Gilbert Keith Chesterton

Wszystko, co myślę (1933)

Rozdział XXIII – O industrializmie

Z każdym dniem staje się coraz bardziej i bardziej jasne, że ci, którzy trzymają się kurczowo zmurszałych doktryn i dogmatów, i beznadziejnie bronią umierających tradycji wieków ciemnych, w krótkim czasie będą jedynymi ludźmi na świecie broniącymi jeszcze najbardziej w oczywisty sposób z tych starych dogmatów upadłego: mianowicie idei, którą powszechnie określa się mianem „demokracja”. Życie jednego pokolenia – mojego pokolenia, tak konkretnie – wystarczyło, by spadła ona z wyżyn swego tryumfu, czy rzekomego tryumfu, na samo dno porażki, czy też tego, co powszechnie uznaje się za jej porażkę. U końca wieku dziewiętnastego, popierały demokrację miliony – nie wiedząc nawet dokładnie dlaczego. U końca wieku dwudziestego, jak wszystko na to wskazuje, miliony będą się jej sprzeciwiać, również nie wiedząc dlaczego. W taki to właśnie harmonijny i krystalicznie logiczny sposób rozwija się myśl ludzka na prostych ścieżkach postępu.

Tak czy inaczej, dziś demokrację powszechnie się atakuje, i to z reguły bardzo nieuczciwie. Ludzie zrzucają wszystko na prawa wyborcze, bo nie są dość światli, by wierzyć w grzech pierworodny. Istnieje zaś jeden prosty sposób upewnienia się, że całe zło naszego systemu naprawdę bierze się właśnie z grzechu pierworodnego. To znaczy: zrobić coś, czego nie robi nikt, czy prawie nikt, z nowoczesnych malkontentów; spróbować ukuć na rzecz jakiegokolwiek innego systemu politycznego argument moralny. Istotna demokracji jest bardzo prosta i, jak pisał Jefferson, sama przez się oczywista. Jeśli dziesięciu ludzi ocaleje z katastrofy morskiej, i fale wyrzucą ich przypadkiem na tę samą wyspę, tych dziesięciu właśnie stanowi społeczeństwo – ich dobrobyt to cel, a wola (w normalnych warunkach) prawo wspólnego działania. Jeśli nie mają en bloc naturalnego prawa rządzić sami sobą, który z nich ma naturalne prawo rządzić całą resztą? Powiedzieć, że najmądrzejszy i najmężniejszy, to po prostu omijać kwestię moralną. Jeśli taka wybitna jednostka używa swych talentów dla dobra społeczności, planując podróże na przykład, czy destylując wodę, służy jej – a społeczność rzeczona odgrywa, w tym sensie, rolę suwerena. Jeśli zaś używa ich na jej szkodę, kradnąc rum czy trując wodę, dlaczego miałaby się mu podporządkować? I czy istnieje najmniejsza nawet szansa, że to zrobi? Podobnie proste przykłady każdemu pozwalają nieomylnie złapać ludowy charakter sprawy, i wszelkie możliwe zalety rządów opartych o zgodę zbiorową. Problem demokracji polega wszakże dokładnie na tym, że nigdy – przynajmniej współcześnie – nie miała do czynienia z czymś podobnie prostym. Innymi słowy, problemu demokracji nie stanowi demokracja. Tylko pewne sztuczne, antydemokratyczne twory, które istotnie wdarły się do funkcjonowania społeczeństw współczesnych i konsekwentnie duszą w nich resztki demokratyczności.

Nowoczesność to nie demokracja, wielka maszyneria to nie demokracja; podporządkowanie wszystkiego prawom handlu i zysku to nie demokracja; przeciwnie – to zjawiska, w tendencjach i duchu, zdecydowanie antydemokratyczne. Plutokracja nie jest demokracją z samej definicji. Zbiegiem okoliczności wszystkie one wdarły się na świat w tym samym czasie, lub krótko później, gdy wielcy idealiści pokroju Rousseau i Jeffersona postanowili wymyślić dla demokracji prawdziwie demokratyczny ideał. Można racjonalnie twierdzić, że ideał ten okazał się zbyt idealny, by dało się go zrealizować. Nie można wszakże racjonalnie twierdzić, że ideał, który przegrał, był dokładnie identyczny jak realia, które wzięły górę. Powiedzieć, że idiota poszedł do dżungli i zeżarły go dzikie bestie, to jedno; ale że poszedł do dżungli i przetrwał jako najdziksza bestia świata, to już jakby drugie. Cała rzeczywistość epoki Rousseau i Jeffersona była niedemokratyczna w praktyce – i sam ten fakt być może wystarczy, by atakować demokrację w teorii. Można zasadnie utrzymywać, że życie jako takie jest niedemokratyczne. Na pewno jednak niedemokratyczne jest życie współczesne. Zindustrializowane i oświecone społeczeństwa obecnej epoki okazują się mniej odpowiednim gruntem dla eksperymentu samostanowienia, niż jakiekolwiek dawniejsze społeczeństwa rolnicze, czy choćby koczownicze. Majątek feudała nie był demokracją, znacznie łatwiej wszakże dało się przekształcić go w demokrację. Istotnie, to, co przyszło po nim – wiejskie społeczności Francji i Szwajcarii, na przykład – zdemokratyzowało się naprawdę szybko. Konsekwentnie nie demokratyzuje się właściwie tylko jeden ustrój – tak zwana nowoczesna demokracja przemysłowa.

