Gilbert Keith Chesterton

Przeciwko ulicy Głównej

Ze zbioru Sidelights (1932)

Jest jeden taki aspekt wielkiego amerykańskiego sporu purytanów z poganami (w którym okazjonalnie biorą udział także katolicy i humaniści), w wypadku którego właściwie zupełnie opowiadam się po stronie pana Sinclaira Lewisa i jego ataków na ulicę Główną. Pan Lewis, jak się zdaje, sporo życia spędził po cienistej stronie ulicy Głównej; a większość ulic rzeczywiście ma swoją cienistą i słoneczną stronę. Ja osobiście, mieszkałem przez krótką chwilę w okolicy, która wydawała się słoneczną stroną ulicy Głównej; i to mocno nasłonecznione miejsce bardzo mi odpowiadało. Niemniej – naprawdę istnieje również cienista strona tej ulicy; ba – istnieje nawet jej ciemna strona. I w jednym punkcie, krytyka skonstruowana przez tego słynnego krytykanta rzeczywiście jest sprawiedliwa.

Z wielką pasją i prostotą opowiedział mi o tym pewien młody dziennikarz z Wisconsin, mówiąc, że zgadza się z Sinclairem Lewisem, ponieważ sam doświadczył pogardy starszych pokoleń Środkowego Wschodu – tylko dlatego, że lubił muzykę i poezję; bo w ich mniemaniu podobne gusta uchodziły za objaw zniewieściałości, a nawet tchórzostwa. W nastawieniu tym naprawdę zaś przejawia, czy może przejawiało się, bardzo niebezpieczne złudzenie, mające wielki związek z fantazjami i fałszywymi wartościami naszych czasów. Bez cienia wątpliwości, w umysłach bardzo wielu Amerykanów istnieje, czy tez istniała, pewna niejasna koncepcja, że człowiek interesu to człowiek par excellence. To właśnie implikuje choćby zwyczaj wychwalania go jako „zwyczajnego gościa” czy „pełnokrwistego faceta”, czy „stuprocentowego mężczyzny”. Dlatego że zajmuje się sprawami materialistycznymi, niepostrzeżenie przylgnęła do niego opinia dotycząca zupełnie innej rzeczy: mistrzowskiego panowania nad materią.

Kształtowanie materii słusznie uważane jest za swego rodzaju pieczęć człowieczeństwa. Ale zajmowanie się nowoczesnym handlem nie jest kształtowaniem materii. Przeciwnie, to coś bliższego raczej matematyce czy astronomii – ponieważ polega na zajmowaniu się rzeczami abstrakcyjnymi i niemal bez wyjątku bardzo odległymi. Jeśli jakiś rewelacyjny reklamiarz, który właśnie sprzedał sto udziałów w korporacji zajmującej się wytwarzaniem kauczuku, musiałby przebijać się do tego z maczetą w ręku przez gęsty las kauczukowców, moglibyśmy wybaczyć mu mu jego męskie przechwałki, połączone często z nabijaniem się z jakiegoś żydowskiego intelektualisty grającego sobie spokojnie na „żydowskiej harfie”1 – choć na pewno nigdy nie mogłoby się nam one podobać. Lecz nawet pogrywanie na żydowskiej harfie może wydać się atletycznym, a wręcz akrobatycznym wyczynem w porównaniu do obowiązku wspomnienia od czas do czasu na Wall Street, że właśnie dokonano transakcji o wartości takiej o a takiej. Gdyby można przypuszczać, że jakiś wielki biznesmen, posiadający wielki sklep jubilerski na Piątej Alei, musiał wcześniej osobiście nurkować po wszystkie swoje perły w odmętach Pacyfiku, albo wspiąć się na górskie szczyty, aby wydobyć z ich jaskiń wszystkie swoje rubiny i szmaragdy, rzeczywiście można by również pozwolić mu nazywać siebie „pełnokrwistym facetem” i wybaczyć jego nieskomplikowany nawyk uważania skrzypka za mężczyznę o nieco niższym stopniu pełnokrwistości. Niemniej, skrzypek dużo bardziej przypomina kowala, kołodzieja, czy jakiegokolwiek krzepkiego rzemieślnika, zarabiającego na życie własnymi rękoma, niż ktoś, kto stoi za ladą ubrany w lśniące ciuchy i z przyklejonym do twarzy uśmiechem, kupując i sprzedając perły, po które nurkowali w oceanie inni ludzie i rubiny, które inni ludzie w pocie czoła wykopali z kopalni. Owa iluzja, jakoby współczesne operacje biznesowe miały w sobie jakąś niezwykłą siłę i stałość, w rzeczywistości stanowi zasadniczy fałsz, zatruwający życie współczesnego społeczeństwa.

