Tekst stanowi pierwszy rozdział z dziełka Epoka wiktoriańska w literaturze wydanego w roku 1914. Chestertonowi proponowano katedrę literatury angielskiej na Uniwersytecie Birmingham, więc można spodziewać się, że będzie ciekawie – i jest, zapewniam. Szczególnie, że więcej w tym rozdziale o polityce, niż o literaturze. I to o jakiej polityce! Nieustająco dążę do odwrócenia stereotypów, które kleją się (z niewiadomych względów) do mojego ulubionego pisarza. Jeśli atak na wszystko, co wiktoriańskie, przeprowadzony w imię ideałów rewolucyjnego demokratyzmu, można nazwać konserwatyzmem, to niech i będzie to konserwatyzm. Ja wolę jednak obstawać przy swoim – i śmiem twierdzić, że tekst niniejszy to kolejny dowód na to, że Chestertona należy umiejscawiać ideowo (/filozoficznie/politycznie w sensie szerokim) w nurcie pluralizmu katolickiego, dobrze pojętej katolickiej lewicy, bardzo racjonalnej i umiarkowanej w swoich zapędach, ale nie mniej (a więcej raczej, jeśli mogę tak powiedzieć) przez to lewicowej. Każdy ma prawo do własnego zdania, a najlepszym sposobem weryfikacji moich spostrzeżeń będzie uważna i wielkoduszna, a może przede wszystkim pozbawiona uprzedzeń i nieuzasadnionego poczucia znawstwa lektura, do której niezmiennie zachęcam.

Znający moją raczej pośpieszną metodę czytelnik wyłapie również niechybnie, że zaopatrzyłem przekład w większą niż zwykle ilość przypisów. gdy siadałem do tłumaczenia (będzie z rok z okładem temu) marzyło mi się, żeby zrobić z tego po prostu swego rodzaju „podręcznik” wiedzy o epoce. Jak się można domyślać, dzieło w całości prawdopodobnie nigdy się u nas nie ukaże, wydaje mi się jednak, że w pewnym sensie zrobiłem wszystko, co było do zrobienia, bo dla Polaka to ten właśnie jego fragment jest najciekawszy. Z drugiej strony – ja wiem? U mnie wszystko jest możliwe. I jak coś szepnie, to jeszcze przełożę. – Tłumacz.

W swym poprzednim życiu literackim kraj nasz wydał z siebie wiele różnych sił, z których znaczna część zachowała się – i to w znakomitej kondycji – aż do czasów wiktoriańskich, podobnie jak i do naszych czasów. Brytania Rzymu i Anglia średniowiecza to rzeczy wciąż nie tylko żywe, ale i żywotne; bo prawdziwy rozwój nie polega na zostawianiu przeszłości za sobą, jakby się szło po drodze, ale na czerpaniu z niej soków odżywczych, niczym z korzeni. Nawet jeśli naprawdę zdarzy nam się coś ulepszyć, nigdy nie będzie to w sensie ścisłym „postęp”. Bo postęp, metafora zaczerpnięta z podróży, implikuje, że człowiek powinien wyjść z domu i iść w swoją stronę: w ulepszaniu zaś, chodzi dokładnie o to, że powinien w tym domu zostać, rozbudowywać go, ozdabiać nowymi wieżyczkami i sadzić wokół niego coraz to nowe ogrody. Starożytna literatura angielska podobna była wszystkim literaturom cywilizacji chrześcijańskiej – podobna w swym podobieństwie, ale i w samym swym niepodobieństwie. Jak w wypadku każdej europejskiej kultury, była ona europejska; i jak w wypadku każdej europejskiej kultury, była więcej, niż tylko europejska. Nasz najbardziej własny i nieokiełznany charakter narodowy widać wyraźnie już w pisarstwie Chaucera1 i balladach o Robin Hoodzie; i pomimo głębokich, a czasem grozą przejmujących zmian w narodowej polityce, wciąż da się go bezbłędnie wysłyszeć u Szekspira, u Johnsona2 i jego przyjaciół, u Cobbetta3, u Dickensa. Próżno marzyć o definicjach podobnie wyrazistych spraw; dusza narodu to coś równie niedefiniowalnego, jak zapach – i coś równie niewątpliwego. Pamiętam, jak jeden z moich przyjaciół, próbując kiedyś wytłumaczyć pewnemu Niemcowi znaczenie słowa „jemioła” wykrzyknął ostatecznie z rozpaczy: „Wiesz, co to ostrokrzew? Świetnie; jemioła to przeciwieństwo ostrokrzewu!” Nie zalecam stosowania tej konkretnej metody moralnej – czy to przy porównywaniu roślin, czy narodów. Gdyby wszakże mój przyjaciel powiedział rzeczonemu Teutonowi: „Wiesz, co to Niemcy? Wspaniale; Anglia to po prostu dokładne przeciwieństwo Niemiec”, definicja owa, choć fikcyjna, nie byłaby wcale tak do końca fałszywa. Anglia, podobnie jak wszystkie chrześcijańskie kraje, zaczerpnęła z surowych borów i siermiężnego romantyzmu Północy wiele nader wartościowych elementów; niemniej, podobnie jak wszystkie chrześcijańskie kraje, najbardziej ożywczą wodę piła w sferze literatury z klasycznych fontann starożytności: i nie była to wcale wyłącznie (jak się częstokroć domniemywa) kwestia tak zwanego „renesansu”. Angielski język i jędrność naszej mowy nie rozkwitły po prostu z nagła w gargantuiczne wielozgłoskowce wielkich pisarzy epoki elżbietańskiej; zawsze przenikała do nich na tysiące sposobów ludowa łacina średniowiecza. Ale cokolwiek myślałby sobie ktoś akurat na temat mieszanek krwi i konfiguracji usposobień rasowych, naprawdę stwierdzić można, że charakter Anglika najlepiej widzi się w porównaniu z Niemcem. Niemcy, podobnie jak Walijczycy, potrafią z pełną powagą śpiewać pełne powagi pieśni; czystym głosem i z okiem czystym łączyć się w całkowicie niewinnym i pięknym uniesieniu ducha, by opłakiwać skrzywdzoną niewiastę lub zmarłe dziecko. Najbardziej zbliżymy się do zdefiniowania poetyckiego usposobienia Anglików, jeśli powiemy, że oni nie umieliby tego zrobić nawet by opłakać rozlane piwo. Potrafią śpiewać chóralnie – i to głośniej, niż inne chrześcijańskie narody: ich pieśni muszą mieć w sobie coś, nie wiem co, naraz wstydliwego i bezczelnego. Jeśli chodzi o sferę emocjonalną, to muszą być one zamaszyste, zrozumiałe i zabawne, jak „Stare kręte schody”4 czy „Sally, co mieszka dalij”5. Jeśli o patriotyzm, to otwarcie napuszone i, mówiąc wprost, katastrofalne, jak „Rządź, Brytanio”6 czy ta inna jeszcze, wspaniała pieśń (nigdy nie umiem spamiętać jej tytułu, jeśli w ogóle takowy posiada), w której rejestruje się dokładną liczbę lig, dzielących Ushant od wysp Scilly7. Istnieje czuły liryk miłosny „O, spodnie smoliste”8, jeszcze bardziej angielski, niż serce Snu nocy letniej. W każdym razie, najwspanialsi bardowie i mędrcy angielskiego narodu częstokroć wykazywali tendencję do gardłowania i grzmienia, której nie powstydziliby się nawet prawdziwi brytyjscy marynarze; tendencję do ekstrawagancji – ledwie na poły świadomej, więc i na poły komicznej. Porównajmy, na przykład, tyrady Szekspira z tyradami Wiktora Hugo. U Hugo, każdy objaw jego naturalnej elokwencji to albo wielki tryumf albo wielka porażka: czuć, że poeta obraziłby się śmiertelnie na widok uśmiechu na czytelniczej twarzy. Szekspir wszakże, wydaje się bardzo dumny z tego, że gada bzdury: nie potrafię na przykład czytać owego porywającego i strzelistego opisu burzy:

„Wśród świstu wichrów, co wściekłe bałwany

Za szczyt chwytają, potworne ich głowy,

strzępią i w chmurach zawieszają lotnych

z grzmotem i hukiem zdolnym śmierć obudzić!”9

nie widząc oczyma wyobraźni zrywającego się do lotu, gigantycznego balonu, w którego koszu siedzi z wyszczerzonymi zębami Szekspir i woła: „Nie powstrzymacie mnie: oto przerosłem rozum!” To chyba najmniejsza odległość, na jaką możemy zbliżyć się do określenia ogólnego ducha naszego narodu, którego szczegółowe losy musimy prześledzić tutaj na przestrzeni jednego ledwie, krótkiego i interesującego, ale także niezmiernie narodowego epizodu.

Trzy lata przed koronacją młodej monarchini, pochowano w Farnham Wiliama Cobbetta. Komuś może się wydać dziwne, że zaczynam właśnie od tego zapomnianego nazwiska, zamiast od, choćby, starości Wordswortha10 czy tragicznej śmierci młodego Shelleya11. Ale dla każdego, kto widzi literaturę przede wszystkim z perspektywy człowieka, puste krzesło Cobbetta w Izbie Gmin to rzecz znacznie bardziej poważna, a wręcz ponura, niż pusty tron. Wraz z nim umarł bowiem ten rodzaj demokracji, który stanowił prawdziwy powrót do Natury – i który pojąć mogą wyłącznie poeci i tłum. Po jego śmierci, radykalizm12 stał się ideologią miasta, a torysim – przedmieścia. Może być i tak, że przechodząc przez zielone łąki Warwickshire, Cobbett myślał o grobach, Shelley zaś – o grzmotach burzy. Niemniej, Shelley nazwałby Birmingham dokładnie tak samo, jak Cobbett – piekłem. Cobbett w pełni zgadzał się z późniejszymi liberałami co do ideału człowieka jako równego pośród równych, porządnego obywatela porządnego kraju. Różnił się zaś od nich tym, że dla niego Liverpool czy Birmingham bynajmniej nie były „porządne”.

To wcale nie próżny hibernianizm13 powiedzieć że najważniejsze wydarzenie angielskiej historii miało miejsce we Francji. Czymś mogłoby się wydawać tym bardziej perwersyjnym, ale i tym bardziej precyzyjnym, byłoby stwierdzić, że najważniejsze wydarzenie angielskiej historii stanowiło to, które nigdy się nie wydarzyło – Rewolucja Angielska, podobna Rewolucji Francuskiej. Jej porażka nie wynikała bynajmniej z braku zapału, czy wręcz zacietrzewienia, u tych, którzy ją wywołali: od czasu pierwszych okrzyków w obronie Wilkesa14 do momentu, w którym ostatnie ognie luddystów zagasły pod zimnym deszczem dziewiętnastowiecznego racjonalizmu, duch Cobbetta, duch rustykalnego republikanizmu, prawdziwie angielskiej i patriotycznej demokracji, płonął jak pochodnia. Rewolucja przegrała, ponieważ powstrzymała ją inna rewolucja – rewolucja arystokratyczna, stanowiąca zwycięstwo bogatych nad ubogimi. To właśnie mniej-więcej w tamtym czasie grodzenie pól zostało doprowadzone do końca; wprowadzono pierwszą z bardziej okrutnych wersji praw łowieckich; i Anglia stała się ostatecznie krajem obszarników, a nie prawdziwych gospodarzy. Nie powiem, że była to „torysowska reakcja”; jako iż większość roboty wykonali tutaj wigowie; na pewno jednak można mówić o „kampanii antyjakobińskiej”. Fakt ów natomiast, choć ściśle politycznej natury, jest nie tyle ważny, co absolutnie kluczowy dla wszystkiego, co wiązało się z literaturą. W rezultacie bowiem, Anglia – choć wrząca od rewolucyjnych idei – nie miała własnej rewolucji. W rezultacie tego zaś z kolei, od środka wieku osiemnastego do środka wieku dziewiętnastego, angielski duch rewolucyjny stawał się ciałem wyłącznie na polu literackim. We Francji, to ludzkie czyny były brutalne i dzikie; w Anglii – ludzkie słowa. I istotnie, cokolwiek osobliwy komentarz do powszechnego przekonania, jakoby Anglicy byli narodem praktycznym, Francuzi zaś – narodem marzycieli, stanowi fakt, że gdy Francuzi stawali do walki się z bronią, to Anglicy – ledwie z piórem w ręku.

Dobrze już, i dowcipnie powiedziano (w charakterze komentarza do łagodności wypadków angielskich i brutalności francuskich), że ta sama Ewangelia Jana Jakuba Rousseau15, która we Francji wydała z siebie Terror, w Anglii – zaledwie Standforda i Mertona16. Zapomina się wszakże, że na polu literatury nie ograniczał Anglików szanowny pan Barlow17; i że jeśli spojrzeć na sprawę z punktu widzenia sztuki, a nie polityki, okaże się, że następuje z nagła zaskakująca zamiana ról. Bo w równym stopniu zgodnie z prawdą powiedzieć można, że ta sama osiemnastowieczna emancypacja, które we Francji wydała z siebie obrazy Davida18, w Anglii wydała z siebie obrazy Blake’a19. Nie istnieli nigdy, jak mniemam, ludzie, którzy zapewniliby wyobraźni tak intensywne poczucie wzlotu, przebicia się się aż na same krańce bytu, jak wielcy poeci angielscy tego rewolucyjnego i romantycznego czasu; niż Coleridge, pod tajemniczym słońcem Antarktyki, gdzie wody były jak oleje wiedźm20; niż Keats, spoglądający na owe spowite mgłą tajemnicy okna nad morzem na samym krańcu świata21. Bohaterowie i niegodziwcy owego wielkiego francuskiego kryzysu byliby równie niezdolni do podobnej twórczej niezależności, jak Coleridge i Wordsworth do zwycięstwa w boju po Wattignies22. W Paryżu, drzewo wolności23 to było drzewo ogrodowe, zadbane i starannie przycinane; i Robespierre24 używał brzytwy znacznie bardziej regularnie, niż gilotyny. Danton25, który znał i podziwiał angielską literaturę, kląłby jak szewc nad Chanem Kubiłajem; i o ile Komitet Ocalenia Publicznego nie ściąłby Shelleya jako arystokraty, na pewno zamknąłby go w domu dla obłąkanych. Nawet Hébert26 (jedyny prawdziwie niegodziwy rewolucjonista), gdyby angielscy poeci wyrzucali mu jego kult „bogini rozumu” mógłby w pełni zasadnie odpowiedzieć, że lepiej czcić boginię rozumu, niż nierozumu. Z werbalnego punktu widzenia, Rewolucja Francuska Carlyle’a27 była bardziej rewolucyjna, niż prawdziwa Rewolucja Francuska: i jeśli Carrier28, według cokolwiek przesadnego sformułowania, uczerwienił Loarę krwią zamordowanych, Turner29 niemal dosłownie uczerwienił Tamizę strumieniami ognia.

Ta ogólna tendencja angielskich romantyków do urzeczywistniania idei rewolucyjnych nie przez barbarzyńskie czyny, ale obłędne niemal słowa, przyniosła kilka skutków; z których najważniejszy przedstawiał się, jak następuje. Że trwałym elementem literatury angielskiej po Rewolucji stał się jak gdyby przechył w kierunku niezależności i ekscentryzmu, których w wypadku jednostek bardziej błyskotliwych rozwinął się w indywidualność, w wypadku jednostek mniej błyskotliwych zaś – w indywidualizm. Angielscy romantycy – angielscy liberałowie – to nie byli publiczni działacze, tworzący republikę – tylko prywatni poeci, z których każdy miał własną wizję. Naszą bardziej eremicką wariację na temat wolności stanowił swego rodzaju arystokratyczny anarchizm Byrona i Shelleya; i choć w czasach wiktoriańskich ustąpił on miejsca znacznie bardziej nieszkodliwym uprzedzeniom i dziwactwom rodzimej burżuazji, Anglia na zawsze zachowała z tej ekstrawaganckiej maniery pewne osobliwe ciągoty do odosobnienia i prywatności. Stała się wyspą w sensie ściślejszym niż kiedykolwiek wcześniej. Mniej więcej w tym właśnie czasie, przestała rozumieć Niemcy i Francję, a także – na swoją straszną i do dziś trwającą katastrofę – Irlandię. Nie przyłączyła się do frontu walki o wielką europejską demokrację; nie przyłączyła się wszakże również – z wyjątkiem krótkiego interludium Waterloo – do frontu walki o jej zdławienie. Życie jej literatury wciąż stanowił, w znacznej mierze przynajmniej, romantyczny liberalizm Rousseau, te piękne truizmy, ów powiew swobody i sympatii do człowieka, który odnowił dusze innych narodów, idea powrotu do natury i jej praw. To wszakże, co u Rousseau było doktryną, u Hazlitta30 przemieniło się w niewiele więcej, niż kwestię gustu, u Lamba31 – niewiele więcej, niż zwykłą zachciankę. Ci dwaj pisarze, wraz z kilkoma im podobnymi, to w historii naszej literatury kółko, które możemy określić mianem „ekscentryków”: twórców skupionych wokół Coleridge’a i jego przedśmiertnych snów, chodzących wyłącznie po starych ścieżkach, wydeptanych przez Keatsa, Shelleya i Godwina32; Lamb, ze swoją bibliomanią i credo będącym zasadniczo czystym kaprysem, najbardziej osobny spośród wszystkich geniuszy świata; Leigh Hunt33, człowiek bez grosza przy duszy, dziecko bohemy; Landor34, z charakterem jak chmura gradowa, rzucający talerzami po pokoju; Hazlitt, ze swoim zgorzknieniem i nieszczęśliwym romansem; a nawet pogodniejszy członek tej cyganerii, Peacock35. Należy tutaj doliczyć także, w pewnym sensie przynajmniej, Thomasa De Quincey36. Quincey był, inaczej niż większość z tych literackich harcowników ery rewolucji, torysem; i miał silne związki z ową polityczną armią, której najlepszy opis po dziś dzień stanowi męski śmiech i swoboda Noctes Ambrosianae Wilsona37. Nie miał wszakże z tym środowiskiem nic rzeczywiście wspólnego. Istniało ono jeszcze przez jakiś czas, w charakterze przeciwwagi dla zimnej i nadzwyczajnie inteligentnej arystokracji wigów. Karmiło się legendą Trafalgaru38; pragnieniem niezależności i niepodległości; poczuciem, że rodzime anomalie to rzecz tak zabawna, jak rodzinne anegdoty; niejasnym przekonaniem, że sól morska jest solą ziemi. Wciąż żyje jeszcze w niektórych starych pieśniach o Nelsonie39 i Waterloo, znacznie bardziej napuszonych i znacznie bardziej szczerych niż prowincjonalnie pyszałkowate przyśpiewki bardziej współczesnych dżingo. Trudno wszakże połączyć to wszystko z De Quinceym; czy, istotnie, połączyć z nim cokolwiek innego. De Quincey z pewnością byłby szczęśliwszym – i prawie na pewno także i lepszym – człowiekiem, gdyby upijał się wspólnie z Wilsonem niezliczonymi kolejkami grogu, zamiast (według swych własnych słów) szukać jedności i jasności myśli przy opium, z książką metafizyki niemieckiej jako jedynym towarzyszem. Prawdopodobnie jednak nie otworzyłby przed naszą literaturą tych wszystkich nowych i zawrotnych horyzontów i perspektyw prozy, ze względu na które wolno nam tutaj nazwać go jednym z pierwszych dekadentów: owych zdań, które ciągną się niemal bez końca, na kształt korytarzy z koszmarnego snu, albo piętrzą się i piętrzą coraz wyżej, jak fantastyczne pagody wschodu. Był to szalony jegomość – i człowiek znacznie mniej moralny, niż Burns40; bo choć Burns przyznawał się do przekraczania pewnych granic, nigdy tego nie bronił. Niemniej, De Quincey do dziś rzuca na naszą literaturę kolosalny cień – i z pewnością był to geniusz takiego samego kalibru jak Poe41. I jeśli komuś dokuczają ciągle szpileczki, które wbijali społeczeństwu Wilde42 czy Whistler43, i koniecznie chciałby wykazać, że ich epigramy o „sztuce dla sztuki” były plagiatem, większą część tego, co powiedzieli, znajdzie nie gdzie indziej, tylko w eseju „Morderstwo jako sztuka piękna”44.

