Gilbert Keith Chesterton

IV – O poczuciu proporcji

z dzieła Normalność w zarysie (1925)

Ci spośród nas, którzy oddają się studiowaniu gazet i przemów politycznych ze stosowną atencją musieli już do tego czasu wyrobić sobie względnie precyzyjne pojęcie na temat owego zła, jakim jest socjalizm. Jest to zatem nierealna, czysto utopijna wizja, której nie da się praktycznie urzeczywistnić, a także ogromne praktyczne niebezpieczeństwo, wiszące nad nami w każdym momencie czasu. To po prostu coś, co naraz jest tak daleko jak koniec świata i tak blisko jak koniec ulicy. Bez wątpienia wszystko jasne; w tej chwili wszakże bardziej interesuje mnie aspekt utopijny. Pewien autor, pisujący niegdyś regularnie do Daily Mail poświęcił sprawie naprawdę sporo uwagi; i przedstawił ów ideał społeczny, podobnie jak każdy zresztą niemal inny ideał społeczny, jako swego rodzaju marzenie mięczaków. Utrzymywał, że to po prostu „słabi”, nie umiejąc sprostać twardym wymaganiom energicznego indywidualizmu, szukają ochrony w objęciach paternalistycznego rządu i jego nowej legislacji dla starych babć. Gdy zaś – z blaskiem w oczach i radością w sercu – czytałem te fascynujące uwagi, oto w jednej chwili ujrzałem oczyma duszy postać Wielkiego Indywidualisty; tego rodzaju człowieka, który naprawdę byłby w stanie napisać podobne rzeczy, a w każdym razie na pewno je czyta.

Tak też czytelnik nasz składa na pół swój Daily Mail i wstaje od inspirująco indywidualistycznego stołu, przy którym dopiero co spożył swe indywidualistyczne śniadanie, godne takiego śmiałka i siłacza jak on; smażone i pachnące plasterki bekonu, wykrojone wprost z dzika, którego osobiście upolował tego ranka w ogródku za domem; oraz jajka, z narażeniem życia wydarte drapieżnym ptakom zamieszkującym wierzchołek jednego z owych smukłych drzew, którym dom jego zawdzięcza w pełni adekwatną nazwę „Orlego gniazda”. Zakłada swój kreatywny i niekonwencjonalny kapelusz, wykonany stosownie do zamysłów jego kreatywnej i niekonwencjonalnej głowy. Wychodzi ze swego pięknego i podziw budzącego domu, wybudowanego za własne, zdobyte ciężką i uczciwą pracą pieniądze, według jego własnego, niepowtarzalnego planu, który wydaje się na samym niebie odciskać pieczęć jego ogromnej i obezwładniającej osobowości. Zmierza w dół ulicy, pląsając radośnie po górach i dolinach, do miejsca swej wybranej i wymarzonej pracy, warsztatu twórczego i dającego spełnienie rzemiosła. Co kilka kroków przystaje, a to by zerwać kwiatek, a to ułożyć wiersz, bo jest panem swojego czasu; jest indywidualistą, człowiekiem wolnym – nie tak, jak ci pożałowania godni komuniści. Może pracować jak sobie wymyśli, czasem i zarywając noc, jeśli ma kaprys pospać trochę dłużej rano. Tak właśnie żyje się w świecie wolnej inicjatywy i świadomego indywidualizmu; tak właśnie idzie się tam z domu do pracy. Mknie więc nasz bohater dalej, szczęśliwy i natchniony, aż nagle dostrzega majaczącą na horyzoncie strzelistą i fantastyczną wieżę owego przybytku, w którym to, niby Wulkan w swym boskim warsztacie…

Widzi on tę wieżę, jak powiadam, majaczącą na horyzoncie. I nie jest to wyrażenie zupełnie przypadkowe. Bo to właśnie stanowi najpoważniejszą bolączkę wszelkiej tego typu dziennikarskiej filozofii indywidualizmu i wolnej inicjatywy; że jest ona obecnie czymś bardziej fantastycznym i nierealnym, niż najdzikszy komunizm. To nie straszna republika bolszewików jest tutaj odległą wizją. To nie państwo socjalistyczne jest utopijne. W tym sensie, nawet utopia nie jest utopijna. Państwo socjalistyczne może, z pewnego punktu widzenia, wydawać się perspektywą przerażająco i dramatycznie bliską. Bo państwo socjalistyczne z tych lub innych względów kropka w kropkę przypomina państwo kapitalistyczne, o którym czytają drobnomieszczańscy handlowcy i piszą drobnomieszczańscy dziennikarze. Utopia to po prostu obecny stan rzeczy, tylko trzy razy bardziej.

