Gilbert Keith Chesterton

„Paradoks Partii Pracy”

ze zbioru Irlandzkie impresje (1919)

Pierwszym ogólnym, a także wizualnym, wrażeniem, jakie wywarła na mnie Zielona Wyspa, było to, że nie jest ona wcale zielona, tylko brązowa; zdecydowanie brązowa, w odcieniu khaki. Obserwacja niniejsza zalicza się do kategorii tych, których nie można pomylić z oczekiwaniami; nieduża sprawa, którą się widzi, ale której nie da się przewidzieć na bazie werbalnych obrazów zaczerpniętych z gazet i książek. Wiedziałem, rzecz jasna, że mamy w Dublinie garnizon, nie miałem jednak pojęcia, że na całej powierzchni tego miasta stanowi to taką oczywistość. Nie miałem pojęcia, że uznano za konieczność okupację Irlandii przy użyciu tak ogromnej siły lub z wykorzystaniem tak ogromnego pokazu siły. I pierwsza myśl, która przemknęła mi wtedy przez głowę, znalazła wyraz w jednym zdaniu: „Jak bardzo przydaliby się ci ludzie nad kanałem Saint-Quentin”1.

Udałem się bowiem do Dublina pod koniec roku 1918, niedługo po upływie tamtych strasznych dni, które doprowadziły do końca wojny, wydawały się wszakże bardziej końcem świata. Szyki naszych wojsk, będących ostatnią kolumną rycerstwa w historii, wciąż jeszcze trwały w naszej wyobraźni, jakby zawieszone nad otchłanią grozy; świeże było jeszcze wspomnienie owego dnia, w którym nasze imię, wielkość i chwała wydawały się zgniecione przez zagładę z północy. Nie można winić Irlandii za to, że nigdy nie dowiedziała się, jak szlachetnie znosiła Anglia godzinę swej klęski; lub jakie, przerastające wszelkie imperium udręki znosiliśmy wtedy, gdy – spowici gęstym obłokiem mroku – prawie że czuliśmy, jak jej starożytne fundamenty chwieją się w morskich głębinach. Ale ja – jako Anglik przynajmniej – zdawałem sobie z tego wszystkiego sprawę bardzo dobrze; i to w związku z sytuacją mojej ojczyzny, a nie Irlandii, wezbrała we mnie ta pierwsza fala niecierpliwości i poczucia tragicznej ironii. Zawsze powątpiewałem – i to na gruncie czysto militarnym – w zasadność militarystycznej polityki, która swój szczytowy punkt osiągnęła w przymusowym poborze. Jeżeli jakakolwiek z politycznych strategii Anglików zasłużyła, aby nazwać ją w przysłowiowym sensie „irlandzką” – to sądzę, że właśnie ta. Polegała ona na marnowaniu armii w Irlandii z tego powodu, że potrzebowaliśmy jej we Francji. Ta sama, czysto patriotyczna, a nawet zaczepna irytacja, zmieszana z wrodzonym mi zmysłem tragizmu, ogarnęła mnie na widok największej ulicy w Dublinie, zdewastowanej przez brytyjską artylerię podczas Powstania Wielkanocnego.2 Rozpacz mnie brała z powodu, że podobna kanonada została w ogóle skierowana przeciwko Irlandczykom; ale jeszcze bardziej z powodu, że nie została ona skierowana przeciwko Niemcom. Kwestia konieczności tak potężnego natarcia, podobnie zresztą jak kwestia konieczności prowadzenia okupacji przy wykorzystaniu tak wielkiej armii, łączy się, rzecz jasna, nierozerwalnie z historią samego Powstania Wielkanocnego. To dziwne i pełne dramaturgii wydarzenie, równie niespodziewane dla nacjonalistycznej Irlandii, jak unionistycznej Anglii, nie wchodzi w zakres moich osobistych doświadczeń, nie zamierzam zaś tak mrocznego zagadnienia w żaden sposób dogmatyzować. Ośmielę się jednak wtrącić w tym miejscu coś niecoś na temat pewnego nieporozumienia, które, jak mniemam, z samej swojej natury wspólne jest obu stronom sporu. Wszystko w tej sprawie zdaje się wskazywać na swoisty paradoks: fakt, że powstańcy tym mniej potrzebowali jako motywacji do działania statusu i sytuacji pokonanych, że zależało im dokładnie na tym, aby ktoś ich pokonał – a nie na tym, aby to oni kogoś pokonali. W sensie moralnym zasługują oni na pewno na miano bohaterów, ale nie sądzę, aby mieli nadzieję na bohaterski tryumf. Jedyne, czego chcieli, to być tym, co w najprostszym sensie oznacza grecki źródłosłów wyrazu „męczennik”; ich celem nie było zwycięstwo, ale świadectwo. Zdawało im się, że nic prócz ich martwych ciał nie mogło dowieść, że Irlandia wciąż nie jest martwa. Irlandczykom pozostaje ocenić, w jakim stopniu ten wzniosły i samobójczy ideał okazał się skuteczny we wzbudzaniu narodowego entuzjazmu; moim skromnym zdaniem owego entuzjazmu wcale nie trzeba było dodatkowo wzbudzać. Ale jeżeli jakikolwiek podobny czyn wypływa z nadziei na wywołanie reakcji międzynarodowych, czy to w Anglii, czy w znacznej części Ameryki, to – w mojej opinii – opiera się na zupełnej nieznajomości faktów. Będzie jeszcze okazja, aby poświęcić uwagę wielu pomyłkom, zawartym w angielskiej ocenie Irlandczyków; ta sytuacja jednak wydaje się być demonstracją bardzo poważnej pomyłki w irlandzkiej ocenie Anglików. Jeżeli rzeczywiście często mylimy się w kwestii ich mentalności, to oni równie poważnie mylą w kwestii naszej pomyłki. I – co ciekawe – umknęło im wszystko to, co dotyczy owej jedynej, pozytywnej cechy, którą zawsze im przypisywaliśmy. Ich czyn zakładał, że Irlandczycy muszą dowieść swojej odwagi; tymczasem nigdy nie był takiej konieczności. Miałem okazję zapoznać się z całym stekiem obrzydliwych nonsensów, które wygadywało się o nich przed wojną; i nigdy nie słyszałem, aby jakikolwiek Anglik podawał w wątpliwość ich dzielności w boju. To, w co naprawdę wątpiono, to ich polityczny zdrowy rozum. Z pełną jasnością widać, że Powstanie Wielkanocne mogło jedynie obnażyć nieprawdę stereotypu, w który Anglicy nigdy nie wierzyli; potwierdzając przy tym ten, w który wierzyli z całą gorliwością. Nigdy nie oskarżaliśmy narodu irlandzkiego o to, że nie jest mężny – ale to raczej, że jest aż nazbyt mężny. Ludzie mieli zupełną słuszność, przypisując mu odwagę – nic nie mogłoby być bardziej prawdziwe. Ale przypisując mu szaleństwo, byli w błędzie – i oto dostali świetną okazję, aby być w jeszcze większym błędzie. Później, gdy chęć walki przeciwko Anglii rozwinęła się, zgodnie z własną logiką, w odmowę walki za nią, niektórzy odjęli ostatecznie w rozumie tę wartość, którą pomyśleli na początku3; i w gniewie zaczęli przeczyć temu, odnośnie czego wcześniej nawet nie śniło im się wątpić. Jakby na to nie spojrzeć, taki był – jak sądzę – nastrój, w którym ta niewielka mniejszość prawdziwych fenian szukała śmierci męczeńskiej. Nigdy nie śmiałbym naśmiewać się z podobnych motywów; nigdy jednak nie zrodziłyby one tak ogromnego ruchu społecznego, gdyby nie inna siła, która zdecydowała się z nimi sprzymierzyć. Dokładnie ze względu na to zacząłem niniejszy tekst od tematu Powstania Wielkanocnego; ponieważ rozważając go, nie można nie dotrzeć do kwestii paradoksu Irlandzkiej Partii Pracy.

