czego wszakże domagam się od podobnych ludzi, a czego oni nigdy nie robią, to żeby odwrócili oni tę prawdę do góry nogami. Pragnę, żeby wyobrazili sobie nie to, jak pewien esteta z Kensington przemieszcza się ulicą króla Dawida do Grobu Pańskiego, ale to, jak pewien grecki mnich albo rosyjski pielgrzym przemieszcza się po High Street w Kensington do ogrodów królewskich. Nie zamierzam upierać się tutaj przy przywoływaniu wszystkich tych idących w setki oznak plutokratycznej zarazy, które naprawdę mogłyby zaskoczyć chrześcijańskiego chłopa; szczególnie owego przekleństwa społeczeństw bezreligijnych (w społeczeństwach religijnych, tak islamu, jak chrześcijaństwa, zgoła nieznanego): ohydy odmawiania wszelkiej godności ubogim. Nie mówię teraz o zagadnieniach moralnych, tylko artystycznych; o konkretnych sztukach i rzemiosłach, używanych w pobożności ludowej. Cóż, mój wyimaginowany pielgrzym szedłby wzdłuż ogrodów królewskich w Kensington, aż zostałby nagle uderzony widokiem cudu. Wtedy albo padłby na kolana, jak gdyby ujrzał kapliczkę, albo zasłonił twarz na widok świętokradztwa. Zobaczyłby Memoriał Alberta2. W Jerozolimie nie znajdzie się niczego, co aż tak bardzo przykuwałoby uwagę. Ani niczego podobnie krzykliwego i kapiącego od podobnych ilości złota. Poza wszystkim, nie ma tam również niczego, co byłoby naraz tak wielkich rozmiarów i odznaczało się tak radosnym i bijącym w oczy stylem. Mój prosty mieszkaniec Europy Wschodniej niemal na pewno zawołałby głośno: „Ku czci jakiego nadczłowieka wzniesiono tę wspaniałą świątynię? Tuszę, że dla Chrystusa; boję się jednak, że dla Antychrysta”. To właśnie, pomyślałby, może być potężny i złoty wizerunek księcia tego świata, ustawiony na wielkiej, otwartej przestrzeni, by tym łatwiej przychodziło składać mu pogańskie ofiary i wznosić doń pogańskie modły upadłej ludzkości. Sądzę, że poczułby przemożne pragnienie, aby znaleźć się na powrót w domu, pośród skromnych kapliczek Syjonu. I w ogóle nie potrafię wyobrazić sobie, co takiego by poczuł, gdyby dowiedział się, że ten złocony idol to nie bożek, ani demon, tylko mało znaczący, niemiecki książę, który miał drobny wkład w przekształcenie nas w powolne narzędzie Prus.

Osobiście, przyznaję ochoczo, obecność owej potworności w ogrodach królewskich w Kensington odbieram jako coś zupełnie naturalnego. Jest tak z tego względu, że w pewnym sensie wychowałem się w jej cieniu; i spoglądałem na rzeźbione podobizny Rafaela i Szekspira właściwie zanim poznałem ich imiona; i na długo zanim zacząłem dostrzegać cokolwiek komicznego w fakcie, że wizerunki tych postaci, o znacznie mniejszym rozmiarze, znajdują się także pod stopami księcia Alberta. Czerpałem nawet z widoku pozłoty baldachimu i wieżyczki pewną dziecinną przyjemność, jak gdyby były one złotym pałacem pośrodku czegoś, co dla Piotrusia Pana i wszystkich w ogóle dzieci stanowiło magiczny ogród. Na tej samej zasadzie, jerozolimscy chrześcijanie czerpią przyjemność, bardzo możliwe, że również dziecinną, z pozłoty zacniejszego przecież pałacu, położonego za znacznie bardziej godnym czci ogrodem, ozdobionego dla poniekąd lepszej sprawy. Chodzi tu wszakże o to, że mieszkańcy Kensington, niezależnie od tego, co sądzą na temat Grobu Świętego, na temat Memoriału Alberta nie mają w ogóle żadnego zdania. Zupełnie nie są świadomi tego, jak bardzo dziwny to twór; z tego prostego powodu, że się doń przyzwyczaili. Grupy religijne w Jerozolimie przyzwyczaiły się za to do swojego kolorowego otoczenia; i jeżeli lepiej czują znaczenia barw, z pewnością nie wychodzi