Gilbert Keith Chesterton

Imiona chrzcielne i inne

Ze zbioru Sidelights (1932)

Mówi się, że w naszych świat moralnie koziołkuje; nie upadajmy jednak na duchu; koziołkuje on tylko mentalnie. I mówię tu o koziołkowaniu wyłącznie dlatego, że słowo to kojarzy mi się z z przedziwnymi wygibasami, jakie uskutecznia się przy okazji modnych ostatnio tańców murzyńskich. A jednak – bardziej niż o te bardziej ekstremalne formy zabawy chodzi tutaj raczej, na przykład, o cakewalk. A problem z cakewalkiem jest taki, że opiera się ona na przekonaniu, że można zjeść ciastko i mieć ciastko. Innymi słowy, prawdziwe argumenty przeciwko wielkiej części współczesnych mód mają naturę rozumową, a niekoniecznie wcale moralną. Pod pewnymi względami (nie pod wszystkimi – i być może nawet nie pod większością z nich), obecnie panująca kultura, jak mi się zdaje, spadła po prostu na niższy stopień cywilizacyjny i znacznie bliżej jej teraz do murzynów, a może nawet – do małp.

Przywołam tu jeden przykład stanu rzeczy, o który mi chodzi, dokładnie dlatego, że w ogóle nie odnosi się on bezpośrednio do moralności. Wśród większości młodych ludzi upowszechnił się niedawno zwyczaj wrzeszczenia do siebie po imieniu, jakie otrzymali na chrzcie, a nawet – po zdrobnieniach tego imienia, lub po najbardziej poufałych przydomkach używanych zamiast tego imienia, od momentu, w którym się poznają – a nawet zanim się jeszcze poznają. Jeżeli (jak wiemy o tym ty, ja oraz wszyscy ludzie, którzy mają jakieś pojęcie o świecie), poważna i powabna panna Vernon-Vavasour została ochrzczona jako Gloria, ale jej najbardziej oddani przyjaciele mówią jej Gurgles, obecnie nie ma żadnej różnicy między tymi, którzy zwracają się do niej per Gurgles, tymi, którzy zwracają do niej per Glorio i tymi, którzy – spotkawszy ją pierwszy raz w życiu – generalnie woleliby zwracać się do niej per panno Vernon-Vavasour. Gdy tylko będzie się ją dało dojrzeć jako małą kropkę po drugiej stronie kortu tenisowego, ktoś kompletnie obcy zaryczy do niej jako do Gurgles, ponieważ usłyszy, jak tłum innych, kompletnie obcych ludzi, robi dokładnie to samo. Użyje jej przydomka, ponieważ nigdy nie dowiedział się o niej wystarczająco dużo, aby mógł znać jej imię. Albo – będzie używał wyłącznie jej imienia: ponieważ nie spędził w jej towarzystwie wystarczająco wielu sekund, aby mógł poznać jej nazwisko.

Wszystko to nie ma bezpośrednio nic wspólnego z pojęciami dobra i zła. Przypuszczam, że istnieją gdzieś takie dzikie plemiona, których członkowie mają zaledwie jedno imię – i w związku z tym trzeba się do nich zwracać wyłącznie na jeden sposób. Można zasadnie utrzymywać, że pierwsze imię w sensie religijnym i moralnym jest także zawsze najszlachetniejsze i najbardziej święte. Być może Nowe Złote Pokolenie używa wyłącznie imion chrzcielnych po to właśnie, aby wyrazić swój święty entuzjazm dla wszystkiego, co wiąże się z chrześcijaństwem. Być może mówią swojemu koledze per Tomek wyłącznie po to, aby przypomnieć mu, że został kiedyś uroczyście oddany w opiekę św. Tomaszowi z Canterbury czy św. Tomaszowi z Akwinu. Być może piszczą do Piotra per Piotrek, aby olśnić go myślą, że jest on skałą, na której stoi Kościół. Być może w owym głośnym i momentami nieznoszącym żadnego sprzeciwu okrzyku: „Jasiek!” streszczają oni po prostu wszystkie zawiłe tajemnice związane ze św. Janem Chrzcicielem czy św. Janem Ewangelistą. Z drugiej strony jednak – być może nie. Tak czy siak, jasne jest chyba, że Tomek, Rysiek i Henio to imiona świętych; podczas gdy Jones, Brown i Robinson to bardzo często ledwie nazwiska snobów. W związku z czym, praktyka mówienia do ludzi per Tomek, Rysiek i Heniek zamiast per pan Jones, pan Brown czy pan Robinson, może zostać przyjęta z wielu powodów: wzniosłych i nędznych, światowych i zaświatowych. Narzekam zaś na nią w tym miejscu nie dlatego, że jest światowa, ale przeciwnie: dlatego, że świadczy o zasadniczym niedocenianiu świata. A w szczególności: świata cywilizowanego. Świadczy o tępocie w kwestii rozpoznawania i smakowania różnych aspektów sztuki cywilizowanego życia.

