Gilbert Keith Chesterton

Utopia lichwiarzy  (1917)

Rozdział I – Reklama i rękodzieło

Mając świadomość, że wystawiam cierpliwość czytelnika na nadludzką próbę, pragnąłbym poświęcić trzy pierwsze artykuły niniejszej książki prorokowaniu. Jak wszyscy zdrowi na umyśle prorocy, prorokuję wyłącznie jak jestem wściekły, i wszystko wokół wydaje się walić w gruzy. I jak wszyscy zdrowi na umyśle prorocy, ja również mam nadzieję, że proroctwa moje się nie sprawdzą. Bo przewidywania prawdziwego wróża to jak diagnoza dobrego doktora. I dobry doktor tryumfuje najpełniej dokładnie wtedy, gdy pacjent, o którym powiedział, że umrze, wraca do życia. Zagrożenie okazuje się prawdziwe dokładnie dlatego, że się je neutralizuje. Otóż od długiego już czasu powtarzam raz po raz bez ustanku (i zamierzam to robić dalej, przy najmniej odpowiednich okazjach), że bez chwili zwłoki musimy przeciwstawić się kapitalizmowi, i to przeciwstawić się mu bardzo brutalnie – z tego prostego i prozaicznego powodu, że z każdym dniem rośnie w siłę. Większość wymówek, za którymi chowają się (i swoje prawdziwe intencje) kapitaliści, to – rzecz jasna – czysta hipokryzja. Kłamią, gdy twierdzą, że są filantropami; bo nie bardziej kochają ludzkość, niż pan Albu1 Chińczyków. Kłamią, gdy twierdzą, że osiągnęli swoją pozycję dzięki talentom organizacyjnym. Bo z reguły muszą płacić specjalistom, by zorganizowali im kopalnię – podobnie jak płacą robotnikom, by w niej pracowali. Często kłamią na temat swojego obecnego bogactwa, podobnie jak z reguły kłamią, jakoby wywodzili się z biedy. Kiedy wszakże tłumaczą nam, że realizują „konstruktywną politykę społeczną” – w tym jednym, jedynym wypadku mówią prawdę. My zaś musimy czym prędzej przystąpić do realizacji destruktywnej polityki społecznej; i zniszczyć, póki budowa jeszcze się nie zakończyła, wszystko to, co ten przeklęty ustrój stara się zbudować.

Przypadek sztuk pięknych

Chciałbym zająć się teraz po kolei kilkoma różnymi aspektami i dziedzinami współczesnego życia, i zarysować, jak moim zdaniem wyglądać one będą w plutokratycznym eldorado, w utopii złota i brązu, w której wielka historia Anglii, jak wszystko na to wskazuje, znajdzie swój koniec. Chciałbym powiedzieć, co myślę, że nowi panowie naszego życia, miałcy milionerzy dwudziestego wieku, uczynią z kilkoma wiekowymi instytucjami i zainteresowaniami ludzkości, takimi jak sztuka, nauka, prawo czy religia – o ile nie uderzymy dość szybko, by ich powstrzymać. I w tym artykule, wezmę na warsztat, tytułem ilustracji, przykład sztuk pięknych.

Większość ludzi widziała zapewne wdzięczny obrazek pod tytułem „Bańki”2, używany w charakterze reklamy pewnego słynnego mydła, którego kosteczka zostaje zresztą uwieczniona w tej wersji dzieła. I każdy, kto ma pewien instynkt do kompozycji (karykaturzysta z Daily Herald, na przykład), natychmiast zorientuje się, że pierwotnie tam tej kostki nie było. Że niszczy ona kompletnie obraz jako obraz; i że równie dobrze można by go dosłownie namydlić i zacząć ścierać farbę – efekt byłby podobny. Choć mała, zaburza kompletnie równowagę i strukturę kompozycji. I to, co zrobił w tej kwestii Millais nie ma żadnego znaczenia; prawdę mówiąc zresztą, nie pamiętam, co zrobił. Póki co chodzi wyłącznie o to, że to nie obraz został namalowany dla mydła, ale mydło na siłę wciśnięte do obrazu. I ujawnia się tutaj perfekcyjnie cały duch współczesnego zepsucia, jakie stanowi przepaść ziejącą między nami a epoką wiktoriańską: bo epoka wiktoriańska, przy wszystkich swoich wadach, nie uważała tego typu mecenatu za coś normalnego. Michał Anioł mógł poczytywać sobie możliwość wsparcia sprawy cesarza lub papieża za prawdziwy zaszczyt; i istotnie, sądzę, że był z siebie w tej materii znacznie bardziej zadowolony, niż oni. Nie sądzę zaś, by Sir Jan Millais szczycił się jakoś szczególnie, że wsparł sprawę mydlarni. Nie twierdzę, że miał poczucie winy; na pewno jednak nie miał poczucia dumy. I to właśnie doskonały znak zmiany, jaka dokonała się od jego czasów do naszych. Nasi kupcy jawnie zachowują się już jak szlachta kupiecka. Otwarcie roszczą sobie prawo do kierowania cywilizacją kraju, na podobnej zasadzie, na jakiej papież i cesarz kierowali cywilizacją Italii. W czasach Millaisa, ogólnie mówiąc, słowo „sztuka” miało oznaczać dobrą sztukę; reklama – złą sztukę. Twarz Murzyna, namalowana jako element reklamy tego lub innego czernidła, mogła być zupełną prowizorką, na kształt herbu oberży. Czarny człowiek musiał być tylko odpowiednio czarny. Prawdziwy portrecista musiał wszakże wiedzieć, że nie taki Murzyn czarny jak go malują. I jeśli chciał zadowolić odbiorców, musiał oddać na płótnie tysiące odcieni szarości, brązu i fioletu: bo nie ma czegoś takiego, jak „czarny człowiek”, podobnie jak nie ma czegoś takiego jak „biały człowiek”. Sztuka i reklama były od siebie wyraźnie odrębne.