Niektóre z moich uwag, dotyczących stabilizacji, a wręcz spokoju, jaki panuje w społeczeństwie rolniczym, mogą, w kontekście socjalistycznej agitacji, wykwitającej teraz w Irlandii, podobnie jak w innych miejscach świata, wydać się nieco przesadzone. Jednakże mam bardzo dobre, by nie powiedzieć: osobiste, powody, aby uznać to zjawisko zaledwie za wyjątek potwierdzający regułę. Bo to właśnie wszechobecne tło wiejskiego krajobrazu stanowiło powód, dla którego strajk w Dublinie był tak niezwykłym dramatem, jakim był; i to w dwojakim sensie: po pierwsze bowiem, to dzięki niemu przemysłowi kapitaliści znaleźli się w całkowitej izolacji, niczym ludzie odstający w jakiś sposób od reszty, albo wręcz: niebezpieczni fanatycy; po drugie zaś: to z niego przecież czerpał proletariat wzmacniającą go w boju, mglistą tradycję własności prywatnej. Osobiście bez zastrzeżeń brałem w tym konflikcie stronę panów Larkina4 i Connolloya,5 w tym sensie, że sprzeciwiałem się ś.p. panu Murphyemu6; ciekawa to jednak rzecz, że nawet taki pan Murphy był człowiekiem zupełnie innym od Lorda Kogoś-tam, zarządzającego obecnie jednym z komercyjnych kombinatów Anglii. Zdecydowanie bardziej przypominał jednego z patologicznych książąt wieku piętnastego, pełnych zimnego gniewu i niepozbawionych jakiejś perwersyjnej pobożności. Wszakże już pierwszych kilka słów, które usłyszałem w Irlandii na jego temat, jak ulał pasowało do owej niezmierzonej i niejasnej rzeczywistości, od której starałem się rozpocząć opis moich wrażeń z podróży. Określiłem ją mianem kwestii rodzinnej, lecz obejmuje ona także wiele spraw pokrewnych, choćby: te, które odnoszą się do starych przyjaźni, nie wspominając nawet o starych nieprzyjaźniach. Trafniej można ją nazwać realizmem co do własnych początków. Pierwszą rzeczą, którą ktoś powiedział mi na temat pana Murphyego, była historia jego dawno zapomnianej młodości, czy może raczej – młodości, która w Anglii dawno zostałaby już zapomniana. Tyczyła się ona przyjaciół z jego chudszych lat, z którymi wyprawił się przeciwko komuś na coś w rodzaju mniej lub bardziej sentymentalnej vendetty. Przypuśćmy teraz, że przy każdej rozmowie o sklepach Harrodsa słyszelibyśmy historię młodzieńczych marzeń pana Harroda7. Przypuśćmy, że na najmniejszą wzmiankę o kolejowych rozkładach jazdy „Bradshaw”8 całe towarzystwo natychmiast zaczynałoby snuć niezliczone opowieści na temat młodzieńczych sporów i miłości pana Bradshawa, a może nawet – pani Bradshaw. Tak właśnie przedstawia się atmosfera, łatwiejsza do wyczucia, niż do opisania, w którą wpada podróżnik na Zielonej Wyspie. Angielskie dziennikarstwo i plotki nader często dokładnie opisują teraźniejszość i trafnie prorokują o przyszłości, rzadko jednak mówią cokolwiek o czasach, które minęły; et pour cause. Odzywają się zawsze, gdy jakiś magnat finansowy dokądś akurat zmierza: na przykład do Izby Lordów, do Monte Carlo, w konsekwencji, oczywiście: do nieba; mówią one jednak tak mało, jak to tylko możliwe, skąd ów magnat pochodzi. W Irlandii człowiek niesie swój dom rodzinny na plecach, jak ślimak; a duch jego ojca podąża za nim jak cień. Wszystkie dobre i złe rzeczy, które dało się powiedzieć o Murphym, dotyczyły także Murphy’ich. Jest taka miejscowa anegdota, według której, w bardzo dawnych już czasach, pewien poseł do irlandzkiego parlamentu, zorientowawszy się, że w loży dla kobiet siedzi akurat siostra jego oponenta, poczynił do tego faktu nader taktowną aluzję, wyrażając życzenie, by gniew Boga spadł na cały ten przeklęty ród, „od bezzębnej, starej jędzy, uśmiechającej się głupio z loży, po wyblakłego tchórza, trzęsącego się na podłodze”. Opowieść tę przywołuje się zazwyczaj jako dowód trudnej do pojęcia głębi irlandzkich podziałów politycznych; równie zdecydowanie wskazuje ona jednak także na jedność irlandzkich rodzin.