Z tego powodu też, coraz powszechniej mówi się, że ideał demokratyczny nie odpowiada duchowi nowych czasów. Zgadzam się w zupełności; i w naturalny sposób preferuję ideał demokratyczny, będący – jako ideał – także pewną ideą, do ducha nowych czasów, który jest po prostu nowy, w związku z czym już staje się stary. Na ile widzę, wielu współczesnych dziwaków, czy grzeczniej: idealistów, usilnie zabiega o porzucenie tego ideału. Pewien znany pacyfista, z którym spierałem się niegdyś w radykalistycznych gazetach, w czasach, gdy sam jeszcze byłem radykałem, i który potem przemienił się w modelowego republikanina, piewcę Nowej Republiki, powiedział nawet któregoś dnia, że „głos ludu zazwyczaj jest głosem szatana”. Prawda jest taka, że tego typu liberałowie nigdy faktycznie nie wierzyli w rządy ludu, podobnie jak w nic, co naprawdę odpowiada ludowi, od pubów po loterię charytatywną w Dublinie1. Nigdy nie wierzyli w demokrację, której imienia tak chętnie przyzywali przeciw księżom i królom. Ja wszakże, zawsze w nią wierzyłem; i wciąż wierzę, znacznie chętniej wzywałbym jej imienia przeciwko snobom i modnisiom. Wciąż wierzę, że byłaby to możliwie najbardziej ludzka forma rządów – gdyby tylko spróbować wprowadzić ją raz jeszcze, w bardziej ludzkich czasach.

Niestety, humanitaryzm to znak szczególny czasów szczególnie nie-ludzkich. Mówiąc „nieludzkich” zaś, nie mam na myśli okrucieństwa; tylko stan, w którym nawet okrucieństwo przestaje być nieludzkie. Stan, w którym bogacz, zamiast wieszać sześciu czy siedmiu swoich przeciwników dlatego, że ich nienawidzi, po prostu zamęcza lub zagładza na śmierć sześć czy siedem tysięcy ludzi, których nie nienawidzi, i których nawet nigdy nie widział – wyłącznie dlatego, że żyją na drugim końcu świata. Stan, w którym dworak czy sługus bogaczy, zamiast przygotowywać z dreszczem ekscytacji jakąś wyjątkowo zabójczą truciznę dla Borgiów, czy też zdobić wyjątkowo ostry i lekki sztylet tak, by stał się godnym narzędziem polityki Medyceuszów, pracuje w fabryce, nieustannie obracając małym śrubokrętem, przykręcając śrubki do blaszki, której nigdy nie zobaczy; bo stanie się ona częścią pistoletu, którego nigdy nie zobaczy; z którego strzelać będą w bitwie, której nigdy nie zobaczy, i o powodach której wie znacznie mniej, niż renesansowy rajfur o przeznaczeniu trucizn i sztyletów. Krótko mówiąc, problem industrializmu stanowi brak kierunku; fakt, że nic nie jest w nim jasne i proste; że wszystko jest niejasne i krzywe, nawet jeśli w zamyśle miło takie nie być. To system w całości oparty na pośrednictwie – i w nim właśnie postanowiliśmy zaprowadzić bezpośrednie rządy ludu. Demokrację, ideał prosty aż do przesady, starano się urzeczywistnić w społeczeństwie skomplikowanym aż do szaleństwa. Trudno się dziwić, że wobec podobnych realiów, ideał umarł. Jak pisałem, mnie osobiście wciąż się on bardzo podoba; niemniej na świecie żyją różni ludzie, i na ile widzę, znajdzie się wśród nich sporo takich, którzy mając wybierać między ideałem a realiami, z lekkim sercem wybierają realia.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

1  Oryg. Irish Sweepstake, loteria założona w 1930 roku celem finansowania szpitali irlandzkich