Gilbert Keith Chesterton
Felieton z Illustrated London News, 18 września 1909

(Według relacji P.N. Furbanka z książki G.K. Chesterton: A Centenary Apprisal, [Harper and Row, 1974] Gandhi, przeczytawszy poniższy esej, poczuł się jak „rażony piorunem”; Chestertonowska diagnoza miała stać się dla niego główną inspiracją przy ostatecznej krystalizacji programu nacjonalizmu hinduskiego.]

Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach czasopisma naukowego Pro fide, rege et lege (nr 79/2018), przecyfr za zgodną Redakcji.

Matthew Arnold powiedział wiele rzeczy nieznośnych i nieuzasadnionych – ale również przynajmniej dwie sensowne i sympatyczne: po pierwsze, że my, Anglicy współcześni, przejawiamy cokolwiek niepokojącą skłonność do kultu „maszynerii” – to znaczy, skupiamy się raczej na środkach, niż na celach; po drugie, że powinniśmy jak najprędzej wyrobić sobie nawyk „bawienia się myślami”. Cóż, strona w gazecie wydaje się tutaj naturalnym, a skądinąd mało dotąd wykorzystywanym placem zabaw. Niemniej, trzeba uważać, bo zabawa w angielskich świątyniach wielkiej maszynerii, obojętnie jak rozumianej, może mieć przykre konsekwencje. Sam przekonałem się o tym niedawno, ośmieliwszy się stwierdzić, że nie interesują mnie głosowania, a demokracja, za co na moją głowę posypały się gromy. Ludzie mówili o tym jak o jakiejś apoplektycznej apostazji, ostatecznej zdradzie liberalnej sprawy; tymczasem, to po prostu zupełnie normalna i niewinna uwaga, coś takiego, jak gdyby powiedzieć, że interesuje mnie Brighton, a nie Brighton express; Calais, a nie prom do Calais; nie polarnictwo, a Biegun Polarny. Próbę demokracji stanowi nie to, czy ludzie głosują, ale to, czy rządzą. Istotę demokracji stanowi mocne i wyraźne przejawianie się w akcji państwowej charakteru i ducha narodu, usposobienia i nawyków przeciętnego obywatela, tak by Francja rządzona była po francusku, Niemcy po niemiecku, Hiszpania po hiszpańsku. Głosowania faktycznie dostarczać mogą najbardziej praktycznych środków doprowadzenia do takiego stanu rzeczy – niemniej, jeśli do niego nie prowadzą, stają się kompletnie bezsensowne. Czasami zaś, naprawdę do niego nie prowadzą. Śmiem twierdzić, że przeciętny Francuz znacznie żywiej popierał pobór za Napoleona I, niż przeciętny Anglik cały ten niedawny stek antyobywatelskich nonsensów, jakim były ustawy o ochronie dzieci [Prawdopodobnie chodzi o ustawę z roku 1908, której celem była ochrona dzieci przed nadużyciami, szczególnie w dużym przemyśle i miastach. Łączyła się ze zwiększeniem nad niepełnoletnimi kontroli policyjnej, oficjalnym zakazem sprzedawania im piwa i tytoniu, oraz faktycznym podporządkowaniem sierocińców ciałom administracji państwowej. Obecnie oceniania bardzo pozytywnie, GKC miał – jak widać – inne zdanie. – przyp. tłumacza]. Polityka to nie sztuka relacji z maszyną, ale z osobą. Parlament to instytucja, lecz Anglia to kobieta. A jednak, stopnień, w jakim utraciliśmy całą tę narodową i lokalną specyfikę, po prostu wprawia w osłupienie. Pewnego dnia ktoś powiedział mi w pociągu, że na jakimś-tam „modelowym osiedlu” czy w innym mieście-ogrodzie „żyje się tak, jak na starej angielskiej wsi”. Gdy zapytałem, jaką mają gospodę, dowiedziałem się, że abstynencką, bo tak przegłosowali. Co więcej, gentleman ów wydawał się kompletnie nieświadomy faktu, że właśnie za jednym katastrofalnym pociągnięciem pędzla zamienił całkiem ładny obrazek w badziewny bohomaz. To coś takiego, jak gdyby rzekł: „Jak czarująco wygląda angielska wieś o zmierzchu, gdy z wieży meczetu wzywa nas na modlitwę przejmujący głos muezina”.