Skoro już przy tym jesteśmy, to jeden z epizodów wielkiego Strajku Dublińskiego, owego pożaru, którego resztki w czasie mojej wizyty tliły się jeszcze tu i ówdzie, stanowi nader dobrą ilustrację powracającej raz po raz jak bumerang kwestii mocy, jaką w Irlandii ma rzeczywistość rodzinna. Jak niektórzy mogą pamiętać, kilkoro angielskich socjalistów, działając ze szlachetnego współczucia dla głodujących w trakcie strajku ludzi, zaproponowało, aby ich dzieci przetransportować do Anglii i porządnie nakarmić. Dla mnie osobiście bardziej naturalną metodą postępowania byłoby dać jedzenie lub pieniądze rodzicom. Jednak nasze kółko filantropów, będąc angielskim i będąc socjalistycznym, prawdopodobnie kierowało się zaufaniem wobec tego, co zwykło nazywać się organizacją i brakiem zaufania wobec tego, co zwykło nazywać się jałmużną. Uważa się, że jałmużna uzależnia człowieka od innych; gdy tymczasem, w porównaniu z upiornym hołdownictwem, w które zazwyczaj wpędza go zorganizowana instytucja, ona właśnie naprawdę go wyzwala. Jałmużna przynosi własność, a zatem – wolność. Ewidentnie bardziej służy się sprawie emancypacji, dając żebrakowi szylinga i zostawiając go w spokoju, niż wysyłając za nim w pościg urzędnika, żeby wydał owego szylinga w jego imieniu. Tak czy siak, nasi socjaliści z pełnym spokojem ducha przygotowali wszystko do deportacji ubogich szkrabów – i, ku swojemu najgłębszemu zaskoczeniu, zderzyli się z rozgrzaną do czerwoności rzeczywistością irlandzkiej religii. Księża i wierzące rodziny zorganizowały zaciekłą agitację przeciwko tej inicjatywie, argumentując, że na heretyckiej obczyźnie ich dzieci stracą wiarę. Nie zadowoliły ich wygłaszane szczerze przez część organizatorów zapewnienia, że kwestie religijne w ogóle nie będą poruszane; i, z punktu widzenia czystej logiki, sądzę, że słusznie. Ludzie, którzy wygłaszają podobne zapewnienia nigdy nie przemyśleli, czym tak naprawdę jest religia. Mają nieprawdopodobne zupełnie pojęcie, że religia jest tematem. Że to coś na kształt rzodkiewki – rzecz, o której podczas konkretnej konwersacji z konkretnym człowiekiem, którego sam dźwięk słowa „rzodkiewka” może przyprawić o konwulsje furii lub agonii, można zwyczajnie nie wspominać. Tymczasem religia to po prostu świat, w którym się żyje. W praktyce socjalista z Liverpoolu nie byłby nawet w stanie wiedzieć, kiedy w rozmowie z dzieckiem urodzonym w Louth porusza, lub nie porusza, kwestii religijnych. Gdybym przypadkiem (co jest na szczęście bardzo mało prawdopodobne) otrzymał prawo do opieki nad dzieckiem z ludu Parsów9, nie mógłbym mieć bladego pojęcia kiedy i w jaki sposób w rozmowie z nim odnoszę się do zaratustrianizmu. Niemniej, zdrowy rozsądek (i znajomość tego, na czym polega spójna filozofia) kazałby mi sądzić, że przypuszczalnie odnoszę się do niego średnio co minutę. Nie wspominam tutaj wszakże o tym, aby zaangażować się w jakąkolwiek szczegółową dysputę, ale tylko po to, aby po raz kolejny unaocznić fakt, że ściśle rodzinny porządek irlandzkiego społeczeństwa zawsze opowie się przeciwko jakiemukolwiek innemu porządkowi. Stare relacje o przeprowadzanych w tym kraju wysiedleniach, podczas których całe rodziny barykadowały się w domach, a matki wylewały na oblegających je wrogów garnki wrzątku, mają w sobie coś z przypowieści; bo każdy urzędnik, który zadrze z Irlandczykami, niewątpliwie będzie musiał uwijać się jak w ukropie. Nie da się rozdzielić matek i dzieci w tej dziwnej ziemi; jedyne, co nam pozostaje, to wrócić do naszych starych, sprawdzonych historycznie metod, i wszystkich sprawiedliwie zmasakrować.

