Gilbert Keith Chesterton

W obronie ulicy Głównej

Ze zbioru Sidelights (1932)

Ogólnie biorąc, w głównej mierze opowiadam się po stronie ulicy Głównej1. Mówiąc to, mam na myśli nie tyle, że wolę Ulicę Główną taką, jaką jest od ulicy Głównej takiej, jaką być powinna, ale że wolę Ulicę Główną taką, jaką jest, od poglądów tych, którzy twierdzą, że jej nie powinno być. Mam na myśli to, że gdybym musiał stanąć przed okropną – więcej: obrzydliwą – alternatywą: albo jej krytycy, albo ona, wolałbym, żeby została sobą. Gdybym został bezwzględnie zmuszony do wyboru, czy chciałbym zostać agentem nieruchomości wyznania metodystycznego z Gopher Prairie, czy też ateistycznym i anarchistycznym artystą z Greenwich Village, wybrałbym (w surowym duchu kogoś, kto zdobywa się na straszliwe wyrzeczenia w obliczu grożącej mu, przerażającej katastrofy) karierę agenta nieruchomości. I mówię to pomimo wszelkiej mojej sympatii do artysty – ponieważ choć ludzie prości istotnie może i ledwo co zdążyli przekroczyć próg piękna, ludzie kulturalni dotarli już do jego definitywnego końca – podobnie zresztą, jak do końca wszystkich innych rzeczy. Gdy przychodzi jednak do opisu realnych cnót ulicy Głównej, mam z tym pewien problem – jako iż mieszkańcy ulicy Głównej są swoich cnót zupełnie nieświadomi. To, nawiasem mówiąc, ich największa cnota.

Z tego typu międzynarodowym wytłumaczeniem wiąże się pewna trudność. Gdy ośmielam się nawet niejednoznacznie zasugerować, że Gopher Prairie to cnotliwa wieś, natychmiast pojawia się w mojej wyobraźni pan Sinclair Lewis, z ironicznym błyskiem w oku, gotów użyć ku przyśpieszeniu mego wyginięcia najbardziej błyskotliwego dowcipu i najbardziej bezlitosnej satyry. Ale prawda jest taka, że ja i on mamy na myśli dwie zupełnie różne rzeczy nie tylko, gdy mówimy „cnotliwy”, ale i gdy mówimy „wieś”. Nic nie oddaje w równie absolutny sposób głębi dzielącej nas otchłani Atlantyku, niż właśnie nastrój i konotacje, wiążące się ze słowem „wieś” czy „wioska”. Nie ma w Anglii, o Europie nawet nie wspominając, czegoś takiego, jak wioska purytanów. Jest za to coś takiego, jak wioska pogan.

Ostre jak brzytwa pióro autora Antologii Spoon River2 opisało swego czasu, jako jedną z nielicznych dobrych rzeczy, którą można było znaleźć w owej niesympatycznej raczej wspólnocie, jak to pewien irlandzki ksiądz pomógł znacząco tym, którzy starali się ocalić swoją wioskę przed bigoteryjnym bagnem „wioskowej moralności”. W tym sensie, nie ma w Anglii czegoś takiego, jak wioskowa moralność. W tym sensie, znajdzie się w niej bardzo mało oprócz wioskowej niemoralności. A jednak, gdyby pan Lee Masters albo pan Sinclair Lewis przyjechali na angielską prowincję, natychmiast poczuliby całą cnotliwość wsi zamieszkanej przez pogan. Poczuliby wolność, życzliwe usposobienie, tolerancję względem wioskowego pijaka i wioskowego idioty. Ze swojej strony natomiast, czuję się zobowiązany dostrzec i uczcić wiejskie cnoty purytanów. Widzę bowiem bardzo dobrze, że ich wieś to nie tylko wieś purytańska, lecz także, w bardzo prawdziwym sensie, republikańska.

