Gilbert Keith Chesterton

I kto tu rządzi?

Ze zbioru Sidelights (1932)

Kiedy mówimy, że żyjemy w epoce maszyny, że nasz obecny pokój, postęp i powszechna szczęśliwość to efekt tego, że wszyscy staliśmy się ledwie sługami maszynerii, czasami zdarza nam się przy tym przeoczyć dyskretną i wstydliwą cokolwiek obecność karabinu maszynowego. Od niedawna wszakże, karabinom maszynowym udaje się coraz częściej przemagać swoją naturalną nieśmiałość – i dały się w końcu przekonać do większej otwartości na tę sferę życia, w której ich nigdy dotąd nie widziano.

W jednym sensie, karabin maszynowy to, podobnie jak wiele współczesnych rzeczy, coś tak znajomego, że zdążył już niemal stać się staromodny. Nasze rządy wykorzystują go, rzecz jasna, od bardzo długiego już czasu jako oręż przeciwko różnym prymitywnym i brutalnym barbarzyńcom, którzy nie potrafią zrozumieć, jak wspaniałą perspektywą jest oddanie swoich kopalni czy pól naftowych w ręce obcych milionerów, rządzących przecież większością z tych rządów. Tak też pewien wczesny wiersz pana Hilarego Belloca na wieczne czasy streścił wszystkie owe moralne doskonałości i wyjątkowe cnoty rasy wyższej, które uprawniają ją do panowania nad światem:

Mamy, cokolwiek stać się chce,

karabin Maxim, oni – nie.

W Ameryce jednakże, a zwłaszcza w Chicago, upowszechniło się niedawno zupełnie nowe zjawisko. Polega ono na zorganizowanym wykorzystywaniu karabinów maszynowych przez regularnych członków półświatka: Bill Sikes1, prostacki i pospolity włamywacz naszych marzeń chłopięcych, nie broni się już pistoletem, ale baterią artylerii.

Nie chcę zachowywać się wobec Chicago po faryzejsku. Miasto to ma wiele naprawdę pięknych cech, łącznie z pewną subtelną skrupulatnością i poczuciem smaku, objawiającym się szczególnie w fakcie, że nie morduje się w nim nikogo poza mordercami. Chicagowskie klasy kryminalne wydają się być społecznością bardzo ekskluzywną, i zwyczajnie niemożliwe jest, aby byle dziennikarz czy podróżny przeniknął do ich najwyższych sfer lub otrzymał „zaproszenie na przejażdżkę” (eleganckie określenie na wyrok śmierci) od prawdziwej śmietanki tego towarzystwa. Podczas mojego pobytu w Chicago, pewnego nader znanego w tym mieście obywatela zamordowano pakując w niego na ulicy z dwóch karabinów maszynowych chyba tonę ołowiu. Biorąc wszakże pod uwagę okoliczność, że gentleman ów samemu zamordował wcześniej w dokładnie taki sam sposób nie mniej niż trzydzieści cztery osoby, trudno było nie odczuwać w tamtym momencie wrażenia, że to nie był jeden z owych tragicznych wypadków, w których jacyś źli ludzie wykorzystali perfidnie niewinność i niedoświadczenie młodego człowieka, czy też wplątali go w grę, której reguł nie miał możliwości wcześniej poznać.

Nie każda miejscowość na świecie może pochwalić się podobnie ścisłą segregacją i odpowiedzialną organizacją zbrodni. Podobnie jak zwolennicy koncepcji „sztuki dla sztuki” utrzymywali, że krytykować artystów mogą wyłącznie inni artyści, tak też ci wysokiej kultury bandyci utrzymują, że tylko skazywać morderców mają prawo tylko inni mordercy. Bardzo chciałbym, aby podstawowe założenie owej eleganckiej teorii – że zabijać można tylko zabójców – przeniknęło także do innych miast, i tak by odtąd oszukiwać można było tylko oszustów, kantować tylko kanciarzy, i tylko lichwiarzy rujnować i wyprzedawać na licytacjach.

Niestety, nie da się tego powiedzieć o wszystkich aspektach owej wielkiej fali zabójstw, przetaczającej się obecnie przez Stany Zjednoczone. Zabójcy zaś, zabijający na większą skalę, mordercy mordujący według szerszego i mniej szczegółowego planu, to głównie oficerowie federalni, udający, że pilnują przestrzegania prohibicji. Owi patrioci uniwersalni, odpowiadający wyłącznie przed Republiką jako taką, znani są z mordowania „na zapas” pokojowo nastawionych i niewinnych gapiów, pod pretekstem, że mogli oni wypić lub sprzedać komuś trochę alkoholu. Są tacy, którym imponuje niezmiernie ten godny męża stanu rozmach działania – na pewno bardziej, niż małoduszny i bolszewicki duch walecznych szmuglerów z Chicago.

