Gilbert Keith Chesterton

Wszystko, co myślę (1933)

Rozdział I – O Dziecku

Niedawno w gazetach naszych donoszono o spotkaniu pewnych znakomitych niewiast, politycznego i filantropijnego typu, na którym owo zacne grono dyskutowało nad jednym z palących problemów współczesności, mianowicie: co zrobić z Dzieckiem. Nie muszę chyba dodawać, że o Dziecku owym zawsze dyskutuje się tak, jakby był to jakiś potwór ogromnych rozmiarów i wielkiej zagadkowości, niesamowite i niepokojące odkrycie. Nie muszę również przypominać czytelnikowi, że Dziecko owo nie jest dzieckiem: żadnym z tych dzieci, które nam, ludziom mającym spokojne i wygodne życie, zdarzyło się kiedykolwiek zobaczyć. Dziecko to nie Jacek, Asia czy Piotruś; nie jest to dziecko kuzynki Ethel czy jedna z pociech wujka Williama. To stworzenie całkowicie samotne i sui generis; żyjące w slumsach.

Poczyniono wiele uwag, w większości zupełnie szczerych, po części rozsądnych, w kilku wypadkach – wysoce komicznych. Najbardziej podoba mi się chyba fragment, w którym jedna z tych kobiet-filantropek powiedziała, że każde dziecko czułoby się szczęśliwe na widok policjanta – o ile byłby on ubrany jak policjant; niemniej – każde dziecko mogłoby zacząć odczuwać maniakalny lęk w wypadku, w którym byłby on ubrany jak cywil. Wydaje się zatem, że nie tylko policjanci zawsze odnoszą się do ubogich bardzo życzliwie – ale że to właściwie jedyni ludzie na świecie, którzy w ogóle odnoszą się do nich życzliwie. Nie jestem rzeczonym Dzieckiem, a zatem nie wychowywałem się w slumsach. Wiem jednak o slumsach nieco więcej, niż tyle. Wszystkie tego typu stwierdzenia wszakże, w mojej opinii, muszą usunąć się w cień wobec jednej, prostej uwagi, która większości ludzi wyda się zapewne tyleż prosta, co niewinna. Niemniej, w owej jednej, niezdarnej obserwacji – prawie że mógłbym powiedzieć: jednym, nieświadomym wyznaniu – zawierał się cały zespół sprzeczności i fałszów, który w naszych czasach zrujnował relacje między klasami społecznymi i zniweczył wspólną moralność wspólnoty. Otóż, pewna bardzo słynna w polityce dama, która z całą pewnością mniema o sobie, że jest przedstawicielką najwznioślejszego i najświatlejszego idealizmu, wypowiedziała przy tej okazji następujące słowa: „Musimy troszczyć się o dzieci innych ludzi, jakby były one nasze własne”.

Gdy przeczytałem te słowa, uderzyłem dłonią w stół, jak ktoś, kto nagle zauważył i zabił osę. Powiedziałem do siebie: „Tak jest! Udało jej się! Znalazła precyzyjną i bezbłędną formułę wyrażenia najgorszego i najbardziej toksycznego z błędów politycznych, przez które zgnilizna toczy trzewia świata. To właśnie zrujnowało demokrację; zrujnowało dom, jak demokracja szeroka i głęboka; zrujnowało godność – jedyne wsparcie i filar tak domu, jak demokracji. To właśnie odebrało ubogim mężczyznom dumę i honor ojców rodziny – tak że nie mogą już czerpać żadnego zgoła poczucia dumy i honoru z tego, że są obywatelami; i tym mniej z tego, że mogą głosować. Dom Anglika nie jest mu już twierdzą, a Anglik nie jest królem w tej twierdzy; charbonnier1 nie jest już maitre chez lui2; jego chatka to nie jego chatka; jego dzieci to nie jego dzieci; i demokracja jest martwa. Kobieta owa nie miała niczego złego na myśli. Nie wiedziała, co czyni. Nie rozumiała nawet tego, co mówi. Nie rozumiała ani jednego słowa z tego straszliwego zdania, które wypowiedziała. A jednak – wypowiedziano je”. Zdanie zaś, które wypowiedziano, brzmi jak następuje: „My, ludzie bogaci, możemy troszczyć się o dzieci ubogich, jakby były one nasze własne. Ponieważ znieśliśmy im instytucję rodziców – to wszystko sieroty”.