Ludzie zazwyczaj wyobrażają sobie, że ich osobiste cnoty są znacznie bardziej uniwersalne, niż jest w rzeczywistości. Jeżeli jakiś obcokrajowiec powie im, że obce kraje tych cnót nie posiadają, ludzie ci popadają ze wzburzenia w pewien bardzo interesujący błąd. Mocą wewnętrznego paradoksu pokory, zakładają, że wszyscy obcokrajowcy są w jakiś szczególny sposób niegodziwi – zamiast założyć, że to właśnie ich cnotliwość jako taka jest szczególna. Jak mówiłem, wynika to z pięknej niewinności ludzkiej natury, niemniej – prowadzi do bardzo brzydkich pojęć o innych ludzkich istotach. Jeżeli normański chłop ciężko pracuje, nie ma najlepszego zdania o ciężkiej pracy. A nawet – traktuje ciężką pracę bardzo lekko. Jeżeli wszakże powie się mu, że chłop neapolitański pracuje trochę mniej ciężko, nie potrafi potraktować tego lekko i generalnie wyobraża sobie, ze Neapolitańczycy są znacznie bardziej leniwi, niż jest naprawdę.

Tak też ma się to z przeciętnym Amerykaninem, któremu jakiś Anglik pogratuluje bardzo realnej obecności ducha równości i braterstwa, bezbłędnie wyczuwalnych dla każdego, kto tylko stanie na amerykańskiej ziemi. Zupełną prawdą jest, że każdy Anglik o nastawieniu mniej lub bardziej wolnościowym czuje tutaj jakby powiew świeżego powietrza, z którego ulotnił się pewien charakterystyczny zapach – tym zaś, co zniknęło, był: snobizm. Lecz Amerykanin nasz będzie w dużym błędzie, jeżeli dojdzie na tej podstawie do wniosku, że angielska atmosfera jest wyłącznie snobistyczna. Angielska atmosfera to niesamowicie subtelna mieszanka wolności, arystokracji i powszechnej wiary w dobre maniery, której snobizm towarzyszy w charakterze produktu ubocznego; niemniej – produktu ubocznego, który śmierdzi aż pod niebiosa. Amerykanin jednakże, mówi zaraz sam do siebie: „Jakie to muszą być snoby, skoro dziwi ich, że można odnosić się do siebie przyjaźnie?” I natychmiast tworzy sobie obraz Anglii iście feudalnej, przypominającej Anglię w podobnym mniej więcej stopniu, w jakim Wilhelm Zdobywca z galerii figur woskowych przypomina Jerzego V, pijącego herbatę w dużym pokoju.

Zawsze łatwiej jest wyjaśniać podobne nieporozumienia na konkretnych przykładach. Tak się składa, że znalazłem dokładną ilustrację tego, co naprawdę podoba mi się w Ameryce. Natknąłem się na nią w pewnym małym miasteczku, gdzie znajduje się college czy uniwersytet, na którym akurat wygłaszałem wykład. Jeden z pracujących tam profesorów był na tyle uprzejmy, aby stwierdzić, że spodobała mu się moja argumentacja, i że wskazywała ona na jedną rzecz, na którą nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi. Minutę czy dwie później, gdy stałem sobie na zewnątrz sali wykładowej, podszedł do mnie szofer rzeczonego pana profesora, i w dokładnie taki sam sposób powiedział mi prawie dokładnie to samo. Stwierdził, że zgadza się co do tej jednej, konkretnej kwestii, ale ma wątpliwości co do kilku innych elementów sporu. Między tonem, gestykulacją i postawą ciała profesora oraz jego służącego, nie dało się zauważyć zgoła żadnej różnicy. Ani jeden, ani drugi nie był agresywny; a także, ani jeden, ani drugi nie uważał, że może być cokolwiek nienaturalnego w otwartym powiedzeniu tego, co mu akurat przyszło do głowy.

