Gilbert Keith Chesterton

Przypadek Adama Smitha

(G.K.’s Weekly, 3 maja 1934)

Ogólnie uznaje się, że nasza współczesna konstytucja (podziw i zazdrość narodów itd.) opiera się na swego rodzaju równowadze; czymś w rodzaju podwójnej podstawy, będącej wszakże raczej rozróżnieniem, niż zwykłym kompromisem. Parlamentarzyści, obecnie z przerażeniem i szczerą konsternacją odkrywający wiekową niepopularność naszego parlamentu, piszą w liberalnych gazetach płomienne artykuły głoszące, że Anglicy cieszą się wolnością, jakiej świat dotąd nie widział. A jednak, większość ludzi względnie poinformowanych wie przynajmniej tyle, że to nie takie proste; i że faktycznie, ważną rolę grają tu dość radykalne rozróżnienia; szczególnie rozróżnienie na fakty i idee. Jest to rozróżnienie praktyczne, i powszechnie znane. Jeśli ktoś powie coś o faktach współczesnej polityki, dostaje proces sądowy i idzie do więzienia za zniesławienie, albo bankrutuje, nie mogąc się wypłacić z gigantycznych odszkodowań. Jeśli wszakże chciałby powiedzieć coś o ideach, słyszymy, może mówić cokolwiek mu się tylko żywnie podoba. Ale w warunkach współczesnych znów – nie jest to takie proste. Żyjemy w epoce, w której – jak się chełpimy – można powiedzieć wszystko. I takiej, w której nic się nie mówi, a przynajmniej nic naprawdę ważnego. Na pewno nic nie mówi się jasno i prosto; i niczego jasno i prosto nie obala. Prawda jest taka, że nasz problem polega na tym, że nie mamy żadnego trybunału, który mógłby sprawdzać idee pod jakimkolwiek kątem; albo choćby je rejestrować. Potrzebujemy protokolanta, w sensie innym niż prawny, jeśli nie po nic innego, to tylko po to, by pamiętać, kiedy i jak dana idea się pojawiła – oraz kiedy i jak zniknęła. I tak, wiem, że taka instytucja nie byłaby nieomylna; a księga jej protokołów nie byłaby księgą życia. Choć wielu to pewnie zaskoczy, hiszpańska inkwizycja również nie była nieomylna; czasem myślę sobie wszakże, czy tak to przynajmniej czuję, że hiszpańska inkwizycja bez tortur to nie całkiem niekorzystna opcja. Jakby nie spojrzeć, nie ma wielkiej różnicy między inkwizycją a inwestygacją. I inwestygacje starego świata faktycznie, z motywów tych lub innych, skutecznie zbierały informacje na temat początków i perspektyw nowych ruchów ideowych; i zostawiły nam sporo danych i dat, z których teraz możemy korzystać. Nie chcę teraz zaczynać debaty etycznej na temat prześladowań – stwierdzam po prostu, że o wielu poglądach wiemy dużo dokładnie dlatego, że były herezją. Jest to zwykły fakt historii; i jeśli jakiś pogląd stanowił ledwie modę czy manierę, o informacje znacznie trudniej. Oczywiście, nie chodzi mi broń Boże o to, że nowe ruchy ideowe powinno dać się oficjalnie prześladować; czy nawet oficjalnie denuncjować; a tylko o to, żeby powinno się je oficjalnie definiować. I dziwne to, że takie definicje stanowiły dotąd właściwie wyłącznie drugą stronę denuncjacji. Każdy wie, czym jest kalwinizm – kiedy się zaczął i co zaczął; a jednak – to chyba kwestia atmosfery – o prusactwie nie wie się dzisiaj właściwie nic; i niektóre pacyfistyczne sierotki wciąż jeszcze potrafią z niekłamanym zaskoczeniem odkrywać, że prusactwo może mieć jakiś związek z Prusami. Nieobłożone klątwą, stało się zwykłym przekleństwem – po prostu brzydkim wyrazem. Dotknął tego terminu normalny dla nas wariabilizm i werbalizm, i teraz może on oznaczać dzisiaj zupełnie cokolwiek, od ołowianych kul po ołowiane żołnierzyki. Idee tego typu krążą sobie po świecie bez śladu definicji; czy choćby denuncjacji tak klarownej, jak definicja.