Właśnie ten całkowity brak odpowiedniej atmosfery wprawia mnie w zakłopotanie za każdym razem, gdy przyjaciele moi przynoszą mi jakieś kolejne sensacyjne wieści o nacjonalizmie hinduskim. Nie wątpię, że wszyscy ci młodzi idealiści domagający się wolnych Indii to jeden w jednego porządne i sympatyczne chłopaki; bo większość młodych idealistów to porządne i sympatyczne chłopaki. Nie wątpię, że urzędnicy naszej administracji kolonialnej są głupi i brutalni; bo większość urzędników kolonialnych jest głupia i brutalna. Ilekroć wszakże mam okazję zapoznać się z jakimiś przejawami twórczości własnej hinduskich nacjonalistów, robi się nieco mniej przyjemnie i – szczerze powiedziawszy – po prostu trochę nudno. Problem z hinduskim ruchem narodowym polega na tym, że nie jest za bardzo hinduski – ani za bardzo narodowy. Ciągle tylko Herbert Spencer, Herbert Spencer, i Bóg wie jeszcze co. Co komu po hinduskim duchu narodowym, jeżeli nie potrafi ochronić zwykłych Hindusów przed Herbertem Spencerem? Osobiście, nie przepadam szczególnie za filozofią buddyjską; filozofia buddyjska wszakże, ma w sobie tysiąc razy więcej głębi, niż filozofia Spencera; to prawdziwa idea – i do tego idea prawdziwie oryginalna. Jedna z gazet nacjonalistycznych w Indiach, na ile się wyznaję, nosi tytuł Socjolog hinduski. Co sobie trzeba zrobić w głowę, żeby wpuścić do prastarych hinduskich osiedli i przytulnych hinduskich domów socjologa?

Ostatecznie, domaganie się prawa do zachowania własnych starożytnych ideałów życiowych różni się chyba od domagania się prawa do natychmiastowej realizacji ideałów życiowych wymyślonych w całości przez kogoś innego. Walka z okupantem o własne instytucje i prawa od walki z okupantem o jego instytucje i prawa. Przypuśćmy, że jakiś Hindus powiedziałby: „Jakże bardzo pragnąłbym, by biały człowiek nigdy nie postawił w Indiach stopy. Każdy system ma swoje wady: jeśli wszakże mam wybierać, wybieram wady Hindusów. Prawda, mielibyśmy wojny dynastyczne; lecz wolę umrzeć na polu bitwy niż w szpitalu. Mielibyśmy despotyzm; wolę wszakże jednego wielkiego króla, którego nigdy nie zobaczę na oczy, niż tysiące małych królów mówiących mi, jak mam wychować własne dzieci i zaglądających mi nawet do talerza. Mielibyśmy zarazy; wolałbym jednak umrzeć od zarazy, niż od harówki i gorączki potrzebnych, aby jej zapobiec. Mielibyśmy konflikty religijne zagrażające ładowi publicznemu; uważam jednak, że religia jest ważniejsza niż ład publiczny. Życie jest krótkie; jakoś trzeba żyć, i jakoś trzeba umrzeć; w sensie fizycznym, w najwspanialszych z waszych republik wasi chłopi mają się niewiele lepiej, niż my; jeśli zaś macie jakieś zastrzeżenia do tego, jak się mamy w sensie duchowym, nikt was nie pytał o zdanie. Idźcie stąd, i zostawcie nas w spokoju”. Otóż, gdyby jakiś Hindus tak powiedział, z miejsca uznałbym go za hinduskiego nacjonalistę, albo chociaż za prawdziwego Hindusa – i nie wiem, czy umiałbym odpowiedzieć mu coś sensownego. Lecz nacjonaliści hinduscy, których miałem okazję czytać, powtarzają po prostu, ze stale rosnącym podnieceniem: „Dajcie mi urnę wyborczą, dajcie kartoteki ministerstw, przyślijcie pocztą perukę Lorda Kanclerza. Bycie premierem to prawo, nie przywilej. Budżet to sprawa Boża, nie ludzka. Dusza moja umiera we mnie, że nie dopuszczacie mnie do składu redakcji Daily Mail”, a przynajmniej coś w tym guście.