im to na złe. Można powiedzieć, że zachowują one swoje dziecinne złudzenia co do własnego Memoriału Alberta. Przyznam, że nie potrafię postrzegać Palestyny jako miejsca, w którym mających zdolność stawania się jako dzieci obłożono specjalną klątwą. Nigdy też nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego krytycy, którzy zgadzają się co do faktu, że Królestwo Boże odziedziczą właśnie dzieci, mieliby nie zgadzać się na to, aby było ono jedynym rodzajem królestwa, który naprawdę dałby się im lubić; takim z prawdziwymi koronami – ze złota, albo nawet ze złotka. To wszakże inna kwestia, którą zajmę się na innym miejscu; w tym momencie chodzi tylko o to, że ludzi owych znaczenie złotka w naszym życiu zaskoczyłaby równie bardzo, jak nas zaskakuje znaczenie złotka w ich życiu. Jeśli my jesteśmy krytyczni wobec błahych rzeczy, które robią ku uczczeniu rzeczy wielkich, oni znaleźliby równie dużo materiału do krytyki (jak choćby w ogrodach królewskich w Kensington) w tych wszystkich wielkich przedsięwzięciach, które uskuteczniamy w hołdzie zupełnym błahostkom. I jeśli my nie możemy nadziwić się temu, że pozłacają lilie, oni w tym samym stopniu nie mogliby się nadziwić temu, że pozłacamy chwast.

Oczywiście, przykładów tej zasady samokrytycyzmu jako podstawy wszelkiej krytyki można by znaleźć jeszcze nieskończenie wiele. Obowiązuje ona, choćby, z taką samą mocą w wypadku kolejnej wielkiej skargi, którą mój kolega z Kensington niezawodnie wniósłby po zamknięciu tematu fatalnej jakości ozdób; tej, dotyczącej zjawiska, potocznie znanego jako bakszysz3. W tym wypadku również naprawdę jest na co utyskiwać; choć wielka część winy za ten stan rzeczy spada nie na Jerozolimę, tylko Londyn i Nowy Jork. Najgorszy przesąd miasta Dawidowego, podobnie jak najgorsza rozrzutność Paryża, to rzecz w tak wielkim stopniu odpowiadająca Anglosasom, że można by ją wręcz nazwać anglosaską instytucją. W tym jednak wypadku również, krytyk byłby w stanie sądzić sprawiedliwie tylko wtedy, gdyby zdał sobie sprawę, z jakimi nadużyciami jego własnej ojczyzny powinien porównać to konkretne nadużycie zagranicy. Powinien sobie wyobrazić, na przykład, to, co poczułby rosyjski chłop, gdyby naprawdę zdarzyło mu się zrozumieć treść wszystkich kolorowych reklam, pokrywających zewnętrzną powierzchnię dworca kolejowego w Kensington. Doprawdy, widok biedaków nagabujących o trochę pieniędzy jest znacznie mniej odrażający, niż widok bogaczy, nagabujących o jeszcze więcej pieniędzy. A reklamy to właśnie nic innego, niż bogacze, nagabujący o jeszcze więcej pieniędzy. Człowiek, który znalazłby się w tłumie milionerów, z których każdy nadstawiałby swój jedwabny kapelusz w oczekiwaniu na drobniaki, albo krzyczał wielkim głosem „Dawaj forsę!” zapewne poczułby się nieco zirytowany. Niemniej, reklamy naprawdę drażnią oczy dokładnie w ten sam sposób, w jaki podobne krzyki drażniłyby uszy. „Buty od Budge’a są najlepsze” znaczy po prostu: „Dawaj forsę”. „Używaj mydła marki Seraphic” znaczy po prostu: „Dawaj forsę”. Zupełnym błędem jest sądzić, że to prości ludzie pogrążają nasze miasta w prostactwie przy pomocy tak szkaradnych wynalazków jak plakaty reklamowe. Ci, których towary rozlepia się w ten sposób dosłownie wszędzie, to bardzo zamożni gentlemani, z diademami na głowach i latyfundiami na wsiach, prawdopodobnie bardzo wymagający w kwestii artystycznego wystroju własnych domostw. Oszpecają oni całe miasta, aby upiększyć prywatne mieszkania. Widok podobnych osób tłoczących się i wrzeszczących o więcej bogactwa byłby zdecydowanie