Gilbert Keith Chesterton

Wszystko, co myślę (1933)

Rozdział IV – O portreciarstwie kolosalnym

Kiedy po raz pierwszym usłyszałem o projekcie rzeźbienia kolosalnych głów amerykańskich bohaterów w zboczach wiecznotrwałych wzgórz – autorstwa, jak mi się wydaje, amerykańskiego rzeźbiarza, pana Borgluma1 – poczułem raz jeszcze ów przyjemny dreszcz, jaki przechodził mnie w latach młodości przy czytaniu opowieści fantastycznej Wielka kamienna twarz Nataniela Hawthorne’a2. Nie byłoby niczym nienaturalnym, gdyby dwóch amerykańskich artystów z różnych dziedzin niezależnie od siebie wyśniło podobne wizje; ponieważ cała idea nie tylko bierze się z, ale po prostu dosłownie wymaga jako tła, potężnej amerykańskiej przyrody, z jej ogromem prerii i górskich łańcuchów. Każdy, jak mniemam, łatwo wyczuje, że to dla Anglii rzecz zwyczajnie za duża. Dla Anglika czymś poniekąd niepokojącym byłoby zobaczyć podczas powrotu łódką do Dover, że Klif Szekspira przemienił się nagle w samego Szekspira. Mieliśmy przecież znanego portrecistę imieniem Beechy3 – niemniej, żaden z jego portretów nie dorównywał skalą urwisku Beachy Head4. I nawet człowiek najbardziej nieustraszony mógłby się porządnie wystraszyć, ujrzawszy zimną i kamienną twarz Lorda Snowdena5 tak daleko od wygasłego wulkanu. Choć głowy z amerykańskiego eksperymentu należą do polityków, to w większości do takich, którzy odeszli już tam, gdzie zapewne idą wszyscy politycy kiedy ostatecznie przestaną już nękać swoich obywateli, a w każdym razie nakładać na nich podatki. To wszakże nie chroni nas przez kolejną trudnością, nawet w bardziej przestrzennej i przyjaznej atmosferze Ameryki.

To wielkie nieszczęście, że akurat teraz, gdy Ameryka zdecydowała się rzeźbić trwałe pomniki historii, nastąpił pewien spadek trwałości teorii historycznych. Ameryka jest, co do kultury, dużo mocniejsza obecnie niż jakiekolwiek inne państwo świata w pewnym typie architektury i rzeźby architektonicznej, przywodzącym na myśl coś z gładkich i gwieździstych wysokości Egiptu i Asyrii. Niemniej, ideały uśpione w tych starożytnych formach są albo martwe, albo niezniszczalne. W historii współczesnej wszakże, w tym samym momencie jeden człowiek stara się „odkłamać” postać Waszyngtona w książce, a drugi – przerobić całą górę na jego głowę. Co robi nasz „odkłamywacz” w takiej sytuacji? Czy kupuje inną górę; i rzeźbi w niej alternatywny, mniej przyjemny portret Waszyngtona? Czy dowiedzie, że ten wielki człowiek istotnie był mały, ukazując jego małość w gigantycznej skali? Istnieje bardzo piękna, rzeźbiona głowa Ramzesa III, faraona z Księgi Wyjścia. Niemniej, nie pozostała nam po nim kolosalna karykatura, której autorem byłby – Mojżesz.

