G.K. Chesterton

O tolerancji względem innych religii

Illustrated London News,  31 maja 1913

Gdy byłem chłopcem, to znaczy w czasach, które opisać mogę wyłącznie jako epokę Steada [William Stead, 1849-1912, angielski pisarz, dziennikarz, autor science fiction, spirytysta i pacyfista, zginął na Titanicu] istniała chwilę pewna interesująca instytucja, znana jako „Parlament Religii”. Miała ona wszystkie zwyczajne wady parlamentów. Cechowało ją naiwne nowinkarstwo, głuche poczucie godności, absolutna izolacja i oderwanie od życia społecznego – wszystko, słowem, z czym tak często wiąże się praca ciał reprezentacji. Parlamentarzysta to ten typ człowieka, który z konieczności myśli więcej o tych, z którymi się spiera, niż o tym o co i w czyim imieniu. Klub jest ważniejszy niż okręg wyborczy. W polityce można uchwycić tę prawidłowość dosłownie wszędzie; każdy wie, że w parlamentach tylne ławy wołają: „Naprzód!”, przednie zaś: „Do odwrotu!”. Tylne walczą, a przednie idą na układy.

I tak też to wszystko, tak boleśnie prawdziwe w wypadku parlamentów politycznych, przynajmniej w pewnym stopniu sprawdzało się także w wypadku biednego parlamentu religii. Każdy z zasiadających w nim był niezmiernie kulturalnym reprezentantem dalekiego okręgu. Jeżeli zaś trudno sprawić, by polityk reprezentował w Londynie Surrey, czy nawet Surbiton [wtedy Surbiton nie był dzielnicą Londynu], to tym trudniej chyba – równiny Azji Centralnej, czy najdalsze wyspy Japonii. W związku z czym, jak powiadam, parlament religii wydawał się niemal równie bezużyteczny, jak parlament Westminsteru.

Ludzie nie przychodzili tam bowiem gadać o religii. Tylko, że tak to ujmę, po prostu sobie po-gadać. Na zebraniach każdy musiał być jedwabisty w mowie i czynie – podobnie jak na niektórych wieczorkach towarzyskich każdy musi nosić jedwabny kapelusz. Na obradach parlamentu w Westminsterze nie wypada bić się parasolami po kapeluszach. W parlamencie religii nie wypadało bić się po głowach. A jednak jedynym właściwym celem filozofii i teologii jest dokładnie to – solidnie uderzyć kogoś w głowę. Wobec sytuacji myśli współczesnej, to raczej komplement. Obecnie bowiem, nawet jeśli spotka się w życiu tłumy filozofów, istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że nie znajdzie się wśród nich choćby jednej głowy, którą można by bić.

A jednak pewnego dnia zdarzyło mi się przeczytać małą książeczkę autorstwa człowieka, który naprawdę bronił jednej z wielkich filozofii tej ziemi, a nie tylko starał się ją usprawiedliwiać. Mówiła o Zaratustrze, wielkim perskim mistyku, który założył wyznanie parsów [ściślej to zaratusztrianie hinduscy]. Wydał ją pan N.Dent [Joseph Malaby, 1849-1926, słynny wydawca i ekscentryk], nazwisko autora zaś, które znajdujemy na stronie tytułowej, brzmi Ardaser Scrabjee N. Wadia. I nie mam bynajmniej zamiaru stroić sobie z tego inteligentnego pisarza żartów, gdy mówię, że nie wiem, które z tych słów o imię, które nazwisko, a które tytuł polityczny lub religijny. Pragnę tylko zaznaczyć własną ignorancję odnośnie do sprawy – a także spraw takich jak Persja i parsowie. Dla mnie „Wadia” równie dobrze może odpowiadać naszemu „księciu”. „N.” to może być jego numer telefonu. Nie wiem nic o jego narodzie; cywilizacji; o nim samym. Wiem coś wszakże o jego religii. Pięć godzin temu jeszcze tego nie wiedziałem – i wszystko, co wiem, zawdzięczam jemu. Książka, którą napisał, to jedno z niewielu dzieł religijnych, o których można to powiedzieć.