Pozostaje z tej starszej grupy twórców jedna jeszcze postać – człowiek, który trafem swoje ostatnie dzieła pisał już pod panowaniem królowej Wiktorii; znał się z większością jej członków, a jednak nie przynależał do niej w sensie ścisłym. Był to ubogi, inwalida, ze szkocką krwią w żyłach i mocną, choć być może ledwie dziedziczoną po rodzicach, niechęcią do starego kalwinizmu w duszy; imieniem Thomas Hood45. Bieda i choroba zmusiły go do podjęcia niezmiernie niewdzięcznej pracy błazna, wesołego mimo wszystko; bunt zaś przeciw ponurej religii jego rodziny sprawił, że kiedy tylko mógł, angażował ostrze swego dowcipu w obronie poglądów szczęśliwszych i bardziej humanitarnych. Był ostatnim z długiej listy owych wielkich pisarzy, takich jak choćby Homer czy Szekspir, którzy świadomie posługiwali się w swojej twórczości kalamburem. Nie wszystkie jego kalambury były dobre (ale i u Szekspira nie wszystkie są dobre), najlepsze spośród nich wszakże, to piękna i odkrywcza sztuka. Mówi się, że kalambur to fraza o dwóch znaczeniach; w wypadku Hooda zawsze są to jednak trzy znaczenia – bo przypadkowo zawsze dołącza się do nich także pewna abstrakcyjna prawda, która obowiązywałaby i tak, z kalamburem czy bez kalamburu. Siłę Hoodowych kalamburów – podobnie jak słynnego „dowcipu” Woltera – bagatelizują czasami ci, którzy nie wiedzą, że Wolter nie wbijał nikomu szpilek – ale raczej miecze. U Hooda, gdy jest w najlepszej formie, werbalna elegancja dodaje tylko satyrze bądź szyderstwu swego rodzaju nieodwołalności, jaką nieodłącznie zapewnia rym. Bo rym istotnie zawsze łączy się z pewną racją46 – bo i tu i tu chodzi o domknięcie tych lub innych spraw. Przez tragiczną konieczność uciekania się do kalamburów, geniusz Hooda męczył się i twardniał; tak że na wszystkich jego poważnych wierszach kładzie się cieniem ta ostrość języka – niby cieniem miecza. „Podwójną nicią szyjąc naraz tak kir jak i koszulę”47 – „Że zmarła zdało się, gdy spała i że śpi, gdy umarła”48 – „Boże, że chleb tak cenny jest, ciało i krew tak tanie!”49 – nie ma chyba nikogo, kto nie dostrzegłby w takich fragmentach swego rodzaju wojskowej dyscypliny frazy, zwięzłości i trafności doskonale przećwiczonych w wersach typu: „Że kula nogi mu urwała, to zaraz złożył broń”. We Francji, zostałby wielkim epigramatykiem, jak Hugo. W Anglii, został kalamburzystą.

Tak czy inaczej, nie było w tym kółku pisarskim, które określiłem luźno mianem ekscentryków, niczego, co sprzeciwiałoby się ogólnemu wrażeniu, że całe to pokolenie stanowiło promień zachodzącego słońca wielkich poetów okresu rewolucyjnego. Zostało Anglii po tym odchodzącym w cień splendorze dawnych czasów sporo pewnego sentymentalizmu, a wręcz – w znacznej mierze przynajmniej – snobizmu; Anglicy zaczęli postrzegać wielkich lordów z długimi lokami i bokobrodami jako mędrców, którzy rządzą światem. Ale wpływ był tutaj również natury negatywnej – zaszła bowiem pewna reakcja; jako iż w tamtym nastroju ludzie pokroju Byrona zaczęli się społecznie kojarzyć z wyższością – ale nie z wygraną. Angielskie klasy średnie nie ufały poezji w takim samym stopniu, w jakim ją podziwiały. Nie mogły już uwierzyć, że moc ducha i przemoc fizyczna – dwie skrajności jednej sprawy – w ogóle mogą mieć w sobie choć odrobinę praktyczności. Głucha była na wielką przestrogę Hugo: „Twierdzicie, że poeta buja w obłokach – ale tak też grom”. Ideały wypalały się w próżni; Anglia wiktoriańska, bardzo niemądrze, w polityce nie chciała mieć nic do czynienia z idealistami. Powód zaś tego stanowił, w głównej mierze, fakt, że dręczyła tych wielkich poetów świetna sterylność młodości; odkąd wielkiego panteistę Shelleya zagarnęły mroczne fale kosmosu, a Byron spotkał śmierć, dobywszy miecza na wyzwolenie Hellady.

Najważniejszy dla siebie zwrot dziewiętnastowieczna Anglia wykonała mniej-więcej w tym samym momencie, w którym kamerdyner Domu Holenderskiego50 otworzył drzwi i ogłosił: „Pan Macaulay51”. Literacka popularność Macaulaya to zjawisko bardzo symboliczne – i zupełnie uzasadnione; ale fakt jego obecności w gronie wielkich rodzin wigowskich to coś więcej – to znak epoki. Był to syn pierwszego pokolenia tak zwanych „przyjaciół Murzyna”, których uczciwość, pracowitość i filantropię przyćmiewało potężnie fatalne filisterstwo, przez które postronny obserwator może mieć w tej sprawie różne myśli, i o mało co nie dać pola przerażającym i niskim wątpliwościom, czy miłość ta nie brała się głównie z przyczyn kolorystycznych – i czy człowiek czerwony bądź żółty nie brzydziłby tych gentlemanów nadmierną krzykliwością. Niemniej, dowcip i zmysł polityczny Macaulaya (połączony z nader charakterystycznym, purytańskim stylem, pozbawionym związku z purytańską doktryną, który stanowił ogólnie cechę charakterystyczną całego tego pokolenia), wyniosły go na poziom całkowicie obcy środowisku, z którego wyszedł. Ten wigowski światek był bardzo ekskluzywny; ale na pewno nie ciasny. Bardzo trudno było się do niego dostać z zewnątrz; ale jeśli już się to komuś udało, mógł oddychać znacznie swobodniej, niż w jakimkolwiek innym miejscu w Anglii. Spośród tych arystokratów, starej gwardii wieku osiemnastego, wielu przeczyło istnieniu Boga, wielu broniło Bonapartego, i prawie wszyscy podkpiwali się z rodziny królewskiej. Dla tych, którzy wniknęli do tego przedziwnego, wigowskiego świata, bogactwo czy pochodzenie nie stanowiły już realnych barier społecznych. Szczyt był wysoki – ale całkiem płaski. Co więcej, przecież i dziś ludzie z awansu torują sobie drogę w życiu pieniędzmi; ale tamci wigowie umieli kontrolować swoje awanse. W tym właśnie świecie, trafił Macaulay na Rogersa52, z jego fosforyzującą i trupią niemal błyskotliwością; tam właśnie trafił na Thomasa Moore’a53, romantyka okresu regencji54, krótszy cień Byrona. Tam wspiął się na szczyt – i już na nim został, jak powiadam: jako typ i punkt zwrotny dla całego wieku. Bo fundamentalny fakt dziejów epoki wiktoriańskiej przedstawiał się, jak następuje; że nowo wzbogacona klasa średnia zdecydowała się wykorzystać swoje nowe wpływy dla utrzymania czegoś, co nazwać by można swego rodzaju arystokratycznym kompromisem, a nie (jak francuska klasa średnia w czasie Rewolucji) do walki o nowe otwarcie i jasny program demokratyczny. Arystokracja zaś, zwrotnie zdecydowała się otworzyć klasie średniej łatwiejsze drogi nobilitacji. Wtedy też właśnie zaczęła się wiktoriańska „pruderia”; i naprawdę, wielcy lordowie poszli tutaj na znaczne ustępstwa – podobnie jak i w wypadku wolnego handlu. To właśnie te dwie decyzje wydały z siebie chwiejną Anglię teraźniejszości – a Macaulay to uosobienie tego procesu; on sam jeden to cała „burżuazja w Belgravii”55. Bo taki człowiek bronił reform Lorda Greya56; i miotał gromy na ruch czartystowski57. William Cobbett zmarł.

Macaulay to uosobienie wszystkich fundamentalnych elementów epoki wiktoriańskiej, tych, które były naraz najbardziej angielskie i unikalne: zamiłowanie do purytańskiej polityki i odrzucenie purytańskiej teologii; wiarę w ostrożne, ale nieustanne łatanie konstytucji kraju; podziw dla bogactw i siły przemysłu. Przede wszystkim jednak, skupiał on w sobie dokładnie te zjawiska, które istotnie czyniły epokę wiktoriańską tym, czym była – tandetę i ciasnotę jej świadomej formuły; bogactwo i humanizm jej nieświadomej tradycji. Bo istnieli dwaj Macaulayowie – Macaulay racjonalny, który zazwyczaj się mylił, i Macaulay romantyczny, który prawie zawsze miał rację. Wszystko, co w nim małe, czerpało inspirację ze skostniałego parlamentaryzmu ludzi takich jak Sir James Mackintosh58; wszystko, co wielkie wszakże, miało znacznie więcej wspólnego z wystawnym antykwaryzmem Sir Waltera Scotta59.

Jako filozof, był autorem ledwie dwóch myśli; i żadna z nich nie jest prawdziwa. Pierwszą było, że w polityce, jako nauce eksperymentalnej, mocą prostej akumulacji coraz dokładniejszych i bardziej różnorodnych danych, podobnie jak w wypadku technologii produkcji zegarów, pistoletów i scyzoryków, zachodzi stały postęp. Cechowała go istotnie zbyt wielka siła charakteru, aby mógł zgodzić się na tę szaloną, współczesną koncepcję, wedle której dusza naprawdę, w najgłębszym sensie tego słowa, może się zmieniać: wydawał się uznawać, że z religią nigdy nie będzie już wyraźnie lepiej, a z poezją, jeżeli w ogóle, to raczej wyraźnie gorzej. Nie dostrzegał wszakże ewidentnej wady swojej teorii politycznej; bo jeśli dusza również nie rozwija się w miarę upływu czasu, to nie ma żadnej gwarancji, że akumulacja doświadczenia zostanie należycie wykorzystana. Cyferki same się nie dodadzą; ptaki same nie sklasyfikują (o wypchaniu nie wspominając); komety nie obliczą swoich własnych trajektorii; do tych wszystkich rzeczy potrzeba duszy człowieka. I jeśli dusza ludzka podlega innym prawom, jeśli jest słaba wobec grzechu, snu, podatna na anarchizm i kuszona do samobójstwa, to wszystkie nauki, z polityką włącznie, mogą stać się zupełnie bezowocne – i leżeć ugorem tak samo, jak leżały zanim pojawił się na świecie ludzki rozum. Macaulay wydaje się czasem mówić w taki sposób, jak gdyby zegary konstruowały inne zegary, czy karabinom zdarzało się mieć rodzinę małych pistolecików, a scyzoryki mnożyły jak zające. Drugą jego myśl polityczną, stanowiła mniej lub bardziej utylitarystyczna teoria tolerancji; że powinniśmy zatrudniać zawsze najlepszego rzeźnika, niezależnie od tego, czy to baptysta czy muggletonianin60 – i słać do walki najlepszego żołnierza, niezależnie, czy to weslejanin61, czy irvingista62. Ten kompromis sprawdzał się w Anglii protestanckiej, ogólnie przynajmniej, całkiem dobrze; ale Macaulay przede wszystkim powinien był zauważyć, że ma on swoje ograniczenia. Dobry rzeźnik może być baptystą; ale już raczej nie buddystą. Dobry żołnierz może być weslejaninem; ale już chyba nie kwakrem. Co do reszty, Macaulay robił wszystko, by móc interpretować wiek siedemnasty w kategoriach tryumfu stronnictwa wigów – rycerzy życia publicznego; i głosił ten pogląd – jednostronnie, ale bez zacietrzewienia – z wielką biegłością stylistyczną, w zdaniach eleganckich i pełnych energii, z których najlepsze dźwięczą jak stal, najgorsze zaś – jak blacha.

Tak właśnie wyglądał mały, świadomy Macaulay; wielki Macaulay nieświadomy, wyglądał zupełnie inaczej. Wniósł on do naszej literatury pewną niezwykle szlachetną i trwałą jakość: miał abstrakcyjne zamiłowanie do historii; ciepły, bardzo poetycki i szczery entuzjazm dla rzeczy wielkich jako takich; pasję i pragnienie wielkich książek, wielkich bitew, wielkich miast, wielkich ludzi. Nazwiska brzmiały dla niego jak dźwięk trąby – tak też używał ich jak dźwięku trąby. Największa radość jego czytelnika to radość samego autora, którą odczuwał, gdy mógł pozwolić swej ostatniej frazie spadać na ucho na kształt młota, wplatając w nią dźwięczne imię „Hildebrand” czy „Karol Wielki”, wyrażenie typu „orły Rzymu” czy „filary Herkulesa”. Jak w wypadku Waltera Scotta, jedne z najlepszych elementów jego prozy i poezji to nazwiska, których nie wymyślił. I jakże wymowne jest, że ten historyczny romantyzm wcale nie czynił go pisarzem bardziej stronniczym i mniej godnym zaufania, przeciwnie – to właśnie on, mimo wszystkich innych rzeczy, zapewniał mu mniejszą lub większą sprawiedliwość sądu. Jego rozum był zupełnie jednostronny, wręcz fanatyczny. To jego wyobraźnia odznaczała się równowagą i szerokością. Jego pewność, że to wigowie mieli dziejową słuszność, graniczyła z monotonią; niemniej, musiał pisać o torysach jako o ludziach wielkich – choćby po to, aby jego bohaterowie mieli przeciwników godnych swego oręża. Jeśli istniało na świecie coś, czego szczerze nienawidził, to był to proboszcz-rojalista „Kościoła wysokiego”63; ale gdy Jeremy Collier64, ksiądz-jakobita, wznosi pod niebo prawdziwy znak dla narodów, krew Macaulaya zaczyna płynąć szybciej, w przeczuciu godnej konfrontacji. „Jakże inspirująco jest patrzeć, jak ów samotny wyrzutek atakuje swych potężnych wrogów, w pojedynkę już groźnych, w sojuszu – niezwyciężonych; rozdaje swe mocne ciosy na prawo i lewo, uderza w Wycherleya65, Congreve’a66 i Vanburgha67, wdeptuje D’Urfeya68 w proch pod swymi stopami; i z całą mocą szturmuje wzniosłą stolicę Drydena69”. W takich właśnie momentach, Macaulay jest wielki; bo niemalże Homerycki. Jego tryumf czerpie z nazwisk; ale nazwiska rządzą ludźmi. Tak też jego wiersz o Wielkiej Armadzie70 to naprawdę dobra książka do geografii, która oszalała; czytelnik widzi oczyma wyobraźni, jak mapa Anglii ożywa, a wszystkie jej kolory z nagła zaczynają maszerować i mieszać się ze sobą.

Największą tragedię późniejszych dziejów naszej literatury można streścić natomiast jak następuje: że oto mniejszy Macaulay zwyciężył większego. Młodsze pokolenia miały coraz mniej i mniej z owej płomiennej miłości do historii, którą odziedziczył po Scotcie. A coraz więcej i więcej z owej zimnej świadomości własnych interesów, którą przyswoił z pism Benthama71.

Imię tego wielkiego człowieka, choć należy do epoki poprzedzającej wiktoriańską, jest dla wiktoriańskiej, podobnie jak imię Cobbetta, niezmiernie istotne. Macaulay przyjął bowiem istotę najważniejszych konkluzji Benthama; choć mistrzowsko umiał podważać wszystkiego jego argumenty. Tak czy inaczej, duch Benthama (jeśli w ogóle Bentham miał coś z ducha) maszerował dalej, jak duch Johna Browna72; i jeśli chodzi o centralne tendencje epoki wiktoriańskiej, to ten duch z pewnością odniósł zwycięstwo. John Stuart Mill stanowił najdojrzalszy kwiat tego wzrostu. Był to człowiek pełen wdzięku, delikatny i czysty; ale na tym polega bycie kwiatem. Choć przyszło mu głosić twardy racjonalizm w dziedzinie religii, twardą konkurencję w ekonomii i twardy egoizm w etyce, jego dusza cechowała się dokładnie ową srebrzystą świetnością, jaką widzimy na jego znakomitym portrecie pędzla George’a Wattsa73. Nie miał nic z tego brutalnego optymizmu, z jakim jego przyjaciele i uczniowie ze Szkoły Manchesterskiej74 ogłaszali swoje wesołe negacje. Jest w pisarstwie Milla nawet pewien element wstydu; odsłaniał koła zębate swego stalowego kosmosu raczej niechętnie, jak ktoś, kto oprowadza damy po fabryce. Jaśniał od niego jak słońce autentyczny i piękny szacunek do kobiet – co jest tym bardziej wzruszające, że on sam, w swojej sytuacji życiowej, mógł adorować je tylko cokolwiek na zimno – i przygotować dla nich podarunek tak nędzny, jak wiktoriańskie prawa wyborcze.

Próbując opisać, jak pisarze wiktoriańscy mieli się do siebie, musimy liczyć się z bardzo poważnymi trudnościami, zarysowanymi już na samym początku tej książki; trudności wiążącej się z próbą uzgodnienia porządku moralnego z chronologicznym. Bo myśl porusza się na planie instynktów, skojarzeń, przeczuć – a nie jasno określonych dat czy zakończonych procesów. Akcja i reakcja pojawiają się jednocześnie: albo przyczyna działa dopiero po wywarciu skutku. Błędy zwalcza się zanim zostaną jasno sformułowane: pierwsze definicje niektórych pojęć pojawiają się na długo po tym, jak umarły. Nie ma sensu szukać w kalendarzu księżycowej nocy75; a większość literatury, w tym sensie przynajmniej, to naprawdę rzecz tak fantastyczna, jak poblask księżyca. Tak też Wordsworth nawrócił się trwożliwie na torysizm jak gdyby z Shelleyowskiej skrajności panteizmu, która jeszcze nie zdążyła stać się ciałem. Tak też Newman ściągnął ze ściany stalowy miecz dogmatu, aby sparować cios, który nie został jeszcze zadany – cios ciężkiej pałki Karola Darwina. Z tego też powodu, nie potrafi zrozumieć tradycji, a nawet historii, nikt, kto nie ma choć odrobiny sympatii do anachronizmu.