Pojawiła się jednak nowa metoda gwałcenia owej dziewiczej izolacji kryminalnych artystów; nazywa się ona „propozycja nie do odrzucenia”. Jak się wydaje, z jakichś tajemniczych przyczyn stosuje się ją zwłaszcza w wypadku salonów piękności, stanowiących teraz w Ameryce niemalże podstawę gospodarki. Elegancki nieznajomy wchodzi do salonu i pyta właściciela, czy chciałby osiągnąć w swoim biznesie sukces. Właściciel odpowiada, że jakkolwiek paradoksalnie może to zabrzmieć, taki właśnie cel przyświecał mu przy otwieraniu zakładu. Nieznajomy mówi mu na to: „Proszę zostawić dziś po południu na ladzie tyle a tyle tysięcy dolarów”, po czym znika. Jeżeli właściciel decyduje się zignorować tę przyjacielską radę, salon wylatuje w powietrze. Wydaje się to dosyć proste. Nie bardzo rozumiem, dlaczego wszędzie się tego nie robi. Tak czy inaczej jednak, jest to kolejna forma wychodzenia poza granice owej samowystarczalnej wspólnoty mordujących się nawzajem morderców, i jako taka stanowi rzecz godną pożałowania. Członek organizacji takiej, jak AChZ, czyli Arystokracja Chicagowskich Zbrodniarzy, nie powinien zniżać się do zabijania ludzi prowadzących salony piękności. Uważam, że z punktu widzenia samej tylko romantyki i sentymentu, nie byłoby źle, gdyby większość amerykańskich salonów piękności rzeczywiście wyleciała kiedyś w powietrze; pod warunkiem jednakże, że nie byłoby w nich ludzi. Być może zresztą, sam proces upiększania to dla niektórych osób coś w rodzaju odlotu. Nadałoby to nowe i fascynujące znaczenie słowu „lifting”.

To jednak ledwie dygresja. To zaś, co uważam w kwestii mordercy z karabinem maszynowym za naraz ważne i złowróżbne, przedstawia się, jak następuje. Truizmem jest powiedzieć, że każdemu z nas, gdy przychodzi na świat, wydaje się, że patrzy na żywy obraz – podczas gdy tak naprawdę jest to dramat. Widzi procesję, która akurat na moment się zatrzymała; albo która porusza się tak wolno, że ciężko uwierzyć, że wcześniej nie stała w miejscu. Młodzi nie potrafią wyobrazić sobie świata bez samochodów; ja jeszcze te czasy pamiętam – choć nie potrafię wyobrazić sobie świata bez kolei. A jednak, spotkałem w życiu takich starszych ludzi, którzy pamiętali świat bez kolei. Na podobnej zasadzie, spotkałem ludzi, którzy pamiętali świat bez policjanta. Cała ta powszechna i równomierna presja organizacji policyjnej; najbardziej samotny wiejski policjant jest przecież w stałym kontakcie ze Scotland Yardem – to wszystko rzecz w porównawczej skali nowa. Nie tak dawno przecież jeszcze, wystrojeni w cylindry londyńscy „biegacze”2 bezskutecznie próbowali łapać uciekających na koniach rabusiów; a całe bandy rzezimieszków mogły organizować dla siebie swego rodzaju naturalne twierdze, podobne do tych, w których mieszkały klany Doone’ów i Macgregorów3. Jeszcze wcześniej zaś, zdarzało się przecież, że jakiś książę złodziei mógł bronic się przed królem w prawdziwie królewskim zamku; i dowodzić całymi zastępami żołnierzy, wyposażonymi w łuki i włócznie nie gorzej, niż królewskie wojsko. Innymi słowy, klasy przestępcze bardzo często poziomem uzbrojenia i organizacji przypominały policję.

Być może ledwie na krótką chwilę udało nam się zmusić biednego Billa Sikesa, by posługiwał się w swoim rzemiośle starą, obskurną pałką, albo małym pistoletem, który i tak chował do kieszeni z obawy przed aresztowaniem. Być może, że tylko na jedno mgnienie zajaśniała nad nami wiktoriańska wizja wszechmocnego policjanta. W nowoczesnym, rozwiniętym, w pełni korzystającym z dobrodziejstw nauki i prominentnie post-wiktoriańskim mieście Chicago, klasy kryminalne są w równym stopniu nowoczesne, rozwinięte i chętne do korzystania z dobrodziejstw nauki, co rząd – o ile nie bardziej. Jeżeli współczesne społeczeństwo rzeczywiście się rozpada, czy nie może zdarzyć się tak, że rozpadnie się ono na wielkie organizacje, posiadające takie same narzędzia wojny i pokoju, co niepodległe narody; i nikt nie będzie już w stanie ustalić, co było pierwotnie legalnym rządem, a co kryminalną rebelią? Jak Bóg w niebie – i tu i tu znajdzie się wystarczająco wielu kryminalistów.

Taka jest właśnie doniosłość zjawiska mordercy z karabinem maszynowym. Został politykiem; i jego główne zajęcie może stanowić już nie tyle morderstwo – co masakra.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

1 Jedna z postaci z Oliwera Twista.

2 Oryg. Bow Street Runners – nieoficjalna nazwa pierwszego profesjonalnego oddziału policji z Londynu, założonego w 1749 roku przez Henryka Fieldinga. Początkowo liczył 6 ludzi.

3 Nawiązania odpowiednio do: powieści Lornda Doone R.D. Blackmore’a i Rob Roy Waltera Scotta.