Gdyby bowiem warsztat pracy naszego bohatera stał się jutro częścią państwowego kombinatu, w jego życiu absolutnie nic by się nie zmieniło. Gdyby jego szefem, którego prawie nie widuje i w ogóle nie zna, stał się nagle urzędnik rządowy, bohater nasz pozostałby nadal dokładnie tym, kim jest – człowiekiem bardzo obytym i nie-obywatelem. Istotnie, nie robi to żadnej różnicy, czy jego synowie i córki znajdą zatrudnienie na zapierającej dech w piersiach poczcie socjalistycznej rewolucji, czy w wielkich sklepach zapierającego dech w piersiach indywidualistycznego postępu. Nigdy nie słyszałem, by między paniami pracującymi na kasie w wielkim sklepie a paniami pracującymi w okienku na poczcie rozgorzała brutalna wojna domowa. Wątpię, by pani z pocztowego okienka faktycznie tak gorąco wierzyła w bolszewizm, by uważać regularne wywłaszczanie wielkich sklepów z kilku drobiazgów bez uiszczania opłaty za kwestię Najwyższego Obowiązku. Wątpię, by kasjerka z wielkiego sklepu trzęsła się jak osika na widok czerwonej skrzynki pocztowej, zwiastuna Czerwonej Zarazy.

To, co naprawdę jest nierealne, to właśnie cały ten indywidualizm i wolność jednostki, wychwalany przez Daily Mail. To właśnie ta wieża, którą widzi się na horyzoncie. To wolna inicjatywa jest utopią, w tym sensie, że perspektywą tak odległą jak utopia. To nasz ideał, własność prywatną, krytycy nasi uważają za czczą niemożliwość. To właśnie o tym naprawdę rozmawiać można prawie dokładnie tak, jak dyskutuje się obecnie na temat kolektywizmu. Oto nareszcie jest projekt dla jednych stanowiący cel, a dla innych właśnie ledwie majak. Dla przyjaciół swych jawiący się jako ostateczne spełnienie pragnień i potrzeb współczesnego serca, dla wrogów zaś – absurd sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem i ludzką naturą. Wszyscy ci polemiści, którzy zdali już sobie sprawę z prawdziwego stanu rzeczy, mówią o naszym ideale dokładnie tak, jak dawniej mówiło się o państwie socjalistycznym. Twierdzą, że własność prywatna jest marzeniem zbyt wzniosłym, aby dało się je zrealizować. Że wolna inicjatywa to rzecz zbyt piękna, aby mogła być prawdziwa. Bez przerwy perorują, że pomysł jakoby zwyczajny człowiek mógł mieć na własność tyle, ile mu w zwyczajnych warunkach potrzeba, to gwałt na ekonomii politycznej, i by go zrealizować, trzeba by „zmienić ludzką naturę”. Opowiadają, jakoby „wszyscy ludzie biznesu” wiedzieli, że to się nigdy nie sprawdzi – dokładnie tak samo, jak zawsze gotowi są wiedzieć, że zarząd państwowy nigdy się nie sprawdzi. Z prostego powodu: ponieważ wierzą, i to z rozczulającą doprawdy prostotą i szczerością, że tylko oni sprawdzą się w każdych warunkach. Nazywają to zatem prawem natury; i potem wymyślają wszystkim, którzy myślą inaczej, od „słabeuszy” i „niedorajdów”. Chodzi jednak wyłącznie o to, by zdać sobie sprawę, że choć nawet dzisiaj niewielu wie czym jest w pełni normalna i racjonalna idea własności prywatnej dla wszystkich, to na tyle, na ile wiedzą o niej coś władcy współczesnych rynków (a zatem i współczesnego świata), atakują ją oni dokładnie identycznie, jak wcześniej atakowali komunizm. Twierdzą, że to utopia; i mają rację. Twierdzą, że idealizm; i mają rację. Że donkiszoteria; i znów się nie mylą. Wszystko, co o niej powiedzą, będzie prawdziwe, o ile tylko pomoże pokazać wszystkim, że podeptali już na świecie wszelką sprawiedliwość; unaocznić jak śmieszny wydaje się im, i całemu temu sortowi, ludzki standard godnego życia; o ile dzięki temu wszyscy zrozumieją, że między ideałem wolności i własności a podobnymi im zieje otchłań tak ogromna, jak między niebem i piekłem.