Przez większą część epoki wiktoriańskiej ta utylitarystyczna tradycja, która osiągnęła w Millu swój punkt szczytowy, panowała niepodzielnie; stanowiła, by tak rzec, filozofię oficjalną. Marsz ścisłej kodyfikacji i dociekliwości badawczej trwał, dopóki nie przetarł ostatecznie szlaków wielkim tryumfom Darwina, Huxleya76 i Wallace’a77. Jeśli z początku epoki weźmiemy Macaulaya, a z końca Huxleya, okaże się, że mieli ze sobą wiele wspólnego. Obydwaj to był konkretni jegomoście o kanciastych szczękach, chciwi na polemiki, ale gardzący sofistyką, mistycznie martwi, ale moralnie bardzo żywotni; i w obydwu wypadkach, ich własne, podziwu godne umiejętności retoryczne, miały na nich wpływ większy, niż przypuszczali. Huxley zwłaszcza, był w znacznie większym stopniu literatem, niż człowiekiem nauki. Jakże zabawnie to wyglądało, gdy oskarżony o przesadną retoryczność, odpowiedział wyrazem najwyższej grozy, jaką sprawiała mu perspektywa „tapetowania pięknego oblicza prawdy owym toksycznym kosmetykiem – retoryką”, co przecież samo w sobie stanowi taką warstwę retorycznej tapety, jakiej nie powstydziłby się nawet Ruskin78. Różnicę między tymi dwoma okresami najłatwiej dostrzec na jednym przykładzie: że choć ani jeden, ani drugi, nie był przesadnie uduchowiony, Macaulay przyjmował za pewnik, że zdrowy rozsądek wymaga jakiejś teologii – podczas gdy Huxley: że zdrowy rozsądek oznacza po prostu, że się nie ma teologii. Macaulay, jak się mówi, nigdy nie rozmawiał o wyznawanej religii: Huxley wszakże, bez przerwy rozmawiał o religii, której nie wyznawał.

Lecz choć ten prosty wiktoriański racjonalizm rozdawał karty i w pewnym sensie był całą tamtą epoką, atakowano go z bardzo wielu stron – i to już w pewnym sensie przed jej rozpoczęciem. Pozostała część jej historii intelektualnej to po prostu seria skierowanych przeciw niemu reakcji, uderzających weń fala za falą. Udało im się nim zachwiać – ale nie obalić. Pierwszą z nich stanowi ruch oksfordzki; łuk, który pękł wypuściwszy w powietrze ową śmigłą strzałę, jaką był Newman. Drugą – jeden człowiek; bez nauczycieli i bez uczniów – Dickens. Trzecią falę reakcji stanowiła cokolwiek osobliwa grupa usiłująca stworzyć coś w rodzaju nowego, romantycznego protestantyzmu, walczącego naraz z rozumem i z Rzymem – Carlyle, Ruskin, Kingsley79, Maurice80 – i być może Tennyson. Browning81 był również naraz człowiekiem romantycznym i purytańskim; nie należał wszakże do żadnej grupy, i zwalczał materializm na swój całkowicie własny sposób. Choć jako chłopiec kupował masowo rewolucyjne wiersza Shelleya, samemu nigdy nie myślał o karierze rewolucyjnego poety. Koncentrował się na wyjątkowości duszy każdego człowieka; i poszukiwał Boga w prywatnych pogawędkach. Tak też był, przy całej swej wielkości, wiktoriański raczej jako powieściopisarz, niż poeta. Od Ruskina zaś, wziął się ruch tych, których określić można jako prerafaelitów poezji i prozy.

I to właśnie od tego tryumfującego racjonalizmu, a także od romantyzmu różnorakich sprzeciwów wobec niego, należy rozpoczynać wszelkie badania nad epoką wiktoriańską. Bentham był przywódcą sporej sekty; a Macaulay oficjalnym historykiem historycznego stronnictwa – zanim prawdziwa epoka wiktoriańska zdążyła się zacząć. Klasa średnia popadała w coś w rodzaju defektywnego purytanizmu. Klasa wyższa w całości wyznawała pogaństwo. Obiektywnym i odważnym świadectwem jej postawy wciąż pozostają nieśmiertelne słowa Lorda Melbourne82, który wprowadził młodą królową na tron i długi czas trzymał się blisko, odgrywając rolę jej protektora. „Nikt nie ma więcej szacunku do religii chrześcijańskiej, niż ja; ale doprawdy, gdy zaczynamy rozmawiać o życiu prywatnym – ” To, co w wypadku polityki Melbourne’a stanowiło czyste pogaństwo, w wypadku polityki Disraelego83 zamieniło się w przedziwną, mistyczną formę cynizmu; znajdującą znakomite odzwierciedlenie w jego powieściach – bo był to istotnie człowiek, który czuł się pośród zwierciadeł jak w domu. Biorąc wszelką poprawkę na różnej maści dziwaków i ekscentryków, i wszystkie wydarzenia losowe, z konieczności podgryzające rubieże każdego systematycznego projektu, można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że filozofia utylitarystyczna trzymała się mocno.

Najsolidniejsze elementy ruchu oksfordzkiego, jakie przetrwały w epoce wiktoriańskiej, wiązały się z owym wielkim wyzwaniem, jakie stanowił dla niej Newman – jedyny wielki literat tego ruchu. Niemniej, ruch ten jako całość odegrał niebagatelną rolę w tworzeniu się i kształtowaniu naszego społeczeństwa: rolę ową wszakże trudno tak od ręki jasno określić. Nie chodziło na pewno ledwie o estetyczny rytualizm; prawie żaden z oksfordzkich reprezentantów „Kościoła wysokiego” nie był kimś, kogo moglibyśmy nazwać „rytualistą”. Na pewno nie chodziło również o świadomy zwrot w kierunku Rzymu: chyba że w kategoriach ogólniejszej, rzymskokatolickiej teorii, w świetle której cały nasz niepokój dałoby się wyjaśnić przytłumionym pragnieniem powrotu do źródła. Ruch miał niewiele związków z Europą, żadnych z Irlandią, w kierunku której naturalnie ciążyłaby każda prosto rzymskokatolicka tendencja. W pierwszej chwili, jak mniemam, zapoznając się z nim coraz bardziej można odnieść takie wrażenie, jakby był to ruch religijny w sensie czystym. Nie tyle gust do dogmatów katolicyzmu, ale głód dogmatu w ogóle. Bo dogmat to nic innego, jak prawdziwa sytość umysłu. Dogmat nie implikuje braku myślenia – ale celowość myślenia. Chodziło o bunt przeciwko konkretnemu aspektowi ducha wiktoriańskiego; który można ogólnie opisać (używając tutaj metafory przyjemnej i domatorskiej, prawdziwie godnej epoki) jako chęć, by zjeść ciastko i mieć ciastko. Oksfordczycy dostrzegli, że zrównoważeni i zacni poddani królowej Wiktorii tak naprawdę byli niesamowicie niepoważni – bo niesamowicie niekonsekwentni.

Człowiek przyznający się do wiary w coś, co warte jest dziesięciu minut inteligentnej wypowiedzi, zawsze coś zyskuje – i czegoś się wyrzeka. Tak długo, jak długo potrafi zrobić obydwie te rzeczy, może być twórczy: bo nadaje czemuś konkretny plan i kształt. Mahomet zakazał wina, ale przyzwolił mieć pięć żon: stworzył wielką rzecz, która ciągle sprawia nam problemy. Pierwsza Republika Francuska była twórcza, gdy obroniła własność i zniosła tytuły szlacheckie; i Francja wciąż trwa – niczym mocny, kwadratowy budynek, oblegany na próżno przez całą resztę Europy. Przedstawicieli ruchu oksfordzkiego napełniałaby przerażeniem myśl, że ktoś mógłby porównać ich do muzułmanów bądź jakobinów. Ale podświadomie pragnęli dokładnie tego, czego muzułmanie i jakobini naprawdę doświadczali – a czego Anglicy naprawdę nie doświadczali: owej ekstazy emocjonalnej, jaką zapewnia konsekwencja. Jak było się muzułmaninem, nie można było zostać bachantką. Jeśli było się republikaninem, nie można było zostać szlachcicem. Tak też oksfordczycy, nawet na pierwszych i najbardziej niejasnych etapach swojej działalności, mieli takie poczucie, że jeśli jest się prawowiernym anglikaninem, to nie da się być dysydentem. Ruch oksfordzki był, od korony aż do korzeni, ruchem racjonalnym; prawie że racjonalistycznym. Tym właśnie różnił się zasadniczo od innych form reakcji, bijących w utylitarystyczny kompromis tego czasu; ślepego mistycyzmu Carlyle’a, męskiego ale nader prostego emocjonalizmu Dickensa. Odwoływał się do rozumu: a rozum podpowiadał, że jeśli chrześcijanin chce mieć karnawał, to musi mieć i post. Inaczej wszystkie dni będą wyglądać tak samo; i to właśnie stanowiło marzenie owego angielskiego utylitaryzmu, na który ruch oksfordzki przypuścił pierwszy i najbardziej racjonalny kontratak.

Idea ta, z racji samej swej racjonalności, zamieniła się w coś w rodzaju smukłej i ostrej włóczni, której ostrze stanowił Newman. Zapomniała o wielu innych siłach, walczących po jej stronie. Niemniej, ruch oksfordzki naprawdę mógł pochwalić się, ogólnie biorąc, liczną grupą spadkobierców, którzy istotnie wykazywali ten szczery i mocny dogmatyzm; Keble’em84, gotowym zepsuć wiersz dla lepszego wyakcentowania doktryny; Faberem85, który mówił bogaczom – niemalże ich judząc – że Bóg zesłał na nich ubogich jak orły na karki, Froude’em86, ogłaszającym – wespół z Newmanem – swój powrót aroganckim mottem Achillesa87. Większa część tego wszystkiego wydarzyła się wszakże ściśle mówiąc przed interesującą nas tutaj epoką; i w tej epoce, to pisarstwo Newmana – i być może wyłącznie pisarstwo Newmana – stanowi wyraz i podsumowanie myśli całej szkoły. Bo na pewno właśnie w epoce wiktoriańskiej, i to po tym, jak wrócił do Rzymu, zapewnił sobie Newman trwałe prawo do miejsca w każdej książce o współczesnej literaturze angielskiej. Niniejszy szkic to nie miejsce na analizę jego teologii: ale można o niej powiedzieć przynajmniej jedno. Jakakolwiek byłaby prawda o jego dorobku, teza, jakoby Newman udał się do Rzymu by znaleźć spokój i skończyć spory, z całą pewnością jest zupełnym fałszem. Po tej podróży wplątał się on w nieporównanie więcej konfliktów niż wcześniej. Ale choć wplątał się w znacznie więcej konfliktów, to na pewno wyplątał się z mnóstwa kompromisów: a był to ten typ człowieka, który cierpi znacznie bardziej przez kompromisy, niż konflikty. Cechowały go naraz nienormalna energia i nienormalna wrażliwość: żadna inna osobowość nie byłaby w stanie napisać dzieła takiego, jak Apologia88. Jeśli czasem może się nam wydawać, że Newman żywcem obdziera swoich przeciwników ze skóry, bierze się to stąd, że on sam jej nie posiadał. W tym sensie, Apologia to tryumf znacznie przekraczający efemeryczne oskarżenia, które skłoniły Newmana by ją napisać; w tym sensie naprawdę udaje się mu (według jego własnych słów) zniweczyć nie tyle swych oskarżycieli, co sędziów. Wielu ludzi na samą myśl o rejestracji wszystkiego, co było w nich z zimnej niechęci, nieznośnego wahania, zbyt długiego trwania w niekonsekwencji, trzęsłoby się jak osiki: i pewien jestem, że dla Newmana wyznawanie tych wszystkich błędów stanowiło jakby tchnienie życia – szczególnie, że na zawsze już sobie z nimi poradził. Jego Wykłady o obecnej sytuacji katolików angielskich89, w sensie praktycznym: kazania przeciwko wściekłości tłumu, stają się coraz to radośniejsze i radośniejsze – skoro tylko sam Newman staje się coraz bardziej i bardziej niepopularny. Jest coś więcej, niż humor – jest dobra zabawa – w pierwszym wykładzie, mającym wyjaśnić naturę konstytucji brytyjskiej sporej grupie Rosjan. Niemniej, jego tryumfy to zawsze tryumfy niezwykle wrażliwego człowieka: bo istotnie, trzeba mocno odczuwać bezczelność, by ją potem podobnie wspaniale i bezczelnie pomścić. To człowiek nagi – z nagim mieczem w dłoni. Moc jego stylu literackiego jest tak skuteczna, że skutkiem tego wymyka się wszelkiej definicji. Moc jego logiki, to moc wielkiej ale i cynicznej cokolwiek cierpliwości, jak u kogoś, kto długo i starannie zastawia na swoich wrogów śmiertelną pułapkę. Niemniej, moc jego moralnego komentarza do epoki pozostaje niezmiennie taka, jak powiedziałem: to protest racjonalnej religii przeciwko rosnącemu irracjonalizmowi wiktoriańskiego komfortu i kompromisu. Na nasz użytek możemy powiedzieć, że protest ów umarł razem z nim: zostawił kilku naśladowców i to (co łatwo można zgadnąć) niekoniecznie udanych. Pewien ślad po nim trwa w wyjątkowej, elżbietańskiej niemal perwersyjności Coventry’ego Patmore’a90; później zaś, bucha łagodnym ogniem z niewielkiego jednak wulkanu Francisa Thompsona91. Generalnie wszakże (podobnie jak w wypadku, jak jeszcze zobaczymy, socjalizmu Ruskina) w swojej epoce nie ma on żadnych następców; w naszej wszakże – całkiem wielu.

Następna grupa wiktoriańskich reakcjonistów, romantyków, czy jakkolwiek zdecydujemy się ich zwać, skupia się zasadniczo wokół jednego, wielkiego imienia. Szkocja, z której pochodziło tak wielu owych zimnych ekonomistów, twórców pierwszych form filozofii radykalizmu ery wiktoriańskiej, zrządzeniem losu wydała z siebie także (prawie że napisałem „wypluła”) ich najzacieklejszego i najbardziej niezwykłego przeciwnika. Dwie najważniejsze rzeczy, związane z Thomasem Carlyle’em, to jego wczesne szkockie wykształcenie i późniejsza fascynacja kulturą Niemiec. Pierwsza z nich, to pod niemal każdym względem jego siła; druga – pod pewnymi względami przynajmniej: jego słabość. Jako przeciętny wieśniak z nizin, odziedziczył naprawdę świetną godność dziejową Szkotów: ich niezależność, ich ducha walki, i ich instynkt filozoficzny, pozwalający patrzeć na ludzi po prostu jako na ludzi. A jednak – nie był to wcale przeciętny wieśniak. Gdyby pracował do końca życia w wiosce, w której się urodził – cichy i całkiem nieznany – stałby się prawdopodobnie lokalnie nader głośną figurą; kimś o błędnym oku i aurze cichego gniewu; kimś, w kogo być może czasem rzucano by kamieniami. Ból i choroba przeszywały na wskroś tak jego ciało, jak i duszę. Pomimo wszystkie jego pochwały milczenia, to właśnie dar wymowy pozwolił mu jakimś cudem uniknąć szaleństwa. Lecz choć jego ziomkowie ze wsi zapewne by to dostrzegli, a dostrzegłszy – być może się z tego naśmiewali, zobaczyliby oni w nim także coś, czego wieśniacy zawsze spodziewają się nieświadomie po podobnych ludziach – i nie pomyliliby się: dar wizji, moc umysłu, będącą czymś na kształt drugiego wzroku. Jak wielu niezaradnych i być może niesympatycznych nawet Szkotów, był prorokiem. Mówiąc co, wcale nie mam na myśli przede wszystkim jego transcendentalnych rapsodii o Duszy Świata, „Płaszczu Natury”, Tajemnicach i Wieczności; ogólnie, tego typu sprawy wydają mi się przynależeć bardziej do niemieckiej strony jego duszy, mieć w sobie mniej autentyzmu i sporo mniej ważyć. Chodzi mi o prawdziwą zdolność dostrzegania – nagle, bez żadnego przygotowawczego procesu; wielką biegłość domysłu. Widział tłum nowych Stanów Generalnych, Dantona z jego „nieokrzesaną, płaską twarzą”, Robespierre’a, spoglądającego zamglonym wzrokiem zza okularów. Widział angielską szarszę pod Dunbar92. Domyślił się, że Mirabeau93, jakkolwiek chorobliwy (i autentycznie chory) utracjusz, miał w sobie pewną dziwną moc. Domyślił się, że Lafayette94, choć odważny i zwycięski, nie ma w sobie zupełnie niczego. Popierał bezprawie Cromwella95, ponieważ na przestrzeni dwóch wieków niemalże fizycznie czuł niedołęstwo i beznadzieję umiarkowanego parlamentaryzmu. Powiedział nawet miłe słowo na temat powszechnie mieszanych z błotem jakobińskich „górali”96, ponieważ przeczuł, mimo tak potężnie nawarstwionych w naszym narodzie stereotypów i błędnych interpretacji, utopijność postulatów żyrondy97. Mylił się, odmawiając Scottowi umiejętności wczucia się w opisywane postaci: ale jemu również jej nie brakowało. Jedno z jego niezliczonych i prowincjonalnych cokolwiek dziwactw stanowiła wyższa ocena prozy, niż poezji. Ale on sam, prawdę mówiąc, wypada znacznie lepiej, jeśli popatrzy się na niego jak na swego rodzaju poetę – raczej niż na kogokolwiek innego; a centralną ideą poezji jest dokładnie – umiejętnie się domyślać, niczym podczas jakiejś dziecięcej zabawy.

