G.K. Chesterton

Sprawność policji

Illustrated London News, 1 kwietnia 1922 r.

Niedawna fala wstrząsających morderstw popełnianych przez nieznanych sprawców w naturalny sposób skłoniła wielu do rozpoczęcia dyskusji nad stanem policji brytyjskiej. Zazwyczaj mniema się, że jedyne, czego w niej potrzeba, to kolejnych apeli o więcej „organizacji”, bo człowiek współczesny istotnie uwielbia porządkować wszystko poza własnym rozumem. Sądzę jednak, że tych właśnie w debacie owej nie trzeba, a przynajmniej, że na pewno nie wystarczą – po pierwsze dlatego, że policja brytyjska już osiągnęła poziom centralizacji i wszechwładzy, którego nigdy nie miała osiągnąć, w każdym razie nie bez jawnego gwałtu na naszej narodowej tradycji swobód i wolności; i, po drugie, że cała ta gadanina o zbawiennym wpływie samej tylko organizacji opiera się na błędzie myślowym. Organizacja bowiem, bardzo często sprowadza się do zmieniania ludzi w maszyny; i głupstwem jest sądzić, że maszyna sama w sobie łączy się jakoś specjalnie ze sprawnością czy wydajnością. Maszyna może pracować szybko, ale może i wolno – istotnie, zostawiona sama sobie nie pracuje w ogóle. Nie ma lepszego przykładu precyzyjnej i drobiazgowej organizacji niż etykieta chińskiego dworu, monarszego pałacu Hiszpanii czy Bizancjum, przynajmniej w mroczniejszych dniach tych krajów. Wszystkie bizantyjskie biurokracje, wszystkie skomplikowane systemy urzędnicze upadających mocarstw są doskonale zorganizowane. To czego im brakuje, to nie organizacja, a tchnienie życia, czyli – innymi słowy – to, by ludzie przejawiali choćby minimum zainteresowania własną pracą. Podobnie wielka organizacja to proste przeciwieństwo organizmu. Nie mają w sobie ruchu – ponieważ nie mają poczucia celu, który by ją poruszał. Tak oto przedstawiają się tragiczne konsekwencje fałszywych relacji związanych z nowoczesną niesprawiedliwością systemu przemysłowego. Sporo słyszy się dziś o taktyce „Nie wysilaj się” [W oryginale ca’ canny, ze szkockiego właśnie mniej więcej „nie wysilaj się” czy „wrzuć na luz” – chodzi o strajk metodą celowego spowalniania pracy – przyp. tłumacza]; niemniej wydaje się, że nikt jeszcze nie zauważył prawdziwego morału jaki z tej historii wypływa. Tego mianowicie, że można organizować zarówno czyn, jak i bezczynność; istotnie, bezczynność nawet chyba trochę łatwiej. „Nie wysilaj się” to bardzo realne nastawienie do pracy, warte namysłu inteligentnego człowieka. Ja w każdym razie, gdybym uważał, że policja działa niesprawnie, to na pewno nie zadowoliłbym się przekładaniem papierów i przeklejaniem etykietek, podporządkowywaniem mniejszych wydziałów większym wydziałom czy zapewnieniem jednemu niewydarzonemu urzędnikowi większej kontroli nad drugim niewydarzonym urzędnikiem. Pierwsze natomiast, co bym zrobił, to upewnił się, czy policjanci nie są przypadkiem niezadowoleni ze swojej sytuacji – i czy aby na pewno nie mają powodów do niezadowolenia.

Wątpię wszakże, czy koniecznie trzeba uważać, że policja działa niesprawnie, i to, jak mniemam, przynajmniej z paru przyczyn. Zacznijmy od tego, że nowoczesne pojęcie powszechnej biurokratyzacji życia społecznego to rzecz niemożliwa, niemalże sprzeczność sama w sobie. Wymaga, by każdy był śledzony, a zatem – w ostatecznym rozrachunku – by każdy śledził sam siebie. Wymaga policjanta dla każdego obywatela – czego nie dałoby się osiągnąć nawet gdyby każdy obywatel był policjantem. W państwie można mieć tylko tylu a tylu urzędników; i jeśli naprawdę chcemy by poświęcali swoją energię na rzeczy małe i miałkie, w oczywisty sposób zabraknie jej na rzeczy ważne i wielkie. Jeśli któryś z nich musi dbać o to, by przeciętni obywatele nie kupowali czekoladek po ósmej trzydzieści, fizycznie nie może poświęcić tyle uwagi, ile być może by chciał, nieprzeciętnym skądinąd obywatelom, którzy zatruwają czekoladki by częstować nimi potem tych, których zbiegiem okoliczności zdarza się im nie lubić. Jeśli policjant musi natychmiast aresztować każdego, kto próbowałby postawić coś staremu przyjacielowi w wiejskim pubie, w naturalny sposób nie może zapobiec zasztyletowaniu kogoś innego w innym wiejskim pubie. Zdrowy rozsądek podobnych obserwacji pojmowali na przykład jeszcze nasi ojcowie, co znajduje odzwierciedlenie choćby w uznawanej przez nich maksymie „De minimis non curat lex” [„Prawo nie zajmuje się błahostkami” – przyp. tłm.]. We współczesnym ustawodawstwie socjalnym wszakże, sentencja ta została na pewno kompletnie odwrócona, a być może, że i obalona. Nasi urzędnicy tak intensywnie zajmować muszą się sprawami diety i detalami teorii medycyny, czy kwestią dekorum poszczególnych sztuk pięknych, że błahostka taka jak trup na werandzie czy morderstwo popełnione ledwie kilka kroków od lampy ulicznej wydawać im się musi niemal irytującym i bezsensownym dodatkiem do codziennej orki. Nie mogą, po prostu, skupiać się na czymś podobnie barbarzyńskim i fundamentalnym dla instytucji prawa. „De maximis non curat lex” [„Prawo nie zajmuje się rzeczami ważnymi” – przyp. tłm.].