Tak właśnie przedstawia się prawdziwa walka, którą wydać musimy naszym przeciwnikom; i książka niniejsza to po prostu seria artykułów zajmujących się, mniej lub bardziej bezpośrednio, dokładnie tą kwestią. Chodzi o to, czy ideał nasz ma szansę stać się kiedyś czymś więcej, niż tylko ideałem; a nie o to, czy ktoś mógłby pomylić go z pożałowania godnym stanem obecnym. Co do tego stanu zaś, powiem tylko tyle, że jeśli współcześni pesymiści autentycznie wierzą w swój pesymizm, jeśli sceptycy naprawdę uważają, że ideał nasz upadł ostatecznie ze względu na czysto mechaniczne trudności lub jakąś przedziwną materialistyczną klątwę, to konkluzje ich są co najmniej osobliwe, i raczej trudno zrozumiałe. Bo niczym dziwniejszym jest powiedzieć, że oto człowiek ze względu na postęp w rozwoju metod projektowania kół na zawsze będzie musiał pożegnać się ze swoimi rękami i nogami, niż że na zawsze zapomnieć musi o dwóch podporach życiowych tak naturalnych jak poczucie wolnego wyboru i osobistej własności. Krytycy tego typu, niezależnie, czy w powszechnej świadomości funkcjonują jako przeciwnicy socjalizmu czy dystrybucjonizmu, uwielbiają rozprawiać o fantastycznych wzlotach wyobraźni, czy pomysłach przeczących ludzkiej naturze. Otóż wysiliłem moją osobistą wyobraźnię aż za bardzo, i widziałem rzeczy, których nasza natura nie jest w stanie unieść, lecz nie zdołałem pojąć wizji podobnie odpychającej i wstrętnej jak ludzkość, która zapomniała o zaimku dzierżawczym.

Tak czy inaczej, jako się rzekło, to właśnie z tego typu krytykami przyszło nam walczyć. Dystrybucja własności może być ledwie marzeniem; „trzy akry i krowa” – ledwie żartem; wolność – tylko pojęciem; inicjatywa jednostki zaś, szukaniem wiatru w polu, którym świat ostatecznie się zmęczył. Co do tych wszakże, którzy twierdzą, że własność i wolność to najwyższe zasady współczesnego świata – otóż ci są tak ślepi i głusi, i tak obumarli realiom swojego własnego, codziennego życia, że można ich bez wyrzutów sumienia na zawsze wykluczyć z debaty.