Najpierw pokazał się jako uczeń i zwolennik Goethego. Nie było to najszczęśliwsze połączenie. Dla wielkiej części tego, co Goethe naprawdę mówił, nie miał Carlyle ani krzty zrozumienia; ale stosownie do swojego osobistego uporu, postanowił wtłoczyć swojego idola w takie ramki, jakie sobie umyślił, zamiast znaleźć sobie innego. Posuwał się coraz dalej i dalej w ekstrawagancjach żywotnego, ale też pozbawionego równowagi i barbarzyńskiego wprost stylu, wychwalając poetę w rzeczywistości reprezentującego najłagodniejszą postać klasycyzmu i starającego się przywrócić europejskiemu umysłowi helleńską równowagę. Czytając to ma się takie wrażenie, jakby jakiś włochaty Wiking przystrajał na swój skandynawski sposób grecką statuę, przypadkowo wyrzuconą przez morze na brzeg. I gdy największą siłę Goethego zawsze stanowiła pogoda ducha i mistrzostwo wykończenia, których Carlyle nie tylko nigdy nie znalazł ale i nawet nigdy nie szukał, największą słabość Goethego stanowiło, że nie pozwolił ujawnić się największym talentom Carlyle’a. Jednym elementem cywilizacji, jaki niemieccy klasycyści zapomnieli włączyć do swego piękna i proporcji, było poczucie humoru. I choć Goethe był wielkim poetą, zawsze jest coś delikatnie durnowatego w jego na poły sceptycznym, na poły sentymentalnym poczuciu własnej ważności; Lord Chamberlain98 polityki przy herbatce; flirciarz podstarzały i podochocony; najbardziej niemiecki spośród Niemców. Carlyle zaś, miał poczucie humoru; pełno go w jego stylu – niestety, nigdy nie zdołało przebić się także do jego filozofii. Jego filozofia bowiem, na zawsze pozostała w znacznym stopniu ociężałym, teutońskim idealizmem, absurdalnie nieświadomym złożoności świata; jak choćby w tym słynnym dość wypadku, w którym powtarza bez końca (jak gdyby tupał), że ludzie powinni mówić prawdę; zakładając, najwyraźniej – by zacytować tu Stevensona99 – że to coś tak łatwego, jak gra w dziadka. A jednak, choć jego ogólną prawdomówność trudno zakwestionować, z całą pewnością nie należał do tych, z których szok faktów łatwo wytrząsa przyjęte fantazje. Jeśli mocą najczystszego geniuszu potrafił domyśleć się pewnych spraw, na pewno niełatwo było mu przyjąć do wiadomości fałszywość tego lub innego z własnych domysłów. Jego wersja ohydnych okrucieństw, jakich dopuścił się w Irlandii Oliver Cromwell, czy też niecierpliwy bełkot na temat najbardziej tajemniczych elementów moralności Fryderyka Wielkiego – te fragmenty są, trzeba szczerze przyznać, po prostu obłudne. Niemniej nawet tutaj jest to, by tak rzec, obłuda z dozą wielkoduszności; z dozą żaru i rozmachu prawdziwego podziwu, jakże innych od mieszaniny strachu i pochlebstwa, tak często spotykanej u naszych „konstytucyjnych” czy „patriotycznych” historyków. Carlyle był pod tym względem trochę jak kobieta – uprzedzony na zawsze i nieuleczalnie.

Co do reszty, tliło się jeszcze za tym transcendentalnym oparem coś ze starego pogaństwa północy; Carlyle naprawdę miał sporo wspólnego z owym potężnym i pogmatwanym panteonem bóstw zmiennych i groźnych, ale i nie całkiem nieludzkich kultów Natury, który – jak się zdaje – napełniał północne mroki zanim przyniesiono w nie skądinąd znak rzymskiego orła – czy chrześcijańskiego krzyża. To właśnie połączył, pozwalając sobie pewne rzeczy pominąć, z wizją straszliwego Boga Starego Testamentu, o którym słyszał w czarne „szabaty”100 swojego dzieciństwa; i stworzył (przeciw zarazem racjonalizmowi i katolicyzmowi) coś w rodzaju pogańskiego purytanizmu; wersję protestantyzmu, całkowicie wypraną z elementów chrześcijańskich.

Jego prawdziwą i wielką zasługą stanowi atak na utylitaryzm: który przyniósł wiele dobrego, choć w prezentowanej przezeń w charakterze alternatywy filozofii historii było wiele elementów niejasnych i niebezpiecznych. Jego prawdziwa chwała polega na tym, że jako pierwszy jasno zobaczył i jasno wypowiedział wielką prawdę naszego czasu; że bogactwo państwa nie jest synonimiczne z dobrobytem ludu. Macaulay, przemysł tkacki oraz cały zasadniczy rdzeń społeczeństwa wczesnowiktoriańskiego, brali za pewnik, że jeśli Manchester staje się coraz bogatszy, to oto my wszyscy dostajemy w ręce klucz do bezpieczeństwa i postępu. Carlyle wykazał (z większą mądrością i humorem, niż w jakiejkolwiek innej kwestii), że równie prawdziwie można powiedzieć, że Manchester się bogaci, jak że biednieje: czy też, innymi słowy, że to nie Manchester się bogacił – ale niektórzy z jego mniej sympatycznych mieszkańców. W tej kwestii, należy połączyć jego spostrzeżenia ze znacznie późniejszymi etapami w dziejach narodu; bo dzięki nim stał się pierwszym prorokiem socjalizmu. Sartor resartus101 to wspaniała fantazja; Rewolucja Francuska, przy wszystkich swoich wadach, to świetna książka historyczna; wykłady o „herosach” zawierają kilka mistrzowskich szkiców ludzkiej osobowości. Sądzę jednak, że to we Wczoraj i dziś102 oraz eseju Czartyzm103 wykonał Carlyle całą pracę, na którą przeznaczony został od ludzi i bogów; być może niewykonalną dla człowieka o pogodniejszym i zdrowszym usposobieniu. Nigdy nie wzniósł się na poziom bardziej śmiercionośnej ironii, niż w swej słynnej makabrze, jak choćby wtedy, gdy opisuje, jak to uboga kobieta dowiodła, ze jest siostrą wszystkich bogatych, zarażając ich tyfusem; albo w podobnie doskonałych przykładach drwiny, jak ów znakomity szkic „Nadprodukcja koszul”; w którym arystokraci wiją się jak piskorze, by się wykpić od tego oskarżenia. „Czy naprawdę powiesz nam to w twarz – czy nas oskarżysz o nadprodukcję? Niebo i Ziemię bierzemy na świadków, ze nie wyprodukowaliśmy zupełnie niczego… Niech ten, który oskarża nas o produkcję czegokolwiek, stanie przed nami. Niech powie: co i kiedy”. I nigdy nie pisał równie trzeźwo i sprawiedliwie, jak wtedy, gdy porównał „boski smutek” Dantego z „diabelskim smutkiem” utylitarystów, którzy już wtedy upadli na tyle nisko, by gadać, że ubodzy za bardzo się mnożą, i w obrzydliwy sposób sugerować dzieciobójstwo. To bardzo reprezentatywny konflikt; bo jeśli utylitarystyczny duch osiągnął swój szczyt w Millu, to z całą pewnością absolutny dół – w Malthusie104.

Powinniśmy wspomnieć tutaj o jeszcze jednym, ostatnim, elemencie Carlyle’owskiego wpływu; bo potężnie zdominował on jego uczniów – szczególnie Kingsleya105, ale do pewnego stopnia także Tennysona i Ruskina. Dlatego że marszczył brew na widok wieśniaczej wesołkowatości co głupszych ekonomistów, oni wraz z kilkoma innymi autorami przedstawiali go jako pesymistę – a grafitową strzelistość jego ducha jako prostą, czarną rozpacz. Lecz filozofia Carlyle’a, jeśli przyjrzeć się jej nieco dokładniej, okaże się raczej niebezpiecznie optymistyczna, niż pesymistyczna. Jako myśliciel, Carlyle nie odczuwa smutku – ale raczej lekkomyślne i niemoralne zadowolenie. Bo wydaje się, że jego teorii nie da się w tym świecie odpowiednio obalić; i że wszystko, na dłuższą metę, znajduje swe właściwe miejsce. Zaczęła się od tego, co można nazwać ideą „Biblii dziejów”: że wszystkie ludzkie sprawy i całą politykę spowija chmura nieustannego objawienia absolutu. Tak też każdy wielkie i nieodwracalne osiągnięcie człowieka – jak Podbój Normański106 czy amerykańska wojna o niepodległość – należy uznać za skutek woli Boga. Takie podejście aż prosi się o emocję i malowniczość; i istotnie, Carlyle i jego uczniowie pisali przede wszystkim emocjonalnie i malowniczo. Z początku zapewniło im to przewagę retoryczną nad katolikami i każdą starszą szkołą. Dało im możliwość chełpienia się Stwórcą, który ciągle stwarza; który działa w człowieku i naturze, a nie jest ledwie rezydentem raju, czy więźniem cyborium. Mogli utrzymywać z dumą, że ich Bóg nie zrobił się za stary na wojnę: że dało się go znaleźć tak samo pod Gettysburgiem107 i Gravelotte108, jak pod Gibeonem109 i na wzgórzach Gilboa110. Nie twierdzę, że mówili dokładnie to: ale to właśnie mówiliby, gdy ktoś skłonił ich jakoś (zapewne łapówką) do obrony własnych racji. Niemniej, mówili różne rzeczy, z mniej więcej podobnym skutkiem: że to, co się ostatecznie staje, stanowi część większego planu. Carlyle powiedział, że Rewolucja Francuska była powołana do bytu przez rady w wieczności radzące; i dlatego właśnie (a nie dlatego, że rewolucjoniści mieli słuszność) atak na nią stanowił „zamach na samego Boga”. Kingsley zaś, poszedł logicznie tak daleko, że powiedział pewnej damie, iż powinna zostać w Kościele Anglikańskim głównie dlatego, że Bóg ją w nim pierwej umieścił. Niemniej, pomimo jej powierzchowną duchowość i energię, nietrudno dostrzec, w jaki sposób można by nadużyć podobnej doktryny. Praktycznie sprowadza się ona bowiem do tezy, że Bóg jest po stronie wielkich wojsk – a przynajmniej wojsk zwycięskich. Credo opracowane celem natchnienia nowych zdobywców, zepsułoby serca żołnierzy; wlało w nie nędzny i niegodny żołnierza podziw dla sukcesu: i to, co zaczęło się jako filozofia odwagi, skończyłoby się jako filozofia tchórzostwa. Istotnie, gdyby Carlyle miał słuszność, gdy powiedział, że prawo to ledwie „odpowiednio wyartykułowana” siła, nikt nigdy by niczego nie artykułował, ani w ogóle się nawet nie ruszał. Bo żaden czyn nie ma siły, zanim się go dokona: jeśli nie ma czegoś takiego, jak słuszne prawo, z racjonalnego punktu widzenia niczego nie da się zrobić. O tym elemencie Carlyle’owskiej myśli, podobnie jak o jej elemencie anty-utylitarystycznym, należy koniecznie pamiętać w związku z późniejszym biegiem wypadków: bo tutaj, objawia się ona jako przedśpiew imperializmu – podobnie jak (w pierwszym wypadku) socjalizmu: i dwoje tych nienarodzonych dzieci poruszy się później, jak na dźwięk trąby, gdy pojawią się w ich pobliżu pan Bernard Shaw111 i pan Rudyard Kipling112. Kipling przejął także od Carlyle’a zwyczaj skupiania się na czysto hebrajskich elementach Biblii. Główna bolączka tej filozofii polega zaś na tym, że jeśli Bóg istotnie działa w jakiś sposób we współczesnych bitwach, to może działać nie jak na wzgórzach Gilboa – ale jak na Golgocie.

Carlyle’owski dziejowy kult siły i całej reszty tym podobnych rzeczy, nie okazał się niestety przesadnie płodny; i zachował się być może tylko w pismach Froude’a-historyka113. Ale nawet one, stanowią świadectwo zerwania raczej, niż ciągłości. Froude rozwija wyłącznie ostrzejsze i bardziej niecierpliwe z maksym moralnych swego mistrza, tak jak Ruskin – bardziej romantyczne i łagodniejsze. Podejmuje tradycję kultu „bohaterów”: ale posuwa się znacznie dalej w niepokojącym obyczaju otaczania kultem ludzi, którym trudno przypisać jakąkolwiek bohaterską cechę. W tej materii, ekscentryczne oko proroka stanowiło u Carlyle’a niewątpliwy atut: w Cromwellu i Fryderyku Wielkim naprawdę można dopatrzeć się czegoś samorodnego i oryginalnego, mistycznego wręcz; i nawet jeśli postaci owe nie były bohaterami, to przynajmniej półbogami – albo wprost parą demonów. Lecz Froude wziął sobie za cel sformułowania pochwały Tudorów – ludzi znacznie niższej kategorii; nieudanych dorobkiewiczów, którzy zrobili nic innego poza tym, że obrośli tłuszczem i zaczęli wierzgać114. Ten rodzaj siły, którym los obdarzył Henryka VIII, to siła rozbrykanego, źle wytresowanego konia – a nie mężnego jeźdźca o jasnych intencjach, który potrafiłby go okiełznać. Pojawia się w Piśmie wspomnienie o silnym mężu, który – ponieważ jest panem samego siebie – znaczy więcej, niż ten, który miasta dobywa115. Istnieje też inny rodzaj silnego człowieka (dobrze znany w profesji medycznej), który nie jest panem samego siebie; i czasami pół miasta nie starczy, aby ująć go żywcem. Ale mimo tę całą wspaniałość, to wciąż wariat – a nie bohater; i Froude próbował wychwalać zdecydowanie zbyt wiele osób tego właśnie sortu. Jakiś przedziwny instynkt uchronił Carlyle’a od przesady w chwalbie na cześć Henryka VIII; czy owej wysoce subtelnej i skomplikowanej oszustki, królowej Elżbiety. Tutaj wszakże, interesuje nas wyłącznie to, że jednego z naśladowców Carlyle’a jeszcze bardziej niż jego fascynowała owa słynna „siła”, stanowiąca tak naprawdę jego główną słabość. Słyszałem, że żywot Carlyle’a, jaki wyszedł spod pióra Froude’a był bardzo nieżyczliwy; jeśli tak wszakże, zakrawa to na ojcobójstwo. Co do reszty, podobnie jak Macaulay, jako historyk był stronniczy i pisał z wielką swadą; lecz, znów jak Macaulay (i inaczej, niż tchórzliwi historycy współczesności) ani tej stronniczości, ani tej swady, w ogóle się nie wstydził. Studia, jakie popełnił na temat marynarzy i poszukiwaczy przygód epoki elżbietańskiej, stanowią tryumfalne świadectwo nowej, angielskiej romantyki, którą cała ta szkoła usilnie próbowała zbudować; i zapewniają mu pewną łączność z Kingsleyem, podobnie jak całą resztą.

Ruskina można bardzo ogólnie opisać jako młodszego porucznika Carlyle’a w jego wojnie z utylitarystycznym radykalizmem: na poziomie ludzkim wszakże, zachodzi tutaj wiele interesujących różnic. W kwestii stylu, Ruskin ubogacił angielszczyznę, nie wprowadzając do niej chaosu. W kwestii religijnej zaś (która stanowi klucz do zrozumienia tej epoki, podobnie zresztą jak każdej innej), nie zdecydował się – odmiennie niż Carlyle – przeciwstawiać romantyki wielkich purytanów romantyce Kościoła Katolickiego. Nikt chyba nie będzie chciał debatować nad tym, że Ruskin mówił zupełnie rozsądnie, gdy twierdził, że wczesna sztuka florencka to owoc chrześcijaństwa w stanie jeszcze względnie czystym, zaś rzeczy podobnie zmysłowe jak renesans zaczęły się mnożyć wraz z postępującym zepsuciem papiestwa. Nie zmienia to jednak, jako fakt czysto artystyczny, tego, w jak przedziwnej atmosferze gniewu i niepokoju rozwala Ruskin gargulce Amiens czy marmury Wenecji, jako dzieła, których Europa nie jest już godna; i zabiera ich resztki ze sobą, aby umieścić je w starannie urządzonym muzeum, położonym niebezpiecznie blisko Clapham116. Wielu wielkich ludzi tego pokolenia żyło, istotnie, w pewnym rozdwojeniu; doskwierał im etyczny ból głowy, od którego głowa dosłownie pękała – na dwoje; następowała schizma w sympatiach. Gdy ludzie ci spoglądali na jakiś obiekt historyczny, jak Kościół Katolicki czy Rewolucja Francuska, sami nie wiedzieli, czy bardziej go kochają, czy nienawidzą. Dwoje oczu Carlyle’a, można powiedzieć, gdy patrzył na demokrację, zezowały w przeciwne strony: jedno spoczywało na Valmy117, a drugie na Sedanie118. Na podobnej zasadzie, Ruskin miał silne prawe ramię, którym pisał o wielkich kapłanach średniowiecza, uwiecznionych na strzelistych harmoniach i ornamentacjach niemal tak wspaniałych, jak ornamentacje ich ornatów; i, by tak rzec, słabe i schorowane lewe ramię, nieustannie drżące i próbujące odebrać prawemu pióro – i napisać ewangelicki traktat o niemoralności cudzoziemców. Wielu z jego współczesnych przejawiało podobne nastawienie. Ocean umysłu Tennysona mącił się, tak naprawdę, pod swą gładką powierzchnią. Nieustające podniecenie Kingsleya, choć pod wieloma względami romantyczne i atrakcyjne, w znaczniej mierze bardziej przypominało „chrześcijaństwo nerwowe” niż „muskularne”119. Niesprawiedliwie byłoby powiedzieć o Ruskinie, że między jego średniowiecznymi gustami a bardzo nieśredniowiecznym temperamentem zachodziła jakakolwiek większa niezgodność; a drobne przypadki niekonsekwencji nie mają znaczenia, w żadnym zresztą wypadku. Sprawiedliwie wszakże można by powiedzieć przynajmniej tyle, że wydaje się, że chciał odbudowy wszystkich części katedry – z wyjątkiem ołtarza.

Jako artysta prozy, stanowi on jeden z najcudowniejszych wytworów angielskiego geniuszu poetyckiego. Długość zdań u Ruskina jest tak wielka, jak długość strzały, którą chełpili się w średniowieczu angielscy łucznicy. Przyciąga on do ucha może nie drzewiec na jard długi, ale na pewno bardzo długą lancę: strzela z łuku włóczniami. Niemniej, całość wychodzi lekka jak ptaszek – i precyzyjna jak kula snajpera. Nie ma ani jednego wiktoriańskiego pisarza, z którym dałoby się go chociaż bardzo luźno porównać, nawet w czysto technicznym sensie, poza – być może – De Quiceym; który również stosował owe bogate, mocno wybrzmiewające zdania, które – na kształt rakiety – rozstrzelają się na koniec tysiącami gwiazd. Niemniej, zdania De Quinceya, zawsze mają w sobie coś zwiewnego i niepewnego, jak wieżyczka na mnóstwie innych wieżyczek chwiejnej pagody szalonego sułtana. Zdania Ruskina, rozgałęziają się w nawiasy i wtrącenia, podobnie jak mocne, zdrowe drzewo rozgałęzia się na szczycie w potężne konary i konstelacje, raczej zrzucając z siebie nieco ciężaru, niż go sobie dodając. Interesujące (i warto o tym pamiętać), że Ruskin niektóre spośród najlepszych z owych zdań napisał dokładnie celem pokazania, że rozumie sens życia drzewa – i że nikt inny go nie rozumie (poza Turnerem, rzecz jasna). A gdy wspomni się przy tym także, że jeśli komuś przeciętne zdanie Ruskina (jedna lub dwie strony małego druku) nie przypomina drzewa, jedyne, co w ogóle może jeszcze przypominać, to tryumfalny przejazd kolei żelaznej, zaczyna robić się naprawdę zabawnie (przynajmniej jeśli ktoś zna jego perwersyjne i dzikie uprzedzenia retoryczne).