Do zilustrowania centralnego punktu tego zagadnienia, wystarczy wszakże drobny incydent, który wszedł w skromny zakres moich osobistych doświadczeń; chodzi tu o poczucie, że nawet proletariacki protest ma wiejskie zaplecze. Dowodzący zaś słuszności tego poczucia przykład nie stanowi wcale o klęsce ideologii Irlandzkiej Partii Pracy, wręcz przeciwnie – raczej o jej sukcesie, na ile przyjacielską i nieformalną rozmowę można sklasyfikować jako jakiś poważniejszy sukces. Wszystko zaczęło się od czegoś w rodzaju posiadającego raczej luźną strukturę wewnętrzną wykładu na temat literatury, który wygłosiłem w Teatrze Dublińskim. Przywołam tutaj w skrócie zaledwie dwa wydarzenia, z których oba wydają się ukazywać coś niesłychanie wprost lokalnego i narodowego. Pierwsze z nich wiąże się tylko z tytułem tegoż wykładu, który brzmiał „Poezja i własność prywatna”. Otóż pewien wykształcony, angielski gentleman, którego wystąpienie przypadkowo poprzedziło moje, sprawiając wrażenie człowieka, który w podobnych żartach widzi potencjalną przyczynę własnej śmierci, odniósł się doń w następujący sposób: „Cóż,” powiedział, „nie pozostaje mi nic innego jak przestać głowić się nad tym, co pan właściwie chce osiągnąć, wmawiając ludziom, że wiersze mają cokolwiek wspólnego z własnością prywatną”. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, postawienie tak blisko siebie dwóch wyrazów na „p” wydało się temu człowiekowi czczą zabawą w aliterację, czymś w stylu wyrażeń: „papugi i Paddington” albo „poligamia i pierniki”; jeżeli, oczywiście, nie uznał tego za zwykłe zestawienie przeciwieństw, jak to jest w wypadku „papieża i protestantów” albo „patriotyzmu i polityków.” Tego samego dnia jeszcze, pewien Irlandczyk, o podobnym do owego Anglika statusie społecznym, zwrócił się do mnie z beztroską słowami: „Widziałem, o czym będzie pan mówił jutro. Socjalistom to się chyba nie spodoba”, czy jakoś w tym rodzaju. Z połączenia tych dwóch terminów wydedukował on w sekundzie całą treść – nie wykładu przecież, który, jeżeli dotyczył czegokolwiek, to dotyczył literatury – ale filozofii, która stała u podstaw tego wykładu; a której zasady ów ociężały słoń, nazywany przez p. Bernarda Shawa „Chester-Bellokiem” w niemałych bólach stara się wytłumaczyć angielskiemu społeczeństwu, nadając jej przy tym stylistycznie wątpliwą nazwę „dystrybucjonizmu”. Jak powiedział kiedyś pan Hugo Law10, odnosząc się do naszego standardowego obyczaju przeciwstawiania patriotyzmu imperializmowi: „Co jest paradoksem w Anglii, w Irlandii jest truizmem”. Sam w sobie jednak, mój monolog zajmował się wyłącznie świadectwem, które literatura daje swoistej godności, naturalnie łączącej się z poczuciem posiadania czegoś na własność, które nie jest przy tym na pewno ani wulgarną rozrzutnością, ani równie wulgarną chciwością. Jeden z członków francuskiej grupy „Plejada”11 na przykład, pamięta dachówki swojego domu tak dokładnie, że mógłby je policzyć; z drugiej strony, pan William Butler Yeats w swojej wizji jak najściślejszej i jak najbardziej nieodpowiedzialnej samotności, z całą pieczołowitością zaznacza, iż wie dokładnie, ile grządek fasoli daje dziewięć12. W teatrze znajdowali się przedstawiciele wszystkich możliwych opcji politycznych, od najdzikszych fenian, po najbardziej konwencjonalnych unionistów, wszyscy oni jednak słuchali moich uwag z takim nastawieniem, z jakim spokojnie mogliby słuchać równie niekompetentnych prezentacji dotyczących małp lub gór na księżycu. Ani razu nie odniosłem się w tym konkretnym wykładzie do polityki, a na pewno nie do polityki partyjnej; mówiłem wyłącznie o roli tradycji w sztuce, a czasem, jeśli się zagalopowałem, także w abstrakcyjnej etyce. Tymczasem moje słowa spowodowały taki oto zabawny wypadek (dla którego w ogóle wspominam o tej sprawie); otóż, kiedy skończyłem, pewien rosły, rubaszny, grubo ciosany i tryskający zdrowiem mężczyzna, typ raczej prawniczy i, z tego, co mi wiadomo, dobrze znany irlandzki sędzia, był tak miły, że zdecydował się publicznie mi podziękować. A najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że podczas gdy ja, zdeklarowany radykał, jawnie sympatyzujący z legendą rewolucji, wygłosiłem tylko bardzo stonowane uwagi na temat kilku pomniejszych poetów do nader spokojnej, o ile nie otwarcie znudzonej, publiczności, pan sędzia, będący prawdziwym filarem zamkniętej twierdzy i konserwatystą, poświęconym całkowicie wprowadzaniu ładu i porządku, z jak największą energią i pogodą ducha przystąpił do wszczynania zamieszek. Sypał złośliwościami pod adresem fenian i wzywał ich do otwartej konfrontacji; jako pierwszy chyba człowiek na świecie szukał guza, w zupełnie dosłownym tych słów znaczeniu; wychwalał Anglię pod niebiosa; nie Ententę, lecz Anglię; Anglię wspaniałą, Anglię prześwietną (wszystko to z najbardziej typowym, irlandzkim akcentem), Anglię sprawiedliwą, mądrą, miłosierną i tak dalej, dodając do tego pienia na cześć pewnej konkretnej rzeczy, która nie była nawet flagą jego własnego państwa i wiązała się z tematem wykładu w takim stopniu, mniej więcej, jak Wielki Mur Chiński. Nie muszę chyba mówić, że za krótką chwilę cały teatr napełnił się rykiem protestu i gwałtownej polemiki; o co zresztą dokładnie, jak sądzę, mu chodziło. To był naprawdę szalenie miły starszy pan; i bardzo go polubiłem. Niemniej posiadał on pewną interesującą cechę, która nie jest bez znaczenia dla kwestii jego narodowości. Ten typ człowieka występuje w Anglii bardzo licznie; znam i lubię masę takich ludzi. Często ma stopień majora; rzadziej tytuł lorda; czasem jest sędzią; okazjonalnie: biskupem. Nieodmiennie zajmuje się wygłaszaniem najbardziej nonsensownych bzdur współczesnej reakcji – zazwyczaj trzęsąc się apoplektycznie nad kieliszkiem dobrego porto; czasami – nie mogąc złapać tchu z przejęcia – na oficjalnym spotkaniu politycznym. Ale dokładnie tym, na co żaden angielski gentleman nigdy by się nie ośmielił, a czego ów gentleman z Irlandii zupełnie otwarcie się dopuścił, jest uskutecznianie scen na jakimś apolitycznym spotkaniu; zwłaszcza, gdyby jedynym jego zadaniem było wygłosić kilka słów oficjalnego podziękowania dla obcokrajowca, mówiącego o Itace i Innisfree. Angielski konserwatysta zaś, byłby na pewno mniej skłonny porwać się na coś podobnego, niż angielski radykał. Na tej samej zasadzie, na której w odpowiednim kontekście staje się konwencjonalnie polityczny, w tym konkretnym kontekście stałby się konwencjonalnie apolityczny. Wygłosić zbyt poważną przemowę na zwyczajnym spotkaniu towarzyskim byłoby dla niego czymś nie do pomyślenia, podobnie jak noszenie stroju porannego wśród ludzi w strojach wieczorowych. I jeśliby szukał na podobnym spotkaniu czegokolwiek, to na pewno nie guza, jak to się stało w wypadku naszego irlandzkiego przedstawiciela majestatu prawa. Sędzia ów nauczył mnie bezbłędnie, że Irlandczyk nigdy nie jest tak bardzo irlandzki, jak wtedy, kiedy jest Anglikiem. Nie różnił się niczym od tych kilku fenian, którzy zdołali go w końcu przekrzyczeć; i na pewno byłby rad, gdyby dowiedział się, że pomógł mi zarówno głębiej zrozumieć jego ziomków, jak i poczuć do nich jeszcze większą sympatię.