W tym znaczeniu zatem, istotnie, jesteśmy utopistami; w znaczeniu, że zadanie nasze jest być może i mniej realne, a na pewno trudniejsze, niż jakiekolwiek inne. Jesteśmy największymi rewolucjonistami świata: o ile rewolucja oznacza restaurację; powrót do przeszłości, nawet jeśli tylko w pewnym sensie, i nawet jeśli nie może on nastąpić szybko. Świat, którego pragniemy, jest znacznie bardziej odmienny od świata współczesnego, niż świat współczesny od świata socjalistów. Istotnie, jak już zauważyłem, między światem obecnym a światem socjalistycznym nie ma wielkiej różnicy; poza tym może, że skutecznie pozbyliśmy się wszystkich mniej istotnych ozdobników doktryny socjalistycznej, fantazji takich jak sprawiedliwość, obywatelskość, walka z głodem i tak dalej. Przyjęliśmy za swoje wszystko, cokolwiek tylko każdemu człowiekowi względnie rozwiniętej inteligencji się w socjalizmie nie podobało. Mamy wszystko, na co narzekano w wypadku suchego i surowego utylitaryzmu Patrząc wstecz1. Świat Wellsa i Webba krytykowano jako cywilizację monotonii i centralizacji – a czymże jest nasza cywilizacja, jeśli nie dokładnie cywilizacją monotonii i centralizacji? Nie pominięto niczego, z wyjątkiem kilku poetyckich uniesień, takich jak prawa dla ludu, czy chleb dla ubogich. W każdym innym aspekcie, unifikacja i uniformizacja osiągnęły pełnię. Utopia dokonała tego, co najgorsze. Kapitaliści zrobili wszystko, co socjaliści odgrażali się, że zrobią. Każdy przeciętny sklepikarz wpadł już w dokładnie taką samą tępą uległość i banalny hedonizm, w jaki wpadły w najbardziej monstrualnej „modelowej wiosce” Owena. Nie naśmiewam się z niego; pomimo cywilizacji, do której należy, to wciąż człowiek inteligentnego gustu i wielu znakomitych cnót. Gustu i cnót, które z całą pewnością zachować mógłby także jako urzędnik państwa. Ale odkąd tylko otworzy rano oczy do momentu, gdy złoży głowę do snu, życie jego toczy się koleją, którą wyżłobili dlań inni ludzie, często tacy, których nie zna, i nigdy nie pozna. Żyje w domu, którego nie należy do niego, którego nie zbudował, i którego nawet nie lubi. Wszędzie chodzi po wydeptanych ścieżkach; kolej, i zawsze kolej – nawet dosłownie, kolej żelazna, którą dojeżdża do pracy. Zapomniał już na amen, co jego ojcowie, pielgrzymi i wędrowni minstrele, mieli na myśli mówiąc, że każdy musi znaleźć własną drogę w życiu. Rozumuje wyłącznie w kategoriach pensji; to znaczy zapomniał, czym jest prawdziwe bogactwo. Jego najwyższą ambicję stanowi dochrapanie się tego lub innego stanowiska w mniejszym lub większym biznesie, który już dawno zdążył zamienić się w biurokrację. I fakt ów to coś, co nader często umyka apologetom monopolu. Czasami wyrwie im się bowiem, że nawet w takim systemie może istnieć jeszcze jakaś konkurencja, choćby między niewolnikami; najprawdopodobniej konkurencja o tytuł najbardziej zniewolonego człowieka świata. Ale przecież równie dobrze mogłaby istnieć ona po nacjonalizacji, gdy wszyscy staną się niewolnikami państwa. Tak też wszelki sprzeciw wobec socjalizmu państwowego znika jak ręką odjął – bo jeśli każdy sklep zostałby równie gruntownie znacjonalizowany, jak posterunek policji, to na pewno nie przeszkodziłoby to w najmniejszym stopniu kwitnąc wśród sklepikarzy przyjemnym cnotom zazdrości, intrygi, i samolubnej ambicji, podobnie jak czasem kwitną one, i to jak, także wśród policjantów.

Tak czy inaczej, ten świat istnieje; można twierdzić, że rzucić mu wyzwanie to czysty utopizm; próbować go zmienić – utopizm wariata. W tym sensie, jestem utopistą ja, i wszyscy, którzy przypadkowo się ze mną zgadzają – nie będziemy się kłócić. W innym wszakże, termin ten jest skrajnie mylący, i kompletnie nieadekwatny. Słowo „utopia” implikuje bowiem nie tylko ogólną trudność w dążeniu do celu, ale i inne cechy, takie na przykład, jakie da się zlokalizować w utopii pana Wellsa. I absolutnie kluczowe jest wyjaśnić raz na zawsze, dlaczego nasza utopia – o ile to faktycznie utopia – nie ma z nimi nic wspólnego.