bardziej niesympatyczny, niż widok szarpaniny biednych przewodników; niemniej ten właśnie obrazek roztoczyłby się przed oczami każdego, kto po raz pierwszy ujrzałby i pojął całą krzykliwą jaskrawość reklamy. Dla nas wszakże, którzy jesteśmy już z nimi obznajmieni, krzykliwe plakaty wtapiają się w otoczenie, podobnie jak krzykliwe orientalne wzornictwo wtapia się w otoczenie dla orientalnych księży i pielgrzymów. Dokładnie tak samo, jak niewinny gentleman z Kensington nie zdaje sobie sprawy, że jego wysoki, czarny kapelusz zyskuje poniekąd nową wyrazistość, czy też może nawet coś w rodzaju aureoli, na tle żółtego billboardu poświęconego musztardzie, ubogi przewodnik też czasem nie zauważa, że jego drobne przekręty wyróżniają się, niczym ciemna plama, na tle bledszego i bardziej ulotnego złota, w którym dostrzec można zarysy wyłącznie znacznie skromniejszych aureoli dwunastu Apostołów.

Wszystkie te błędy to wszakże zaledwie poręczne ilustracje i wstępne przedstawienia sprawy, prowadzące ostatecznie do wielkiego faktu głównego nieporozumienia. Nieporozumienia, dotyczącego całej historii i filozofii tego, czym jest znaczenie; to właśnie cała opowieść i cały morał tej opowieści. Krytykowi jerozolimskiego chrześcijaństwa w drastyczny sposób nie udaje się utrafić w jej sedno. Nauka, którą powinien z niej wynieść, jest tym, czego nowoczesny człowiek Zachodu potrzebuje najbardziej, nie wiedząc przy tym, że tego potrzebuje. To nauka o stałości. Ci ludzie mogą przyozdabiać swoje świątynie tak złotem, jak i złotkiem; niemniej ich złotko jest trwalsze, niż nasze złoto. Mogą budować rzeczy tak kosztowne i brzydkie, jak Memoriał Alberta; niemniej pozostaną one memoriałami, nośnikami nieśmiertelnej pamięci. Nie wznoszą ich oni pod wpływem przelotnej mody, by potem o nich zapomnieć albo usilnie się o to starać. Mogą namalować obraz świętego tak kiczowaty, jak reklama mydła; ale jeden święty nie wypiera z rynku drugiego świętego na tej zasadzie, na jakiej jedno mydło wypiera z rynku drugie. Nie puszczają oni w niepamięć swoich niedawnych przejawów bałwochwalstwa tak, jak wykształceni Anglicy starają się teraz puścić w niepamięć swój bardzo niedawny, bałwochwalczy kult dla wszystkiego, co niemieckie. Te chrześcijańskie wspólnoty istnieją w Jerozolimie od co najmniej półtora tysiąca lat. Poza krótkim okresem po rządach Konstantyna i krótkim okresem po pierwszej krucjacie, praktycznie cały czas były one prześladowane – przynajmniej pod panowaniem pogańskich władców, których nastawienie do ich religii stanowiła nienawiść i których model rządów stanowił despotyzm. Nikt z żyjących na Zachodzie nie potrafi w nawet najbardziej mglisty sposób zdać sobie sprawy, co znaczyło żyć w samym sercu Wschodu, podczas długiej i, jak się zdawało, niemającej końca ery muzułmańskiej potęgi. Człowiek, mieszkający w Jerozolimie, znajdował się w samym centrum Imperium Osmańskiego, podobnie jak człowiek, mieszkający w Rzymie, znajdował się w samym sercu Imperium Rzymian. Absolutne panowanie Islamu rozciągało się od wschodu aż do zachodu słońca; na zachód, aż do gór Hiszpanii i na wschód, aż do Chińskiego Muru. Tym, którzy w tym położonym na skałach mieście odnowili swoje beznadziejne świadectwo o Chrystusie musiało się zdawać, że cała ziemia należy do Mahometa. Pytanie, które powinniśmy sobie zadać nie dotyczy tego, czy zgadzamy się z nimi we wszystkich szczegółach, ale czy znajdując się w ich położeniu zgodzilibyśmy się sami ze sobą. Nie chodzi o to, w jakiej mierze ich religia jest przesądem, ale raczej – w jakiej