Ideał ów znamy zresztą aż nazbyt dobrze z rzeczywistości; i nie można powiedzieć przeciw niemu zbyt wiele, poza tym, że to rzecz skrajnie i przerażająco niemoralna. Ktoś, kto mówi, że będzie traktował dzieci innych ludzi jak swoje własne zachowuje się dokładnie tak samo, jak ktoś, kto powiedziałby, że zamierza traktować żony innych mężczyzn jak swoje własne. Pytanie brzmi, czy jakiekolwiek prawa człowieka przysługują jeszcze w tym wypadku drugiej stronie, prawnie odpowiedzialnej za żonę i dzieci. Jeżeli traktuje je źle, czymś zupełnie słusznym jest puścić przeciw niemu w ruch ową potężną i wyjątkową maszynę prawną, istniejącą dokładnie po to, aby można było sobie radzić z podobnie wyjątkowym złem. Niczym słusznym nie jest jednak, w świetle jakiegokolwiek publicznego prawa moralności, jakie tylko jest znane człowiekowi, zaczynać od założenia, że jego dzieci należą w takim stopniu do niego, co do ciebie. Jeżeli można mu coś zarzucić, trzeba to udowodnić; nie zajmujemy się wszakże tutaj żadnym z takich wypadków. Zajmujemy się potężnym, plutokratycznym założeniem, przypadkowo ujawnionym przez przypadkowe słowa. Ubogie dzieci rodzą się pod władzą i opieką klas rządzących, tak jak strażnicy Wydziału Kanclerskiego rodzą się pod władzą i opieką Lorda Kanclerza; dziedziczą ten status niezależnie od tego, czy nasze osobiste sumienie nazywa go niefrasowliwością czy niewolnictwem. Zwróćmy uwagę, że rzeczona dama nie mówi – choć niewątpliwie mogłaby to powiedzieć – „Gdy słyszę o tym, że jakieś dziecko jest bite rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem, powszechna więź międzyludzka sprawia, że jestem tak wściekła, jakby chodziło o moje własne dziecko”. Nie zajmuje się ciężkimi przypadkami, czy nawet pojedynczymi przypadkami; na wejście generalizuje. Zakłada, że naprawdę zajmie się, że będzie wolno się jej zajmować, innymi dziećmi tak, jakby były to jej własne dzieci. I, praktycznie biorąc, zapewne ma rację; i to jest właśnie naczelny i ostateczny dowód na to, że w teorii całkowicie się myli. Nasze społeczeństwo bez świadomości i bez oporu przyjęło tę wielką herezję przeciw człowieczeństwu. Koncepcja uczynienia głowy skromnie żyjącej rodziny człowiekiem rzeczywiście niezależnym i odpowiedzialnym, obywatelem, naprawdę wyparowała z głów większości zamieszkujących nasz świat realny realistów. Nie ma się więc co dziwić, że nigdy nawet nie zaświtała w głowie żadnego idealisty.

Problem polega na tym, z ideałem jest u nas znacznie gorzej, niż z rzeczywistością. Starego typu torysi nalegali, aby uczyć ubogich zasad szacunku do własności prywatnej, na wypadek gdyby przyszło im do głowy zrobić rebelię i sprofanować bogatych. Tymczasem, to bogatych należy nauczyć, że istnieje coś takiego jak własność prywatna, a szczególnie – że istnieje coś takiego jak życie prywatne. Mało prawdopodobne, by jakakolwiek obdarta tłuszcza zapragnęła szturmować przedszkola dzielnicy Mayfair, kraść wózki dziecięce francuskim pielęgniarkom, czy porywać podopiecznych niemieckich guwernantek, paradujących w ogrodach królewskich w Kensington. Filantropiści jednak, wynajdując mnóstwo wymówek, naprawdę przeprowadzają wyprawy łupieżcze na plac zabaw ubogiej dziatwy. Uważają, że to reforma; lecz, prawdę mówiąc, to rewolucja. Współcześni pisarze są aż nadto gotowi traktować wielkie wydarzenia historyczne prostymi oskarżeniami o zbrodnię; twierdzić, że Wielka Wojna stanowiła morderstwo na wielką skalę, czy że rewolucja rosyjska stanowiła ledwie kradzież na wielką skalę. Średnio zdają sobie sprawę, jak wiele elementów naszych reform edukacyjnych i filantropijnych to ledwie porwanie na wielką skalę. To znaczy – rzecz wykazująca rosnące lekceważenie dla prywatnego obywatela, rozważanego w funkcji rodzicielskiej. Nazwałem to rewolucją; i w gruncie rzeczy jest to naprawdę rewolucja bolszewicka. Bo cóż mogłoby być bardziej i bezwzględniej komunistyczne, niż powiedzenie, że uważa się dzieci innych ludzi za swoje własne?

Prawda, póki co kogoś, kto traktuje psy innych ludzi jak swoje własne, powszechnie uważa się za złodzieja psów. Kogoś, kto zostanie przyłapany na tym, że troszczy się o konia swego sąsiada tak, jakby był to jego własny koń, nazywa się koniokradem. Lecz nawet to zachodzi wyłącznie wtedy, gdy złodzieje są zbyt biedni i niewykształceni, aby móc chować się za humanitaryzmem. Zamożnego komunistę, który obchodzi się w ten sposób z cudzymi dziećmi, nigdy nie nazywa się porywaczem. Co pokazuje tylko, że komunizm, nasz komunizm w każdym razie, nie stanowiłby rządów ludu – ani nawet nierządów ludu; ale ledwie przedłużenie istniejącego obecnie nierządu bogaczy.

Tłm. Maciej Wąs

1 Z fr. węglarz.

2 Z fr. panem u siebie. Przysłowie francuskie (GKC znał i Francję i francuski bardzo dobrze).