Gilbert Keith Chesterton

Wszystko, co myślę (1933)

Rozdział II – O standaryzacji Stevensona

Obecne pokolenie, które często oskarża się o przesadną frywolność, mnie osobiście bardzo często uderza przesadną powagą. I kultura jego, pod pewnym względem wydająca się balansować na granicy anarchii, pod innym względem ma osobliwą słabość do autorytetu. Mówię „słabość” – ponieważ chodzi nie tyle o odwoływanie się do autorytetu, ale do autorytetów. Od długiego czasu fakt ów objawia się ze skandalem bądź śmiechem przy okazji każdej naukowej czy socjologicznej dyskusji. Jeżeli zdarzy mi się raz powołać na najbardziej podstawowy zdrowy rozsądek, na przykład: stwierdzić, że jeśli przypadkowo znajdę w Tooting ząb, to raczej nie mam podstaw, aby nazwać go „Człowiekiem z Tooting” czy twierdzić, że udało mi się takowego „zrekonstruować”, ponad wszelką wątpliwość usłyszę w odpowiedzi, że Człowieka z Tooting zrekonstruował nie kto inny, jak sam doktor Pidge. Jeżeli powiem (używając mojego biednego, ludzkiego rozumku), że wyjaśnianie istnienia umysłu twierdzeniem, że to tylko pewna forma materii nic nie znaczy i przypomina wyjaśnianie istnienia oczu przez odwołanie do okularów, z całą pewnością szybko zostanę poinformowany, że powinienem nie zważać na mój biedny, ludzki rozumek i po prostu uznać podobne tajemnice ze względu na autorytet profesora Chrząkały, autorytetu którego autorytet to prawdopodobnie autorytet większy nawet od wszystkich innych autorytetów. Lecz choć przyzwyczailiśmy się już do tego starego dowcipu na polu nauki i filozofii, mogę tylko smucić się wielce, gdy widzę, że coraz częściej pojawia się on na bardziej miękkich, ale i bardziej kwiecistych polach literackiej i artystycznej krytyki. Niewątpliwie, w zamierzchłej przeszłości zdarzył się już taki okres, w którym zdecydowanie zbyt dużo wagi przywiązywano w krytyce literackiej do autorytetu i autorytetów. Niemniej, jeden czy dwóch współczesnych krytyków, jak się zdaje, wróciło do tego błędu, z drobną wszakże modyfikacją, która sprawia, że jest on jeszcze bardziej błędny. Jeśli stary krytyk odwoływał się do autorów starych i zapomnianych, nowy krytyk odwołuje się do autorów młodych i traktowanych po macoszemu. Mnie wszakże w dokładnie równym stopniu obchodzą antyki znane wyłącznie uczonym, jak i nowinki znane wyłącznie „kulturalnym”. Wolałbym już przyjąć autorytet Arystotelesa, nawet teraz, gdy wiadomo, że nie cieszy się on zbytnią popularnością wśród ciemniaków, niż autorytet pana Nibbskyego, który byłby wśród nich równie niepopularny, tylko że nikt go nie zna.

