Gilbert Keith Chesterton

Przedmowa

do dzieła Artura J. Pentyego pt. Post-industrializm (1922)

Pan Penty, autor niniejszego dzieła, to jeden z dwóch czy trzech naprawdę oryginalnych umysłów współczesnego świata. Już w pierwszym rozdziale robi to, co nader często robią wszystkie oryginalne umysły: wraca do oryginalnych źródeł. Ludzie z umysłami spętanymi współczesną konwencją zawsze oskarżają podobnych myślicieli o swego rodzaju romantyczną reakcyjność. Pośród krytyków, którzy recenzowali znakomite dzieła pana Pentyego (i którzy – w niektórych wypadkach – nawet je przeczytali) pojawiła się w pewnym momencie swego rodzaju wędrowna legenda, jakoby autor ów uważał średniowiecze za złoty wiek doskonałości rodzaju ludzkiego i pragnął, aby wiek współczesny dokładnie i detalicznie je skopiował. Jego krytycy piszą zazwyczaj w taki sposób, jakby Penty nie robił nic więcej, tylko przekonywał nas, że wszyscy powinniśmy nosić szpiczaste buty i strzelać z łuku. To oczywiście kompletna bzdura, bo nawet jego historyczne studia nad średniowieczem – które rzeczywiście są historyczne – potępiają całą masę elementów tej epoki, które powszechnie zwykło się podziwiać; jak choćby nabożny podziw dla prawa rzymskiego. Ta książka wszakże, to nie studium warunków średniowiecznych, ale współczesnych. I jedno spojrzenie na stan warunków współczesnych wystarczy, by udowodnić absurdalność oskarżania kogokolwiek o sentymentalizm za to, że pragnie rozumnej restauracji pewnych urządzeń społecznych, straconych dla Europy w wyniku przypadkowej pomyłki bądź anarchicznej anihilacji. Ci sami zaś dziennikarze, którzy tak dzielnie wojują oskarżeniem o reakcyjność, jednocześnie wypełniają swoje gazety nawoływaniami do rekonstrukcji społecznej. Jeśli Belgowie chcą odbudować swoje spalone wsie, nie piszemy, że to majaczący marzyciele, mający przedwojenną Belgię za raj mlekiem i miodem płynący. Kiedy ktoś chce przywrócić normalne, przedwojenne zasady dystrybucji i wymiany dóbr, nie szturmujemy na niego jako na wyznawcę wyimaginowanej złotej ery. Rozpoznajemy, po prostu, że pewne normalne urządzenia narodów zostały zniszczone przez nienormalną katastrofę, i że musimy je odbudować – tak dobrze, jak potrafimy. Naczelna teza pana Pentyego natomiast brzmi, że współczesny wylew rynkowości i industrializmu, mający miejsce w wieku osiemnastym i dziewiętnastym, doprowadził do nienormalnej katastrofy; i że jedyne, co nam pozostaje, to powrócić do stabilniejszego ideału społecznego, przyświecającego nie tylko wiekom średnim, ale – w mniejszym lub większym stopniu – wszystkim wiekom w ogóle – i znacznej większości rodzaju ludzkiego. To jest właśnie jego teza – i to jego koncepcja „powrotu do średniowiecza”; zadaniem krytyków jest ją obalić; niemniej, obalenie jej będzie wymagało kompletnie innego rodzaju krytyki.