Zboczyłem trochę z tematu poświęcając czas tej błahostce, ponieważ sądzę, że warto zwrócić uwagę na tę prominentną i prowokacyjną cechę całej irlandzkiej opinii publicznej; właściwie jednak przywołałem tutaj ową małą dysputę wyłącznie ze względu na to, że pozwala ona lepiej zrozumieć inne, podobne wydarzenie. Miałem bowiem jeszcze okazję rozmawiać na temat poezji i własności prywatnej z panem Williamem Yeatsem w dublińskim ArtClubie; i znów, korci mnie, aby oddać się tutaj opisywaniu obiektywnie nieistotnych, dla mnie jednak nader interesujących faktów. Cały czas bowiem towarzyszy mi przykra świadomość, że udaje mi się poruszyć o jakieś tysiąc kwestii mniej, niż bym sobie tego życzył – niemniej selekcja, którą stosuję, nie jest nieprzemyślana, ani tym bardziej niewdzięczna. Były i będą jeszcze szkice znacznie lepsze niż moje, mające za swój przedmiot to niezwykle fascynujące towarzystwo, jakie stanowi naprawdę inteligentna inteligencja. Mógłbym napisać znacznie więcej, nie tylko o tych, których mam zaszczyt uważać za moich przyjaciół, na przykład Katarzynie Tynan13 albo Stefanie Gwynnie14, ale także o tych, z którymi moje spotkania były zdecydowanie za krótkie; o prawdziwie elfiej energii pana Jakuba Stephensa15; o towarzyskiej wielkości dra Gogartyego,16 który przypominał nieco literacką legendę z XVIII wieku; a także o unikalnym uniwersalizmie słynnego Æ, łączącym w sobie coś z osobowości Williama Morrisa z bardziej transcendentalną wersją uduchowionej gościnności Walta Whitmana. Nie jest jednak celem tego pobieżnego szkicu mówić Irlandczykom o tym, o czym i tak już wiedzą – ale raczej uświadomić Anglikom kilka obszernych i prostych problemów, o których nie mają pojęcia. W roli kwestii naczelnej występuje tutaj Partia Pracy; o innych rzeczach zaś wspomniałem tylko dlatego, że przypadkowo doprowadziły mnie one do pierwszego spotkania z tą ogromną siłą. Które, nawiasem mówiąc, w równym stopniu dowodzi słuszności moich tez – obróciło się bowiem w swoisty żart ze mnie samego.