Czy tak, czy inaczej, kwestia imion chrzcielnych sama w sobie nie łączy się z kwestią związanej z chrztem moralności. Weźmy wszakże inną możliwość; niektóre z owych szczęśliwych Utopii, opisanych w książkach pana Wellsa, naprawdę mogłyby zakazać praktyki nadawania imion przy chrzcie, czy może – nadawania jakichkolwiek imion w ogóle. Mogłyby zupełnie pozbawić nas imion, a w zamian – wyposażyć nas w numery. Moglibyśmy mieć rejestracje, alfabetyczne i numeryczne, jak gdybyśmy byli samochodami; albo inne jeszcze numery, podobne do tych, które mają obecnie więźniowie i policjanci. I wszystko to nie wiązałoby się wcale bezpośrednio z jakąś niegodziwością. Moglibyśmy usłyszeć, jak Gurgles woła z drugiej strony kortu: „Graj, K.P.7983501, stary; musimy zdążyć na herbatę u M.M.9018972”. Albo jak jeden z jej przyjaciół mamrocze leniwie: „Kopsnij szluga, Q.B. 9973588; zostawiłem fajki w samochodzie u X.Y.318220”. I z punktu widzenia moralności, wszystko to nie dawałoby podstaw do jakiejkolwiek zgoła krytyki, cokolwiek etatowi zgryźliwcy i oburzeni mogliby o tym powiedzieć z punktu widzenia dobrych manier. Nie ma niczego erotycznego czy choćby przesadnie emocjonalnego w zwracaniu się do ludzi w podobnie alfabetyczny sposób. W rejestracji 7983501 nie ma żadnego elementu obliczonego na rozbudzanie grzesznych namiętności. Nasza krytyka podobnego zjawiska opierałaby się na obserwacji, że zmniejsza ono wyrazistość subtelnych form kulturalnego obcowania z innymi; że sprowadza nas ono na niższy poziom artystycznego gustu i inwencji; albo też, jak zapewne wolałaby powiedzieć Gurgles, że to cholernie nudne. Rzeczy tego typu pozbawiają człowieka pewnych subtelnych odcieni osobistego zainteresowania, stosowności i niestosowności, które wnoszą tak wiele do komedii życia. Jako iż chociaż gloria jednej Glorii różni się od glorii drugiej Glorii, a nawet nie wszystkie Gurgles w równym stopniu przypominają gargulce, w związku indywidualnej osoby z indywidualnym imieniem, być może niosącym ze sobą wspomnienie jakiejś legendy czy historii, zawsze zaznacza się, na serio czy nie na serio, pewien element artyzmu. Niemniej, nasza główna wątpliwość w każdym wypadku opierałaby się na tym samym; na przekonaniu, że likwidacja tych kulturowych rozróżnień pomiędzy jedną rzeczą a drugą, to czyn godny barbarzyńcy i reakcjonisty; bo to tak, jak gdyby zatrzeć wszystkie kontury jakiegoś pięknego rysunku.