mierze nasza własna religia jest tylko konwencją; ile w niej ze zwykłego obyczaju, a może nawet ze zwykłego kompromisu z obyczajem; ile z łatwości, sprawianej przez stabilność naszego społeczeństwa i sukces naszego państwa. Takie rzeczy to potężne oparcie; i oświecony Anglik z miasta katedralnego albo podmiejskiej kaplicy przemierza te dzikie rejony Wschodu z pewnym poczuciem poręki i bezpieczeństwa. Człowiek ów myśli, że nawet po wiekach tureckiej dominacji nie zszedłby na poziom aż tak wielkiej łatwowierności. Nie walczyłby o święty ogień albo wykłócał z żebrakami w Grobie Pańskim. Nie wieszałby fantastycznych lamp na charakterystycznym dla Ormian filarze albo spoglądał w głąb pozłacanej klatki, aby ujrzeć brązową Madonnę Koptów. Nigdy nie stałby się ofiarą podobnych, zdegenerowanych bajeczek; Boże uchowaj. Nie płaszczyłby się przed podobnymi, groteskowymi kapliczkami; rzeczywiście, z pewnością nie. Znajdowałby się bowiem kilkaset metrów dalej, ceremonialnie kłaniając się znacznie odleglejszemu miastu; tam, gdzie, ponad jedynym uroczystym i posiadającym oficjalny status z otwartych miejsc w Jerozolimie, dumne mozaiki Meczetu Omara ogłaszają dolinom zwycięstwo i chwałę Mahometa.

Taka właśnie jest nauka, którą oświecony podróżnik powinien z tego wszystkiego wyciągnąć; nauka o nim samym. To właśnie próba, której poddani powinni zostać ci wszyscy, którzy twierdzą, że chrześcijaństwo Jerozolimy jest zwyrodniałe. Po tysiącu lat tureckiej tyranii, religia modnego w Londynie kaznodziei nie zwyrodniałaby. Zostałaby zniszczona. Zwyczajnie by nie istniała i nie mogłaby służyć za etatowy przedmiot drwin każdego bogatego turysty, oglądającego ją z train de luxe. Warto zatrzymać się chwilę nad tym zagadnieniem; jako że w naszym nowoczesnym systemie ideałów religijnych niczego nie brakuje w takim stopniu, jak ideału wytrwałości. Modę nazywa się postępem. Każdą nową modę z kolei nazywa się nową wiarą. Każda zaś wiara, to wiara, która oferuje wszystko, z wyjątkiem wierności. Nigdy jeszcze nie było tak koniecznym obstawać przy prawdzie, że większość z naprawdę istotnych i wartościowych idei świata, włącznie z chrześcijaństwem, nigdy by nie przetrwała, gdyby nie przeżyła własnej śmierci; nawet śmierci ponoszonej na nowo każdego dnia. Ideały takie stawały się przeżytkiem niemal w momencie pojawienia się na świecie; dokładnie z tego względu są one nieśmiertelne; ponieważ wszystko, co ma datę, skazane jest na zgubę. Co do naszego obecnego społeczeństwa, jeśli utrzyma ono obecne tempo postępu i doskonalenia, nie zachowa się po niej choćby jeden ślad czy wspomnienie. Niektórzy sądzą, że samo to byłoby już postępem. Moralnie przyszło nam mieszkać według zupełnie dosłownego wzoru Japończyków – w domach z papieru. Nasze domy wszakże, to pawilony wzniesione z gazet porannych, które trzeba palić wraz z ukazaniem się ich wieczornych wydań. Cóż, za tysiąc lat to Japończycy mogą rządzić w Jeruzalem; współcześni Japończycy, którzy nie mieszkają już w domach z papieru, ale w spotniałych fabrykach i slumsach. Oni, wespół z Chińczykami (ludem znacznie bardziej szlachetnym i demokratycznym), wydają się stanowić ostatni naród o jakim-takim ciężarze gatunkowym, który jeszcze nie rządził w mieście Dawida. Niemniej, nawet jeśli zaczniemy uważać tutejsze kapliczki chrześcijan za tak niesolidne, jak japońskie herbaciarnie, zawsze będą one chrześcijańskie; i nawet jeśli zaczniemy uważać wiszące w nich święte lampki za tak tandetne, jak chińskie lampiony, nie przestaną one płonąć przed ukrzyżowanym stwórcą świata.

