Gilbert Keith Chesterton

Obrona prohibicji

Ze zbioru Sidelights (1932)

Po skrupulatnym zbadaniu skutków prohibicji amerykańskiej, doszedłem do wniosku, że jedną z najlepszych rzeczy, jakie może zrobić rząd, jest zakazać wszystkiego.

Że historia Mefistofelesa, kusiciela Fausta, w rzeczywistości stanowi alegorię prohibicji amerykańskiej, to fakt potwierdzony przez wszystkich poważnych uczonych, których autorytet waży nieco we współczesnym świecie. Zachwycający się Mefistofelesowskim sarkazmem krytycy wielokrotnie określali ten typ humoru mianem „suchego” – obecnie nie da się zaś oddzielić tego terminu od jego treści politycznej. Złożona przez diabła obietnica zastąpienia starego Fausta Faustem nowym i pełnym młodzieńczej energii, w oczywisty sposób stanowi aluzję do obietnicy stworzenia nowego i świeżego pokolenia amerykańskiej młodzieży, wolnego od zgubnego wpływu alkoholu, którą składali swego czasu prohibicjoniści. Alegoria niniejsza jest zupełnie czytelna nie tylko w wypadku tych rzeczy, które prohibicja obiecywała, ale również tych, które rzeczywiście zrobiła. Na przykład, jedną z rzeczy, które (o ile dobrze pamiętam) Mefistofeles rzeczywiście zrobił, stanowiło wywiercenie kilku dziur w drewnianym stole i wyprowadzenie z martwego drewna jakiegoś piekielnego napoju własnego przepisu, okraszone komentarzem, który brzmiał mniej więcej tak:

Winogrona rodzi winna macica,

rogi na łbie ma kozica,

krzewy drzewieją, wino się słodzi,

drewniany stół też wino rodzi.1

Czy dałoby się pomyśleć bardziej oczywistą i przekonującą aluzję do wszystkich nadużyć, jakich przyczynę stanowi spirytus drzewny? Każdemu krytykowi, który starałby się uniknąć tej miażdżącej konkluzji, jak gdyby była ona tylko zbiegiem okoliczności, musi istotnie brakować owej żelaznej logiki, która stała się przyczyną tak wielkiej stabilności i konsekwencji szkole historycznej krytyki biblijnej. Kiedy bies ów określa sam siebie mianem „ducha, który wciąż zaprzecza”, oczywiste jest, że powinniśmy rozumieć pod tym sformułowaniem ducha, którzy wciąż zaprzecza, aby miał prawo istnieć na świecie jakiś inny spiritus. Osobiście jednak uważam, że, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności zarówno życia, jak i literatury, rozstrzygające znaczenie ma w tym wypadku fakt, że określa on siebie mianem „tego, który zawsze pragnie zła, a zawsze czyni dobro”.

Że prohibicja i prohibicjoniści pragnęli zła, to coś, o czym żaden chrześcijanin lub prawy człowiek nie może ani przez moment wątpić. Że prohibicja i prohibicjoniści w ostatecznym rozrachunku czynią dobro, to już kwestia, przynajmniej chwilowo, bardziej kontrowersyjna. A jednak, pod jednym przynajmniej względem prohibicja zdążyła już przynieść nieco dobrego; i może przynieść jeszcze znacznie więcej dobrego. Spirytus drzewny nie stanowi tutaj najszczęśliwszego przykładu; i żaden roztropny winiarz nie będzie spodziewał się najszlachetniejszego bukietu po trunku wyprowadzanym przez diabła ze stołu w jadalni. Niemniej, istnieje w Ameryce bardzo wielu ludzi, którzy naprawdę wytwarzają napoje alkoholowe podobnie domowym sposobem; napoje nie ze stołów w jadalniach, ale na stoły w jadalniach. W żadnym wypadku nie jest prawdą, że każdy pędzony w domu alkohol to trucizna. Obecność diabła zaznacza się wystarczająco wyraźnie w przygotowanym przez amerykański rząd, przyjemnym projekcie zatrucia każdego pozostającego w granicach jego jurysdykcji alkoholu – tak, aby każdy, kto się go napije, szybciutko został zamordowany; lecz morderstwo stało się już praktycznie normalną rządową metodą wymuszania na lokalnych społecznościach abstynenckich gustów w sprawie jadła i napitku.

Prywatne trunki wszakże, różnią się od siebie zasadniczo w zależności od wypadku; mnóstwo z nich to rzeczy zupełnie nieszkodliwe, niektóre zaś – doprawdy znakomite. Znam pewien amerykański uniwersytet, na którym praktycznie wszyscy profesorowie warzą własne piwo; niektórzy z nich eksperymentują nawet z dwoma czy trzema rodzajami naraz. Ale szczególnie zachwycające jest to: że wraz z owym powszechnym odrodzeniem starej ludzkiej tradycji browarnictwa domowego, wróciło także wiele z owej starej ludzkiej atmosfery, która jej niegdyś towarzyszyła. Profesor wyższej metafizyki będzie szczycił się swoim mocnym piwem; profesor niższej matematyki (znanej także pod nazwą: finanse i rachunkowość), będzie utrzymywał, że w jego łagodniejszej odmianie jest jednak coś bardziej subtelnego; profesor teologii moralnej (którego piwo jest zapewne najmocniejsze ze wszystkich) będzie częstował pod stołem pozostałych profesorów, zapewniając ich gorąco, że to nikomu jeszcze nie zaszkodziło. W tym sensie, prohibicja naprawdę przyniosła pewne dobro, pomimo tego, że zajadle i złośliwie pragnęła zła. A dobrem owym, jest właśnie to: odnowa zasadnej chluby i chwały twórczego rzemiosła domowego.

Skoro tak to wygląda, wydaje się, że niektórzy z naszych bardziej zagorzałych zwolenników mogą zacząć skłaniać się ku legislacji mocnej, prostej i bardziej ogólnej. Niech kongres albo parlamentu uchwali prawo zakazujące korzystania nie tylko z wyrobów fermentowanych, ale praktycznie wszystkich innych rzeczy. Niech rząd zdelegalizuje wełnę, wołowinę, worki, kapelusze i płaszcze; niech powstanie prawo wymierzone we wszystkich pobłażających sobie w używaniu kredy, sera, skóry, płótna, zegarków, zabawek, opowieści, obrazów i gazet. Wtedy, jak można wnosić na podstawie poważnej analogi socjologicznej, wszystkie rodziny ludzkości zaczną z werwą wytwarzać te rzeczy na własną rękę; i świat naprawdę odzyska swą młodość.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

1 Fragment w tłumaczeniu Emila Zegadłowicza.