Ruskin zostawił po sobie dwa zupełnie odrębne strumienie inspiracji. Pierwszy i bardziej praktyczny wiązał się, jak Czartyzm Carlyle’a, z próbą rzucenia wyzwania poglądom społecznym ortodoksyjnych ekonomistów. Nie był to człowiek tak wielki, jak Carlyle – ale na pewno znacznie jaśniej myślał; i ostrze jego ataków do dziś jeszcze wygląda i wystercza, niczym sztylet z pleców trupa. Na teorię, jakobyśmy mieli obowiązek płacić pracownikom najmniej, jak to tylko możliwe, odpowiedział wykazując, że nie zbywamy po kosztach absolutnie niczego, co ma dla nas choćby minimalne znaczenie. Nie chodzimy do najtańszego możliwego doktora. Chodzimy albo do takiego, który nie bierze nic – albo do takiego, który liczy sobie słuszne i sprawiedliwe wynagrodzenie. Nie ufamy najtańszym biskupom. Nie pozwalamy na konkurencję w admiralicji. Nie pozwalamy generałom na sprzedaż usług bez marży w przededniu działań wojennych. Albo nie zatrudniamy żadnego, albo wszystkich – za jedną ustaloną stawkę. Wszystko to wyrażone zostało w najsolidniejszej i najmniej sentymentalnej spośród jego książek, I temu ostatniemu120; ale wiele rozproszonych uwag o podobnym wydźwięku znajdzie się także w Sezamie i liliach121, Politycznej ekonomii sztuki122 czy nawet Malarzach współczesnych123. Z tej strony swego ducha, Ruskin stał się drugim ojcem socjalizmu. Jego argumenty to nie była w żadnym wypadku najdoskonalsza czy najgroźniejsza broń, sądzę jednak, że wybiła ona wczesnowiktoriańskim racjonalistom z głów resztki mózgu. Kompletnym nonsensem jest gadać o Ruskinie jako o błąkającym się po życiu estecie, który przypadkowo zaszedł w rejony ekonomii i zaczął popełniać łzawe opowiastki. Faktycznie mówiąc bowiem, Ruskin z rzadka tylko bywał tak racjonalny i logiczny (czy miał rację czy nie), jak wtedy, gdy pisał o sprawach gospodarczych. Bez przerwy opowiadał cudowne bzdury o krajobrazach i historii naturalnej, na których powinien był się przecież znać. Natomiast na tyle, na ile pozwalały mu na to jego ograniczenia, w sferze ekonomii stał się po prostu głosem zdrowego rozsądku – choć tutaj znać się nie musiał, i nikt by mu nie miał za złe.

Dzięki drugiej mocy swego literackiego ducha, dzięki odkryciu i odkurzeniu bogactw i cudów sztuki europejskiej, Ruskin wprawił w ruch inną jeszcze tendencję, wcześniejszą i mniej skonkretyzowaną, niż jego wpływ na rozwój myśli socjalistycznej. Stał się on reprezentantem pierwszej szkoły prerafaelickiej w malarstwie – ale także tego, co potem miało przekształcić się w znacznie szerszą i swobodniejszą szkołę prerafaelicką w poezji i prozie. Słowo „swobodna” nie wyda nam się aż tak niesprawiedliwe, jak by mogło, jeśli wspomnimy, w jakim kierunku pchnęli ten ruch Swinburne124 i co bardziej fantazyjni przyjaciele Rossettich125. Używali oni średniowiecznej wyobraźni by bluźnić średniowiecznej religii. Niezrozumiała i niezdrowa decyzja Ruskina by zgodzić się na katolicką sztukę – ale już nie na katolicką etykę, szybko przyniosła naraz dojrzały i zgniły owoc, gdy Swinburne, pisząc o ladacznicy, ułożył kulturalną, radosną i zupełnie nieprzyzwoitą parodię Litanii Loretańskiej.

Poetami zajmę się w innej części tej książki; ale wpływ, jaką wywarła na epokę wielka proza Ruskina dotycząca krytyki artystycznej, najlepiej wyrazić można przywołując imię następnego wielkiego prozaika, piszącego na temat. Nazywał się Walter Pater126: i nazwisko to wystarczy, aby móc wyobrazić sobie stopień, w jakim szeroki i szalony wpływ Ruskina na kulturę całkowicie wymknął mu się z rąk. Sympatia, którą Pater zaczął w końcu odczuwać do Rzymu, wcale by się Ruskinowi nie podobała; na pewno jednak można powiedzieć o masie jego pism, że ich nastrój nie jest ani purytański, ani katolicki, ale prosto i przepięknie pogański. Pater to Ruskin bez uprzedzeń, to znaczy: bez fragmentów komicznych. Mogę się mylić, ale nie potrafię przypomnieć sobie żadnego takiego momentu, w którym styl Patera dałby się porwać atmosferze wakacyjnej, czy jego mądrość zaczęła zgrywać głupka. Newman i Ruskin byli równie precyzyjnymi i subtelnymi stylistami. Newman i Ruskin byli równie poważnymi, rzetelnymi, a nawet akademickimi myślicielami. Ale Ruskin popuszczał sobie cugli w sprawie pociągów. Newman – w sprawie Kingsleya. Pater nie może popuścić sobie cugli, tylko je ściągnąć – bo nie chce, żeby go poniosło; chce się zatrzymać – w tym miejscu, gdzie zbiegają się wszystkie najbardziej wyraziste emocje człowieka, jak sam wyjaśnia w cudownej perorze z Renesansu. Jedyna wada pozostawania na zbiegu wszystkich wyrazistych emocji człowieka polega na tym, że w takim tłoku trudno poczuć którąkolwiek z nich.

W tym sensie, możemy uznać Patera za porządne podsumowanie całego ruchu estetycznego – może nie licząc czysto poetyckich walorów osób takich jak Rossetti czy Swinburne. Podobnie jak Swinburne i inni, on również jako pierwszy spróbował wykorzystać tradycję wieków średnich, nie ufając w treść jej przekazu. Ludzie ci, pragnęli zbudować pogaństwo chrześcijańskimi rękoma: głównie dlatego, że wiązało się to przypadkowo z chwilą dobrej zabawy – bo ręce owe miały spracować się na śmierć. Nie tylko próbowali ogarniać sobą wszystkie możliwe epoki (ambicja nader rozsądna, choć z rzadka tylko do zaspokojenia) – ale wyznawać wszystkie możliwe poglądy: a to już czysty nonsens. Swinburne usiłuje zakwestionować filozofię chrześcijaństwa w metrum klasycznej kolędy; Dante Rossetti zaś, próbuje pisać tak, jak gdyby był Christiną Rossetti127. Bez wątpienia, niemalże udanym szczytem tego typu tendencji jest jeden cudowny fragment z Patera dotyczący Mony Lisy; w którym stara się on zinterpretować ją w kategoriach naraz symbolu tajemnicy zła i tajemnicy dobra. To filozofia całkiem fałszywa; fałszywa całkowicie – i w sposób oczywisty, bo dzisiaj nie przynosi już zgoła żadnego owocu. Nigdy żadna kobieta na świecie, nawet sama Ewa w momencie kuszenia, nie potrafiła uśmiechać się naraz tak samo jak matka Heleny128 i matka Maryi. Ale to zdecydowanie największa wysokość, na jaką wzbiły się wysiłki stworzenia kompletnego, artystycznego indyferentyzmu: i żadnemu artyście nie udało się tego powtórzyć.

Oprócz tego Ruskinowskiej herezji estetyzmu (z prerafaelityzmem jako fazą pośrednią), pozostałości po wpływie Carlyle’a wypełniają znaczną część życia epoki wiktoriańskiej – ale nie tak znaczną część jej literatury. Charles Kingsley był świetnym publicystą; wziętym kaznodzieją; wziętym powieściopisarzem; i to (w dwóch wypadkach przynajmniej) dobrym powieściopisarzem. Jego Dzieci wody129 to naprawdę orzeźwiające i porywające szaleństwo; jak wakacje nad morzem – wakacje, spędzone na niepoważnych rozmowach o historii naturalnej. Podobnie jak w wypadku innych jego dzieł, w tym również wiele piosenek to naprawdę piosenki: zwłaszcza „Gdy cały świat jest młody, chłopcze”, o której prawie że można powiedzieć, że to jedyna prawdziwa apologia małżeństwa w całym wieku dziewiętnastym. To wszystko prawda – ale i tak, nikt przecież nie będzie na serio stawiał Kingsleya – w sensie stricte literackim – w jednym szeregu z Ruskinem, Tennysonem, Browningiem, Dickensem czy Thackerayem: i jeśli nie da się tego zrobić w jednym wypadku, to tym mniej w wypadku jego krzepkiego i sympatycznego przyjaciela, Thomasa Hughes’a130, którego osobowość w interesujący sposób dryfowała sobie swobodnie w kierunku radosnej szczerości Gazety tylko dla chłopców131; czy też jego znajomka natury głębokiej, mistycznej i sugestywnej – pana Maurice’a, którego osobowość wykazuje pewne podobieństwa z linią magazynu Hibbert132. Nie wolno zapominać o moralnym i społecznym znaczeniu podobnych spraw: ale dotykając ich, wykraczamy poza domenę literatury. Głos Carlyle’a usłyszymy w niej raz jeszcze dopiero z pojawieniem się Kiplinga i Henleya133.

Powinno pojawić się tutaj jeszcze jedno znamienite nazwisko – głównie dlatego, że nie bardzo da się je z sensem umieścić gdzie indziej: człowiek ten na pewno nie należał do tej samej szkoły, co Ruskin i Carlyle, ale walczył po ich stronie w bardzo wielu bitwach, i nawet jeszcze bardziej niż oni rozumiał sens ich misji dziejowej: misji ukarania angielskiej liberalnej bourgeois za jej pretensjonalność – i jej prowincjonalizm. Mam na myśli, rzecz jasna, Matthew Arnolda134. Przeciw „wolności” Milla, „sile” Carlyle’a i „naturze” Ruskina, powołał on do bytu nową istotę, której nadał nazwę „kultury”, swobodną grę władz umysłowych, sycących się starannie wyselekcjonowanym zbiorem najlepszych książek i największych powag. Choć frazę miał nieco fircykowatą, to intencje bezsprzecznie szczere i społeczne. Zdarzało mu się mówić o kulturze tak, jak gdyby była człowiekiem – a przynajmniej kościołem (bo kościół ma coś w rodzaju osobowości): i niektórzy podejrzewają, że istotnie, kultura ta była człowiekiem – i nazywała się Matthew Arnold. Arnold wszakże, nie tylko że miał rację, ale był jeszcze jednostką naprawdę wartościową. Jeśli powiedzieliśmy o Carlyle’u, że widział pewne rzeczy, tutaj możemy dodać, że Arnold był wartościowy przede wszystkim dlatego, że wiedział pewne rzeczy. Bóg nie poskąpił mu intelektu – ale jego szczególna umiejętność to kwestia nie tyle intelektu, co raczej informacji. Tak się po prostu zdarzyło, że wiedział to, czego nie wiedzieli ani Carlyle, ani Kingsley, ani Huxley, ani Herbert Spencer: ani Anglia. Bo wiedział, że Anglia jest częścią Europy: i to nie tak istotną, jak następnego dnia po bitwie pod Waterloo. Wiedział, że Anglia była wtedy (jak wciąż zresztą jest), państwem oligarchicznym, czego nie można powiedzieć o wielu innych narodach. Wiedział, ze prawdziwa demokracja nie musi żyć i istotnie nie żyje w stanie permanentnego i panicznego lęku przed korzystaniem w życiu społecznym z instrumentów państwowych, u ludzi pokroju Spencera czy choćby Cobdena135 zakrawającego na jakąś obsesję. Wiedział, że historycznie biorąc Kościół Katolicki stanowił „Kościół wielu”: że nie był sektą. Wiedział, że wielcy obszarnicy w nie większym stopniu są konieczną częścią systemu ekonomicznego, niż właściciele niewolników: wiedział, że drobnym właścicielom może wieść się bardzo dobrze – i że nie raz wiodło im się bardzo dobrze. Był nie tyle filozofem, co światowcem: przypomniał nam, że Europa jest wspólnotą – gdy dla Ruskina stanowiła ona po prostu galerię malarską. Był zatem swego rodzaju gońcem Bożym. Jego frontalny atak na wulgarny i posępny optymizm wiktoriańskiej koncepcji „użyteczności” podsumować można jednym świetnym zdaniem, które napisał, pytając Anglików jaki pożytek z pociągu, skoro można nim przejechać wyłącznie „z ciasnoty i nędzy Islington136 do ciasnoty i nędzy Camberwell137?”

Jego podejście do owej wielkiej religijnej enigmy, wokół której wszyscy ci wielcy ludzie formowali swego rodzaju dziejowy krąg, było wysoce indywidualne – i wysoce interesujące. Wydaje się, że wierzył w możliwość ustanowienia „Kościoła Historycznego”, to znaczy: przedziwnej organizacji z własnym ceremoniałem, świętymi księgami itd., stanowiącej swego rodzaju świątynię dla idei danego wieku, niezależnie od tego, jakie akurat by one były. Bezsprzecznie dopuszczał, że Kościół pewnego dnia zniknie, a jego nomenklatura straci znaczenie: mniemał wszakże, że pewne szczególne pragnienia człowieka zaspokoić może wyłącznie kult publiczny, szczególnie oparty na wielkiej literaturze religijnej przeszłości. Chciał zabalsamować ciało, aby dusza – lub dusze – mogły do niego regularnie wracać. Coś podobnego sugerował zresztą w naszych czasach dr Coit138 i inni przedstawiciele stowarzyszeń etycznych. Ale choć Arnold istotnie pragnął poluzować teologiczne więzy Kościoła – to na pewno nie pragnął poluzować politycznych więzów państwa. Nie wolno atakować Kościoła: nie wolno nawet wychodzić z kościoła: należy posiedzieć chwilę w środku i świadomie coś wybrać. Jego wrogowie mogliby zarzucać mu, że próbował okrężnie ustanowić i ugruntować w społeczeństwie agnostycyzm. Sprawiedliwiej wszakże powiedzieć, że to, co próbował zrobić, to restaurować pogaństwo: bo tego rodzaju rytuał państwowy – bez teologii i prawie bez żadnych wierzeń – naprawdę stanowił normalną praktykę świata starożytnego. Arnoldowi mogło wydawać się, ze buduje ołtarz Bogu Nieznanemu; faktycznie jednak, budował go Boskiemu Cezarowi.

Jako krytykowi, zależało mu przede wszystkim na ocaleniu krytyki jako takiej; na ustaleniu miary, wedle której można by chwalić, ganić i bronić klasyki przed zmiennością mody. W tym właśnie wypadku można zgodnie z prawdą powiedzieć o nim, nawet jeśli nie o żadnym innym pisarzu, że „styl to człowiek”139. Bo najważniejszy spośród jego wynalazków to nowy styl właśnie: styl wypracowany na drodze cierpliwego porządkowania wiktoriańskiego chaosu idei, procesu przypominającego poniekąd walkę kołtuna z grzebieniem. Dla niego, należało pisać jasno, a niekoniecznie zwięźle. Wolał powtarzać daną frazę słowo w słowo, raz po raz, w nieskończoność niemal przedłużając jedno zdanie, niż uciekać się do skrótów i ryzykować dwuznacznością. Swój geniusz ujawnił w całej pełni dokładnie wyciskając z tej katorgi klarowności niespotykanie porywające formy satyry i polemiki. Siłę Newmana stanowiła swego rodzaju przyczajona furia, jakaś zabójcza cierpliwość; długo, długo nic, czysta logika, najwyższa uprzejmość, aż nagle: „Tchórze! Gdybym podszedł choćby na krok, pierzchalibyście przede mną: nie was się obawiam. Di me terrent, er Jupiter hostis”140. Newman czasem wpadał we wściekłość; Carlyle nigdy z niej nie wypadał. Ale z twarzy Arnolda nigdy nie schodził swego rodzaju smutny uśmiech, jak gdyby był nauczycielem w szkole dla idiotów – i to już było naprawdę niegrzeczne. Jedna sztuczka udawała mu się szczególnie często. Jeśli jego adwersarzowi zdarzyło się powiedzieć coś głupiego, jak choćby „przyszłość Anglii drzemie w wielkim angielskim sercu”, Arnold powtarzał to po prostu to zdanie raz jeden, drugi trzeci, w kółko, aż zaczynało brzmieć głupiej, niż pierwotnie. Tak też wspomina na przykład „Brytyjski College Zdrowia141 na New Road” jeszcze raz i jeszcze raz, bez ustanku, aż jego czytelnik ma ochotę wybiec z domu i puścić to miejsce z dymem. Natomiast błąd Arnolda polegał na tym, że czasem obrzydzał nam w ten sposób nie tylko sformułowania swych wrogów, ale i swoje własne.

Te właśnie nazwiska, powiedzmy, mniej-więcej dobrze reprezentują długą serię protestów przeciwko zimnemu, merkantylnemu racjonalizmowi, który zawładnął we wczesnym okresie wiktoriańskim naszym parlamentem i szkołami, w tej mierze przynajmniej, w jakiej protesty owe wznoszono w imię lekceważonego intelektu, znieważonej sztuki, zapomnianego heroizmu i sprofanowanej religii. Niemniej, w czasie, którym trwały, ta utylitarystyczna cytadela musiała wytrzymać inne bombardowanie, które zorganizował jej geniusz – zupełnie samotny, i prawdziwie sowizdrzalski.

Gdy Karol Dickens wszedł na scenę literatury angielskiej, przypominało to poniekąd nadejście niepoliczonego tłumu. I nie tylko dlatego, że jego opowieści są tak tłoczne i ludne jak miasta: bo istotnie, to nie tyle Dickens pojawił się wtedy w naszej kulturze, co setki i tysiące stworzonych przez niego postaci. Ale także dlatego, że był to ten typ człowieka, który ma w sobie specyficzną, bezosobową energię tłumu: to, co miał na myśli Poe, gdy powiedział, że ludowe pogłoski, o ile są spontaniczne, przypominają intuicję geniusza. Ci, którzy z pogardą obśmiewają tłum za jego ignorancję, nie mylą się co do faktów; ich błąd polega na tym, że nie dostrzegają, że tłum, właśnie dlatego, że względnie nieuczony, jest również względnie niewinny. W każdym wypadku, na pewno będzie miał wszystkie stare i typowo ludzkie przywary ludzkości; ale mało prawdopodobne, że szczególnie zaznaczą się w nim szczególne przywary jakiegoś konkretnego społeczeństwa; głównie ze względu na usilne starania silnych i świetnych wszystkich epok, aby trzymać ubogich poza jego nawiasem. Jeśli wyższym kastom zdarzy się wytworzyć w sobie pewne szczególne moralne piękno lub wdzięk, jak się czasem naprawdę dzieje (przykładem średniowieczne rycerstwo), najpewniej, rzecz jasna, masy nie będą miały z nim wiele wspólnego. Niemniej, jeśli kasty wyższe przypadkowo popadną w tę lub inną perwersję czy przesadę, jak dzieje się to zdecydowanie częściej (przykładem trucizna renesansu), wtedy również masy raczej nie będą miały z nią nic wspólnego. Można to sformułować na wiele sposobów; można powiedzieć, jeśli wola, że ubodzy zawsze pozostają w ogonie, i czy mają się moralnie lepiej czy gorzej, zależy od tego, czy cała ludzkość zmierza raczej do piekła, czy do nieba. I gdy ludzkość zmierza do piekła, najbliżej nieba są niezmiennie ubodzy.