Oprócz wszakże owej potrzeby stosowania obcych kultów jako sprawdzianów dla nas raczej, niż dla nich samych, napotykane w Jerozolimie widoki świetnie ilustrują inną jeszcze sugestię, związaną z filozofią wycieczek krajoznawczych. Prawdą jest, jak już zdążyłem napomknąć, że Sfinks to mimo wszystko rzecz większa ode mnie; i że, na tej samej zasadzie, malowani święci są świętsi niż ja, a cierpliwi pątnicy mają ode mnie więcej stałości. Równie prawdziwe, podobnie jak w wypadku wspomnianej wyżej, mniej istotnej kwestii, jest jednak także to, że ludzie, którym Sfinks wydaje się mały, na ogół nie zauważają tego, co w nim rzeczywiście niewielkie. Nie zdają sobie oni nigdy sprawy nawet z interesującej strony własnego rozczarowania. Analogicznie, nawet ci, których w miejscu takim, jak Jerozolima, rzeczywiście drażnią nieznane im formy kultu, zwyczajnie nie wiedzą, jak odkryć interesującą stronę samego istnienia przyczyn ich irytacji. Mówią oni na przykład o bizantyjskim zepsuciu i barbarzyńskich mrzonkach, i w większości wypadków wracają do siebie z wrażeniem, jakoby rytuał i symbolizm narodziły się w wiekach ciemnych. Gdyby jednak naprawdę zwracali uwagę na szczegóły otoczenia, a wręcz tylko własnych wrażeń, z pewnością zauważyliby tę cechę zdobnictwa Bazyliki Grobu Pańskiego i innych, podobnych miejsc, o której faktycznie można powiedzieć, że jest poniżej ich godności. Zdaliby bowiem sobie sprawę, że zjawiska, które instynktownie odrzuciliby jako zwykły zabobon, wcale nie mają swojego początku w epoce, którą uważają za z definicji zabobonną. Istotnie, zdarzają się tutaj marne obrazy – nie są one jednak barbarzyńskie; to kwieciste malunki ostatniej wersji wyblakłego realizmu odrodzenia. Istotnie, zdarzają się dekoracje sztywne i niezdarne, nie są to jednak dekoracje hiszpańskiego klasztoru; znacznie bardziej przypominają one patetyczne acz frywolne ozdoby paryskiego hotelu. Krótko mówiąc, jeżeli rzeczywiście któraś z kapliczek została kiedyś oszpecona, to na pewno nie przez wieki ciemnoty, ale jeśli już, to przez wieki oświecenia. To światły wiek osiemnasty, mający się za samo południe naturalnego wyrafinowania i zdrowego rozsądku, pośrednio wprawdzie, niemniej rzeczywiście, położył swoją niezdarną dłoń na mrocznej, lecz dostojnej, bizantyjskiej świątyni. Mnie to jakoś szczególnie nie przeszkadza; ponieważ nie sądzę, żeby w sprawach tej wagi decydował gust. Jeżeli jednak gust naprawdę ma tu decydować, już w samym tym fakcie znajdzie się dosyć materiału do krótkiej refleksji; jako że jest to kolejny dowód na słabość tego, co zwykło nazywać się modą. Wolter, o ile wiem, wzniósł Bogu jakiś rodzaj świątyńki we własnym ogrodzie; i możemy mieć absolutną pewność, że była ona w najwyborniejszym guście swojej epoki. Nic nie zaskoczyłoby go bardziej, niż wieść o tym, że pięćdziesiąt lat po tryumfie Rewolucji Francuskiej, każdy wyrobiony artystycznie wolnomyśliciel zacznie postrzegać ową świątyńkę jako znacznie mniej godną podziwu od najbliższego gargulca na Notre Dame. Tak oto za większość podobnych rzeczy winę ponosi postęp; my zaś nie powinniśmy odwracać się od tego, co przestarzałe, z pogardą, ale raczej rozpoznać, z szacunkiem, a nawet pewnym niepokojem, wieczystą pułapkę idei bycia nowoczesnym. Morał niniejszej opowieści jest zatem dokładnie taki sam, jak poprzedniej; to znaczy: że wszystkie te kapliczki powinny wzbudzić w nas pytanie nie tylko o to, czy nam się podobają, ale także, czy nasze upodobania aby na pewno są jakoś specjalnie nieomylne lub nieprzemijające. W kapliczkach owych bowiem przetrwało chociaż to, co najistotniejsze; i nawet jeśli są one tak nieruchome, jak idole, przynajmniej nie przeminęły, jak gazetki dla modnisiów.