To właśnie bardzo podoba mi się w Ameryce. I to właśnie w Anglii jest prawie zupełnie niemożliwe. Problem jest jednak taki: że jeśli powiem, że podobna sytuacja stanowi w Anglii niemożliwość, tłumy nieobytych w świecie Amerykanów natychmiast zaczną tworzyć sobie wizje Anglii aroganckiej i arystokratycznej, które jako takie stanowią niemożliwość jeszcze większych rozmiarów. Wielu z nich może nabrać pewnego niejasnego przeświadczenia, że angielskich szoferów w ogóle nie wpuszcza się na wykłady; albo że angielscy szoferzy w ogóle nie potrafią nawet czytać i pisać, w związku z czym nie są w stanie owych wykładów zrozumieć; albo że angielscy szoferzy zawsze siedzą cicho, drżąc ze strachu przed gniewem swoich wyniosłych i szlachetnie urodzonych panów; albo że angielscy gentlemani mają w zwyczaju kroczyć dumnie po okolicy na kształt pruskich junkrów i podkręcać wojskowe wąsy, wykrzykując wojskowe rozkazy do swych wynędzniałych szoferów.

Nic podobnego nie mogłoby się nigdy wydarzyć; nie w większym stopniu, niż to, co wydarzyło się w Ameryce. Ja zaś wiem doskonale, co naprawdę by się wydarzyło. To kwestia tonu; atmosfery społecznej; czegoś, co na ogół lepiej wyrażają powieściopisarze, niż eseiści. Otóż prawdopodobnie pani domu, serdecznie witając goszczonego przez nią wykładowcę, mogłaby nawet w pewnym momencie zauważyć bliską obecność szofera, lokaja, leśniczego, ogrodnika, czy któregokolwiek z bardziej prominentnych przedstawicieli służby. I prawdopodobnie powiedziałaby na to, z nutką interesującej, mglistej czułości: „Wiggins się Panem zajmie. Mam nadzieję, że będzie się Pan tutaj dobrze czuł”. A potem, przechodząc od niższych, do coraz wyższych tonów dyskretnego śmiechu, dodała: „Wiggins był na Pana wykładzie. Wiggins wcale sporo czyta”; w jej głosie zaś pobrzmiewałaby jakaś interesująco ciepła duma, jak gdyby była posiadaczką uczonej świni, potrafiącego liczyć konia czy jakiegoś innego, podobnego typu wyjątkowego zwierzęcia, do którego czułaby niejakie upodobanie. Wiggins natomiast, z początku wyglądałby na nieco zażenowanego, jak gdyby przyłapano go na podkradaniu książek z biblioteki, i uśmiechał się tylko pokornie i całkowicie bezgłośnie. I dopiero później, po tym, jak około sto razy zgodziłbyś się z Wigginsem co do tego, że faktycznie mamy dzisiaj piękną pogodę, mógłby on zacząć wydawać z siebie urywane dźwięki ludzkiej mowy, dzięki którym miałbyś może w pewnym momencie szansę dowiedzieć się, co tak naprawdę sądzi on na temat twojego wykładu. Tak czy inaczej jednak, na tym właśnie polega różnica. Nie chodzi tu w żadnym razie, w dosłownym sensie tych słów, o brutalne czy apodyktyczne traktowanie służących. Jedną z pierwszych sześciu rzeczy, których malutki książę nauczy się w wieku sześciu lat, stanowi święta konieczność uprzejmego obchodzenia się z Wigginsem. Nigdy jednak nie będzie on Wigginsowi równy; Wiggins zaś, nigdy nie będzie zachowywał się tak, jak gdyby było inaczej. Że obydwaj mieliby kiedykolwiek skomentować jakiś wykład, wygłoszony przez obcego człowieka, i to skomentować go niezależnie od siebie, w jednym czasie i w całkiem spontaniczny sposób – to jest właśnie coś, co nigdy nie zdarza się w Anglii. I to jest właśnie coś, co naprawdę zdarza się w Ameryce.

