Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział IV – W sprawie Bernarda Shawa i jego czarnej dziewczyny

[Uwaga tłumacza: Tytuł tego eseju stanowi aluzję do powieści Bernarda Shawa z 1932 roku pt. The Adventures of the Black Girl in Her Search for God (pol. Czarna dziewczyna szuka Boga), opowiadającej historię świeżo nawróconej na chrześcijaństwo Murzynki, która wyrusza na zupełnie dosłowne poszukiwanie Boga po świecie. Jak to u Shawa, książka ma charakter satyryczny i antyreligijny.]

Zauważyłem, że w swojej nowej przypowieści, mówiącej o czarnej dziewczynie szukającej Boga, pan Bernard Shaw znajduje po prostu nowe formy wyrazu dla poglądu, o którym on i wielu innych ludzi wspominało już wiele razy wcześniej. Chodzi tu o pogląd, według którego nie tylko istota ludzka jako taka jest „niekompletna”, ale sam Bóg, którego istota owa czci, również jest niekompletny. Przyznam, że nieco mnie to rozbawiło – jako iż w jednym okamgnieniu zorientowałem się, że ów postępowy futurysta i fabianin, rozprawiający o boskości, która „nie została jeszcze odpowiednio opracowana”, robi dokładnie to samo, o co oskarża się dzisiaj samą jego czarną dziewczynę oraz wszystkich najnędzniejszych dzikusów Afryki. Hebrajscy prorocy, których pan Shaw prawie że podziwia, i współcześni misjonarze, których pan Shaw traktuje prawie że przyjaźnie, w podobny sposób bombardowali bałwochwalców i fetyszystów oskarżeniami o najbardziej nielogiczny i groteskowy fakt ich fantastycznej wiary: że oto czczą oni „dzieło rąk swoich”. Czarny afrykański barbarzyńca bierze w swoje ręce trochę błota, ubija i urabia je w jakiś konkretny kształt, będący wyłącznie wytworem jego własnej wyobraźni, potem zaś, choć zdaje sobie przecież sprawę, że sam to wszystko zrobił, pada przed swoim tworem na twarz i oddaje mu cześć, jak gdyby stał przed samym stwórcą wszechrzeczy. I wydaje mi się, ze ewolucjonistyczny teista typu pana Bernarda Shawa czy profesora Juliana Huxleya, postępuje w dokładnie identyczny sposób. Tacy ludzie sami stwarzają swojego boga; a potem jakimś przedziwnym sposobem zaczynają go uwielbiać, jako boga, który stworzył ich samych. Na mój prosty rozum wydaje się to trochę głupie; podobnie jak zawsze wydawało się to głupie na prosty rozum hebrajskich proroków, muzułmańskich prawodawców i współczesnych misjonarzy w Afryce. Polega to na tym, ze najpierw produkuje się jakąś ściśle sztuczną wiarę, a potem oczekuje się od niej, że okaże się tak naturalna jak sama natura i tak nadnaturalna jak sam Bóg. Krótko mówiąc, ów nieprawdopodobny kult własnej fidei z racjonalnego punktu widzenia tak bardzo przypomina zupełnie zwyczajny kult fetyszów, że nie dziwi mnie wcale, iż rzeczona czarna dziewczyna mogła tak płynnie przejść od jednego do drugiego. Jako osoba staroświecka, ciągle wierząca, że rozum jest darem Boga i przewodnikiem na drodze do prawdy, muszę ograniczyć się do stwierdzenia, ze nie chcę takiego Boga, którego sam stworzyłem, ale takiego, który stworzył mnie. Jednak to nie tę kwestię, kwestię niewątpliwie mniejszej wartości i wagi, chciałem poruszyć tutaj w związku z zagadnieniem kompletnego człowieczeństwa. Jedynym związkiem zaś, jaki posiada z nim myśl pana Bernarda Shawa, jest cienka i fantastyczna zupełnie nić teorii o permanentnym postępie, który nie może skończyć się czymkolwiek kompletnym.

