Gilbert Keith Chesterton

Tremendous Trifles (1909)

Rozdział IX – Na La Place de la Bastille

Pierwszego dnia maja siedziałem na zewnątrz kawiarni na Place de la Bastille w Paryżu, spoglądając na ową wyniosłą kolumnę z roztańczoną postacią na szycie, stojącą w miejscu, w którym lud niegdyś zburzył więzienie i zakończył epokę. Wydarzenia te, stanowią ogromnie interesujący przykład tego, jak głęboko symboliczna jest znaczna część ludzkiej historii. Z punktu widzenia czysto materialnych faktów, Bastylia, gdy ją zburzono, nie była już strasznym więzieniem; i praktycznie żadnym więzieniem w ogóle. Była jednak symbolem, lud zaś zawsze instynktownie czuje symbole; Chińczyka, na przykład, albo ostatnie wybory powszechne, albo kapelusz, który pan Kruger1 nosił na przedostatnich. Poetycko, wszystkie te zjawiska są doskonałe. Chińczyk, ze swym mysim ogonkiem, to nie ledwie niefrasobliwa fantazja. To idealny typ, skrót tego wszystkiego, czego lud nienawidzi w naszej polityce afrykańskiej: obcej i groteskowej potęgi bogactwa, pieniądza, który nie ma związku z rzeczywistością – który nie jest już siłą znaną i przyjazną, lecz makabryczną czarną magią, przyciągającą potwory ze wszystkich zakątków ziemi. Lud nienawidzi potentata kopalnianego, potrafiącego sprawić, by Chińczycy przylecieli doń zza oceanu niczym na skrzydłach wiatru, dokładnie tak samo, jak nienawidził czarnoksiężników, którym służyły latające smoki. Tak samo z kapeluszem pana Krugera. Kapelusz ów (ten świetny, wspaniały kapelusz) nie stanowił ledwie lekkiego żartu. Tylko symbol, i to niezmiernie nośny symbol, wszystkiego, co lud nasz w tamtym momencie traktował z niecierpliwością i szyderstwem; staroświeckiej, spłowiałej idei republikańskiej prostoty, surowej godności burżuazji i cięższych truizmów moralności politycznej. Nie; lud myli się czasem co do praktycznych aspektów polityki – co do jej aspektów artystycznych, pozostaje nieomylny.

******

I tak też z całą pewnością było w wypadku Bastylii. Zburzenie jej nie stanowiło reformy; tylko coś znacznie bardziej istotnego, niż reforma. Akt obrazoburstwa; strzaskanie na kawałki kamiennego bożka. Ludziom budynek ten wydawał olbrzymem, spoglądającym na nich długimi rzędami oczu, więc go znienawidzili, fizycznie, niby wykutego w kamieniu faktu. Bo ze wszystkich kształtów, przy pomocy których ta monstrualna iluzja zwana materializmem potrafi stłamsić duszę, prawdopodobnie najstraszniejsze są właśnie wielkie budynki. Człowiek czuje się jak mucha, jak czysty przypadek, w czymś, co zbudował własnymi rękami. I wiele bólu trzeba, i kolosalnego wysiłku ducha, by przypomnieć sobie, że skoro moloch ten to ledwie ludzka konstrukcja, by przestał istnieć, wystarczy ledwie ludzki akt destrukcji. Dlatego też wybuch furii obdartego tłumu, równającego z ziemią wielką budowlę publiczną, zawsze ma sens rytualny, duchowy, znacznie przekraczający horyzont doraźnych zysków politycznych. To akt religijny. Gdyby, na przykład, socjaliści nasi byli dość liczni i odważni, by zdobyć i rozwalić Bank Anglii w Londynie, bez końca można by gadać o tym, jak bardzo jałowy to czyn, niedotykający, w sensie ścisłym, istoty współczesnego problemu ekonomicznego. Niemniej ludzkość nigdy by go nie zapomniała. Bezpowrotnie zmieniłby oblicze ziemi.

Architektura to znakomity probierz prawdziwej siły społecznej, bo we wspólnocie ludzkiej najwartościowsze są zawsze rzeczy nieodwracalne – małżeństwo, na przykład. Architektura zaś, bardziej zbliża się do stanu nieodwracalności, niż jakakolwiek inna sztuka, z tego względu, że nader trudno się jej pozbyć. Obraz można zawiesić przodem do ściany; zawiesić rzymską katedrę przodem do ściany, byłoby przedsięwzięciem cokolwiek kłopotliwym. Wiersz można podrzeć na kawałki; z ratuszem można to zrobić wyłącznie w chwilach wyjątkowo szczerego uniesienia. Budynek przypomina dogmat; jest trwały, tak jak dogmat. Nie jest niezniszczalny, ale trudno go zniszczyć – dokładnie tak, jak z dogmatami. Ludzie pytają, czemu świat współczesny nie ma typowego stylu w architekturze, tak ja ma impresjonizm w malarstwie. Jasne chyba, że wynika to z zasadniczego niedoboru dogmatów; nie możemy znieść na niebie widoku tego, co mocne i niezmienne – niczego na niebie, co nie jest jak chmury. Żeby wznieść budynek, trzeba podjąć decyzję – niemniej by jakiś rozwalić, również trzeba podjąć decyzję. I te dwa porywy ducha z konieczności idą ręka w rękę. Tylko w niewielu miejscach na świecie zbudowano rzeczy tak wspaniałe, jak tutaj, w Paryżu, i tylko w niewielu równie wiele zniszczono. Gdy ludzie wyrobili sobie ów straszliwy obyczaj dbania o budynki, stracili obyczaj ich budowania. W Londynie wszyscy, że tak powiem, mieszamy wzajem łzy nasze dokładnie dlatego, że tak niewielka część naszej zabudowy idzie do rozbiórki.