Przy okazji wspomnianego wcześniej wydarzenia, nadzwyczajnie wprost porywającego wieczoru w dublińskim ArtClubie, pan Yeats poprosił mnie, aby otworzył debatę w Teatrze Abbey, broniąc przy tym własności od bardziej politycznej strony tego zagadnienia. Moim oponentem został jeden z najsprawniejszych przywódców politycznych z Liberty Hall, słynnej twierdzy Irlandzkiej Partii Pracy w Dublinie, pan Johnson, Anglik, podobnie jak ja, ale cieszący się wśród miejscowego proletariatu zasłużoną popularnością. Wygłosił on prawdziwie godną podziwu przemowę, której nie przyniosę absolutnie żadnej ujmy, jeśli powiem, że moim zdaniem osobista popularność jej autora odegrała w niej rolę chyba nawet większą, niż jego osobista elokwencja. Moja argumentacja ograniczyła się do wskazania szczególnej funkcji drobnej własności prywatnej jako broni osobistej każdej wojowniczej demokracji; opierała się zaś na tezie, że żaden walczący z niesprawiedliwością obywatel nie mógłby owej własności niczym zupełnie zastąpić, jako że każda bezosobowa władza, niezależnie od tego, jak demokratyczna byłaby w teorii, w praktyce musi okazać się biurokracją. Stwierdziłem, konstruując niefrasobliwą metaforę, że oddanie własności pod jurysdykcję jakichkolwiek urzędników, nawet urzędników cechowych, byłoby czymś podobnym do zostawienia w szatni, oprócz laski czy kapelusza, także własnych nóg. Problem w tym, że człowiek może potrzebować swoich nóg w dosłownie każdej chwili, po to choćby, aby wypłacić komuś kopniaka, czy też po to, aby z kimś zatańczyć; podczas gdy w takiej sytuacji proces odzyskiwania ich może być opóźniony przez każdy najmniejszy szczegół, na przykład zgubienie biletu czy też to, ze dany urzędnik przypadkowo będzie musiał uciekać przed policją. A zatem w realiach społecznego kryzysu, takiego jak strajk, ludzie powinni być gotowi działać bez pośrednictwa urzędników, którzy mogą ich ograniczyć lub zdradzić; potem natomiast zapytałem, czy nie jest przypadkiem tak, że o wiele więcej strajków miałoby szansę zakończyć się sukcesem, gdyby ich uczestnicy dysponowali choćby małymi ogródkami warzywnymi, które pomogłyby im się utrzymać. Mój adwersarz odparł, że zawsze opowiadał się za podobną rezerwą proletariackiej własności, z tym że wolałby, żeby była ona komunalna, a nie prywatna; co mnie z kolei wydało się powrotem do punktu wyjścia; bo wszystko, co komunalne, musi być zarządzane przez urzędy, jeśli ma nie popaść w zupełny chaos. Pamiętam wciąż dwa śmieszne wypadki, które swój komizm zyskały poniekąd moim kosztem; po pierwsze, jak się zdaje wprawiłem ludzi w niejakie rozbawienie, ostrząc ołówek wielkim nożem hiszpańskim, który bardzo cenię, jak to się czasem zdarza, ponieważ stanowi on prezent od pewnego irlandzkiego księdza, mojego osobistego przyjaciela, i może z tego względu urosnąć do rangi broni symbolicznej, czegoś w rodzaju miecza do walki duchowej. Czy publiczność uznała, że zamierzam, w ramach przygotowania ilustracji do własnej metafory, odciąć sobie przy jego pomocy nogi, czy też, że wobec braku odpowiedzi na argumenty pana Johnsona rozważam możliwość poderżnięcia mu gardła, niestety nie wiem. Drugą rzeczą jest znakomita riposta mojego rozmówcy, który, po tym jak powiedział coś o marnowaniu własności na kupno karabinów, przerwał moją kontrę, że żadnej porządnej rewolucji nie da się przeprowadzić bez broni, żartobliwie wołając: „Zdrada!” Jak mu później powiedziałem, trudno jest wyobrazić sobie scenę na wyższym poziomie artystycznym od tej, w której Anglik, przysłany celem pozyskania nowych żołnierzy dla Armii Brytyjskiej, zostałby aresztowany i przekazany wymiarowi sprawiedliwości (lub, jak kto woli, niesprawiedliwości) przez pacyfistę z Liberty Hall. Przez całą debatę jednak świadomy byłem, jak wspomniałem, pewnego zbiorowego uczucia poparcia dla samej osobowości mojego przeciwnika; ujawniającego się na przykład w owacji, którą otrzymał, zanim w ogóle zaczął mówić albo kaskadach braw, nagradzających wszystkie jego dygresje lub aluzje, które nie zawsze mogłem zrozumieć. Gdy nasze zmagania dobiegły końca, pewien dystyngowany unionista z południa zwrócił się do mnie słowami: „Oczywiście, Johnson odniósł tutaj niedawno potężny sukces. Liberty Hall dokonała czegoś, co nie udało się jeszcze od początku całego ruchu związków zawodowych – naprawdę udało mu się założyć związek zawodowy rolników. Wiem, ponieważ musiałem z nimi negocjować. Wie pan chyba również, że w Anglii powołania podobnego związku zawsze było praktycznie nie do zrobienia”. Istotnie, wiedziałem bardzo dobrze; i wiedziałem także, dlaczego w Irlandii udało się to zrobić. Dokładnie z tego względu, o którym mówiłem cały wieczór: ponieważ irlandzki proletariat ma za sobą tradycję irlandzkiego chłopstwa. W swoich rodzinach, o ile nie w swoich sercach, ludzie ci zdołali przechować pamięć osobistej miłości do ziemi. I ciekawą ironią losu wydał mi się fakt, że nawet moja porażka wynikała z prawdziwości moich własnych poglądów; a także, że prawdziwości tej dowiodła popularność opcji przeciwnej. Rolniczy cech wziął się z ożywczego powiewu wolności, który wdarł się do ciemnego miasta z odległych pól; i z prawdy, że nawet toczące się po zboczu kamienie proletaryzmu dopiero niedawno wyrwano z samych korzeni tutejszych gór.