Powiedzenie, że Ameryka jest z tej pary bardziej demokratyczna, spuszcza ze smyczy najdziksze pomieszanie języków. Jako iż demokracja, ściśle mówiąc, nie oznacza równości, komfortu czy koleżeństwa między ludźmi. Oznacza bezpośrednie rządy ludu. Rządy ludu zaś, to rzecz, którą diablo trudno w ogóle ustanowić, przynajmniej w skrajnie skomplikowanych warunkach współczesnego państwa przemysłowego. Podobno istnieje ona w Ameryce; i, skoro już o tym mówimy, podobno istnieje ona także w Anglii; niemniej, jej istnienie można bardzo łatwo podać w wątpliwość i poddać pod dyskusję dosłownie w każdym wypadku. Nie mówię teraz wszakże o politycznej koncepcji ludowładztwa. Tym, co naprawdę istnieje w Ameryce, nie jest demokracja, rzecz albo możliwa – albo niemożliwa. Ale równość, o której zawsze mówiło się, że stanowi znacznie większą niemożliwość. Nie jest to niemożliwość. Jako atmosfera, ale atmosfera bardzo realna, poczucie równości społecznej (lub, jak kto woli, braku hierarchii) istotnie istnieje w Ameryce – na tej samej zasadzie, na jakiej nie istnieje w Europie. Nie jest to niemożliwość; nie jest to możliwość; tylko zwykły fakt. Jej istnienie świadczy o tym, że Jefferson rzeczywiście coś zrobił – podobnie jak istnienie islamu świadczy o tym, że Mahomet rzeczywiście coś zrobił. Wymieszała się w międzyczasie z masą wszelkiego rodzaju nadużyć i nędz, podobnie jak wszystkie inne ludzkie osiągnięcia; niemniej – udało się ją osiągnąć.

Wspomnę tutaj o innym jeszcze zdarzeniu, która bardzo dobrze obrazuje inny aspekt tej samej sprawy. Obrazuje coś, co jest niemożliwe w Anglii i możliwe w Ameryce; lecz wypływa z niego znacznie bardziej subtelny morał, którego tak Amerykanie, jak i Anglicy, mogą nie zrozumieć. Trzeba uczciwie dodać, że miało ono miejsce w miasteczku bez jednego choćby uniwersytetu, stanowiącym odwrotność wszelkiej akademii. Może być i tak, że człowiek, którego tam spotkałem, to tylko dziwak albo poszukiwacz przygód – niemniej jednak, nie sądzę. Tak czy inaczej, nie spotkałem nigdy podobnego dziwaka i nie przeżyłem podobnej przygody w jakimkolwiek innym kraju, o moim kraju nawet nie wspominając. Wydawał się sądzić, że to, co robi, to rzecz całkiem naturalna – jeżeli zaś mój amerykański Czytelnik uzna ją za rzecz całkiem trywialną, potwierdzi to tylko wszystko, co mówię tutaj o zachodzącej między nami różnicy.

Opuściłem mój hotel i szedłem sobie, jak ufam – nikogo szczególnie nie rażąc, w dół ulicy, gdy nagle pewien młody człowiek zatrzymał mnie i jak gdyby nigdy nic zaczął ze mną rozmawiać. Był on nieco nieschludny – nie tak nieschludny wszakże, jak ja, bo towarzyszyła mu także owa nieopisywalna do końca aura autentyczności, wskazująca na to, że jego nieschludność wynikała wprost z materialnej biedy, a nie – jak w moim wypadku – z naturalnych niedomagań. Nie zachowywał się także wcale natarczywie czy wulgarnie; miał subtelną twarz o ostrych rysach; mówił dosyć cicho i na mojej własnej, ukochanej wyspie w sprzyjających warunkach jakiś policjant mógłby uznać go za wariata i zgarnąć. Powiedział: „Przepraszam uprzejmie. Czy mógłbym zapytać Pana, czy nie jest Pan przypadkiem jednym z naszych okolicznych polityków?”