Wiktorianie mylili się co do bardzo wielu spraw. Ale w sprawie pedantycznego przestrzegania etykiety, mieli zupełną rację. Utrzymując, że na pewnym etapie ludzie powinni zwracać się do młodej damy per panno Vavasour, dopiero na następnym – per Glorio, i dopiero w najskrajniejszych i najbardziej desperackich wypadkach per Gurgles, zwyczajnie mieli rację – i po tysiąckroć rację. Bronili lepszego systemu społecznego, w którym ludzkie działania coś znaczyły – i nie były (tak jak teraz) kompletnie bez znaczenia. Za każdym z tych różnych sposobów zwracania się do drugiego człowieka kryje się jakiś sens, podobnie jak za każdym imieniem nadawanym przy chrzcie lub przyjmowanym ze względów religijnych; ale imię, które jest po prostu numerem, nie ma już żadnego sensu. Kiedy pierwszy raz spotykamy pana Robinsona, powinien on zostać nam przedstawiony właśnie jako pan Robinson. Tytuł formalny i nazwisko rodzinne oznaczają, że jest on tym, kim jest – kimkolwiek jeszcze by oprócz tego był. Że jest mężczyzną, wolnym człowiekiem, naszym współobywatelem i kimś, kogo chronią reguły określonego ustroju społecznego. Krótko mówiąc, oznaczają one tyle, że to ktoś, komu jesteśmy winni pewien szacunek i takt – i to zanim poznamy jakiekolwiek inne informacje na jego temat. Jeżeli po pewnym czasie spontanicznie zaprzyjaźnimy się z nim tak bardzo, że będziemy pragnęli nazywać go Belizariuszem, czy jakkolwiek inaczej brzmiałoby jego imię, będziemy mogli tak uczynić dlatego, że wypracujemy nasze własne, niezależne opinie na temat jego różnych cech, o których na początku nie mieliśmy pojęcia; i, w związku z tym, zmiana ta będzie miała jakiś inteligentny i intelektualny sens. Będzie stanowiła przypieczętowanie czegoś, co rzeczywiście dzieje się w naszym umyśle i czegoś, co rzeczywiście dzieje się w jego umyśle. Zwyczaj, zgodnie z którym wszyscy automatycznie zaczęliby mówić do niego po imieniu, stanowi natomiast źródło całkowitego braku poczucia rzeczywistości. W moich latach chłopięcych, w różnicy między sytuacją, w której należało zwracać się do dziewczyny per panno Brown, a tą, w której wolno już było mówić do niej Mabel, było coś prawdziwie symbolicznego, prawdziwie poetycznego, a nawet, w pewnym sensie, prawdziwie romantycznego. Nie zajmuję się tutaj, rzecz jasna, ani trochę owym mrocznym światem podziemi, w którym mówiło się do nie czasami per panno Mabel. Zmiana, która tu zachodziła, nie oznaczała wcale (jak prawdopodobnie wyobrażają to sobie głupi sentymentaliści, protestujący przeciwko sentymentalizmowi swoich babć), że się Mabel kochało; niekoniecznie nawet, że się z nią flirtowało; coś jednak oznaczała. Mniej więcej tyle, że Mabel poczuła do ciebie pewne zaufanie i nie miała nic przeciwko temu, abyś stał się jednym z jej szczególnych, osobistych kompanów. Dzisiaj natomiast – nie oznacza ona zupełnie nic. Ludzie inteligentni zaś, nieszczególnie przepadają za rzeczami, które zupełnie nic nie znaczą.