W Irlandii nawet industrializm nie jest industrialny. O to właśnie mi chodzi, kiedy mówię, że Irlandzka Partia Pracy to wyjątek potwierdzający regułę. Dlatego właśnie istnienie jej nie przeczy mojej wcześniejszej tezie, że kapitalistyczny kryzys dotyczy angielskiej strony drogi. Irlandzcy pracownicy rolni potrafią zorganizować się w cech, ponieważ pragną zostać gospodarzami. Widzą problem biednych i bogatych w kategoriach, które są stare jak świat; w kategoriach Achaba i Nabota. W społeczności rolniczej niewielką różnicę robi to, czy Achab przywłaszczy sobie winnicę prywatnie, jako Achab, czy oficjalnie, jako król Izraela. Na dłuższą metę, i nawet w innym typie społeczeństwa, równie niewielkie znaczenie będzie mieć to, czy Nabot otrzyma w zamian pracę i pensję, dzięki czemu będzie mógł na tej winnicy zostać – czy też prawo głosu, dzięki któremu będzie mógł na nią, podobno, w pewien sposób wpływać. Bo to, czego chce, to po prostu winnica. I nie w duchu samo-usprawiedliwiającego się cynizmu czy też wulgarnej wymówki, że „biznes to biznes”, ale w mocy gromu, jakby z jakiejś ukrytej siedziby królów, wychodzi z owej winnicy jakiś straszny głos; głos tego typu ludzkiego z każdej epoki i każdego narodu: „Niech mi Bóg miłościw będzie, żebym ci nie dał dziedzictwa ojców moich!”17