Posmak tego ducha napotkałem nawet w wypadku krytyków lepiej znanych, niż pan Nibbsky – a nawet bardziej godnych poznania. Jego relatywnie niewielki i niewinny przejaw dało się zlokalizować choćby w wypadku artykułu krytycznego, jaki napisał o książce pana Sidneya Darka1 pan Jakub Agate2 – a obydwaj ci pisarze na różne sposoby przysporzyli mi wiele radości w wielu różnorakich momentach życia. Rzeczona książka zaś, dotyczyła Stevensona, co było dla mojej radości tym bardziej korzystne. Lecz, ponieważ czytałem wyłącznie krytykę pana Agate’a, a książki pana Darka już nie, nie roszczę sobie prawa do osądzenia ogólnie, co jest lepsze. Po prostu wydaje mi się nieco zabawne, że rzeczony krytyk potrafił z taką grobową powagą uczynić zarzut z faktu, że pan Dark nie oparł swej książki z należyta czcią i pobożnością na książce pana Swinnertona3. Dla tego krytyka, pan Swinnerton to najwyraźniej jedyny słuszny autorytet w sprawie pisarstwa Stevensona, i jego święte imię powinno się przywoływać, niczym imię muzy czy bożka natchnienia poetyckiego, na początku każdego literackiego przedsięwzięcia związanego z tym tematem. Osobiście mam wrażenie, że bałwochwalczy kult Autorytetu przybiera tutaj formy nieco ekstrawaganckie. Pan Swinnerton to znakomity pisarz, i niewątpliwie jego książka o Stevensonie również jest znakomita. Niemniej, chciałbym z całą pokorą zasugerować, że człowieka piszącego o Stevensonie powinno się sądzić po jego stosunku do Stevensona, a nie Swinnertona. Niemniej, krytyk nasz z pełną powagą rozprawia o „pre-Swinertonniańskim” okresie krytyki Stevensonowskiej twórczości. Co wydaje się zresztą wyrazem wyolbrzymiania poniekąd roli samego Stevensona – o Swinnertonie nawet nie wspominając. Ludzie mogą zasadnie wpadać w lekko mistyczny nastrój, gdy mówią o rzeczach preadamickich, a nawet prerafaelickich; nie sądzę jednak, aby choć jeden z naszych malutkich podręczników do gustu i literatury będzie kiedyś stawiany na równi z renesansem – nie wspominając o Stworzeniu.

Tworzeniu książek o Stevensonie nie ma końca; jak zauważył biedny Cranmer: „To ona jest przestępcą; ta niegodna dłoń”4. Wątpię jednak, czy obowiązkiem moralnym pana Darka było przeczytać je wszystkie zanim ośmielił się napisać własną. To coś takiego, jakby uważać, że malarz jest impertynentem, jeśli zdecyduje się namalować sosnę, nie przestudiowawszy uprzednio wszystkich sosen, jakie tylko da się znaleźć w malarstwie światowym. Jak by nie patrzeć, to, czego chcemy, to bezpośrednie i indywidualne wrażenia odnośnie prostych przedmiotów, czy to sosen, czy poetów, a nie niekończącego się łańcucha krytyków, uczących się od innych krytyków, jak konstruować krytykę. Z niektórymi elementami krytyki pana Agate’a, czy to dotyczących samej książki, czy przedmiotu tej książki, zgadzam się w całej rozciągłości. Nigdy, na przykład, nie pomyślałbym nawet o związaniu mojego jak najbardziej rzeczywistego podziwu dla Stevensona z lekkimi, i, istotnie, raczej cieniutkimi, esejami o relacjach międzypłciowych ze zbioru pod tytułem Virginibus Puerisque. Uważam je za przykłady owych wczesnych ćwiczeń w eleganckiej prozie, w których maniera znaczyła więcej niż materia, i do których sam Stevenson przyznawał się z humorem w późniejszych latach. Należą one do tego, co nazywa się okresem „pilnej małpy”5 – jest to zresztą wyrażenie, które jeszcze pilniejsze małpy prasowe cytują raz za razem z nieustającą pilnością odkąd tylko zostało ukute. Niemniej, Stevenson nie był „pilną małpą” – nie w większym stopniu, niż Dickens Bozem6, a Lord Byron – autorem świetnego wiersza pt. „Łza”.