Wszystko to implikowała, i zgrabnie podsumowywała, uwaga wygłoszona przez pewnego typowego plutokratycznego polityka, w której nazywa się to „normalnością”. To słynne sformułowanie rzeczywiście zawiera w sobie całą tę fałszywą sugestię: że obecny szał kupowania i sprzedawania to rzecz normalna, na podobnej zasadzie, na jakiej w czasach prymitywnych normalną rzeczą były polowania i połowy. W rzeczywistości jednak, jest to coś znacznie mniej normalnego nawet od współczesnego szachrajstwa i szalbierstwa. Sztukom tym jest zaś znacznie bliżej do rzemiosła, a rzemiosłu – do ziemi, niż którejkolwiek z tych rzeczy do upiornych abstrakcji i straszliwej nierzeczywistości spekulacji i wielkich finansów. Na tyle, na ile podobne nastawienie promowano dynamicznie pośród „zwyczajnych gości”, „zwyczajni goście” byli mniej więcej tak niezwyczajni, jak goście na jakimś fantastycznym balu maskowym; goście w ubraniach mieniących się najbardziej szalonymi barwami, z piórami na głowie, czy nawet z gigantycznymi nosami ze słynnych masek weneckich. Na tyle też, na ile to właśnie stanowiło treść oskarżenia, jakie pan Sinclair Lewis kierował pod adresem „zwyczajnych gości”, jego tezy były uzasadnione. Nie do końca – ponieważ były i są na ulicy Głównej także i inne, bardziej męskie elementy; szczególnie żywa wciąż jeszcze tradycja odważnej i osobistej przygody z czasów Hucka Finna. Podkreślam ten fakt tak mocno, jak tylko potrafię – bo w tym właśnie zawiera się cała moja teza polityczna: że współczesny, komercyjny sposób życia to nie dobrobyt dla wszystkich, ani nawet nie wojna wszystkich ze wszystkimi. To ledwie proces – w najlepszym wypadku chaotyczny, w najgorszym: chachmęciarski; częstokroć – koszmar senny, a w każdym wypadku sen.

Niektórzy Anglicy, jak mi się zdaje, od samego początku optują za czymś, co nazywają „przymierzem angielsko-amerykańskim”. I chyba wszyscy Anglicy, jak mam nadzieję, od samego początku opowiadają się za angielsko-amerykańską przyjaźnią. Przede wszystkim jednak, jak mam płomienną wprost nadzieję, zawsze będą przeciwni najbardziej niebezpiecznej i hańbiącej relacji, jaką tylko można sobie wyobrazić: przymierzu bez przyjaźni. Osobiście, i z powodów związanych ze znacznie głębszymi problemami narodowej i międzynarodowej godności, bardzo chętnie zadowoliłbym się przyjaźnią bez przymierza. W wypadku każdego wszakże, kto ma jakiekolwiek zrozumienie spraw tak narodowych, jak międzynarodowych, upewnić się, czy przyjaźń naprawdę jest przyjazna, to już zupełnie inna kwestia. I w tej kwestii, podobnie jak w wielu innych, czasem dochodzi do głosu pewna bardzo zła zasada teoretyczna, częstokroć znajdująca wyraz w jeszcze gorszej praktyce.

Niektórzy ludzie zdają się mniemać, że możliwe jest dla człowieka przejść przez ten świat w doskonałym spokoju i budząc u innych tylko sympatię, o ile będzie się wszystko wyłącznie chwalić, a nie ganić. Niestety, ta ogólna zasada, że chwalenie jest lepsze od ganienia, bardzo często działa w taki oto sposób. Pochodzący z zagranicy krytyk, nie mogąc nikogo za nic ganić, ostatecznie nie znajduje w sobie odwagi na żadną zgoła krytykę, ani nawet kalkulację . Potem zaś krytyk ów, musząc przecież kogoś w końcu pochwalić, nader roztropnie decyduje się chwalić samego siebie. Czasami zjawisko to nazywa się optymizmem – i uważa za nader przyjemny widok. W rzeczywistości, chwaląc siebie, krytyk nasz postępuje znacznie bardziej obraźliwie, niż gdyby zdecydował się lżyć wszystkie inne narody świata. Do tego gatunku ludzi należą na przykład ci Anglicy, dla których najwyższą formę pochwały stanowi przymiotnik „angielski”. Delikwent taki jest niezbicie przekonany, że każdy obcokrajowiec natychmiast zacznie tańczyć z radości, gdy tylko powie się mu, że jego dom czy kościół to rzecz bardzo angielska; choć przecież sam powinien doskonale wiedzieć, z czego właściwie zacząłby tańczyć i co, gdyby dowiedział się od kogoś, że Opactwo Westminsterskie jest cudownie tureckie, albo że dom Szekspira wygląda, jakby ktoś przywiózł go do Anglii z Prus.