Wydało mi się czymś pożytecznym wstawić tutaj niniejszą notatkę o filozofii wycieczek krajoznawczych, jakkolwiek niepotrzebnie dygresyjna i nieproporcjonalna w stosunku do reszty może się ona wydawać. Dlatego, że żywię szczególne i absolutne przekonanie, że jeśli nie da się, w ten czy inny sposób, poznać tych rzeczy z odpowiedniej perspektywy historycznej, w ogóle nie warto się nimi zajmować. I niech mi będzie wolno tutaj powiedzieć, w ramach konkluzji, że potrafię nie tylko docenić szczerość, ale wręcz zrozumieć sentymenty człowieka, który twierdzi właśnie to: że w ogóle nie warto się nimi zajmować. Wycieczki krajoznawcze to sprawa znacznie trudniejsza i bardziej niejednoznaczna, niż się wielu wydaje; i ktoś, kto zupełnie je odrzuca, może mieć całkiem dużo zdrowego rozsądku, a nawet wyobraźni. Wielki Wordsworth nie chciał wybrać się ponownie do Yarrow; mały Wordsworth ostatecznie zdecydował się to zrobić. Pamiętam pierwszy wspaniały widok początku mojej podróży po Bliskim Wschodzie, który rozciągnął się przede mną, gdy przypadkowo wyjrzałem za okno pociągu do Kairu i ujrzałem majaczący w dali za świetlistą płaszczyzną trójkątny kształt; piramidy. Mógłbym zrozumieć, gdyby ktoś, ujrzawszy je, odwrócił się na pięcie i tą samą drogą, którą przebył, wrócił do swojego domu i ojczyzny, mówiąc: „Dalej nie pójdę; jako iż dane mi było zobaczyć w oddali ostatnie domostwa królów”. Mogę zrozumieć człowieka, który, zobaczywszy Jeruzalem zaledwie z dystansu, ze szczytu jakiegoś wzgórza, na którym akurat siedział, zdecydował się nie iść dalej i zachować tę wizję na zawsze. Powiedziano by o nim, rzecz jasna, że absurdem jest przyjechać w tak dalekie strony i zobaczyć z nich tak niewiele. Na zarzut ten odpowiem tylko tyle, że absurdem jest w ogóle w owe strony przyjeżdżać. Nie bardziej fantastyczną rzeczą jest odwrócić się od podobnej fantazji, niż się po nią wybrać. Nie da się zjeść piramid; kupić albo sprzedać Miasta Świętego; w podróży tak w jedną, jak w drugą stronę nie ma żadnego praktycznego aspektu. Jeśli nie przyjechało się tutaj dla poetyckiego nastroju, przyjechało się po nic; jeśli zaś przyjechało się właśnie po taki nastrój, nie ma niczego głupiego w dochowaniu mu wierności. Sposobem na naprawdę udaną głupotę, jest próba praktycznego ustosunkowania się do rzeczy niepraktycznych. To tak, jakby chciało się zbierać chmury lub oszczędzać trawę jak pieniądze. Wiele można powiedzieć na korzyść tezy, że poszukiwanie nastrojów to w swojej istocie mowa-trawa. Można rzec, iż sąd ten jest szczególnie prawdziwy w warunkach tłoku i banału, w których chcąc nie chcąc trzeba odbywać większość wycieczek krajoznawczych. Istotnie, trzydziestu turystów idących razem zobaczyć nagrobek to zjawisko być może równie absurdalne, jak trzydziestu poetów idących razem pisać wiersze o słowiku. Byłoby coś nader depresyjnego w tłumie podróżnych, przemierzającym góry i doliny w poszukiwaniu osławionej chmury Wordswortha; zwłaszcza, że