Odpowiedziałem grzecznie, że nie, nie należę do miejscowej rady miejskiej. I dodałem, że jeśli jego okolica rzeczywiście może poszczycić się kilkoma prawdziwymi politykami, to znajduje się w znacznie szczęśliwszym położeniu, niż większość współczesnych okolic. Odparł:

„Proszę wybaczyć moją ciekawość, ale w Pańskim wyglądzie jest coś takiego, co sprawia, że można wziąć Pana za polityka – albo za pisarza”.

Ten podmuch wiatru rzucił mnie nieco bliżej lądu i przyznałem, że rzeczywiście, zdarzyło mi się raz czy dwa coś tam napisać. Gdy to usłyszał, bardzo się rozemocjonował i rzekł: „Ja też jestem pisarzem”; i wyciągnął z kieszeni wielką garść papierów, w tym również kilka wycinków z gazet, zawierających, jak można przypuszczać, pozytywne opinie na temat jego twórczości. Ja zaś stałem sobie spokojnie, przeglądając je z nieco zdezorientowaną grzecznością, i tak kontynuowaliśmy naszą konwersację na samym środku ulicy, blokując ruch, podczas gdy nieskończony korowód gangsterów i magnatów naftowych przebiegał bądź przeciskał się mimo nas. Po chwili mój rozmówca zapytał mnie, wciąż z pewną delikatnością, czy zechciałbym mu zdradzić, co dokładnie pisuję. Odpowiedziałem mniej więcej, że napisałem już sporo bardzo różnych rzeczy, od opowiadań sensacyjnych i kryminalnych po drobne notatki na temat teologii i filozofii.

Podniósł nagle dłoń, niby kierujący ruchem policjant, i zawołał: „Dokładnie tym się zajmuję!”

A następnie zanurkował na powrót w swoich papierach, by po chwili wyciągnąć spomiędzy nich fotografię starszego człowieka z ogromną brodą i ogromnymi, odzianymi w sandały stopami, zmierzającego gdzieś w jasnych promieniach słońca; i stanowiącego coś w rodzaju parodii Walta Whitmana.

„Jeżeli chce Pan posłuchać trochę o filozofii” rzekł mój rozmówca konfidencjonalnie, stukając palcem w zdjęcie i mówiąc takim tonem, jak gdyby polecał mi kiosk tytoniowy, „jeśli kiedykolwiek chciałby Pan posłuchać czegoś o filozofii, oto odpowiedni człowiek. Mieszka w Willi Apokalipsy na Wzgórzu Objawienia”, czy pod jakimś podobnym adresem.

Wstyd mi było za mój brak entuzjazmu; jeden rzut oka na tego czcigodnego szarlatana ze zdjęcia wystarczył, abym zorientował się, dziecię starszej i bardziej zmęczonej cywilizacji, o jakiej dokładnie filozofii bym od niego usłyszał. Niewątpliwie, we wszystkich krajach świata znajdą się setki ludzi takich, jak on, a w Ameryce pewnie nawet kilka tysięcy więcej; i być może znajdą się też na świecie tysiące ludzi takich, jak jego rozmowny miłośnik. Zakończył on naszą konwersację prawdziwie ludzkim akcentem, wyciągając zza pazuchy fotografię swojego syna w mundurze wojskowym – studenta West Point. Ani przez moment nie zastanawiałem jednak nad tym, jak bardzo jest on osobliwy. Musiałem bowiem poważnie zastanowić się nad moją osobistą osobliwością. I nagle zobaczyłem, w błysku światła, którego nigdy nie uda mi się już odzyskać, co naprawdę podobało mi się w Ameryce – a nawet w ulicy Głównej.