Jak by nie spojrzeć, Stevenson zmarł mniej więcej w tym momencie życia, w którym Dickens dopiero co skończył Dawida Copperfielda i nie zdążył jeszcze nawet poważyć się na tak nowe dla siebie eskapady jak Ciężkie czasy czy Wielkie nadzieje; w wieku, w którym całe mnóstwo wielkich ludzi miało swoją najlepszą i najdojrzalszą robotę dopiero przed sobą. I zanim zmarł, zaczął Stevenson pisać już zresztą coś, co z całą pewnością stanowiło sporo lepszą i dojrzalszą robotę – i pod wieloma względami nową eskapadę. Fragmenty książki Weir z Hermiston przypominają fragmenty jakiegoś boskiego kolosa, rozrzucone bezładnie po pustyni – szczególnie jeśli porównać je z tym mnóstwem smukłych statuetek z kości słoniowej, które wyrzeźbił wcześniej. A jednak, błędem byłoby nawet skojarzyć wcześniejsze dzieła Stevensona z czymś takim jak statuetka z kości słoniowej. Pan Huish ze swoja buteleczką witriolu z powieści Odpływ i przypływ7, jako statuetka sprawdziłby się na przykład poniekąd mizernie. Wspomniany wyżej krytyk popełnia ten błąd, jak sądzę, gdy mówi, że Stevenson „zamienia wszystko w wdzięk i lubość”. To niezbyt szczęśliwy cytat – bo zaczerpnięty ze sceny makabrycznej tragedii; gdy królowa wypowiada tę frazę, łamie jej się głos, a Ofelia błąka się w szaleństwie między perspektywą, że jej kochanek zamordował jej ojca, a wzbierającą w niej pokusą samobójstwa8. Wiele ze Stevensonowskich błahostek to rzeczy równie tragiczne. Wiele z jego wdzięcznych cytatów podkreśla tylko brzydotę sytuacji. Znaczna ich część zaś – wcale nie jest wdzięczna. Trudno mi sobie wyobrazić, by jakikolwiek krytyk z pośpiechem zagłębiał się w tnące zimnym deszczem fragmenty Odpływu i przypływu z dziecinnego pragnienia pooglądania ładnych obrazków; albo że nawet pan Agate czytając zawarty w Weirze z Hermison słynny opis głupka, któremu założono pętlę na szyję i „gnano ku szubienicy wśród okrzyków szyderstwa”, czułby się jak dziecko, które wymachuje nogami i woła: „Jakie to ładne! Jakie to ładne!”. W moim własnym odczuciu, fragmenty tego typu ujawniają przesadne nieco ciągoty do brutalności, wynikające, jak sądzę, z tego, że ich autor wychował się w kalwinistycznym pesymizmie.

Tym, co Stevenson naprawdę miał, a czego jego krytycy bardzo często nie mają – i co mylą często w związku z tym ze zwykłą finezją stylu – była pewna szczególna przenikliwość i zdolność skupienia. Nie zajmowała go wyłącznie przyjemna postać różnych rzeczy – czy chodziłoby tu o postaci językowe, czy postaci z opowieści. Przeciwnie – częściej zajmował się postaciami nieprzyjemnymi, i z całą pewnością najbardziej mu się one podobały. Wszystkie postaci jednak, to właśnie postaci – a nie tylko obecności czy wpływy. Pan Huish to chodząca deformacja – ale również pewna określona forma. Może i nie jest to najwspanialsze osiągnięcie sztuki literackiej – ale na pewno nie polega na zmienianiu wszystkiego we wdzięk i lubość. Tylko w piękno – nawet owo piękno straszliwe, które bierze się z harmonii między różnymi odmianami szpetoty. To zaś, z całą pewnością, nie jest tak znów odległe od podstawowych zadań sztuki.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

1 Sidney Dark (1874-1947) – angielski pisarz, dziennikarz i krytyk literacki. Wielki przeciwnik totalitaryzmu.

2 Jakub Evershed Agate (1877-1947) – angielski pisarz i krytyk teatralny, postać wpływowa.

3 Frank Artur Swinnerton (1884-1982) – angielski pisarz, eseista, biograf, autor powieści. Pracę krytyczną o Stevensonie napisał w roku 1914.

4 Wyrażenie, które miał wypowiedzieć Tomasz Cranmer płonąc na stosie.

5 Wyrażenie samego Stevensona.

6 Aluzja do wczesnych esejów Dickensa pt Sketches by Boz. Chesterton nie miał o nich najlepszego zdania.

7 Krótka powieść Stevensona z 1894 roku.

8 Aluzja do Hamleta. Cytat w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego naturalnie.