Dickens był tłumem – tłuszczą na rozruchach; świeciło mu w tej walce czyste światło natury; nie miał presupozycji – ale miał pragnienie. I jeśli ktoś poważy się tutaj na tandetny sarkazm, jakoby obiektem tego pragnienia był chyba przede wszystkim poncz mleczny, odpowiem na to, z pełną powagą i zupełną pogardą, że to czysta prawda. Dickens pragnął rzeczy tak ludzkich, tak małych, tak śmiesznych, jak chleb powszedni, o który wołamy do Boga. Nie miał żadnej konkretnej koncepcji reformy; albo, jeśli akurat miał, to była to koncepcja straszliwie miałka i małomiasteczkowa, jeśli porównać ją do chaotycznej i wielkiej wrzawy wolności i braterstwa, jaka rozbrzmiewa we wszystkich jego opowieściach. Nie popełnimy specjalnej niesprawiedliwości porównując go do jednej z jego własnych bohaterek, Arabelli Allen142, która „nie wiedziała, co się jej podoba”, ale (po spotkaniu z panem Bobem Sawyerem143) „wiedziała co się jej nie podoba”. Dickens wiedział bardzo dobrze, co mu się nie podoba. Nie podobało mu się nasze „niezrównane szczęście”, które wychwalał Arthur Roebuck144; prawa ekonomi, tak nieomylne działające w „zaułkach febrycznych”145; bogactwo, przyrastające tak błyskawicznie na Bleeding Heart Yard146. Przede wszystkim wszakże, nie podobała mu się brzydka strona filozofii z Manchesteru: wymaganie od ludzi oszczędności ponad miarę i umiarkowania ponad siły. Przekonanie, że jeśli ktoś jest nędzarzem, to musi być i chciwcem. I ta brzydsza cecha utylitarystów odniosła spore sukcesy – i zakaziła sporo umysłów, które ich zwalczały. I tak w Edinburgh Review ktoś taki jak Macaulay wychwalał kogoś takiego, jak Malthus.

Dwa absolutnie podstawowe fakty odnośnie tej rewolucji, która nazywała się Dickens, są jak następuje: po pierwsze, że atakował on zimny kompromis epoki wiktoriańskiej; po drugie, że czynił to nie wiedząc, że to czyni – i na pewno, że inni ludzie to czynią. Atakował coś, czemu nadamy wdzięczną nazwę „pan Grandgrind”147. Wszystkie inne ataki wyprowadzano natomiast z pozycji wysokiego wykształcenia i kulturalnego ekscentryzmu, o których nie miał najmniejszego pojęcia, i których w związku z tym (jak na energicznego jegomościa przystało) wściekle nienawidził. Tak też Dickens nienawidził „Małego Betel”148, do którego chodziła matka Kita; nienawidził jej tak, jak sam Kit. Newman mógłby wytłumaczyć mu, że Małe Betel jest wstrętne, ponieważ nie ma żadnego ugruntowania w historii religii; że to nawet nie samosiejka, przypadkowo kiełkująca z nasienia jakiegoś pogańskiego, ale i bardzo ludzkiego drzewa: tylko brzydki grzyb, który rośnie w świetle księżyca i obumiera wraz z nadejściem świtu. Dickens nie wiedział o historii religii zgoła nic więcej, niż Kit; po prostu wywąchał purchawę i stwierdził, że cuchnie. I znów, nienawidził luksusowej bezczelności klasy społecznej, mającej się za przyjemny wyjątek od reszty ludzkości; nienawidził jej tak, jak Kasia Nickelby nienawidziła Mulberry’ego Hawke’a149; czysto instynktownie. Carlyle mógłby wytłumaczyć mu, że cały świat aż kipiał gniewem przeciw tej obrosłej tłuszczem klice. Ale gdy Dickens pisał o pannie Nickelby wiedział o świecie mniej więcej tyle – co panna Nickelby. Długo, długo później napisał, istotnie, Opowieść o dwóch miastach; ale stało się już po tym jak faktycznie Carlyle coś mu jednak wytłumaczył. Jego pierwotny rewolucjonizm był czymś tak prywatnym i własnym jak choroba morska. Tak też, to już kolejny taki wypadek, potępiał Grandgrinda zanim go stworzył. W Karylionie150, a także Opowieści wigilijnej i Świerszczu na kominku151, przyłożył ekonomistom aż zadudniło. I znów, Ruskin mógłby wyjaśnić mu, ze największy problem z ekonomistami polega na tym, że nie są ekonomistami: że nie umyka im mnóstwo spraw fundamentalnych, także z ekonomicznego punktu widzenia. Dickens jednak nie wiedział, czy to ekonomiści, czy nieekonomiści: wiedział tyle, że trzeba im przyłożyć. I tak też, by przywołać tutaj jeszcze jeden, ostatni już z całej plejady przykładów, Dickens podróżował pewnego dnia francuskim pociągiem – i ze zdumieniem odkrył w ojczyźnie tego przedziwnego narodu wino, które dało się wypić, kanapki, które dało się zjeść, i maniery, które dało się znieść. I wspomniawszy upiorne, duszne od trocin poczekalnie kolei północnoangielskich, napisał swój słynny rozdział Stacji Mugby152. Arnold mógłby wygłosić mu krótki wykład i objaśnić, że to po prostu jeden z przejawów ogólniejszego zjawiska zaniku cywilizacji europejskiej na naszych wyspach, w sensie faktyczm jej rubieżach; że społeczeństwa łacińskie uczyły się jak pić wino, i jak nie pić go za dużo, trzy tysiące lat. Dickens nie miał zielonego pojęcia o społeczeństwach łacińskich: ale miał niejakie pojęcie o winie. I jeśli (by kontynuować tutaj tę niefrasobliwą, ale nie całkiem fałszywą metaforę) nazwaliśmy Carlyle’a człowiekiem, który widział, Arnolda zaś: człowiekiem, który wiedział, to Dickensa z całą pewnością nazwać możemy człowiekiem, który smakował, to znaczy – człowiekiem, który naprawdę czuł. Pomimo całą głupia gadaninę o jego rzekomej wulgarności, rzeczywiście rozumiał, w ścisłym i syntetycznym sensie tego słowa, kwestię smaku. Dobry smak zaś, to wrażliwość na smakowitość – to wyczulenie na obecność – bądź nieobecność – konkretnych, wyrazistych przyjemności życia. Nie miał żadnego wykształcenia: nie dawał się zwodzić etykietkom na butelce – bo wykształcenie w jego czasach sprowadzało się mniej więcej tylko do tego. Zamknął oczy, otworzył usta i spróbował tego, co miała mu do zaoferowania „epoka rozumu”. I spróbowawszy – wypluł.

Zmuszony jestem zająć się Dickensem tutaj, w rozdziale o wojownikach; choć powinienem (zgodnie z czystymi prawidłami sztuki) zrobić to w rozdziale poświęconym raczej gawędziarzom naszego plemienia. Ale jeśli nie spojrzymy na Dickensa jako na najgroźniejszego przeciwnika stabilności „światopoglądu naukowego”, cała epoka wiktoriańska pokaże nam się, moim zdaniem przynajmniej, w niewłaściwym świetle; a to z tego względu, że nie atakował jej z pozycji nadzwyczajnej płomienności wiary, jak Newman; czy nadzwyczajnej gwałtowności natchnienia, jak Carlyle; czy nadzwyczajnego spokoju oderwania i pogody ducha, jak Arnold; ale z pozycji całkiem zwyczajnej – i całkiem szczerej – niechęci. Gdy Arnold (podajmy może jeszcze jeden przykład) próbował przeszczepić na angielski grunt „konstruktywne plany edukacyjne”, które widział jak rozciągały się – niczym uporządkowane linie mapy kolejowej – na całej szerokości kontynentu, najbardziej męczyło go to, co – w jego oczach – stanowiło wady wykształcenia naszej klasy średniej. Tracąc wszelką nadzieję na wytłumaczenie angielskiej burżuazji idei wysokiej i scentralizowanej formacji publicznej, innej od od sekretnej i wąskiej formacji prywatnej, sam odwołał się do Dickensa. Powiedział, że angielska burżuazyjna szkoła była szkołą pana Creakle’a153, z jego tostem z masłem i rózgą. Dickens prawdopodobnie na oczy nie widział nigdy innej szkoły – na pewno nie rozumiał nigdy uporządkowanego systemu szkół państwowych, z których Arnold czerpał inspirację. Zobaczył wszakże rózgę i tosta z masłem, i wiedział, że to wszystko jest do wymiany. W tym sensie Dickens, wielki romantyk, jest również wielkim realistą. Bo nie znał żadnych abstrakcji: znał tylko rzeczywistość, o której pisywał romanse.

Z Dickensem, zatem, wraca na scenę owa wielka realność, od której zacząłem te rozważania, i której (skrótowo, ale mniemam, że nie fałszywie) nadałem imię Cobbetta. Zajmując się fikcją jako taką, będę miał jeszcze okazję powiedzieć, czy Dickens jest mocniejszy czy słabszy od Anglii wieku osiemnastego: tutaj wystarczy powiedzieć tyle, że przedstawia on powrót do Cobbetta w tym jednym, najistotniejszym sensie; szczyci się tym, że jest zwykłym człowiekiem. Nie zrozumie tysięcy karykatur Dickensa nikt, kto nie zrozumie, że porównaniem jest tutaj wyłącznie zdrowy rozsądek. Dickens, z grubsza mówiąc, lubił wszystko to, co lubił i Cobbett; i, co być może ważniejsze, nienawidził wszystkiego, czego i Cobbett nienawidził; Tudorów, prawników, beztroskiego ucisku ubogich. Wspaniałe, wojownicze dziennikarstwo Cobbetta było, jak to się dzisiaj mówi, „osobiste”, to znaczy: zakładało, że ludzie są ludzcy. Niemniej, Cobbett pisał osobiście także w nieco mniej pozytywnym sensie; jedyne, co potrafił, to mnożyć monstra, będące albo wyolbrzymieniem jego wrogów, albo jego samego. Dickens zaś, pisał osobiście w bardziej boskim – by tak rzec – sensie; w tym sensie, że potrafił mnożyć osoby. Potrafił tworzyć wszelką farsę i tragedię swojej epoki raz i jeszcze raz, z bohaterami, którzy nie narodzili się po to, by grzeszyć, i nie narodzili się po to, by cierpieć. To, czego nie udało się osiągnąć przy pomocy faktograficznego fanatyzmu Cobbetta, płomiennych fantazji Carlyle’a, rozgrzanych do czerwoności dowodów Newmana, praktycznie bądź prawie udało się osiągnąć dzięki zgrai całkowicie nieprawdopodobnych postaci. W centrum Anglii stała twierdza ateistycznego industrializmu: i jeśli naprawdę udało się ją kiedykolwiek zdobyć, zdobyła ją armia, która nie istniała.

Tłm. Maciej Wąs

1 Geoffrey Chaucer (1343-1400) – angielski kupiec, polityk, dyplomata, pisarz i poeta, jedna z najważniejszych postaci angielskiej literatury w ogóle. Autor słynnych Opowieści kanterberyjskich. Prawdopodobnie miał pewne osobiste stosunki z Petrarką. Niezwykły człowiek, któremu GKC poświęcił jedną ze swoich najlepszych książek, niezwykle obszerną biografię literacką, którą się może i też kiedyś przełoży.

2 Samuel Johnson (1709-84) – angielski pisarz, i leksykograf, eseista, autor słynnego słownika języka angielskiego. Jeden z ulubionych pisarzy GKC. (przypis z Co widziałem w Ameryce)

3 William Cobbett (1763-1835) – angielski pisarz polityczny, dziennikarz, działacz społeczny, poseł do Izby Gmin i… rolnik. Dla GKC absolutny wzór polityczny – tak wielki, że Gilbert poświęcił mu nawet osobną książkę, którą również można przeczytać na Chesterton Polska. I warto! (przypis z Co widziałem w Ameryce)

4 Oryg. Wapping Old Stairs, tradycyjna pieśń komiczna autorstwa anonimowego.

5 Oryg. Sally in our Alley, zabawna piosenka autorstwa Henry’ego Careya (1687-1743), angielskiego poety, dramaturga i satyryka (także politycznego).

6 Oryg. Rule, Britannia, pieśń angielska autorstwa Jamesa Thomsona (1700-48), wychwalająca brytyjską potęgę morską; drugi hymn Wielkiej Brytanii.

7 Ushant – wyspa na zachodzie Bretanii; wyspy Scilly – mały Archipelag na zachodzie Wysp Brytyjskich (część Kornwalii). GKC ma na myśli słynną szantę, która weszła także i do polszczyzny – pod tytułem „Hiszpańskie dziewczyny” (a lig jest 35 – „lub 34, lub 45”).

8 Oryg. O, Tarry Trousers, tradycyjna ludowa pieśń angielska.

9 Przekład autorstwa Leona Ulricha. Jakkolwiek naprawdę lubię te przekłady, w tym wypadku po raz kolejny działa na niekorzyść tej strategii stara, Szekspirowska gęba Wielkiego Tragediopisarza, niedostrzegająca w rzeczonym Willu poety-nonsensisty; to jednak znacznie szerszy temat, nad którym nie będę się rozwodził.

10 William Wordsworth (1770-1850) – najsłynniejszy poeta angielskiego romantyzmu, filozof. Początkowo zwolennik francuskiego republikanizmu, wobec rosnącej brutalności Rewolucji Francuskiej zmienił front i przyjął postawę bardziej konserwatywną, by ostatecznie doczekać się pozycji „poety laureata”; obecnie znacznie wyżej ceni się jego wiersze wczesne.

11 Percy Bysshe Shelley (1792-1822) – angielski poeta i dramaturg, przedstawiciel romantyzmu, jeden z najbardziej wpływowych twórców tej epoki.

12 Radykalnie prodemokratyczny prąd myśli politycznej Anglików, związany zazwyczaj (choć nie zawsze) z Partią Liberalną; faktycznie to jednak pierwsza zorganizowana manifestacja angielskiego nacjonalizmu (w sensie innym zgoła od tego, który spotyka się w polskim dyskursie potocznym, więc nie należy wyciągać z tego zbyt daleko idących wniosków – albo i przeciwnie), szukająca powrotu do prawdziwej „angielskości” narodu angielskiego.

13 W języku angielskim tamtego czasu: stały element irlandzkiego charakteru, względnie – stałe podobieństwo do Irlandczyków (i ich charakteru).

14 Aluzja do Johna Wilkes’a (1725-97), angielskiego dziennikarza i polityka ze stronnictwa wigów, który za obrazę rządu brytyjskiego został w 1763 roku wtrącony do więzienia i wykorzystał ten fakt do ujawnienia swoich talentów polemicznych, które o mało co nie doprowadziły do rozruchów.

15 Jan Jakub Rousseau (1712-78) – francuskojęzyczny (acz pochodzący z Genewy) pisarz i filozof, jeden z najbardziej wpływowych myślicieli politycznych XVIII wieku, najważniejszy inspirator idei Rewolucji Francuskiej (twórca koncepcji o naturalnym dobru człowieka oraz tzw. woli powszechnej, do dziś stanowiącej podstawowy punkt odniesienia europejskiej polityki).

16 Aluzja do Historii Sandforda i Mertona autorstwa angielskiego pisarza, Thomasa Daya (1748-89), będącej zbiorem opowieści dla dzieci, traktujących o moralnej przemianie Tomka Mertona, rozpuszczonego sześciolatka, w modelowego gentlemana. W Anglii osiągnęła zawrotną popularność (przypis z Williama Cobbetta).

17 Aluzja do postaci nauczyciela z Historii…, który nauczył głównego bohatera czytać i pisać, i być porządnym człowiekiem (przypis z Williama Cobbetta).

18 Jean-Louis David (1748-1825) – francuski malarz, klasycysta, oficjalny artysta Rewolucji Francuskiej; przez GKC bardzo nielubiany.

19 William Blake (1757-1827) – angielski poeta, literat, malarz, filozof i… drukarz. Niezwykła postać angielskiej kultury. Na jego sztukę wywarły znaczny wpływ „mistyczne” prądy tamtego okresu, choćby myśl niejakiego Emanuela Swedenborga (1688-1722), niemniej żywotna indywidualność Blake’a raczej wchłaniała je w siebie i przetwarzała, niż dawała się im zdominować, ze względu na co jego myśl jest wciąż interesująca i otwarta na liczne nowe interpretacje. Ulubiony poeta Tomasza Mertona (1915-68). GKC cenił go niezmiernie jako artystę, choć nie zgadzał się z jego poglądami filozoficznymi, czemu wyraz dał przede wszystkim w osobnej biografii literackiej.

20 Aluzja do Rymów o starym żeglarzu (względnie marynarzu), jednego z najpopularniejszych utworów Samuela Coleridge’a (1772-1834), drugiego obok Wordswortha najsłynniejszego poety angielskiego romantyzmu, tudzież filozofa. Podobnie jak Wordsworth, on również zaczynał od demokratyzmu, by potem – widząc francuskie Rządy Terroru – zmienić front na konserwatywny. Największą tragedią życia poety był nałóg opiumowy, w który wplątał się Coleridge właściwie bez własnej woli (lekarz zapisał mu laudanum na bezsenność), i który stał się ostatecznie przyczyną jego śmierci.

21 Aluzja do „Ody do słowika”, ulubionego chyba wiersza GKC, autorstwa Johna Keatsa (1795-1821), jednego z najsłynniejszych poetów angielskiego romantyzmu, za życia skrajnie niedocenianego, potem – wręcz legendarnego (stał się główną inspiracją dla szkoły Lorda Alfreda Tennysona [1809-92], „oficjalnego” poety epoki wiktoriańskiej, czy ruchu prerafaelickiego).

22 Bitwa pod Wattignies, małej miejscowości na granicy z Belgią, która miała miejsce 15-16 października 1793, zakończona zwycięstwem sił Republiki Francuskiej nad wojskami Habsburgów.