Istnieje coś takiego jak idealny dystrybucjonizm; choć nikt nie wierzy, że na tym łez padole system dystrybucjonistyczny mógłby kiedyś funkcjonować idealnie. W tym sensie, na pewno istnieje również coś takiego jak idealny komunizm. Nie ma wszakże idealnego kapitalizmu; i nie ma kapitalistycznych ideałów. Jak już zauważyliśmy (choć i tak nie dość często się to zauważa), kiedykolwiek kapitalista staje się idealistą, a tym bardziej – sentymentalistą, zaczyna mówić jak socjalista. Nic tylko „służba publiczna” i „wspólna sprawa całej społeczności”. Wynika stąd zatem, że jeśli ktoś wymyśli sobie mieć utopię, praktycznie zawsze będzie to utopia socjalistyczna, lub około-socjalistyczna. Bogaty finansista dobrze umie godzić się z istnieniem niedoskonałego świata, niezależnie od tego, czy ma także odwagę przyznać, że sam jest jedną z niedoskonałości. Jeśli jednak poprosi się go o wizję doskonałego świata, zawsze ostatecznie dostanie się coś podobnego do pomysłów fabian czy Niezależnej Partii Pracy2. Będzie szukał możliwie jak największych uproszczeń, systematyzacji, jednego, jasnego planu dla wszystkich. Będzie szukał, lecz go nie znajdzie; przynajmniej nie u mnie. Bo jeśli modlę się o ocalenie, to dokładnie przed tą jasnością i jednolitością pragnę być ocalony, i dumny będę, jeśli zdołam ocalić przed nią choćby jednego człowieka. Dokładnie ten porządek i dokładnie tę prostotę w imię Wolności chciałbym zetrzeć w proch.

Nie proponujemy perfekcji; proponujemy proporcję. Chcemy przywrócić proporcję współczesnemu światu; ale proporcja suponuje wielość; i rzadko kiedy da się ją ująć w plan. To tak, jak gdyby ktoś chciał namalować portret żywego człowieka, wszyscy myśleliby zaś, że próbuje narysować geometryczny diagram robota, z mnóstwem kółeczek i antenek. Nie twierdzimy, że w zdrowym społeczeństwie własność ziemska powinna być tylko jednego typu; albo warunki posiadania takie same dla wszystkich posiadaczy; albo relacje polityczne takie same dla wszystkich politykujących. Chodzi tylko o to, że władza centralna potrzebuje innych, mniejszych ośrodków władzy, które by ją równoważyły i ograniczały, te zaś z konieczności muszą być wielorakie: niektóre indywidualne, niektóre komunalne, niektóre oficjalne, inne nieoficjalne, i tak dalej. Niektóre z nich prawdopodobnie będą nadużywać swych przywilejów; uważamy wszakże, że drobna instytucja nadużywająca władzy to perspektywa lepsza, niż trust czy państwo, które w najlepszym wypadku mogą nadużywać wszechmocy.

Dla przykładu, czasami oskarża się mnie o to, jakobym nie wierzył we własną epokę – a nawet (co jeszcze gorsze) wierzył w to, co głosi moja religia. Mówi się, że jestem „średniowieczny”; i niektórzy zdołali nawet wytropić u mnie ukrytą skłonność do faworyzowania Kościoła Katolickiego, którego jestem członkiem. Spróbujmy jednak wyprowadzić stąd pewną paralelę. Gdyby ktokolwiek stwierdził, że największą wadę średniowiecznych królestw czy współczesnych krajów rolniczych stanowiła cicha zgoda na istnienie w społeczeństwie enklaw bolszewizmu, zdziwilibyśmy się prawdopodobnie, gdyby chwilę później wyszło, że chodziło mu o skądinąd głośną zgodę na istnienie klasztorów. Niemniej w pewnym sensie rzeczywiście to prawda, że klasztory są komunistyczne, a wszyscy mnisi to komuniści. Ich życie ekonomiczne i etyczne to w cywilizacji związków familijnych i feudalnych wyjątek od reguły. A jednak, ich uprzywilejowaną pozycję traktowano wtedy raczej jako narzędzie podtrzymania istniejącego ładu. Instytucje tego typu zapewniają komunistycznym ideałom właściwe im miejsce w strukturach państwowych; i mniej więcej to samo powiedzieć można o tzw. „wspólnej ziemi”. Cieszylibyśmy się, gdyby w strukturach naszego państwa odnalazły swe miejsce gildie czy grupy bardziej komunistycznej proweniencji; z radością zarezerwowalibyśmy część gruntów na ziemię wspólną. Twierdzimy po prostu, że nacjonalizacja wszystkich gruntów równa się zrobieniu mnichów ze wszystkich obywateli; i że to na pewno nie jest właściwe miejsce tego ideału. W komunizmie zazwyczaj chodzi nie o to, że niektórzy ludzie są komunistami, ale że wszyscy ludzie są komunistami. Żaden dystrybucjonista nie powiedziałby nigdy, że w dystrybucjonizmie wszyscy muszą być dystrybucjonistami. Żaden dystrybucjonista nie będzie utrzymywał, że kraj rolniczy to kraj samych rolników. Gdy mówimy o krajach rolniczych z przeszłości mamy na myśli wyłącznie charakter ogólny; fakt, że ziemia była w nich rozdystrybuowana generalnie w określonych proporcjach i prawa pisane generalnie w określonym duchu; i że wszystkie inne instytucje stanowiły w wyraźny sposób wyjątki od reguły, niczym strzeliste wieże, wyrastające z mocnej podstawy tego płaskowzgórza równości.