*****

Gdy tak zatem siedziałem, patrząc na wspaniałą kolumnę Placu Bastylii, dedykowaną Chwale i Wolności, zza jednego z rogów tego placu (jak wiele placów na świecie naraz tłocznego i dziwnie spokojnego), wyjechali nagle rzędem cisi i poważni kawalerzyści. Mundury ich były płowoniebieskie, proste i prozaiczne, lecz stal i brąz ich hełmów zdały się płonąć żywym ogniem, w jasnych płomieniach słońca tamtego dnia; hełmy te zaś, przypominały hełmy żołnierzy Rzymu. Widziałem ich już, jadących dwójkami i trójkami wiele razy wcześniej. Widziałem tłumy ich, jak przedzierają się przez śniegi niemieckich Freilands2, czy giną z krzykiem na ustach, trzymając czworoboki na łąkach pod Waterloo. Teraz, wszakże, jechali; oddział za oddziałem, niczym jakaś dziwna siła inwazji, i coś być może z ich ogromnej liczby, a może coś z rozmyślań, które ich otulały, sprawiło, że miałem ochotę zerwać się na nogi i krzyknąć: „Żołnierze Francji!”. Bo to był właśnie ów niewysoki naród o brązowych twarzach, którego synowie tak często i z równym spokojem jechali przez różne stolice Europy, dokładnie tak, jak teraz przez własną. I gdy zwróciłem oczy na drugi róg tego placu, dostrzegłem, że wprost tonął on w niebieskim i czerwieni. Miasto wyglądało jak w przededniu rewolucji.

Oczywiście, słyszałem wcześniej o strajku, głównie z ust pewnego piekarza. Powiedział mi, że on na pewno nie zamierza „Chomer”. „Qu’est que c’est que le chome?”3, zapytałem. Odparł: „Ils ne veulent pas travailler”4. Rzuciłem na to: „Ni mi non plus5”, w związku z czym uznał, że jestem świadomym klasowo proletariuszem-kolektywistą. Całą sprawa przedstawiała się nader osobliwie, i prawdziwy morał tej opowieści niełatwo uchwycić, szczególnie nam – narodowi, którego charakterystyczne wady są tak skrajnie odmienne. Mnie osobiście, jako Anglikowi (przesiąkniętemu angielskim optymizmem i niechęcią do surowości), wszystko to wydało się wielkim hałasem o nic. Wyglądało tak, jak gdyby jedna z najlepszych armii Europy walczyła z przechodniami. Kawaleria natarła na nas raz czy drugi, zawsze bez większych sensacji. Trudno wszakże, rzecz jasna, ocenić, na ile w podobnej krytyce człowiek bierze Francuzów (ponad wszelką wątpliwość błędnie) za lud równie potulny, jak Anglicy. Głębsza prawda jednak, raz za razem spływała mi, by tak rzec, dreszczem po plecach, przez całą tamtą niespokojną noc. Naród francuski ma naturalną zdolność czucia się jak w przededniu czegoś wielkiego – nocy św. Bartłomieja, na przykład, Rewolucji, Komuny Paryskiej, czy Sądu Ostatecznego. I to właśnie to ciągłe poczucie kryzysu sprawia, że Francja jest wiecznie młoda. To nieustanny wysiłek niszczenia i budowania, który rozwalił więzienie i postawił na jego miejscu wspaniałą kolumnę, tam, na Place de la Bastille. Francja od zawsze balansuje na granicy upadku. Znalazła bowiem jedyną dostępną nam formę nieśmiertelności. Każdego dnia umiera.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

1 Prawdopodobnie Paul Kruger (1825-1904) – burski polityk, prezydent Republiki Południowoafrykańskiej, lider oporu przeciw Brytyjczykom. Chesterton, jak wiadomo z serca sympatyzujący z Burami, ogromnie go szanował.

 

2 Czyli pól, gruntów uprawnych (po niemiecku, rzecz jasna; GKC, jako piewca jedności Europy, dostrzegał jej naturalną poliligwalność).

 

3 Chomer, czyli albo rzeczownik „bezrobotny”, względnie czasownik „być bezrobotnym”(do którego z konieczności gramatycznej redukuję wewnętrzną dwuznaczność pierwszego elementu dwuznaczności zasadniczej), albo czasownik „świętować”, czyli nieświadoma gra słów, na której budowany jest cały „dyskurs”, względnie dominanta tego akapitu. GKC świadomie udaje, że nie wie o co chodzi, żeby sprowokować rozmówcę do zrozumienia tej wspaniałej dwuznaczności (jak widać, francuski znał biegle, zresztą w młodości tłumaczył z tego języka wiersze).

 

4 „Tacy, co nie chcą pracować”.

 

5 „Ja też, ani trochę”.