To jest właśnie cały problem ze światem współczesnym. Możemy znacznie skuteczniej utrwalać nasze opinie. Ale samym opiniom radykalnie brak trwałości. Pod każdym możliwym względem dobrze radzimy sobie z konkretem; ale niezwykle mizernie z abstrakcją. To wszakże sprawa większa od największej statuy – i nie możemy jej tutaj konkluzywnie rozstrzygnąć. Osobiście, czasami myślę, że publiczne pomniki powinny być zbyt duże, by dało się je zobaczyć. Mam taki koncept: powinna powstać nowa gałąź sztuki, zajmująca się układaniem na wielkich połaciach ziemi barwnych obrazów z torfu czy gliny, które dałoby się zobaczyć wyłącznie z wieżowców czy latających statków. Zamiast wysyłać pilotów by oszpecali niebo gigantycznymi reklamami, które wszyscy – czy chcą czy nie chcą – muszą oglądać, zapełnijmy ziemię gigantycznymi postaciami widocznymi wyłącznie dla pilotów. Wtedy każdy, komu zachciałoby się zostać estetą i rozmawiać o sztuce, mógłby zapłacić po prostu ustaloną cenę, wzbić się na dużą i poniekąd niepokojącą wysokość, i podziwiać ekskluzywną, przygotowaną specjalnie dla niego galerię portretów, rozciągającą się po górach i dolinach, a nawet hrabstwach i prowincjach. Bo schować coś można nie tylko owo coś pomniejszając, ale i powiększając. Dotąd zakładano, że rozmiar i rozmach to cechy rzeczy pionowych i solidnych; dzieł architektury, i być może rzeźby; i że płaskie obrazy należały do sfery spraw mniejszych, w niektórych wypadkach mieszczących się w ilustrowanych mszałach czy zbiorach miniaturek. Dzięki niepoważnemu eksperymentowi, który tutaj sugeruję, udałoby się nam stworzyć obrazy bardziej kolosalne niż najbardziej kolosalne budowle. Przyznaję nawet, że mam do tej fantazji niejaką słabość; jest coś delikatnie nęcącego dla wyobraźni w wizji całej ziemi uporządkowanej w wizerunki Tytanów, jej olbrzymich i zapomnianych dzieci; albo surowych kolorów ziemskiej geologii i większych form ziemskiej wegetacji, związanych w jedność jakiejś ludzkiej postaci bądź oblicza. Nie byłoby przesadnie rozsądne, rzecz jasna, zakładać, że strefy geologiczne to proste plamy, jak krainy na mapie; nie wiem, czy Park Yellowstone naprawdę jest żółty, albo czy Czarny Las6 naprawdę czarny; i pomimo mój prosty i romantyczny umysł, zdaję sobie sprawę, że Morze Czerwone nie jest czerwone. Niemniej, czerwień, brąz i fiolet pustyni za Morzem Czerwonym to doskonały materiał dla pewnego stylu sztuki portretowej; wspaniałą paleta, choć pewnie niezbyt popularna. Tylko że, jak powiedziałem, nowy esteta musiałby być awiatorem – i samo to prawdopodobnie wydatnie zmniejszyłoby liczbę estetów. Tak też, i mimo wszystko, zrobiłbym się jednak reformatorem. Skoro te gigantyczne portrety byłyby, ogólnie mówiąc, niewidzialne, wydaje mi się, że w sumie nieważne, kogo by uwieczniały. Niemniej, stosownie do generalnego prawidła przyzwoitości, wydaje mi się także, że powinny uwieczniać tych ludzi, którzy rzeczywiście rozsławili swoje imiona aż po krańce ziemi; postaci ogromnego znaczenia narodowego i międzynarodowego. A jednocześnie większość z nas ani by ich nie widziała, ani nie musiała się nimi przejmować. Pędzilibyśmy szczęśliwy i niewinny w borach bokobrodów Abrahama Lincolna, albo w jakiejś miłej, cienistej krainie niedaleko brwi Karola Foxa – i nikt by nas nie męczył o sztukę i tym podobne bzdury.