Inną jeszcze metodę popadania w ten rodzaj głupoty stanowi teza, że ponieważ wszystkie dobre rzeczy na świecie są angielskie, dobra wola również musi być specyficznie angielską cechą; w tym również dobra wola w stosunku do Amerykanów. Wielu bardzo wartościowych i życzliwych Anglików naprawdę myślało, że mówiąc coś takiego, chwalą cudzoziemców – podczas gdy w oczywisty sposób chwalili wyłącznie angielskie miłosierdzie dla cudzoziemców. Niewątpliwie, bardzo wielu dyplomatów popełnia ten sam błąd, kiedy próbuje chwalić Anglię; niemniej, błędu tego powinien się wystrzegać każdy, kto w ogóle próbuje chwalić cokolwiek. I czymś niemal lepszym byłoby przypisywać naszym bliźnim wyłącznie zło, niż przypisywać im samo dobro w taki sposób, który sugerowałby, że interesuje nas przede wszystkim nasze własne, dobre usposobienie.

Istnieje wszakże jedna forma tej pomyłki, która naprawdę stanowi praktyczną przeszkodę w jakiejkolwiek międzynarodowej sympatii. A nawet – praktyczną przeszkodę w jakiejkolwiek międzynarodowej krytyce. Jej istotę stanowi mniej więcej to: że człowiek często nie będzie w stanie krytykować obcego narodu, jeżeli nie jest w stanie krytykować także własnego narodu – na tyle, na ile mógłby on stać się przedmiotem takiej samej krytyki. Jeżeli na początku przyznał otwarcie, że jego własny kraj również popełnił w jakimś stopniu ten sam błąd, prawdopodobnie pójdzie dalej i ostatecznie zdoła udowodnić, że obcokrajowiec, z którym rozmawia, naprawdę się pomylił. W innym, powszechniejszym dzisiaj wypadku, częstokroć zmuszony będzie zaś tchórzliwie utrzymywać, że obcokrajowiec ów ma w stu procentach rację – byle tylko nie przyznać się do własnej pomyłki.

Można podać kilka praktycznych przykładów tego bardzo praktycznego problemu. Choćby: każdy Anglik, jako Europejczyk, ma pełne prawo utyskiwać na nadętą i nurowyszowską pewność siebie, jaką emanują niektórzy podróżujący po Europie, jankescy globtroterzy. Powinien tylko wcześniej w ramach wstępu przyznać, że dokładnie taki sam zarzut podnoszono przeciwko podróżującym po kontynencie Anglikom, w czasach, kiedy Anglia posiadała taką samą merkantylną wyższość nad resztą świata i kiedy panował w niej podobnie materialistyczny nastrój. Kiedy powie coś takiego, może mówić wszystko; może gnać za wulgarnym i nieuprzejmym Amerykaninem niosąc w rękach ogień i miecz, a w ustach słowa krytyki lub kpiny, aby według wszelkiego prawdopodobieństwa przekonać się do tego, że najbardziej rozsądni i odpowiedzialni Amerykanie w pełni się z nim zgadzają. Taki Anglik mógłby zirytować normalnego i racjonalnego Amerykanina nie tyle twierdząc, że Amerykanie mają wady – ale gdyby sam uważał się przy tym za wzór doskonałości. Sądzę, że niniejsza zasada to podstawa pokoju i przyjaźni między narodami.