Jest jeszcze dalsza część zagadnienia. Stare stopnie zażyłości miały charakter indywidualny, a w tym sensie także: nawet niekonwencjonalny. Nowy typ koleżeństwa zaś, jest konwencjonalny do granic możliwości. To konwencja w sensie precyzyjnym i niepodlegającym najmniejszej dyskusji. Dawną decyzję o nawiązaniu z kimś specjalnej przyjaźni podejmowało się na bardzo różnych etapach znajomości, w zależności od człowieka; była to prawdziwa przygoda. Nowy model znajomości zaś, to właściwie tylko formalność. To rzecz tak powszechna, jak zasady jakiejś gry; to rzecz narzucona przez wolę tego, co sam instynkt ludu nazywa „tłumem”. Niemniej, najważniejszą jej cechę stanowi to, że podobne uproszczenia zwyczajnie zubażają życie. Życie jest znacznie bogatsze i bardziej interesujące wtedy, gdy istnieją w nim indywidualne inicjacje, specjalne względy i różne tytuły, dostosowane do różnych życiowych relacji. To przykład realnej i poważnej krytyki społecznej; i nie uda się go zbyć samym tylko perorowaniem i sentymentalizowaniem; czy to mówiąc, że kiedy nazywa się Mabel Mabel, jest się na dobrej drodze do nazywania jej Jezabel; czy to utrzymując, że gdy pozwala ona pięćdziesięciu mężczyznom mówić do siebie tak, jak im się tylko umyśli, heroicznie wyzwala się spod męskiej tyranii.

Sądzę, że prawdziwy postęp cywilizacji poszedłby drogą zupełnie przeciwną. Gdybym musiał, czego nie daj Boże, skonstruować jakąś Utopię, opisałbym wyższą cywilizację, w której każdy człowiek miały ze sto imion; w której każdy miałby jedno, wyjątkowe imię znane tylko jednemu, wyjątkowemu przyjacielowi; w której byłoby nie mniej, a więcej ceremonii na różnorakie odmiany przyjaźni i miłości, i w której każdy adorator musiałby wpierw zmóc dziesięć tytułów, zanim dotarłby na poziom Glorii. Tak właśnie wyglądałaby Utopia warta skonstruowania; bo byłaby to rzeczywiście kwestia konstrukcji. Większość Utopii reprezentuje natomiast wyłącznie bezmyślny rodzaj destrukcji; ten rodzaj destrukcji, który nazywamy uproszczeniem. Wymyślenie rytuału naprawdę mogłoby dostarczyć całkiem dobrej zabawy; ale odkąd przestano dbać o religię, nikt nie ma dość odwagi, aby wymyślić rytuał. Niezłą hecą byłoby napisać jakiś zbiór prawy, który uhonorowałby Tomka, Ryśka i Heńka Siedmioma Sekretnymi Imionami. Niemniej, żadna z tych rzeczy nie ziści się dopóty, dopóki współczesny świat nie zda sobie sprawy, że lekarstwo na jego bolączki leży w dystrybucji, a może wręcz w dyferencjacji; a nie w zmieszaniu wszystkiego i wszystkich w jeden wielki bajzel. Koleżeństwo przekształciło się w coś w rodzaju kombinatu; mając się do prawdziwej przyjaźni mniej więcej tak, jak trust ma się do prawdziwego handlu. Wydaje się, że nie istnieje na świecie ani jeden człowiek, który chciałby naprawić jakąś rzecz inaczej, niż mieszając ją z inną; tak, jak gdyby ktoś chciał mieszać herbatę z kawą albo sherry z porto. Jedynym pomysłem na wszystkie ludzkie sprawy, od pieniędzy po przyjaźń, jest żeby wszystko zlało się ze wszystkim – jakby w jedno jeziorko; i to jeziorko bardzo, bardzo stęchłe.

Zająłem się tym właśnie przypadkiem owej bardziej ogólnej tendencji dokładnie dlatego, że nie miesza się on z egzaltowanym moralizmem lub jeszcze bardziej egzaltowanym immoralizmem. Daje szansę na zobaczenie pewnych rzeczy w bardziej przejrzystym świetle krytyki faktycznie społecznej. Co do krytyki zaś, powtarzam, że podobne zjawiska wydają mi się zwyczajnym upadkiem cywilizacji; jakby początkiem wieków ciemnych.

 

Tłm. Maciej Wąs