Otóż przez ostatnie sto lat przechodził przez Anglię (faktycznie pod tym względem wyjątek na skalę Europy) prawdziwy korowód podobnie amorficznych idei – formatywnych nawet jeśli kompletnie pozbawionych formy. Naraz się je zna – i zapomina; tylko że tutaj – inaczej niż w wypadku herezji dawnych czasów – stare idee długo jeszcze trwają gdzieś w podświadomości, nawet jeżeli świadomość zajmuje się już czymś zupełnie innym, a nawet nawet zupełnie przeciwnym. Nikt po prostu tego intelektualnie nie oczyścił, czy nawet nie posprzątał; i być może ma to jakiś związek z angielską niechęcią do burd i buntów. Ale fakt, że nie mieliśmy swojej rewolucji politycznej nie oznacza jeszcze, że nie mieliśmy rewolucji filozoficznej – a wręcz przeciwnie. Bo prawda jest taka, że głowa przeciętnego Anglika stanowiła arenę nieustannej wojny domowej. W ostatnich latach jego świat kilkakrotnie się zawalił. Wstrząsały jego myślami huragany najbardziej szalonych teorii – przynajmniej teoretycznie. Kiedy myślimy o klasie średniej środka wieku dziewiętnastego, statecznych jegomościach z bokobrodami na policzkach i cylindrami na głowach, z rzadka tylko zdajemy sobie sprawę, że pod tymi cylindrami działy się nieraz sceny dramatyczne, albo wręcz dantejskie.

Postaram się podać tutaj, w tym i następnym artykule, dwa przykłady tego, co mam na myśli, zaczynając od świeckiej myśli wczesnego wieku osiemnastego; świeckiej, to znaczy nieuwikłanej jeszcze w spory teologiczne. Tak też na przykład: czy ktokolwiek wie, z jak nieprawdopodobną i fantastyczną filozofią łączy się historycznie imię Adama Smitha? Zazwyczaj uważa się go za nudnego naukowca, który wymyślił wolny handel; a jednak, wymyślił on także kilka znacznie bardziej zadziwiających rzeczy. Jak rzekłem, miał swoją filozofię, a nawet religię; i jakże rewolucyjna była to religia. Teza teologiczna brzmiała mniej więcej tak: że zrządzeniem Boga, dobra najwyższego, drogą do osiągnięcia dobra jest chciwość dóbr. Że jeśli wszyscy zaczną nagle upadlać się, i bezwstydnie biegać za pieniądzem, rezultatem będzie powszechny dobrobyt, dowodzący dobroci Opatrzności. Pomysłem Adama Smitha na usprawiedliwienie dróg Boga przed ludźmi1 było namawiać ich, by popełniali obrzydlistwa, których Bóg w swoim miłosierdziu nigdy by nie usprawiedliwił. Innymi słowy, Adam Smith był mistykiem. Kwietystą, tyle że jego ideału nie stanowił quietus. Wierzył, że jeśli biznesmeni zamienią się w brutali, i zaczną patrzeć wyłącznie na czubek własnego nosa, Bóg wyprowadzi dobro ze zła, i wszystko dobrze się skończy. Wierzył jednak również naprawdę, że Bóg jest dobry; istotnie – tak dobry, że nikt inny już dobry być nie musi.

Oczywiście, większość Anglików nie określa swoich poglądów równie precyzyjnie; i nawet jeśli łykali przesłanie Smitha przez całe pokolenia, zazwyczaj nie obywało się bez domieszek tego lub owego. A jednak, nawet biorąc to wszystko pod uwagę, naprawdę – jak niezwykłe jest to przesłanie, i jakże trudno je przełknąć! Cóż to za szalony kosmos; w którym wszystko jest dobrze, bo wszyscy są źli. Świat, w którym spekulant sadzi oset na przynętę dla osłów; a na oście tym w cudowny sposób wyrastają figi, pokarm mędrców i świętych; w którym bliźni twój zbiera winogrona z cierni, które zasadziłeś specjalnie po to, żeby się o nie kaleczył. A przy tym, wszystko to podawano w formie znacznie bardziej racjonalnej, niż większość współczesnych wynurzeń; choć to przecież kompletny, katastrofalny absurd i nonsens, jak bez wątpienia dostrzegliby wszyscy ludzie szczęśliwszej epoki zdrowszych poglądów i zdrowego rozsądku. Każdy, kto jest choć względnie normalny, widzi, że byt społeczeństwa i tak dosłownie wisi na włosku, nawet jeśli wszystkich wychowuje się na altruistów; i że jeśli zaczniemy wychowywać wszystkich na egoistów, rozleci się ono po prostu na milion kawałków. Na własne oczy ujrzeliśmy, jak bogactwo narodów zmienia się w nędzę narodów. Były wszakże przypadki dziwniejsze, niż przypadek Adama Smitha; o czym powiem nieco więcej za tydzień.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

1 Aluzja do Raju utraconego Miltona.