Kluczową sprawą jest tutaj zatem to, by Anglicy z wielką sumiennością przyznali wreszcie, że prawdziwe amerykańskie zło nie wynika z faktu, że Ameryka odłączyła się od Anglii, ale raczej z tego, że pozostaje ciągle za bardzo angielska. Częściowo uwidacznia się to choćby w fakcie, że handel i finanse mają tutaj fantastyczną naturę. Amerykański kupiec to człowiek w każdym calu tak romantyczny, jak Anglik. Pod niektórymi względami zachowuje on aż nadto realistyczne nastawienie; a jednak – w naturze współczesnej wymiany leży właśnie to, że podobna nierzeczywistość jako taka stanowi część rzeczywistości. Nas, którzy proponujemy powrót do prostszych relacji społecznych, zawsze opisuje się jako romantyków, idealistów i wróży czystej niemożliwości. Prawda jest jednak taka, że to my właśnie jesteśmy tutaj ostatnimi realistami, wyznawcy Wielkiego Biznesu zaś, z samej swojej natury nie mają kontaktu z rzeczywistością. Muszą być nierealistyczni – ponieważ lwia część ich transakcji opiera się na nierealnych towarach i nierealnym majątku. W samej naturze spekulacji i finansjery zawiera się nieustanne zabieranie pieniędzy ze spółki Sery Zielone z Księżyca i pompowanie ich w firmę Promieniste Ogórki; gra akcjami koncernu Kombinat Bimbrowniczy i Gruszki na Wierzbie sp. z o.o.; czerpanie zysków z uruchamiania, a potem – porzucania, mnóstwa projektów, mających na celu zrywanie fig z ostów albo wyciskanie wody z kamienia. Nierzeczywistość owa, w sensie nierealności samej finalnej, materialnej próby, cechuje całą masę godziwej zupełnie brokerki; dla odróżnienia choćby do tej brokerki, którą można by nazwać niegodziwą. Nie chodzi tu tylko o tych, którzy bezsensownie zakładają nowe przedsiębiorstwa, ale także i o tych, którzy przy okazji czerpią z nich profity, nie wiedząc nawet, czy mają one jakiś sens, czy nie; nie marząc nawet o wejściu w kontakt z rzeczywistymi rzeczami, które firmy owe rzekomo mają reprezentować. Czymś ważniejszym wszakże jeszcze od kwestii owej spekulacyjnej nierzeczywistości, jest inna kwestia, związana z innym zgoła rodzajem nierzeczywistości, określanym czasami mianem optymizmu. Prawda taka, że konsumeryści muszą być optymistami – ponieważ żyją w świecie, w którym wszystko błyskawicznie może się zepsuć. Ludzie interesu żyją w świecie czystych pojęć; w świecie czystych fikcji; w krainie snów.

Jest takie przysłowie, które mówi mniej więcej tyle, że rolnicy zawsze narzekają; i istotnie, chłopi często wydają się powierzchownym obserwatorom uosobieniem pesymizmu. Ludzie żyjący w ścisłej łączności z ziemią, szczególnie – ze swoją własną ziemią, mają nawyk mówienia o swoich doświadczeniach życiowych w sposób otwarty, a wręcz obcesowy, co może wydać się wprost wybitnie smętne w zestawieniu z ową sentymentalną auto-otuchą, do jakiej przyzwyczaiły nas dziennikarstwo i profesjonalna polityka. I trzeba poznać chłopów przynajmniej nieco lepiej, by przekonać się, że pod warstwą miotanych przez nich z taką swobodą klątw i krytyk dotyczących obecnych warunków życia, kryje się prawdziwa miłość do stanowiącego źródło wszelkich uwarunkowań, trwałego faktu; jakaś mocna czułość w stosunku do własnej ziemi, gadatliwa duma ze znajomości różnych ważnych szczegółów lokalnych zmian pogodowych, czy życia miejscowej zwierzyny; krótko mówiąc: owo poczucie, że naprawdę jest się u siebie, stanowiące przyczynę tak chłopskich narzekań, jak i chłopskiego szczęścia. Istotne jest jednak tutaj to, że chłopi są realistami, naprawdę zajmującymi się rzeczywistością, a zatem – pewnymi, że pozostanie ona taka sama, niezależnie od tego, co się akurat o niej powie. Nie sądzą, że jakaś chmura przesłoni słońce tylko dlatego, że przeklną w tym lub innym momencie pochmurną pogodę; nie sądzą, że ich zły jak chmura gradowa humor rzeczywiście wywoła gradobicie; nie sądzą, że można słowami zmienić kierunek wiatru, albo wysuszyć mgłę przyznając się do dołka psychicznego. Przeciętny biznesmen wszakże, naprawdę wierzy w podobne rzeczy – i, co więcej, w swoim małym, szalonym świecie, ma w tym zupełną słuszność. Wie, że można sprowadzić chmury nad jakąś spekulację, ledwie mówiąc parę słów przeciwko niej, albo wywołać kryzys najlżejszą choćby krytyką; zniweczyć dobry czas jakiejś firmy jednym szeptem, albo wywołać depresję momentem depresyjnego nastroju. Tak też, biznesmen musi być optymistą, biedaczysko; biedne, słodziutkie, smętne, nieszczęsne biedaczysko.