23 Aluzja do wiersza Thomasa Paine’a (1737-1809), angielskiego „jakobina”, o takim właśnie tytule.

24 Maksymilian de Robespierre (1758-94) – francuski adwokat, mówca i polityk, jeden z głównych przywódców Rewolucji Francuskiej, zwierzchnik stronnictwa jakobinów, ze względu na swoją nieskazitelną uczciwość zwany „nieprzekupnym” (incorruptible). Główny inspirator pozaprocesowego ścięcia Ludwika XVI. Postać niezmiernie kontrowersyjna; z jednej strony – inspirator Terroru i straszliwy brutal (w przemowach o śmierci Ludwika da się znaleźć nawet swoistą „manię krwi”, która kazała mu widzieć ten mord jako „ofiarę dla Rewolucji i „Istoty Najwyższej”), z drugiej – zwolennik pokoju zresztą Europy i przeciwnik prześladowania Kościoła. Co ciekawe, Hilary Belloc (1870-1953), przyjaciel GKC, historyk i publicysta, w dziele Rewolucja Francuska odmawiał mu faktycznego wpływu na rządy rewolucyjne (zwracając uwagę, że nigdy nie zasiadał nawet w parlamencie czy Komitecie Ocalenia Publicznego); rzecz warta odnotowania, bo koncepcje historyczne Belloca wywierały na Chestertona spory wpływ – choć na pewno nie taki, jak się zazwyczaj przypuszcza.

25 Georges Danton (1759-94) – francuski prawnik, mówca i polityk, jeden z głównych przywódców Rewolucji Francuskiej. Postać kontrowersyjna; z jednej strony rzutki polityk i umiarkowany jakobin, szukający porozumienia z żyrondystami, z drugiej – człowiek zaczepny, prący do wojny, a także nieunikający osobistych korzyści ze sprawowania władzy, co straszliwie poróżniło go z Robespierre’em i stało się ostatecznie przyczyną jego śmierci na gilotynie. GKC darzył go zawsze wielkim szacunkiem, jeszcze z domu wyniósłszy obraz „złych radykałów” i „dobrych umiarkowanych” Rewolucji; zachował się młodzieńczy wiersz pana Gilberta, w którym Robespierre, odpowiedzialny za śmierć Dantona, dławi się jego krwią podczas ostatniej przemowy (motyw z Carlyle’a, cudownie patetyczny).

26 Jacques Rene Hébert (1757-94) – francuski dziennikarz i polityk, największy radykał Rewolucji Francuskiej, zwolennik dechrystianizacji Europy i swego rodzaju antyklerykalnej krucjaty Francji; jego miłe usposobienie zapewniło mu przydomek „psa na Kościół”.

27 Thomas Carlyle (1795-1881) – szkocki historyk, pisarz i filozof, twórca tzw. „heroizmu”, czyli kultu siły tudzież jednostek silnych a wybitnych w życiu społecznym. Jeden z pisarzy, do których GKC odwołuje się w swoich książkach najczęściej. Nie da się ukryć, że z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony bowiem, nic nie mogłoby być bardziej przeciwne ideom Chestertona, niż idee Carlyle’a; z drugiej – wydaje się, że Chesterton nigdy nie przestał Carlyle’a podziwiać, przynajmniej jako pisarza. Rzecz bardzo godna dalszych badań (dlatego o niej wspominam, jako samotny chestertonista na ziemi jałowej). (przypis z Irlandzkich impresji)

28 Jean-BaptisteCarrier (1756-94) – francuski polityk i trybun rewolucyjny w Nantes (w latach 1793-94), wysłany z zadaniem stłumienia tendencji kontrrewolucjnych. Zginął na gilotynie. GKC robi tutaj aluzję do tzw. „topień w Nantes”, czyli masowych egzekucji kontrrewolucjonistów przez utopienie. Niewątpliwie, choć wybitnie okrutne, wydarzenia te stały się przedmiotem wyolbrzymień ze strony propagandy kontrrewolucjnej (zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. „małżeństwa republikańskie”, których ponoć wcale nie było… ale kto to wie wszystko?).

29 William Turner (1775-1851) – jeden z najsłynniejszych malarzy angielskich, prekursor impresjonizmu.

30 William Hazlitt (1778-1830) – angielski poeta, eseista i krytyk literacki, wpływowa postać angielskiej krytyki, znany przede wszystkim ze zbioru esejów Duch epoki (1825), stanowiący opracowanie na temat najważniejszych twórców tamtego czasu.

31 Charles Lamb (1775-1834) – angielski poeta, eseista i antykwariusz, przyjaciel Coleridge’a i Wordswortha. Wyróżniał się bardzo zindywidualizowanym stylem pisania.

32 William Godwin (1756-1836) – angielski publicysta, myśliciel polityczny i społeczny, twórca niekompetytywnego modelu edukacji, skupionego wokół rozwoju osobistej wrażliwości i talentów, promocji aktywności i niezależnego myślenia (ładne, acz chyba nieco utopijne…).

33 James Leigh Hunt (1784-1859) – angielski dziennikarz, poeta, pisarz, eseista, krytyk literacki, przyjaciel Keatsa i Shelleya; rzeczywiście, trapiony całe życia trudnościami finansowymi.

34 Walter Savage Landor (1775-1864) – angielski poeta, pisarz i aforysta, słynny z gwałtownego usposobienia. Miał grono wiernych wielbicieli, ale nigdy nie zdobył szerszej popularności.

35 Thomas Love Peacock (1785-1866) – angielski powieściopisarz, poeta i urzędnik Kompanii Wschodnioindyjskiej, przyjaciel Shelleya; człowiek niezwykle pogodny, słynny przede wszystkim ze swoich satyr, komedii i parodii najpopularniejszych ówcześnie gatunków literackich (np. powieści gotyckiej).

36 Thomas De Quincey (1785-1859) – angielski pisarz epoki romantyzmu, jeden z najznamienitszych angielskich eseistów. Autor m.in. Wyznań angielskiego opiumisty. (przypis ze Zbrodni Anglii)

37 John Wilson (1785-1854) – szkocki prawnik, adwokat i pisarz; wspomniane Noctes to seria wyimaginowanych dialogów przy stole w angielskiej tawernie, stanowiących humorystyczny komentarz na temat ogólnej kondycji społeczno-kulturalnej tamtego okresu (o osobach za nią odpowiedzialnych nie wspominając…).

38 Wielkie zwycięstwo floty brytyjskiej nad flotą francusko-hiszpańską, które miało miejsce w 1805 roku.

39 Horace Nelson (1758-1805) – brytyjski admirał, dowódca naczelny floty, bohater bitwy pod Trafalgarem, o której niżej – i podczas której zmarł, postrzelony przez francuskiego marynarza w kręgosłup. Postać niezwykła, o niezwykle barwnym życiorysie.

40 Prawdopodobnie chodzi o Roberta Burnsa (1759-96), szkockiego poetę narodowego, jednego z najważniejszych twórców dla romantyzmu na Wyspach, słynnego z licznych romansów.

41 Edgar Allan (1809-49) – amerykański poeta, pisarz, krytyk literacki, prekursor horroru, opowiadań kryminalnych, opowiadań psychologicznych, fantastyki, dekadentyzmu i estetyzmu. W swojej twórczości częstokroć sięgał do znanych sobie osobiście motywów upojenia alkoholowego czy narkotycznego (miał spore problemy).

42 Oskar Wilde (1854-1900) – irlandzki pisarz, dramaturg, przedstawiciel dekadentyzmu i estetyzmu; ze względu na ekscesy życiowe, w tym pederastyczny homoseksualizm, jedna z najgłośniejszych postaci swego czasu – i człowiek konkretnie nielubiany przez GKC. Na łożu śmierci się nawrócił. Miłośnik absyntu.

43 James Abbott McNeill Whistler (1834-1903) – amerykański malarz, teoretyk sztuki, przeciwnik moralizmu i dydaktyzmu, piewca idei „sztuki dla sztuki”.

44 Esej De Quinceya z 1827 roku, fikcyjnego i satyrycznego zapisu przemowy, wygłoszonej do grona gentlemanów o estetycznych aspektach morderstwa; choć to satyra, to jednak – jak mówią – niepozbawiona wielu elementów interesujących z punktu widzenia pisarza kryminałów.

45 Thomas Hood (1799-1845) – angielski poeta, pisarz, humorysta; pisał do gazet, m.in. do satyrycznego Punch; potem wydawał własne teksty w formie autopublikacji prasowej. Istotnie, w wieku 41 zaczęły się jego wielkie problemy zdrowotne, które doprowadziły ostatecznie do jego śmierci (4 lata później).

46 Aluzja do słynnej anegdoty z życia poety angielskiego, Edmunda Spensera (1552/53-99), któremu opóźniała się wypłata za wiersz napisany dla królowej Elżbiety I. Podobno, królowa nakazała wypłacić mu „według racji” (tj. w zgodzie z rozumem, żeby było śmieszniej staropolszczyzna i angielski elżbietański się tutaj pokrywają); w związku z czym Spenser, zdenerwowawszy się nieco, wysłał królowej kolejny wiersz, który na szybko można przetłumaczyć jak następuje: „Obiecano w czasie tym/ dać racyję za mój rym./ Umawiali się więc my – i/ ani rymu, ni racyi”. Poeta natychmiast otrzymał zapłatę; a wyrażenie „nie do racji, nie do rymu” (without rhyme or reason) weszło do języka potocznego na oznaczenie czegoś, co jest ogólnie bezsensowne.

47 Aluzja do pieśni „Song of the Shirt”…

48 … „Death Bed”…

49 … i „Song of the Shirt”.

50 Wielki budynek w Kensington w Londynie, miejsce spotkań środowisk wigowskich XIX wieku; w znacznej mierze zniszczony podczas niemieckich bombardowań w 1940.

51 Thomas Babington Macaulay (1800-59) – angielski polityk, pisarz i historyk tradycji rdzennie wigowskiej, którego rozprawy historyczne, zwłaszcza niedokończone Dzieje Anglii… wywarły ogromny wpływ na interpretację angielskiej historii (przypis z Williama Cobbetta). GKC, jako z domu liberał, zawsze odnosił się do niego z wielkim szacunkiem, choć i zawsze krytycznie (przypis z Co widziałem w Ameryce).

52 Samuel Rogers (1763-1855) – angielski poeta romantyczny, wielce popularny, przyjaciel wielu wpływowych polityków (w tym Karola Foxa i Edmunda Burke’a), którego dobre słowo otwierało perspektywy kariery literackiej.

53 Thomas Moore (1779-1852) – irlandzki poeta, folklorysta, człowiek sławny w swoim czasie – i cieszący się sporą popularnością wśród polskich romantyków.

54 Okres mniej więcej między rokiem 1795 a 1837, tzn. odkąd Jerzy III utracił właściwie zdolność panowania do końca panowania Wilhelma IV (czyli początku ery wiktoriańskiej). Epokę tę ocenia się w angielskiej historiografii zazwyczaj bardzo pozytywnie, co stanowi jeszcze jeden dowód, że GKC naprawdę szedł pod prąd (przypis z Co widziałem w Ameryce).

55 Belgravia – ekskluzywna dzielnica mieszkaniowa w Londynie, zamieszkała głównie przez arystokratów (i tych dorobkiewiczów, którzy „wkręcili się” w odpowiednie towarzystwo).

56 Rząd sformowany w roku 1832, czyli po pierwszych wyborach do parlamentu, jakie odbyły się po wydaniu „Ustawy o Reprezentacji Ludu” (Representation of the People Act, w tym samym roku zresztą); potężnie wigowski. Reforma owa, na przykład, zmieniała ordynację wyborczą, wyznaczając nowe okręgi i likwidując wiele fikcyjnych w stylu Starego Sarum, oraz rozszerzała prawa wyborcze na wszystkich mężczyzn mających własność o wartości minimum 19 funtów; znaczna większość angielskiego społeczeństwa nie spełniała tego kryterium i klasy pracujące nie zostały włączone w system polityczny kraju. Nie dziw, że dla angielskich radykałów była to wielka klęska. Urząd premiera pełnił wtedy wig, Charles Grey (1764-1845). (Przypis z Williama Cobbetta, tylko pozornie z głupia frant)

57 Radykalny ruch polityczny w Anglii, istniejący w latach 1808-57, domagający się m.in. zniesienia cenzusu majątkowego w czynnych prawach wyborczych, wprowadzenia pensji dla członków parlamentu (tak, aby mogli w nim pracować także ludzie mniej zamożni) i corocznych wyborów, jako metody walki z korupcją (przypis ze Zbrodni Anglii).

58 Sir James Mackintosh (1765-1832) – szkocki polityk, wig, prawnik i historyk. Pierwotnie bronił Rewolucji Francuskiej przed atakami Edmunda Burke’a, potem – w wyniku eskalacji rewolucyjnej brutalności – zmienił front. Jego książki wywarły na Macaulaya istotnie wielki wpływ. Jak każdy „rozwadniacz” demokracji, nie cieszył się u GKC przesadną popularnością.

59 Sir Walter Scott (1771-1832) – szkocki powieściopisarz i poeta, autor utworów historycznych, osadzonych w realiach średniowiecza, jeden z ulubionych literatów GKC. Jego zainteresowanie wiekami średnimi, choć średnio rozumiane za jego życia, dzięki niesłabnącej popularności jego książek przetarło szlaki do szerszej akcji społecznej, ucieleśnionej choćby w ruchu oksfordzkim i prerafaelitach, czy architekturze neogotyku.

60 Muggletonianizm – maleńki odłam protestantyzmu angielskiego, założony w 1651 przez parę krawców londyńskich, którzy ogłosili się ostatnimi, zapowiedzianymi przez Boga prorokami z Apokalipsy. Stowarzyszenie miało charakter pól-tajny i jakby masoński (nie było kultu i kaznodziejstwa, tylko przyjacielskie spotkania; praktykowano także zwyczaj publicznego przeklinania tych, którzy ujawnili praktyki i doktrynę tego wyznania, ostatnim takim „przeklętym” był Walter Scott), pacyfistyczny, egalitarny (itp.). Nazwa pochodzi od nazwiska jednego z założycieli, Ludwika Muggletona (1609-98). Ciekawostka: w trudny do ustalenia sposób muggletonianie obliczyli, że Bóg ma od pięciu do sześciu stóp wzrostu. Ten przedziwny ruch stanowił części ogólniejszej tendencji millenarystycznej, przepowiadającej tysiąc lat Królestwa Bożego na ziemi.

61 Od Johna Wesleya (1703-91), anglikańskiego pastora, który starając się reformować kościół anglikański stworzył nowe wyznanie, określane mianem metodyzmu (podstawowym elementem tej doktryny jest nieustannie podkreślanie osobistego charakteru relacji z Bogiem oraz zbawienia przez wiarę, a nie przez rytuał czy moralne życie, czyli pewien nastrój; acz chyba szlachetny).

62 Od Edwarda Irvinga (1792-1834), szkockiego pastora protestanckiego, millenarysty, „charyzmatyka”, stawiającego w religii na niesamowitość i głoszącego konieczność powrotu do „pierwotnej czystości” chrześcijaństwa. Dziś uznaje się go za prekursora Katolickiego Kościoła Apostolskiego. Miał wielu przeciwników, którzy kwestionowali autentyczność jego uniesień i „darów”, które – jak mniemał – otrzymał od Boga (np. uzdrawiania).

63 Oryg. High Church – katolicyzujący nurt w łonie wspólnoty anglikańskiej.

64 Jeremy Collier (1650-1726) – duchowny anglikański, krytyk teatralny, teolog. Obrońca praw Stuartów do tronu angielskiego (to się chyba mówi „legitymista”). „Jeremiasz” to piękne imię – i historyczne; zapewne stąd ta przedziwna aluzja do Księgi proroka Jeremiasza (50,2), którą GKC za moment poczyni.

65 William Wycherley (1641-1716) – angielski dramaturg, satyryk, o nastawieniu wigowskim, drwiący z arystokracji i dworu.

66 William Congreve (1670-1729) – angielski dramaturg i poeta, wig.

67 John Vanburgh (1664-1726) – angielski architekt i dramaturg, zwolennik obalenia Stuartów.

68 Sir Thomas D’Urfey (1653-1723) – angielski poeta i dramaturg, strasznie swawolny, „wigowiec”.

69 John Dryden (1631-1700) – angielski poeta i dramaturg, nadworny literat Stuartów, słynny tłumacz, konwertyta na katolicyzm; jego rola w okresie restauracji sprawiła, że nazywa się go czasem „epoką Drydena”; przeciwnik „chwalebnej rewolucji” i detronizacji Stuartów. Co podkreśla tylko przesłanie Macaulaya o „samotności” Colliera.

70 Wielka Armada – hiszpańska flota Filipa I, zniszczona w czasie ataku na Anglię w 1588 roku; ta wojna to jeden z najważniejszych elementów angielskiego mitu narodowego.

71 Jeremy Bentham (1748-1832) – angielski prawnik i filozof, utylitarysta; zwolennik tezy, ze ludzie kierują się wyłącznie interesem własnym, polegającym na szukaniu przyjemności i unikaniu cierpienia, czasem w bardzo subtelnym sensie (stąd uznanie „przyjemności” duchowych). Przez GKC, który umiał przejrzeć podobne uniki, bardzo nielubiany.

72 John Brown (1800-59) – amerykański działacz abolicjonistyczny, inicjator słynnej „wyprawy Jana Browna”, mającej na celu wzniecenie powstania niewolników na południu USA. Wyprawa się nie powiodła, a Browna stracono (był to zresztą człowiek naprawdę brutalny). Osobną laudację, piękną zresztą, poświęcił mu C.K. Norwid.

73 George Frederick Watts (1817-1904) – angielski malarz i rzeźbiarz epoki wiktoriańskiej, rozmiłowany w alegorii (powiedział kiedyś: „maluję idee, nie rzeczy”). GKC poświęcił mu w młodości, jako kształcony malarz, osobną książkę.

74 Radykalnie „wolnorynkowa” (powinno się mówić raczej „wolny handel”) szkoła ekonomiczna w Anglii, powstała w połowie XIX wieku w opozycji do tzw. „ustaw zbożowych” (tradycyjnie uświęconych w angielskim ustroju ceł na zboże zagraniczne). Wierzyła w absolutną harmonię jednostkowych interesów gospodarczych, egoizm zaś postrzegała jako motor rozwoju.

75 Aluzja do Snu nocy letniej pana Szekspira. W słynnej scenie przedstawienia, kończącej sztukę, bystre intelekty („the clowns”) szukają w kalendarzu, czy noc, w którą przyjdzie im grać, będzie księżycowa.

76 Thomas Henry Huxey (1825-95) – angielski zoolog, myśliciel, publicysta, propagator darwinizmu; ojciec Julka.

77 Alfred Russell Wallace (1823-1913) – angielski biolog i przyrodnik, współtwórca teorii ewolucji i doboru naturalnego.

78 John Ruskin (1819-1900) – angielski mecenas sztuki, malarz, rysownik, krytyk literacki, pisarz i myśliciel polityczny. Popularyzator twórczości Williama Morrisa i prerafaelitów. Wielki zwolennik humanizacji pracy i rzemiosła, jako metody produkcji najlepiej odpowiadającej godności człowieka. Przeciwnik niekontrolowanej mechanizacji pracy i jej podpory ideologicznej w postaci leseferyzmu. W ekonomii kładł nacisk na jej element społeczny i bezinteresowny, oparty na relacjach interpersonalnych. Zwolennik ustroju cechowego (założył w 1871 Gildię św. Jerzego, istniejącą po dziś dzień, choć już tylko w formie organizacji charytatywnej), kooperatywy i samopomocy. Postać niezwykła. (przypis z Williama Cobbetta)

79 Charles Kingsley (1819-75) – duchowny anglikański, powieściopisarz, działacz społeczny; przyjaciel sprawy robotniczej i Karola Darwina.