często sam ów tłum przypomina chmurę – i jeśli kiedy rusza się, rusza się jeno cały. Wielka tłuszcza, zgromadzona na Równinie Salisbury w celu wsłuchiwania się w Shelleyowego skowronka prawdopodobnie (po godzinie lub dwóch) zorientowałaby się, że wcale nie robi się przy okazji tej czynności cała w skowronkach. Można twierdzić, że próba uprzedniego ustalenia nieprzewidywalnych skutków działania człowieka jest czymś równie nielogicznym, co próba uprzedniego ustalenia nieprzewidywalnych skutków działań natury. Oczekiwanie nieoczekiwanego można uznać za wewnętrznie sprzeczne. Przewidywanie zaskoczenia lub wyprawę w poszukiwaniu niespodzianek zaś – za zwykłe szaleństwo. Na wszystkie te zarzuty można dać jedną ledwie odpowiedź; tę mianowicie, że podobne przewidywania okażą się absurdalne i uświadomienie sobie tego stanu rzeczy będzie wielkim rozczarowaniem, że wizerunki będą przypominać bałwany, bałwany zaś – bałwany śniegowe, o ile nie zdobędziemy się choćby na jakiś szczątek nawyku umysłowego, który starałem się opisać w tym rozdziale. Żadne wielkie dzieło nie wyda się wielkie, a żaden cud świata cudowny, jeżeli perspektywa, z której na nie popatrzymy, nie będzie perspektywą historycznej pokory.

Można dodać tu jeszcze słowo z zakresu bardziej praktycznych kwestii. W miejscu, w którym skupiają się najbardziej żarliwe przekonania planety, na której przyszło nam mieszkać, z politycznego punktu widzenia nie będzie nigdy przejawem najwyższej mądrości rozsiewać wkoło naszą plutokratyczną protekcjonalność i sceptyczne poczucie wyższości. W okolicach owej kaplicy, w której święty ogień wybucha żywym płomieniem, aby zaświadczyć o tym, że Chrystus zmartwychwstał, działy się już bardzo dziwne sceny; i niezależnie od tego, czy wierzymy w świętość tego miejsca, nie może być żadnych wątpliwości co do faktu, że jest ono naprawdę punktem zapalnym. Niezależnie od tego, czy wyższa cywilizacyjnie osoba ma słuszność, spodziewając się niespodziewanego, zupełnie możliwe jest przecież, że kiedyś naprawdę odsłoni się przed nią coś, czego nie oczekiwała. I niezależnie od tego, co myśli ona na temat filozofii wycieczek krajoznawczych, wydaje się dosyć prawdopodobne, że zdarzy jej się poznać, z pewnej strony, jakiś kraj.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Prawdopodobnie wzgórze w tzw. Peak District, pofałdowanej mocno wyżynie w centralnej i północnej części Anglii. Obecnie większa jej część znajduje się w granicach angielskiego Parku Narodowego.

2 Oryg. Albert Memorial, pomnik księcia Alberta, męża królowej Wiktorii, znajdujący się w ogrodach królewskich w Kensington. Ma on cztery metry, wykonany jest z brązu, złocony, przykryty strzelistym, neogotyckim, bogato rzeźbionym baldachimem zwieńczonym krzyżem.

3 Rodzaj zastępującego jałmużnę napiwku, dawanego w krajach islamskich ubogim za zupełnie symboliczne przysługi. Do dziś staje się on okazją do wielu nadużyć i bywa dosyć natarczywie wymuszany na turystach.