Mojżesz z Księdza z Wakefield2 stał się do naszych czasów prawdziwą figurą nierynkowości – ponieważ zdarzyło mu się kupić gros zielonych okularów. Ale jakiś wielki magnat trustowy, na przykład, figura absolutnie wszystkiego, co na świecie rynkowe, również musi kupować ogromne ilości okularów – tylko nie zielonych, a różowych. Widzieć wszystko w różowym i cukierkowym świetle, to krytyczna konieczność jego bezsensownego istnienia. Dlatego też, jak łatwo można się dziś przekonać, w Ameryce, ojczyźnie tego rodzaju kolosalnej komercji i kombinacji, praktycznie biorąc wszystkie rodzime wyznania zgadzają się przynajmniej co do jednej rzeczy – właśnie owej cudacznej filozofii optymizmu. Każdego kształci się tutaj w czymś w rodzaju etyki jakiejś nieustającej pogody ducha, albo, jak głosi jedna z maksym tej cywilizacji, „bycia tak radosnym, jak najradośniejszy człowiek w polu widzenia”. W amerykańskim charakterze znajdzie się wiele elementów, które rzeczywiście rozweselają duszę ludzką niezłomnością ducha i pięknem przykładu; wiele odwagi obywatelskiej w sposobie, w jakim społeczeństwo samo się organizuje; wiele z instynktownego traktowania ludzi jak ludzi; wiele z pełnej godności dumy z ciężkiej pracy; brak pewnego fundamentalnego cynizmu; obecność pewnego podstawowego zaufania do obcych. Lecz choć osobiście naprawdę lubię Amerykanów, sądzę, że ich permanentnie radosny nastrój to także ich absolutnie najfatalniejsza cecha.

A przynajmniej, że stał się teraz fatalną cechą – na tyle, na ile nie ma już związku ze starą rzeczywistością demokracji, ale raczej z nową nierzeczywistością plutokracji i popularności. To już niemal przysłowiowe, że tego typu Jankes w powszechnym przekonaniu nigdy nie sypia. Paradoksalnie, jego główny problem stanowi dzisiaj coś dokładnie odwrotnego: to, że cały czas śpi i śni; jego bogactwo zrobione jest z tego samego tworzywa, co senne marzenie, jego małe życie zaś, znajduje swój harmonijny koniec w tym, że nagle spada w niebyt. Ta sama krytyka wszakże, znajduje zastosowanie także w wypadku rządu biznesowego – i ogólnie mówiąc do całego tego kosmopolitycznego rządu biznesowego, który obecnie nami rządzi. Różnica, jaka zachodzi między tym wszystkim, a prawdziwym systemem własności prywatnej, prawdziwym warunkiem wszelkiej normalności, nazywanym przez niektórych dystrybucjonizmem, zasadniczo sprowadza się do tego, że dystrybucjonizm – to nie sen. To pewien świadomy projekt, który konkretni ludzie, żyjący w konkretnym czasie, mogą świadomie przyjąć lub odrzucić. Kiedy raz się go jednak ustanowi, fundamentalne fakty, na których się opiera, takie jak ziemia czy rodzina, pozostają całkowicie niezależne od tego, co ktoś na ich temat powie. Nie znikają pod wpływem pogłosek, ani nie rozwiewają się jak chmury tylko dlatego, że ktoś rozluźni na moment zaciskające się wokół nich, żelazne pęta optymizmu. Mają swoje własne życie i swoją własną historię; i gdziekolwiek mają w sobie także świeżość i siłę, tam istnieje również szczęśliwe społeczeństwo; w którym ludzie wyzwoleni zostają wreszcie ze straszliwego niewolnictwa uśmiechów.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Czyli drumli.

2 Oryg. The Vicar of Wakefield – powieść irlandzkiego pisarza, Oliwera Goldsmitha, wydana w 1766 roku, bardzo popularna w czasach wiktoriańskich. Swoją drogą, nie sposób nie zastanawiać się, ile GKC czytał, powiedzmy, dziennie…