Gilbert Keith Chesterton

Jak rozmawiać (i nie rozmawiać) z komunistą

(1935)

Istnieją dwa powszechnie znane sposoby rozmawiania z komunistami; i oba są kompletnie błędne. Istnieje również sposób trzeci – słuszny, ale powszechnie nieznany. Otóż mniemam, że, z tych lub innych względów, niedługo na dyskusjach z komunistami będzie schodzić nam spora część dnia. W związku z czym chciałbym popełnić tutaj pewien wstępny szkic sposobu, który mnie osobiście wydaje się właściwy. Szczególnie, że dwie znane metody obalania komunizmu w interesujący sposób obalają również siebie nawzajem. Pierwsza polega zasadniczo na oskarżaniu bolszewika o całą niegodziwość świata. Druga – na oskarżaniu go o całą godziwość świata. Albo inaczej: na zestawianiu naszej niegodziwości z jego godziwością; czy też rzekomą godziwością.

To zaś droga znacznie bardziej ryzykowna, wręcz samobójcza; niemniej, wymaga ona słowa wyjaśnienia. Pierwsza metoda jest przynajmniej prosta. Kapitalista mówi komuniście: „Nie wpuszczę cię do domu, bo go spalisz; nie pozwolę ci rozmawiać z moją rodziną, bo wysadzisz ją w powietrze; jesteś złodziejem, mordercą, bandytą, a ja porządnym, moralnym człowiekiem; nie taką kanalią, jak ci cholerni Rosjanie”. Cóż, osobiście uważam, że nie powinno się mówić do komunistów takich rzeczy; dlatego, że uważam, iż nie powinno się mówić takich rzeczy nawet do włamywacza. To czysty faryzeizm; faryzeusz zaś, to starszy wróg chrześcijaństwa, niż marksista.

Druga metoda pod tym przynajmniej względem wydaje mi się sporo lepsza, i tak się składa, że jest ona również częstsza, bardzo częsta, wśród tych, którzy pragną bronić własności prywatnej przed marksistowską herezją. Sprowadza się zaś do trajkotliwego tłumaczenia komuniście, że jest idealistą, czy też, innymi słowy, że jego błąd polega na tym, że ma ideały. W tym wypadku, kapitalista mówi komuniście: „Możesz wierzyć w różne nonsensy o powszechnym braterstwie ludzkości; zapewniam cię jednak, jako człowiek praktyczny, że każdy chce po prostu swoje ucapić, i dla zysku zabije nawet własnego brata. I dobrze, bo każdy musi słuchać instynktu posiadania”. (Widziałem to na własne oczy, w jednym z nowszych ataków na teorię bolszewicką.) „Turbiny świata nie mogą pracować bez inicjatywy prywatnej; nie da się zaś wzbudzić ludziach prywatnej inicjatywy, o ile pierwej nie ponęci się ich lub przekupi ślicznymi świecidełkami własności prywatnej”. Ludzie „obalają” komunizm w ten sposób w przekonaniu, że inaczej się przecież nie da; a potem dziwią się niezmiernie, dlaczego tak wielu wielkodusznych i idealistycznych młodych ludzi zostaje komunistami.

I zdają się kompletnie nie dostrzegać faktu, że tacy młodzi ludzie słyszą z ust naszego kapitalisty wyłącznie tyle: „Jestem starym, chciwym łajdakiem, i zabraniam ci być kimkolwiek innym”.

Tymczasem prawdziwy, pełny i przesądzający argument przeciw komunizmowi jest taki, że własność prywatna jest znacznie ważniejsza od prywatnej inicjatywy. Kieszonkowiec to mistrz prywatnej inicjatywy, ale nikt chyba nie będzie twierdził, że inicjatywa ta służy w szczególny sposób własności prywatnej. Własność prywatna to nie łapówka istniejąca na użytek prywatnej inicjatywy. Przeciwnie, prywatna inicjatywa to ledwie broń czy narzędzie, którego czasem można użyć do obrony własności. Własności zaś, koniecznie trzeba bronić; z tego powodu, że to po prostu drugie imię wolności. I nie chodzi tutaj bynajmniej o konwencjonalną „szacowność”, o to, by ktoś obwołał nas „porządnym człowiekiem”; przeciwnie, chodzi o to, że tylko ktoś, kto dysponuje pewnym kapitałem może sam decydować o własnym życiu, nie oglądają się na innych. Nie chodzi również wcale o stworzenie dobrych warunków dla handlu, a tym bardziej nie dla świństwa i szwindlu; przeciwnie – chodzi dokładnie o to, że własność to jedyny prawdziwy pokarm dla szlachetnych sentymentów honoru. Trzeba by trochę więcej czasu i miejsca, by to tutaj dokładnie wyjaśnić – i na pewno, by wyjaśnić to komunistom. Niemniej pewien jestem, że słuchaliby nas oni przynajmniej nieco dłużej, niż kogoś, kto przechwalałby się tylko ordynarnie osobistą cnotliwością – albo tym, że jest zwykłym chciwcem.

 

Tłm. Maciej Wąs