W ogóle nie odnoszę się tutaj do kwestii, co takiego podoba mi się w Anglii. Pozostawiam Czytelnikowi zrozumienie, jak wielkie i wieloaspektowe są owe wspaniałe zalety, które powinienem wychwalać w związku z moją własną ojczyzną i narodem; nasza hojność, nasze spontaniczne miłosierdzie, rozumienie samotności i swobody, nasz humor i nasza głęboka gleba, z której wyrastają poeci. Jest jednak w angielskiej atmosferze także i pewne zło, i sam brak owej atmosfery, kiedy zdałem sobie już z niego sprawę, uderzył mnie niczym jakiś dziwny zapach. Przypomniałem sobie nagle, jakby o czymś oddalonym o tysiące mil, że gdyby ów nieschludny człowiek zaczął rozmawiać ze mną w ten sposób na Fleet Street, nie pomyślałbym sobie nawet, że to wariat; nie pomyślałbym niczego, co byłoby podobnie szlachetne. Pomyślałbym bowiem, po prostu nie byłbym w stanie powstrzymać się od myślenia, że chce mnie on poprosić o pieniądze.

Kiedy przypomniałem sobie te wszystkie płonące wstydem usiłowania, spadł na mnie z daleka ów wielki wstyd, który ciąży bardziej bogatym, niż biednym – i wierzycielowi bardziej, niż dłużnikowi. Przypomniałem sobie jakieś prawdziwe plugastwo – i przypomniałem sobie również, że wcześniej o nim nie pamiętałem. Tysiące rzeczy przemknęło przez mój umysł podczas mojej ulicznej konwersacji z tym nadzwyczajnie sympatycznym wariatem – nigdy jednak nie przyszło mi podczas niej do głowy, że mógłby on chcieć ode mnie pieniędzy. Nigdy nie przyszło mi to do głowy – i jemu również nigdy nie przyszło to do głowy. Nie wiedział on, że w panującej w pewnym miejscu na świecie atmosferze, podobnie uparte trzymanie obcego człowieka na ulicy za guzik może wyglądać bardzo podejrzanie. Nie chciał ode mnie zupełnie nic, poza tym, aby ktoś kompletnie obcy poświęcił mu odrobinę czasu i uwagi; i nigdy nie przeszłoby mu przez myśl, że mógłbym myśleć inaczej.

Cóż mogłoby być bardziej naturalnego od opowiedzenia obcemu, spotkanemu na ulicy człowiekowi wszystkiego na temat swojej ulubionej filozofii i żołnierskich losów swojego syna? Z pewnością nie próbował on wyciągnąć z tej rozmowy żadnych praktycznych korzyści; i nie sądzę, żeby kiedykolwiek miał taki zamiar. Ja również, w tamtym miejscu i w tamtym czasie, nie miałem takiego zamiaru. I fakt niniejszy naprawdę coś znaczy – jeżeli się nad nim odpowiednio zastanowić; coś wiążącego się z atmosferą społeczną, dla której nigdy nie znaleziono właściwego określenia. Zupełnie wyleciało mi z głowy wspomnienie o pewnego rodzaju udręczonej i upokorzonej relacji biednych z bogatymi. Każdy prawdziwy Anglik będzie wiedział, o co mi chodzi. Każdy szczery Anglik zgodzi się z tym, co mówię.

Obserwacja ta, choć ściśle negatywnej natury, jest bardzo dziwna; z pozoru wydaje się zwykłym paradoksem. Znacznie więcej mówi się o pieniądzach w Ameryce, niż w Anglii; w Ameryce, i gdziekolwiek indziej, da się znaleźć aż nadto wiele zamartwiania się o pieniądze, desperackiego szukania pieniędzy, biegania za pieniędzmi, kradzenia pieniędzy i kręcenia dla pieniędzy. Ktoś równie dobrze mógłby zatrzymać mnie wtedy po to, aby sprzedać mi złotą cegłę albo znikające pole naftowe; nie zdziwiłbym się, gdyby – mówiąc po amerykańsku – mnie potem obrobił, używając do tego łajdackich metod szantażu czy szwindlu. Wszystkie te nieokrzesane formy przestępstwa były tam jakoś obecne – jako możliwości, jedna rzecz wszakże nie była obecna. Konkretnie: pewna kłopotliwa konwencja, jakże boleśnie znajoma bardziej uwarstwionym systemom społecznym, mocą której nieschludny człowiek nie może zatrzymać na ulicy kogoś zamożniejszego od siebie, jeżeli nie jest – o ile nie szantażystą, to przynajmniej żebrakiem. To właśnie naprawdę zła strony nierówności. I tym gorzej poniekąd, jeżeli nierówność ta jest do tego niezdefiniowana i nieformalna; i ubogi w wielu wypadkach mógł mówić swobodniej, gdy był niewolnikiem.