Jeśli to jest niekonsekwentne, nic nie jest konsekwentne; jeśli to niepraktyczne, całe ludzkie życie jest niepraktyczne. Jeśli ktoś chce mieć ogródek kwiatowy, sadzi kwiatki wszędzie gdzie może, ale szczególnie gęsto w tych punktach, w których nadadzą miejscu ogólny charakter ogródka kwiatowego. A jednak, nie chodzi o to, żeby cały ogródek szczelnie pokrył się kwiatami; tylko o to, żeby był ogródkiem kwiatowym. Dobry ogrodnik wie, że róż nie da się zasadzić w kominie, a stokrotki nie będą wystrzelą w górę jak bluszcz po balustradzie; i na pewno nie oczekuje, że na sośnie wyrosną tulipany, a baobab rozkwitnie jak rododendron. Rozumie wszakże doskonale o co mu chodzi, gdy mówi „ogródek kwiatowy”; i wszyscy inni też to rozumieją. Jeśli zachce mu się mieć nie ogródek kwiatowy, a warzywny, postępuje inaczej. A jednak, nawet przez myśl mu nie przemknie, że w ogródku warzywnym powinny być bezwzględnie same warzywa. Nie wykopuje z grządek wszystkich ziemniaków tylko dlatego, że ziemniaki mają kwiaty. Wie jaki jest ogólny cel, który pragnie osiągnąć; ale ponieważ nie cierpi na wrodzony idiotyzm, nie sądzi, że może osiągnąć go wszędzie w takim samym stopniu czy też bez uwzględniania kilku innych rzeczy. Nie wypleni nasturcji z ogródka kwiatowego tylko z tego powodu, że różni dziwni ludzie je jedzą. Nie zakaże sadzić czegoś w ogródku warzywnym tylko dlatego, że nazywa się „kalafior” – „kwiat kapusty”. Tak też i my wcale niekoniecznie zaczęlibyśmy wypleniać z naszego ogródka społecznego wszystkie nowoczesne maszyny, podobnie jak na pewno nie wyplenilibyśmy z niego średniowiecznych klasztorów. I istotnie, to wyjaśnienie najzupełniej wystarczy; bo to po prostu kwestia zdrowego rozumu, który udawało się ludziom zachować dopóty, dopóki mieli swoje ogródki; podobnie jak i jeszcze zdrowszy rozum, który jest wyższy nad ludzi, straciliśmy wraz z innym ogrodem, dawno, dawno temu.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Ang. Looking Backwards; wydana w 1888 roku książka autorstwa amerykańskiego socjalisty, dziennikarza Edwarda Bellamyego (1850-1898), stanowiąca opis socjalistycznej utopii, w jaką Stany Zjednoczone miały zmienić się w roku 2000. Stała się gigantycznej skali bestsellerem.

 

2 Niezależna Partia Pracy – partia założona w 1893 roku wobec powolności reform społecznych. Najbardziej „na lewo” z angielskich ruchów laburzystowskich, nigdy nie popadła w marksizm, głosząc parlamentarną socjaldemokrację i potrzebę dokonania zmian w ramach porządku konstytucyjnego.