80 Frederick Maurice (1805-72) – duchowny anglikański, teolog, jeden z głównych myślicieli nurtu socjalizmu chrześcijańskiego.

81 Robert Browning (1812-89) – angielski poeta i dramaturg, jeden z ulubionych twórców GKC, któremu ten poświęcił pierwszą dojrzałą biografię literacką (1903).

82 William Lamb, Lord Melbourne (1779-1848) – angielski polityk liberalny, minister spraw wewnętrznych w latach 1830-34 i premier w latach 1835-41. Miał wielki wpływ na młodą królową Wiktorię. Sławny ze swojego zwyczaju karania służących u niego w domu, osieroconych dziewczynek, chłostą. Postać odrażająca. (przypis z Williama Cobbetta)

83 Benjamin Disraeli (1804-1881) – angielski polityk konserwatywny pochodzenia żydowskiego, długoletni przewodniczący partii i premier WB. W polityce imperialista. Postać przez GKC wyjątkowo nielubiana. Był także pisarzem.

84 John Keble (1792-1866), poeta angielski. Autor ciekawego tomiku osnutego wokół struktury anglikańskiego kalendarza liturgicznego (wymowne).

85 Frederick William Faber (1814-63) – duchowny i teolog anglikański, konwertyta na katolicyzm, zwolennika Newmana.

86 Richard Hurrell Froude (1803-36) – duchowny anglikański, wczesny przywódca ruchu oksfordzkiego, który wspólnie z Keble’em i Newmanem napisał Lirę, tomik poezji religijnej; zmarł młodo na gruźlicę.

87 Froude wybrał na motto do Liry słowa: „Teraz, gdy wróciłem, poznacie różnicę”. To cytat, rzecz jasna, z Iliady.

88 Apologia pro vita sua – autobiografia duchowa Newmana, stanowiąca znakomitą obronę decyzji o konwersji.

89 1851.

90 Coventry Patmore (1823-96) – angielski poeta, eseista, najbardziej znany z koncepcji „anioła domu” jako kobiety idealnej.

91 Francis Thompson (1859-1907) – angielski poeta religijny, katolik.

92 Aluzja do bitwy między armią szkocką a angielską z 1296 roku; zakończona zwycięstwem Anglików i ostatecznym podbojem Szkocji.

93 Honoré Gabriel Riqueti, hrabia Mirabeau (1749-91) – wpływowy polityk francuski, członek Stanów Generalnych i Zjednoczenia Narodowego, pisarz. Zwolennik silnej władzy królewskiej w ramach porządku konstytucyjnego, przeciwnik radykałów rewolucyjnych. Niezmiernie pozytywnie oceniany przez Hilarego Belloca.

94 Joseph-Marie Lafayette (1757-1834) – francuski arystokrata, wojskowy, uczestnik i niezwykle ważna figura Rewolucji Amerykańskiej, Rewolucji Francuskiej i rewolucji lipcowej z 1830 roku.

95 Oliver Cromwell (1599-1658) – polityk i generał angielski, przywódca stronnictwa purytanów (i „parlamentu”, który jednak osobiście rozwiązał) w wojnie domowej 1642-51, lord protektor (czyli dyktator) Anglii, Szkocji i Irlandii w latach 1653-58. Genialny strateg i organizator, ale też fanatyk religijny i wyjątkowy okrutnik, którego zwłoki w okresie restauracji ekshumowano i wystawiono na publiczną hańbę.

96 Inaczej „montanardzi”; nazwa wzięta od faktu, że członkowie tego stronnictwa zasiadali w najwyżej położonych ławach w sali obrad.

97 Żyrondyści – umiarkowane stronnictwo podczas Rewolucji Francuskiej, optujące za monarchią konstytucyjną, względnie zdecentralizowaną republiką z silnym samorządem, a także dużą swobodą życia gospodarczego i religijnego.

98 Ważny urząd królewski w Wielkiej Brytanii.

99 Robert Louis Stevenson (1850-94) – szkocki pisarz, poeta i reportażysta, autor m.in. Dra Jekylla i pana Hyde’a. Jeden z ulubionych pisarzy GKC.

100 Aluzja do określenia – naraz poważnego i prześmiewczego – na purytański sposób obchodzenia niedziel (wśród kalwinistów północy panował całkowity zakaz oddawania się najniewinniejszym nawet rozrywkom).

101 Powieść Carlyle’a z lat 1833-34, przedziwne dzieło, stanowiące, ogólnie mówiąc, satyrę na niemiecki idealizm.

102 Książka historyczno-filozoficzna z 1843 roku, stanowiąca wielką krytykę społeczeństwa wieku XIX, osnutą na kanwie w znacznej mierze „domyślnych” refleksji na temat średniowiecza.

103 Esej z 1840; dramatyczne świadectwo pogarszającego się stanu życia klas pracujących oraz solidna krytyka „industrializmu”, który wiele obiecuje, a niewiele przynosi (wpływ na GKC, jak mniemam, łatwy do dostrzeżenia).

104 Thomas Malthus (1766-1834) – duchowny anglikański i ekonomista, formułujący „naukowe” prawa „koniecznej” korelacji przyrostu demograficznego i wzrostu poziomu nędzy; wg tej teorii, śmierć głodowa „nadwyżki” populacji to konieczność natury.

105 Charles Kingsley (1819-75) – duchowny anglikański, powieściopisarz, działacz społeczny; przyjaciel sprawy robotniczej i Karola Darwina.

106 Chodzi o najazd Normanów pod wodzą Wilhelma Zdobywcy (1066), zakończony okupacją Anglii przez normańską elitę; do dziś jedno z najważniejszych wydarzeń angielskiego „mitu” historycznego.

107 Najkrwawsza i najważniejsza bitwa wojny secesyjnej, która odbyła się 1-3 lipca 1863 roku; choć technicznie nierozstrzygnięta, to przesądziła o ostatecznej porażce mniejszych sił Konfederacji, całą siłę czerpiących z dynamizmu i zaskoczenia.

108 Starcie zbrojne wojny francusko-pruskiej, mające miejsce 18 sierpnia 1870 roku; zakończone zaskakującą i wynikającą z błędów taktycznych porażką Francuzów; straty pruskie były wielokrotnie większe. Wojska francuskie skapitulowały, a Francja ostatecznie oddała Niemcom pole w walce o hegemonię europejską.

109 Jedno z najstarszych miast ziemi Kanaan, zajmowane najpierw przez Chiwwitów, a potem Filistynów; GKC pije tutaj zapewne do zwycięstwa króla Dawida nad Filistynami właśnie, wzmiankowanego w I Księdze Kronik (14, 16).

110 Pasmo górskie na północnym wschodzie Samarii, miejsce bitwy sił króla Saula z siłami filistyńskimi, zakończonego śmiercią biblijnego tyrana; opisanego w I Księdze Samuela (28).

111 Bernard Shaw (1856-1950) – angielski pisarz, dramaturg, publicysta, myśliciel, w przedziwny sposób łączący socjalizm z nietzscheanizmem. Publicznie przeciwnik, prywatnie wielki przyjaciel GKC.

112 Joseph Rudyard Kipling (1865-1936) – angielski prozaik i poeta, urodzony w Bombaju; większa część jego opowieści sytuuje się właśnie w tamtych okolicach. Imperialista i kolonialista, ale posiadający niezaprzeczalnie wielką wiedzę o krajach Wschodu – i do dziś szanowany. Autor m.in. Księgi dżungli. W roku 1907 otrzymał literacką Nagrodę Nobla.

113 James Anthony Froude (1818-94) – angielski powieściopisarz i historyk, autor m.in. kontrowersyjnego dzieła Historia Anglii od upadku Wolsey do zwycięstwa nad Wielką Armadą, które przez angielskich liberałów oskarżane było o sprzyjanie despotyzmowi. Faktycznie – pozostający pod znacznym wpływem Carlyle’a (przypis ze Zbrodnii Anglii).

114 Aluzja do Księgi Powtórzonego Prawa 32, 15.

115 Aluzja do Księgi Przysłów 16, 32.

116 Miasto angielskie, obecnie część Londynu Południowego; jedna z miejscowości, z którego GKC najchętniej żartował w swoich książkach; powodów jest zapewne bez liku, ale za najważniejszy można uznać chyba ten, o którym on sam napisał w swojej Autobiografii; Gilbert od początku lubił żartować z różnych miejscowości; a naczelny Daily News, w którym GKC pracował na początku kariery, pochodził z Clapham.

117 Aluzja do bitwy pod Valmy, która odbyła się 20 września 1792 roku. Wzięły w niej udział siły francuskie i pruskie, a zakończyła się ona zwycięstwem Francuzów. (przypis ze Zbrodni Anglii)

118 Miejscowość w północno-wschodniej Francji, miejsce, w którym 2 września 1870 roku, wojska francuskie, okrążone przez siły Prus, skapitulowały bez walki.

119 Oryg. Muscular Christianity – ruch w ramach chrześcijaństwa angielskiego, zapoczątkowany w XIX wieku, głoszący potrzebę zorganizowania cywilizacji opartej na sile, męstwie, pracy zespołowej, poświęceniu itp. Odrzucający zniewieściałość & przeintelektualizowanie, promujący wysiłek fizyczny i atletyzm (za inspirację służyły tu atletyczne metafory św. Pawła).

120 Aluzja do Mt 20, 14. Książka wydana została w 1860 i miała ogromny oddźwięk (dużo później inspirowała m.in. Gandhiego i ruchy ekologiczne).

121 Dwa wykłady o relacjach między płciami, opublikowane drukiem w 1865 roku; ze względu na to, ze Ruskina poniosło i przedstawił płeć piękną w zdecydowanie zbyt optymistycznym świetle (jako z natury swej altruistyczną, niechętną rywalizacji, skłonną do poświęceń, dobrą itp.) ogłasza się go dzisiaj za szowinistę (co zresztą, żeby nie było, rozumiem, bo jest i coś takiego jak pewna ukryta protekcjonalność, czy narzucanie niemożliwych do zrealizowania ideałów na zasadzie „bo przecież taki jesteś”, a potem wyciąganie konsekwencji z tego, że rzeczony szantażowany moralnie im nie sprosta).

122 Dwa wykłady, wygłoszone w Manchesterze i opublikowane w formie książkowej w 1857 roku, poświęcone relacji kultury i gospodarki.

123 Pięciotomowe dzieło Ruskina, które zaczął pisać w roku 1843, gdy miał 24 lata (wydał pod pseudonimem), a skończył w 1860. Pierwotnie celem była obrona twórczości Williama Turnera, potem dzieło rozrosło się w szerszy manifest artystyczny, który wywarł spory wpływ m.in. na ruch prerafaelicki.

124 Algernon Charles Swinburne (1837-1909) – angielski poeta, pisarz, dramaturg, twórca z nurtu prerafaelickiego i romantycznego. Liberał, a wręcz libertyn, nastawiony wybitnie antyreligijnie, swego rodzaju prekursor rewolucji seksualnej. W młodości Chesterton sporo go czytał, jednak w latach późniejszych nabrał dystansu, z przyczyn wiadomych – choć zawsze odnosił się do niego, jako do pisarza, ze sporym szacunkiem. (przypis z Co widziałem w Ameryce)

125 Aluzja do rodziny artystycznie aktywne (& prerafaelizującej) rodziny Rossettich, której najsłynniejszym przedstawicielem był bezsprzecznie Dante Gabriel (1828-82), malarz.

126 Walter Pater (1839-94) – angielski eseista, krytyk literatury i sztuki, historyk, znawca renesansu, prekursor dekadentyzmu.

127 (1830-94) – angielska poetka i pisarka, prerafaelitka, autorka licznych wierszy religijnych.

128 Albo Leda, spartańska królowa, albo Nemezis (zależnie od wersji).

129 Powieść dla dzieci publikowana gazetowo w latach 1862-63. Dotyka wielu tematów, w tym społecznych (podobno obfita jest w uprzedzenia, ale kto to teraz wie?), ale zawiera także elementy proewolucyjne.

130 Thomas Hughes (1822-96) – angielski prawnik, polityk i pisarz, jeden z twórców ruchu „chrześcijaństwa muskularnego”; także wiodąca postać istniejącego do dziś „ruchu kooperatywy”, organizującego i zrzeszającego wiele kooperatyw rolniczych, biznesowych itp. na terenie całej Wielkiej Brytanii.

131 Oryg. The Boy’s Own Paper – angielska gazeta dla młodzieży męskiej, wydawana w latach 1879-1967.

132 Znacznej objętości kwartalnik poświęcony problemom „religijnym, filozoficznym i teologicznym” (tak to było ujęte), wydawany przez trust prasowy Hibbert od 1902 (publikacje ustały ostatecznie w 1968).

133 William Ernst Henley (1849-1903) – angielski poeta, krytyk literacki i wydawca, niezmiernie wpływowy, o głosie wiele ważącym.

134 Matthew Arnold (1822-88) – angielski pisarz, poeta, krytyk literacki, publicysta. Jeden z „mędrców” (czyli publicystów filozoficznych) epoki wiktoriańskiej, w który to nurt GKC sam wpasowuje się aż nadto dobrze; autor wpływowego dzieła Kultura i anarchia, w którym ukuł termin „filistyn” wzgl. „filister” (z jakiegoś powodu druga wersja jest w Polsce bardziej rozpowszechniona) na oznaczenie materialistycznej burżuazji, gardzącej kulturą i sztuką (bo jak wiadomo, „najsampierw jest kultura, potem długo długo nic – i sztuka”…). (przypis z Co widziałem w Ameryce)

135 Richard Cobden (1804-65) – jeden z głównych ideologów angielskiego leseferyzmu, fabrykant, zwolennik koncepcji Anglii jako „warsztatu całego świata”. Wsławił się szczególnie „wylobbowaniem” zniesienia Ustaw Zbożowych (czyli systemu cel na import zbóż do Wielkiej Brytanii, obowiązującego od 1815 roku). Trzeba przyznać, że giętkością języka zjednał dla tej idei lud angielski – choć wcale nie działa w jego interesie (jakże typowe dla czasów „demokracji”), tylko w interesie wielkich przemysłowców. I to niekoniecznie jest sąd moralny, tylko stwierdzenie faktu. (przypis z Williama Cobbetta)

136 Obecnie dzielnica bliżej centrum Londynu.

137 Obecnie dzielnica na południu Londynu.

138 Stanton George Coit (1857-1944) – Amerykanin zamieszkały w Anglii, przywódca angielskiego „ruchu etycznego”, istotnie starającego się stworzyć coś w rodzaju nowej „religii etycznej” (i ogólnie by wszystkim bardzo etycznie było).

139 Aluzja do sformułowania francuskiego naturalisty, hrabiego Buffon (1707-88); oczywiście znaczenie jest takie, że w stylu literackim ujawniają się wszystkie istotne pierwiastki osobowościowe człowieka, z czym trudno się nie zgodzić.

140 Cytat z Apologii Newmana; cytat łaciński z Eneidy Wergiliusza, znaczy: „Boga się lękam, Jowisza [jako wroga – to niepolskie]”.

141 Oryg. British College of Health, miejsce na poły biznesowej a na poły „społecznej” działalności (nihil novi sub sole) niejakiego Jamesa Morisona (1770-1840), swego rodzaju pseudonaukowego znachora, wynalazcy „pastylek warzywnych”, uzdrawiających wszelkie dolegliwości; głównie pełniące funkcję fabryki jego medykamentów. Zbił na tym specyfiku fortunę. Coby jednak oddać człowiekowi sprawiedliwość, trzeba powiedzieć, że dobre dla zdrowia skutki spożywania warzyw były w tamtym czasie średnio znane i być może, że tabletki z zieleniny naprawdę przynosiły bardzo odwitaminizowanej społeczności Anglików tamtego czasu pewne korzyści; poza tym, Morison miał wiele cennych obserwacji medycznych, potwierdzonych przez późniejsze badania (mówi się np. o pewnych uwagach nt. szczepień, lecz nie udało mi się dojść o co dokładnie chodzi, zresztą tutaj to w sumie nieważne). Obecnie „college” nie istnieje (zburzony w latach 20).

142 Postać z Klubu Pickwicka.

143 Również; ciekawy młody człowiek, trochę krętach i cwaniak, ale niepozbawiony uroku i zdolności do autentycznych uczuć wyższych.

144 John Arthur Roebuck (1802-79) – brytyjski polityk liberalny i utylitarysta; Chesterton nawiązuje tutaj do słynnych słów, jakie wypowiedział w przemówieniu wyborczym 18 sierpnia 1864 roku, gdy mówił o „niezrównanym szczęściu” kraju angielskiego – w samym środku wielkiego kryzysu i niepokojów.

145 Po angielsku: „Fever Alley”; tak nazywało się w społeczeństwie wiktoriańskim te części miast, gdzie z powodu nędzy i braku higieny panoszyły się przeróżne zarazy, właśnie febra, ale i tyfus, dur brzuszny… Prawdopodobnie jest to aluzja do jakiegoś tekstu Dickensa, niemniej trudna do rozszyfrowania, a być może – jak to u GKC – bardzo pośrednia.

146 Ulica w Londynie, opisana przez Dickensa w powieści Little Dorrit jako dolina nędzy i patologii społecznych.

147 Thomas Grandgrind – postać z powieści Ciężkie czasy, straszny dyrektor szkoły, interesujący się wyłącznie zyskami, statystykami, „prawami”, na ludzi patrzący zaś nieco, powiedzmy, „przez palce”. Ma pięcioro dzieci, z których każde nosi imię po jakimś sławnym utylitaryście.

148 Kaplica dysydencka ze Sklepu osobliwości; Kit, rzecz jasna, to postać z tej książki, prosty chłopak pracujący w sklepie (a także gdzie indziej).

149 Aluzja do Nicholasa Nickelby; Kasia (ang. Kate) to siostra głównego bohatera, a pan Hawke – arystokrata, który najsampierw się do dziewczyny przystawiał, a potem – upokorzony odrzuceniem – postanowił ją publicznie upokorzyć. Co z tego wyszło, oczywiście nie powiem.

150 The Chimes: A Goblin Story of Some Bells that Rang an Old Year Out and a New Year In; krótka powieść Dickensa, drugie z jego dzieł wigilijnych. Karylion to jedyny chyba obecnie polski przekład tytułu. Wydana w 1844.

151 Ang. The Cricket on the Hearth – kolejna ze świątecznych książek pana D. Wydana w 1845.

152 Aluzja do zbioru opowiadań pt. Stacja Mugby, wydanego w 1866, napisanego przez Dickensa we współpracy z kilkoma innymi autorami (przypis z Co widziałem w Ameryce).

153 Postać z Dawida Copperfielda.