Z tymi problemami istotnie można poradzić sobie tylko przy użyciu paradoksów. Gdyby jakiś nieznajomy poprzestał tylko na słuchaniu tego, o czym zazwyczaj rozmawiają przeciętni Anglicy, mógłby dojść do przekonania, że w Anglii kompletnie nie myśli się o hierarchii społecznej. Gdyby zaś jakiś inny nieznajomy poprzestał tylko na słuchaniu tego, o czym rozmawiają ze sobą przeciętni Amerykanie, mógłby zacząć przypuszczać, że w Ameryce zawsze myśli się tylko o pieniądzach. Sądzę jednak, że obydwa te wrażenia byłyby nie tylko kolosalnie nieprawdziwe, ale stanowiłyby wręcz prostą odwrotność prawdy. Lord Palmerstone, gdy poproszono go o zdefiniowanie gentlemana, odpowiedział przebiegle: „to ktoś, kto nigdy nie używa tego słowa”. Każdy Anglik wie, że ciągłe gadanie o byciu gentlemanem to zwykłe chamstwo. Niemniej, czymś nie mniej prawdziwym jest fakt, że broniony w ten sposób przed werbalną wulgaryzacją ideał obecny jest w całej współczesnej historii Anglii i stanowi jej rdzeń. Prawie że moglibyśmy powiedzieć, że romans gentlemańskiej postawy stanowił i stanowi dla Anglików religię.

Z drugiej strony, przeciętny Amerykanin wydaje się chętny rozmawiać o dolarach z dowolnym zupełnie, zbłąkanym w jego sąsiedztwie nieznajomym. Nie zawsze stara się on jednak naciągnąć owego zbłąkanego nieznajomego na dolary. Gdyby tak było, cały ów zwyczaj społeczny w bardzo szybki tempie zostałby zarzucony. W niektórych wypadkach Amerykanin rozmawia o dolarach w imię dobrej komitywy. W niektórych – po to, żeby sobie pogadać. Czytelnicy pana Sinclaira Lewisa pamiętają zapewne, że Człowiek, który znał Coolidge’a3 niekoniecznie wcale naśladował legendarną Coolidge’owską małomówność. Gadał przez całą książkę – bardzo dużo zaś gadał na temat swojego interesu, którym było, na ile dobrze pamiętam, meblowanie pomieszczeń biurowych. Pan Lewis jednakże, mimo iż jest realistą, nie może przecież całkowicie uciec od rzeczywistości. Wysoce inteligentny, choć być może i nieświadomy instynkt zmusił go do wypowiedzenia pod adresem ubogiego podróżnika bardzo prawdziwego, choć mimowolnego być może komplementu. Warto zauważyć, że choć Człowiek, który znał Coolidge’a bez ustanku opowiada o sprzedaży różnych dóbr, osobiście nie potrafi, jak się zdaje, sprzedać żadnego dobra. I na pewno tym bardziej nie żebrze – ani nie ubiega się o żadną pożyczkę. To prawdziwy artysta, którego natchnienie stanowi coś w rodzaju sztuki dla sztuki. Gada z samej miłości do gadania; a afektów ów, to coś znacznie bardziej wielkodusznego, niż miłość do pieniędzy.