Prostą odwrotnością prawdy jest zatem twierdzić, że policja zawodzi ze względu na niedomiar organizacji. Prędzej już ze względu na nadmiar organizacji. Projekt kontroli państwowej zbyt ambitny na życie człowieka po prostu w pewnym momencie się załamał – i to dokładnie w tym, w którym najbardziej tej kontroli potrzebujemy. Prawo, miast być mocnym węzłem wiążącym to, co naprawdę da się związać, miało stać się wielką siecią zdolną ogarnąć to, czego nie da się ogarnąć. Sieć podobnie naprężona musi z czasem pękać dosłownie wszędzie; i tak też praktycznym skutkiem naszej biurokracji okazuje się coś, co w niepokojący sposób przypomina anarchię. Zgadzam się jednak, że anarchia ta ma i inne przyczyny. Nasze bezprawie nie bierze się jedynie z miłości do uchwalania praw.

Po pierwsze, jak wielu musiało już zauważyć, każde narzędzie nauk współczesnych to z konieczności narzędzie obosieczne, przynoszące skutki dobre i złe. Z samochodu korzystać może zarówno policjant, jak bandyta; z telefonem wygląda to bardzo podobnie. I ujawnia się to, rzecz jasna, nie tylko na małą, ale i wielką skalę, o czym świadczy dobitnie fakt tak kolosalny, jak historia pruskich działań militarnych podczas ostatniego konfliktu. Gdy dziekan Inge [William Inge, 1860-1954, duchwony anglikański, teolog, progresista, zwolennik eugeniki i… nudyzmu. Trzykrotnie nominowany do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Zwany „dziekanem”, bo był też i dziekanem katedry św. Pawła w Londynie – przyp. tłm.] upomniał mnie niedawno z wielką surowością za to, że sprzeciwiam się ustawom wprowadzającym przymus eugeniczny, pocieszał się, że postęp nauki jest niepowstrzymany i wciąż będzie rodził na świecie swe cudowne owoce, niezależnie od utyskiwań garstki idealistów. Odpowiedziałem wykazując jakie to tryumfy święciła nauka współczesna w Niemczech, i jakież to cudowne owoce rodziła z siebie na oczach oniemiałej ludzkości. Bez wątpienia Zeppelin to piękna rzecz; co nie przeszkodziło mu wcale zamienić się podczas wojny w straszną rzecz. Jeśli grzech ludzki jest w stanie przemienić w koszmar nawet wspaniałą wizję awiacji, i to mocą nauki, która na skrzydłach poranka wzbija się nad najdalsze mórz przestwory [Aluzja do Psalmu 139 – przyp. tłm.], absurdem jest twierdzić, że nic złego nie może wyniknąć z nauki eugenicznej, badającej atawizm i antropoidy. Prawda jest bowiem taka, że każdy krok na drodze rozwoju naukowego zostawia moralność ludzką w jej pradawnej równowadze; i że wyłącznie od słabej duszy człowieka zależy, czy okaże się on błogosławieństwem, czy katastrofą. To być może zresztą najmocniejszy argument na rzecz moralności większej nad materializm i religii, która potrafiłaby oprzeć się dyktatowi naukowców. Postęp moralny to zawsze kwestia czysto moralna i uczony współczesny, choćby i wynalazł najbardziej skomplikowany mechanizm, czy uwolnił chemicznie najsubtelniejszy gaz, staje nieodmiennie przed tym samym dylematem, przed którym stanął i Kain, trzymając w ręku ledwie kawałek kamienia. Współczesne wynalazki motoru i telefonu, podobnie jak gazów trujących i silników samolotowych, przydają się tyleż policji, co półświatkowi. Można tu jednak dodać jeszcze, jak mniemam, jedną rzecz nie bez związku z tematem. To teza znacznie bardziej odważna, niż pierwsza, sądzę jednak, że nie mniej prawdziwa. Nie wydaje mi się bowiem aż tak nieprawdopodobne, że skutkiem niedawnego chaosu praw i poglądów, z którego dopiero teraz zaczynamy powoli wychodzić, będzie pojawienie się znaczniejszego niż w spokojniejszych epokach odsetka ludzi wykształconych, którym akurat umyśli się wejść w buty wroga publicznego. Tam, gdzie istnieje pewna wspólnota religii i organizacji życia, akt sprzeciwu będzie zawsze po prostu bezprawny, a po większej części także i bezsensowny. Nasze czasy wszakże to od początku czasy przejściowe – epoka, w której nawet rozsądny człowiek może być sceptykiem, a każdy sceptyk – anarchistą. Bo myśl, bardzo podobnie jak maszyna, pracuje dobrze lub źle nie w zależności od siły, ale kierunku działania. Jeśli wszakże spora grupa ludzi wykształconych i oświeconych faktycznie zaczęła parać się przestępstwem, półświatek stanie się wkrótce potężniejszy niż kiedykolwiek; i trudno będzie dziwić się temu, że policja czasami nie da sobie z nim rady.

 

Tłm. Maciej Wąs