Tutaj, jak mi się wydaje, odpowiedzieć już nieco łatwiej. Nawet najżyczliwsza Hindusom osoba po pewnym czasie nie wytrzyma, i jęknie żałośnie: „Ale czekaj-czekaj, na miłość, mój orientalny przyjacielu (niechaj twój cień nigdy się nie skraca) – przecież to my wymyśliliśmy wszystkie te instytucje. Jeśli naprawdę tak ci się podobają, przynajmniej podziękuj – bo bez nas nigdy byś o nich nawet nie usłyszał. Istotnie, to kwestia prawa naturalnego – ale bez nas nigdy nie przemknęłoby ci przez głowę, że z natury masz jakieś prawa. Jeśli głosowanie to faktycznie cud i sprawa Boża (w co osobiście powątpiewam), przysługuje nam przynajmniej nieco z tego autorytetu, do jakiego rościć sobie mogą prawo twórcy prawdziwej religii, powiernicy zbawienia rodzaju ludzkiego”. Ilekroć jakiś Hindus wpada w podobnie arogancki ton, i zaczyna domagać się natychmiastowego przyznania mu praw wyborczych jako naturalnego prawa człowieka, mam ochotę zapytać, co by było, gdyby role się odwróciły. Gdybym to ja pojechał sobie do Tybetu, znalazł Wielkiego Lamę, czy jacy są tam jeszcze znaczniejsi przywódcy duchowi, i zaczął domagać się, żeby natychmiast zrobił mnie mahatmą, czy kimś w tym rodzaju. Wielki Lama zapewne nie bez rozsądku odpowiedziałby mi na to: „Nasza religia jest albo fałszywa albo prawdziwa; albo warto ją przyjąć albo nie warto. Jeśli masz się za lepszego od nas, po co ci ona? Jeśli zaś naprawdę chcesz ją przyjąć, bądź uprzejmy wspomnieć, że to właśnie nasza religia; to my ją stworzyliśmy, znamy ją, uczyliśmy się ją rozumieć przez wieki – i to my wiemy, kto jest mahatmą, a kto nie. Jeśli chcesz tybetańskich przywilejów, musisz najpierw zacząć zachowywać tybetańską dyscyplinę, i spełnić kilka tybetańskich warunków”.

Zapewne masz mnie teraz, czytelniku, za wroga nacjonalizmu hinduskiego. I tu się właśnie mylisz; ja się po prostu „bawię” pewną myślą. Jest to szczególnie wskazane przy zajmowaniu się konfliktami dwóch wielkich i wysokich cywilizacji. Nie przeczę również istnieniu praw naturalnych. Prawo każdego ludu do autoekspresji, do wyrażania swojej istoty w sztuce i czynie, wydaje mi się naprawdę prawem. Jeśli istnieje coś takiego jak naród hinduski, ma on prawo pozostać hinduski; Herbert Spencer wszakże, nie jest hinduski; „socjologia” nie jest hinduska; cała nasza pyszałkowata paplanina o kulturze i nauce nie jest hinduska. I często naprawdę życzyłbym sobie, aby nie była angielska. W każdym razie, tak właśnie przedstawia się pierwsza i podstawowa trudność logiczna, z jaką musimy się zmierzyć: bo póki trudno stwierdzić, czy hinduski ruch narodowy faktycznie jest narodowy.

 

Tłm. Maciej Wąs