Ta bezinteresowna bezpośredniość, to założenie, że każdy Amerykanin może pogadać z jakimkolwiek innym człowiekiem, i pogadać z nim o pieniądzach tak, jak o czymkolwiek innym, stanowi klucz do owego dziwnego doświadczenia psychologicznego, które stało się moim udziałem na tamtej ulicy. To z tego właśnie względu w rozmowie z nieznajomym człowiekiem z Kalifornii czułem się w pewien sposób swobodnie – podczas gdy w wypadku rozmowy z nieznajomym z Camden Town mógłbym czuć się poniekąd mniej swobodnie. Wszystkie narody w naturalny sposób naśmiewają się z siebie nawzajem, i mógłbym, rzecz jasna, wymienić bardzo wiele rzeczy, które wydały mi się dziwne w tym sympatycznym obdartusie, z jego prywatnymi wycinankami z gazet i jego fotografią prywatnego filozofa. Jak się zdaje, ja również wydałem mu się pod wieloma względami dziwny. Musiał on patrzeć na mnie w znacznej mierze tak, jak patrzyłby na hipopotama, przechodzącego nieśpiesznie przez centrum jego miasteczka – inaczej prawdopodobnie nie zatrzymałby mnie w tak bezpardonowy sposób na środku ulicy i nie oskarżył o bycie politykiem.

Ale, przy całym moim angielskim rozbawieniu jego amerykańską bezceremonialnością, widzę wyraźnie, że była w niej także wielka zaleta szczerości i prawości, i że sama moja akceptacja stanowiła w tym wypadku nieświadomy hołd dla jakiegoś nieskalanego i zdrowego elementu jego osobliwej towarzyskości. Jak gdyby wiewu czegoś, czego nie udało się do końca zniszczyć i zdusić nawet różnym brutalnościom i nieuczciwościom materializmu, stanowiącego dziś ciężkie brzemię Ameryki i całego świata; wspomnienia braterstwa, męskiej wierności, czegoś w rodzaju zacnej i złotej prostoty i spontaniczności, pamiętającej jeszcze starożytne wizje Atlantydy jako szczególnego rodzaju Utopii i nadzieję, która rozpalała założycieli republik Zachodu; czegoś, co jako takie nie tak do końca niewarte jest złotego powietrza Kalifornii. Jako iż jedyny możliwy złoty wiek świta nad ludzkością wyłącznie wtedy, gdy – choćby na jedną chwilę – zdoła ona zapomnieć o złocie.

Są na ulicy Głównej – są w Ameryce – ludzie, którzy potrafią zapomnieć o pieniądzach, nawet jeśli akurat rozmawiają z kimś o pieniądzach. Nie spodziewają się ich zarobić; nie proszę o nie; nie żebrzą. Po prostu o nich mówią. To przedmiot ich myśli, ale nie miłości. To właśnie ich wielka cnota i bardzo śpieszno mi zakryć ją przed ich oczami – bo nie jest dobrze ludziom wiedzieć, jak bardzo są dobrzy.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

1 Warto zaznaczyć, że cały artykuł pisany jest w odniesieniu do satyrycznej powieści Sinclaira Lewisa pt. Ulica Główna (ang. Main Street).

2 Edgar Lee Masters (1868-1950) – amerykański pisarz i poeta; Spoon River Antology to zbiór epitafiów, stanowiących rodzaj ponurej satyry na małomiasteczkową mentalność USA.

3 Powieść satyryczna Lewisa Sinclaira, wydana w 1928. Składa się z sześciu nieprzerywanych niczym monologów jednej postaci. Calvin Coolidge (1872-1933) – 30 prezydent Stanów Zjednoczonych z ramienia Partii Republikańskiej; zwolennik liberalizmu gospodarczego i ograniczonych uprawnień rządu federalnego; znany ze swojej legendarnej małomówności; wielki zwolennik równości rasowej.