Ogólna zdolność powrotu do źródeł to jednak jeszcze większa sprawa; i jeśli ktoś chce ją posiąść, to czego mu potrzeba, to niezależność intelektualna. Istotnie, jest jakaś nieuświadomiona prawda w gadaninie płytkich umysłów, które oskarżają ludzi pokroju pana Pentyego, jakoby ci „nie nadążali za czasami”. Bo w jednym sensie naprawdę jest on „za czasami”; w tym sensie, w jakim mówi się, że ktoś jest za kulisami. Człowiek za kulisami to człowiek widzący podszewkę i początek rzeczy. Wie, skąd wyszli aktorzy i w jaki sposób zaczęło się przedstawienie. Zobaczył całą pracującą w tle maszynerię, i naprawdę może patrzeć na sztukę jako na sztukę, a nie efemeryczną iluzję. Pan Penty naprawdę zobaczył maszynerię współczesnego świata, i nie ma o niej najlepszej opinii; zobaczył iluzję postępu i prosperity, roztaczaną przed tłumem (a przynajmniej pewną jego częścią i przez pewien czas) – i wie, że to tylko iluzja. To znaczny: jest dokładnie tam, gdzie ledwie tak bardzo niewielu spośród ludzi współczesnych potrafi dotrzeć – poza światem współczesnym, i w pewnym sensie wokół niego. Może swobodnie go osądzać – nie tylko na podstawie porównań z prawdziwą przeszłością, ale i zupełnie możliwą przyszłością. Istotnie, przyszłość ta staje się coraz bardziej i bardziej możliwa. To teraźniejszość staje się niemożliwa. Ci, którzy potępiają pana Pentyego za to, że przeczesuje on historię w poszukiwaniu alternatywy dla industrializmu, nie potrafią zauważyć, że sam industrializm za czas niedługi przejdzie do historii. To, co nazywa się „niepokojami przemysłowymi” może bardzo szybko przerodzić się w przemysłową katastrofę; katastrofę, która nie zagraża wyłącznie tym wszystkim sprawom, które przez tak długi czas modne było wyszydzać jako skazane na porażkę, na przykład starodawnym społecznościom chłopskim chrześcijańskiej Europy. To ci moderniści nie nadążają za czasami; to ci materialiści skazali się na porażkę; i to nowoczesne miasto przemysłowe staje się powoli ojczyzną straconej sprawy. Ludzie owi nie rozumieją po prostu co to znaczy, że bolszewicy musieli zaakceptować ostatecznie istnienie chłopstwa, że Włochy przechodzą odrodzenie, że Francja zyskuje nową energię, że rewolucja irlandzka zwyciężyła.

To, czego nam potrzeba, to praktyczne zmiany w angielskiej polityce; pan Penty przedkłada tutaj swe propozycje w tej sprawie. Jak wykazuje, są one nieporównanie bardziej praktyczne – to znaczy nieporównanie bardziej możliwe do realizacji w obecnych warunkach – niż alternatywny projekt bardziej teoretycznie precyzyjnej i usystematyzowanej doktryny socjalizmu syndykalistycznego, o teoretycznie precyzyjnych i usystematyzowanych schematach fabian, marksistów czy douglasistów1 nawet nie wspominając. Naczelna teza tej książki wszakże, inaczej niż w książkach wcześniejszych, wyłożona została zdecydowanie zbyt jasno, by trzeba ją było w jakikolwiek sposób przygotowawczo przybliżać. Od pierwszej diagnozy, dotyczącej mylnych pojęć socjalizmu co do własnych początków, po ostatnie przewidywania dotyczące prawdziwej rekonstrukcji społecznej, analogicznej do wielu rekonstrukcji społecznych z przeszłości, czytelnik może śledzić tok myśli w najmniejszych detalach, i albo się z nim zgodzić, albo i nie zgodzić – bo przecież różnie się może zdarzyć; jeśli jest wszakże inteligentny, z całą pewnością nie zbędzie tej myśli jako fantazji czy fikcji na temat „starych dobrych czasów”. Dlatego też, w tym miejscu chciałbym ograniczyć się jedynie do podziękowań, jakie winni są autorowi wszyscy myślący ludzie, i pozwolić, by dzieło niniejsze mówiło samo za siebie.

G.K. Chesterton

Tłm. Maciej Wąs

1 Chodzi o zwolenników teorii kredytu społecznego pana Clifforda Hugo Douglasa (1879-1952).