Skutek

Otóż twierdzę, że pierwszy skutkiem tryumfu kapitalisty (jeżeli pozwolimy mu zatryumfować) będzie dokładnie całkowity zanik tej linii demarkacyjnej. Nie będzie już żadnej sztuki, która nie mogłaby stać się reklamą. I nie twierdzę wcale, że nie będzie już żadnej dobrej sztuki; spora część tej nowej sztuki może być, podobnie jak zresztą już jest, bardzo dobra. Można wyrazić to w ten sposób, jeśli ktoś chce, że w reklamie dokonał się wielki skok estetyczny. I na pewno nie byłoby dla nikogo niczym zaskakującym, gdyby murzyńska głowa reklamująca Czyjeś Czernidło mieniła się paletą podobnie subtelnych i dobrze dobranych kolorów, jakie zabobonni artyści dawnych czasów marnowaliby na malowanie afrykańskiego króla adorującego Dzieciątko. Niemniej, postęp reklamy to degeneracja artysty. I to z jednego, prostego i fundamentalnego powodu: że artysta-reklamiarz pracuje już nie po to, by zadowolić bogatych, ale by samemu pomnażać ich bogactwa; a to już coś kilka poziomów niżej. Jakby nie spojrzeć, jeśli papież zamówił u Rafaela kilka rysunków, czy jakiemuś włoskiemu księciu umyśliło się mieć nową figurkę od Celliniego3, obaj patrzyli na efekty końcowe przede wszystkim jako ludzie, odczuwając z tego prostą przyjemność, jaką mógłby odczuwać każdy z nas. Książę owszem, płacił za swą statuetkę; ale nie oczekiwał, że statuetka się spłaci. I mam przeczucie, że na żadnym z zamówionych przez papieża szkiców nie da się znaleźć choćby jednej kostki mydła. Nikt, kto zna choć trochę małoduszny cynizm naszych plutokratów, ich skłonność do sekretów, słabość do hazardu i pogardę dla sumienia, nie może mieć wątpliwości, że nowy „artysta reklamowy” bardzo często przyłoży jeszcze rękę do operacji, nad którymi nie będzie miał żadnej moralnej kontroli, i których na pewno nie będzie mógł moralnie popierać. Zacznie firmować wciskanie naiwnym podłych specyfików i podejrzanych inwestycji; i pracować dla Marconich, miast dla Medyceuszy. I tym właśnie niskim i śliskim sztuczkom poświęcić będzie musiał dumne i czyste cnoty intelektu, moc przekonywania i szlachetny obowiązek śpiewu na cześć piękna świata i życia. Bo obraz Millaisa to istotnie, obraz alegoryczny. Niemalże proroctwo na temat tego, jaki użytek zrobi świat przyszłości z piękna nienarodzonego dziecka. I mydło to tutaj również znakomity symbol. Bo pieśni jego będą tak łzawe, jak mydlana opera; a bogactwo tak złudne, jak mydlane bańki.

Tłm. Maciej Wąs

1 Jerzy Albu (1857-1935) – niemiecki magnat diamentowy w Afryce Południowej. Aluzja Chestertona odnosi się do nagminnego w tym kraju na przełomie wieków procederu sprowadzania do pracy tzw. „żółtej” siły roboczej z Chin, by pracowała za przysłowiową miskę ryżu, w strasznych warunkach. Oczywiście kończyło się to masową śmiercią robotników, trzymanych zresztą – tytułem praktyczności – w klatkach nieopodal kopalni.

2 Słynny obraz, namalowany w 1886 roku przez Jana Everetta Millaisa (1829-96), brytyjskiego malarza i ilustratora, realistę. Przedstawia chłopczyka, wnuczka artysty, siedzącego na podłodze i puszczającego bańki (Chesterton rozwija wszakże tutaj inną hipotezę interpretacyjną, bardzo interesującą). Faktycznie, obraz był wykorzystywany przez firmę mydlarską Pearse. Kostka mydła, o której zaraz Gilbert wspomni, znajdowała się na wersji reklamowej w prawym dolnym rogu.

3 Benvenuto Cellini (1500-71) – włoski (florencki) rzeźbiarz i złotnik manierystyczny.