To dobry, szeroki projekt, znacznie sensowniejszy od większości szerokich projektów, jakie znam. Tak bowiem, jak się wydaje, powinien przedstawiać się logiczny koniec pogoni za rozmiarem jako takim, będącej znakiem naszych czasów; a także narkotykiem wielu najwspanialszych współczesnych umysłów, na przykład pana Wellsa. Końcem procesu ekspansji jest pustka; i zawrotności owe po prostu znikną – staną się nieobecne dla ograniczonych zmysłów i zamysłów człowieka. Taka jest właśnie ostatni etap rozwoju wieżowca; i „wieżowiec” wydaje się w tym wypadku terminem zadziwiająco odpowiednim w swej paradoksalności. Bo budowle staną się tak wielkie, że z definicji nie będziemy widzieć ich wież; reklamy na ich dachach tak potężne, że przestaniemy rozróżniać litery; i oto znajdziemy się nagle, dokładnie jak bohaterowie mojej paraboli o portretowej ziemi, zbyt blisko rzeczy zbyt ogromnych. Nie twierdzę, że taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny; głównie dlatego, że twierdzę również, iż na długo, zanim będzie się go dało zrealizować, ludziom zacznie podobać się coś zupełnie innego; być może rzeczy kompletnie mikroskopijne. Budowniczowie wielkich domów, i malarze wielkich bilbordów nie mają do zaproponowania żadnego planu poza tym, by wszystko stawało się coraz większe i większe – dlatego też logicznie zmierza to do jednego zakończenia: że wszystko stanie się za duże, by się tym przejmować.

Jest jeszcze jeden sens, w którym parabola niniejsza to zwyczajnie prosta prawda; i, istotnie, praktyczny problem. Nasze relacje ze współczesnymi, politycznymi schematami i systemami, z instytucjami, które nami rządzą i zespołem międzynarodowych wpływów, w których znajdują przedłużenie, bardzo przypominają relacje, jakie miałby ze swoim otoczeniem pigmej w krainie olbrzymów. Kompletnie utraciliśmy kontrolę nad pewnymi rzeczami – w znacznej mierze dokładnie ze względu na to, że nie jesteśmy w stanie ich już nadzorować; to znaczy: stanąć nad nimi, zobaczyć jako całość. Dotykające nas katastrofy ekonomicznie biorą się w dużym stopniu z faktu, że ekonomiczne przedsięwzięcia stały się zbyt ogromne nawet dla przedsiębiorców. Jesteśmy rozrzuceni bez ładu i składu, maleńkie pinezki powbijane w wielką mapę polityki – czy może raczej strategii – finansowej; to plan czy dokument zbyt obszerny i skomplikowany, aby mogła sobie z nim poradzić jakakolwiek opinia publiczna – tak też pinezki nie mogą już ruszać główkami. I jeśli jest ktokolwiek, kto umie to zrozumieć, osób takich jest znacznie mniej, niż miłośników awiacji, gotowych wzlecieć tak wysoko, jak tylko trzeba, by ogarnąć wzrokiem całą ziemię.

Tłm. Maciej Wąs

1 Jan Gutzon Borglum (1867-1941) – amerykański rzeźbiarz, istotnie: twórca słynnych rzeźb Góry Rushmore.

2 Nataniel Hawthorne (1804-64) – amerykański pisarz romantyczny, autor powieści, najbardziej znany ze Szkarłatnej litery. Interesował się ciemną stroną ludzkiej natury i życia, co zaowocowało pisarstwem gotyckim, prekursorskim wobec fantastyki współczesnej.

3 William Beechy (1753-1839) – angielski portrecista, w szczytowym okresie kariery pełniący funkcję nadwornego portrecisty Jerzego III.

4 Słynne kredowe urwisko klifowe w East Sussex w Anglii.

5 Prawdopodobnie Filip Snowden (1864-1937) – angielski polityk labourzystowski, kanclerz skarbu u Ramsaya Macdonalda (sprawa omawiana w jednym ze szkiców Za i przeciw). Słowa o wygasłym wulkanie to zapewne aluzja do faktu, że Partia Pracy, mimo iż doszła do władzy jako siła rewolucyjna, zapowiadająca totalną zmianę społeczno-gospodarczą, szybko dogadała się z establishmentem i wielkimi wysiłkami utrzymała w Anglii industrializm, czego GKC, jako piewca rewolucji (nawet w wymiarze metafizycznym) nigdy nie mógł jej wybaczyć.

6 W Colorado.