Ogólnie mówiąc, problem nie polega na byciu tolerancyjnym względem innych religii. Prędzej względem naszej własnej. Czy raczej, by wyrazić się bardziej ściśle: na sprawieniu, by nasza religia była tolerancyjna względem nas. W porównawczej skali, niewielu ludzi naprawdę religijnych to także ludzie nietolerancyjni. Ale ogromna ich rzesza jest po prostu nietolerowalna. I nie chodzi mi bynajmniej o tak zwanych „bigotów”, o nie; raczej dokładnie wręcz przeciwnie. Naprawdę irytuje nas nie ktoś, kto nie rozumie naszej wiary – ale kto nie wierzy nawet w swoją własną. Otóż autor omawianej tu książki wierzy w swoją własną. Jego filozofia w niczym nie przypomina mojej; wydaje mi się ona wszakże w stosunku do niej jedną z dwóch lub trzech inteligentnych alternatyw. Ogólnie, być może zbyt ogólnie, określić ją można mianem dualizmu: teorii, wedle której dobro i zło, w pewnym sensie przynajmniej, pozostają w doskonałej równowadze: i że, w pewnym sensie przynajmniej, równowaga ta stanowi przyczynę wszechświata. Kosmos, by tak rzec, to dwa skrzyżowane miecze. Życie i śmierć zmagają się ze sobą na wieki; i, jak powtarzam: w pewnym sensie przynajmniej, wynik tej walki pozostaje na wieki wątpliwy. Ja zaś w geście stalowej samokontroli stawiam niniejszym heroiczny opór nieodpartej pokusie ułożenia tutaj kalamburu o dualistach i duelistach.

Autor pisze jak człowiek, który naprawdę wierzy w ideę; bo idee są najbardziej oryginalne wtedy, gdy pochodzą ze starych źródeł religijnych. To nie paradoks, tylko prosty fakt, wynikający z ludzkiej natury. Nasze idee są znacznie bardziej nasze, gdy czerpiemy je z wiary ojców, niż z książek – podobnie jak kapusta, którą zbieramy z rodzinnego pola jest znacznie bardziej nasza niż ta, którą kupujemy w sklepie. I jest coś przekonującego nawet w owej dziwnej prostocie tego tekstu, którą tak często cechują się ludzie piszący w obcych językach, jak na przykład gdy czytamy w nim o „naszym czcigodnym mistrzu RUSKINIE, którego kocham i szanuję tak bardzo, że często nieświadomie zapożyczam jego terminy, frazy, całe akapity nawet, zupełnie jak gdyby były one moje własne”. Osobiście czuję, że stąpamy po cienkim lodzie; i nie wiem, czy uwolnię autora od zarzutu naśladownictwa czy też przeciwnie – narażę go na zarzut, że jest naśladowcą niewydarzonym, gdy powiem, że nie wydaje mi się, by w jego prozie dało się znaleźć jakikolwiek większy fragment z Ruskina. Da się w niej wszakże znaleźć spore fragmenty na tematy znacznie bardziej dla współczesnego angielskiego czytelnika nowe i interesujące; na przykład na temat prawdziwych ideałów prawdziwego i inteligentnego zaratusztrianina.

Zasadą fundamentalną wiary Zaratustry wydaje się teza, że pojęcie kolca zawiera się w pojęciu róży. Czy też, by ująć to poprawniej, że życie ludzkie to szachownica – bo szachy to gra królewska, wielka gra intelektu. I aby dało się w nią grać, nie tylko istnieć musi na świecie i czerń, i biel, ale istnieć muszą one w doskonale równych proporcjach. Muszą rozkładać się według wzoru – i to wzoru bardzo ścisłego.

Temu poglądowi na naturę życia odpowiadam tyle, że szachownica to dokładnie ledwie pewien wzór, przez co nie może stać się wizją. Malujący w czerni i bieli zawsze traktuje jeden z tych kolorów wyłącznie w charakterze tła. Malarstwo czarno-białe może istnieć i faktycznie istnieje; uprawiają je ilustratorzy gazetowi, albo chłopcy w wieku szkolnym, szkicujący na tablicy majestatyczny kontur nosa pana dyrektora. Lecz gazetowy ilustrator wie bardzo dobrze, że biel kartki to warunek rysunku piórkiem. Nieznośny urwis rozumie, że kreda jest biała, lecz tablica czarna. Tak i my, jako chrześcijanie, powinniśmy wierzyć, że świat jest biały w czarne kropki, a nie czarny w białe. I ja przynajmniej zawsze wierzyć będę, że to dobro, które i dziś w nim znajdujemy, jest tutaj zamysłem pierwotnym. A także – zawsze pamiętać, że szachy wymyślono w Persji.

 

Tłm. Maciej Wąs