Tłm. Maciej Wąs

1 Odwołanie do bitwy nad kanałem Saint-Quentin w północnej Francji, która odbyła się 28 września, 1918 roku i zakończyła zwycięstwem Ententy. Sukces ten miał stać się bardzo ważnym krokiem w przełamywaniu niemieckich pozycji na tzw. Linii Zygfryda i – w ostatecznym rozrachunku – walnie przyczynić się do rozstrzygnięcia wojny na korzyść Państw Sprzymierzonych.

2 Powstanie, które wybuchło w Dublinie 24 kwietnia 1916 roku, w drugi dzień Świąt Wielkanocnych. Uczestnicy proklamowali powstanie wolnej Republiki Irlandii, jednak wobec braku poparcia miejscowej ludności i ogromnej przewagi Brytyjczyków, którzy w walce z nimi wykorzystywali ogień artyleryjski, po sześciu dniach walki złożyli broń. Powstanie owo kosztowało życie ok. 500 ludzi.

3 Prawdopodobnie aluzja do popularnej zabawy matematycznej: Pomyśl jakąś liczbę. Pomnóż przez dwa. Dodaj sześć. Podziel przez dwa. Odejmij wartość, którą pomyślałeś na początku. Wynik wynosi – trzy.

4 Jakub Larkin (1875-1947) – jeden z założycieli powstałej w 1912 r. Irlandzkiej Partii Pracy i współorganizator największego strajku w historii Zielonej Wyspy (1913), omawianego tutaj przez Chestertona, którego uczestnicy nie dostawali wypłaty przez 7 miesięcy. W późniejszym okresie życia nawrócił się na katolicyzm. Mszy pogrzebowej w jego intencji przewodniczył arcybiskup Dublina.

5 Jakub Connolloy (1868-1916) – również jeden za współzałożycieli IPP, marksista, zginął w Powstaniu Wielkanocnym. Przed śmiercią przyjął sakramenty Kościoła.

6 William Marcin Murphy (1844-1919) – irlandzki potentat finansowy, polityk i pierwszy w historii tego kraju „baron prasowy,” prezes Dublin United Tramway Company. Ze względu na swoją postawę podczas strajku w 1913 r. przezywany w kręgach robotniczych „William Murder Murphy.”

7 Henryk Karol Harrod (1799-1885) – angielski biznesmen, kupiec, założyciel słynnego „Harrodsa”.

8 Tytuł wydawanych od czasów p. Jerzego Bradshawa (1801-1853), angielskiego kartografa i wydawcy, przewodników turystycznych i kolejowych rozkładów jazdy. Rzecz warta uwagi dla miłośników tej formy transportu lub, po prostu, historii turystyki.

9 Grupa etniczna wywodząca się od starożytnych Persów, wyznająca zaratustrianizm, zamieszkująca przede wszystkim Bombaj.

10 Hugon Aleksander Law (1872-1943) – irlandzki nacjonalista, poseł do parlamentu, prawnik i literat.

11 Grupa poetów francuskich, działających w XVI wieku, pamiętana z popularyzacji języka francuskiego w literaturze. Zwróćmy uwagę, tak nawiasem mówiąc, że odniesienie to stanowi jeszcze jeden dowód na to, że Chesterton istotnie, wbrew krążącym o nim plotkom, z językiem Montaigne’a radził sobie bardzo dobrze.

12 Aluzja do wiersza „The Lake Isle of Innisfree”. „How many a smoething makes nine” to takie angielskie powiedzenie.

13 Katarzyna Tynan (1861-1931) – irlandzka poetka i powieściopisarka.

14 Stefan Lucjusz Gwynn (1864-1950) – irlandzki dziennikarz, prozaik i poeta, a także poseł do parlamentu, reprezentujący protestancki odłam nacjonalizmu Zielonej Wyspy. Walczył w wojsku brytyjskim podczas I WŚ.

15 Jakub Stephens (1824-1901) – irlandzki polityk, jeden z założycieli Seinn Feinn.

16 Oliwer Gogarty (1878-1957) – irlandzki lekarz, sportowiec, pisarz i polityk.

17 3 Krl 21, 3; wg tłumaczenia ks. Wujka.