Fot. Doug Linstedt, unsplash.com

Być może moglibyśmy nazwać owe dwie antagonistyczne filozofie odpowiednio filozofią drzewa i filozofią chmury. Chodzi mi o to, że drzewo cały czas rośnie, a zatem cały czas się zmienia; zawsze jednak proces ten pozostaje w ramach wyznaczanych przez coś niezmiennego. Najbardziej wewnętrzne słoje istnieją w takim drzewie już wtedy, kiedy to jeszcze ledwie sadzonka; z czasem przestają być na widoku – ale nigdy nie przestają być w centrum. Kiedy u szczytu drzewa wyrastają gałęzie, nie tracą one kontaktu z korzeniami na dole; przeciwnie – im wyższy wzrost, tym owe korzenie muszą być silniejsze. To jest właśnie prawdziwy obraz żywotnego i zdrowego rozwoju człowieka, miasta, czy całego gatunku. Lecz kiedy ewolucjoniści, o których tutaj mówię, opowiadają nam o nieustannych transformacjach, nie to wcale mają na myśli. Nie mają oni na myśli czegoś, co powoduje określone zewnętrzne zmiany działając z jakiegoś stałego i organicznego centrum, niczym drzewo; mają na myśli coś, co zmienia się totalnie i całkowicie, w każdej swojej części – dokładnie tak, jak chmura. Chmura nie ma rdzenia; nie ma w niej jednej joty, która nie mogłaby zmienić się zaraz w coś innego; nie tylko się zmienia, ale jako taka stanowi przeciągający się proces zmian. Gdy Hamlet i Poloniusz rozmawiali ze sobą spoglądając na biegnący po niebie obłok – warto o tym pamiętać – te kilka minut wystarczyło młodemu księciu do przekonania swego dworaka kolejno, że obłok ów ma garb na kształt wielbłąda, potem – że wygląda jak łasica, a na koniec – że jak wieloryb. Tak właśnie przedstawia się kosmos w myśli owych filozoficznych kosmologów; kosmos – jest obłokiem. Zmienia się w każdej swojej części; a żadna z tych części nie jest trwalsza czy istotniejsza od innych. I skoro już o tym mówimy, nasi filozoficzni kosmologowie zmieniają się równie dynamicznie, co ich kosmiczna chmura. Kiedy byłem chłopcem, kosmos pojmowało się generalnie według Schopenhauerowskiego obrazu chorego wielbłąda; był to kosmos z garbem. Jakiś czas później, Wola Życia, której istnienie Schopenhauer przyjmował z tak wielką rozpaczą, znalazła nowe, większej werwy i wielkości formy wyrazu u bardziej praktycznych filozofów typu pana H.G. Wellsa, pod niektórymi względami wcale nie tak bardzo różne od łasicy; dzisiaj zaś, przyjmuje inne jeszcze formy, znacznie mocniejsze i mroczniejsze, podobne tym, których kontury rysują się w pismach pana Shawa i hebrajskich proroków; i już zdecydowanie podobne wielorybom. Jako iż nie mogę pozbyć się w wypadku pana Shawa niejasnego wrażenia, że ciągle zastanawia się on jeszcze w pewnej mierze nad tym, jakiego rodzaju wieloryb mógłby połknąć Jonasza, albo jak ktokolwiek może w ogóle przełknąć tego wieloryba.

Tam zaś, gdzie ową mglistą i pozbawioną kręgosłupa koncepcję rzeczywiście przyjmuje się jako filozofię, nie ma już miejsca na przeszłość i nie ma żadnej zgoła możliwości stworzenia kompletnej kultury. Wszystko może dzisiaj być, a jutro przeminąć; nawet sam dzień jutrzejszy. Ja wszakże, nie akceptuję wizji tej wiecznotrwałej ewolucji, oznaczającej po prostu wiecznotrwały chaos. Ponieważ jedyną koncepcją, jaka mi odpowiada, jest koncepcja organicznego i uregulowanego rozwoju rzeczy stosownie do przysługującego im projektu i natury, z mojego punktu widzenia nie ma żadnych przeszkód, aby mogło istnieć coś takiego, jak ludzka kultura o zdroworozsądkowym poziomie kompletności. To ledwie współczesna, nowoczesna, postępowa i naukowa kultura jest nad wszelki zdrowy rozsądek niekompletna. To, zgodnie ze słowami Stevensona, „rzecz nędzna i niegodna gentlemana; pomija tak wiele aspektów człowieczeństwa”. Pomijane zaś przez tę kulturę aspekty człowieczeństwa to nic innego, jak dokładnie te prawdy, które rzeczy takie jak choćby właściwe rozumienie Bożego Narodzenia i innych wielkich świąt religijnych naszego rodzaju, mogłyby z wielkim prawdopodobieństwem przywrócić dzisiaj człowiekowi. W tym właśnie zawiera się na przykład prawdziwa idea godności, wespół ze swą wierną towarzyszką – prawdziwą ideą błazenady; w tym zawierają się prawdziwe idee patosu i pantomimy. W tym drzemie ciągle ów stracony już zupełnie duch, który skłonił naszych ojców, by nawet swoją wesołość i swoje hulanki opisywali jako elementy „najwyższej powagi” tych odświętnych wydarzeń. W zjawisku pantomimy czy mimodramu drzemie wielki sens, zaznaczający się w samym fakcie, że podczas tej formy zabawy w ogóle nic się nie mówi. Jeszcze większy sens łączy się oczywiście ze zjawiskiem misterium, którego nazwa to już wprost grecki termin na milczenie. Krótko mówiąc, chodzi tutaj o ideę, że nawet podczas świąt, okazji w naturalny sposób pełnych mówienia i śpiewania, najbardziej fascynującą rzeczą jest cisza. We wszystkim tym zaś, wyraźnie przejawia się inna jeszcze idea, dzisiaj bardzo lekceważona, że niektóre rzeczy są lepsze dokładnie dlatego, że nie sięga się po nie od razu; że najlepszą formą zabawy w chowanego jest ta, na koniec której coś pozostaje w ukryciu; i że uroczysty i głęboko religijny rytuał polowania na pantofel1 robi największe wrażenie wtedy, kiedy owego pantofla nie da się odnaleźć. Wszystkie te starożytne idee ciszy, ofiary, sekretnej wartości rzeczy, zawierają się właśnie w owym starym typie uroczystości o religijnej genezie; i wszystkie nowoczesne, modne uroczystości współczesne, w porównawczej skali jawią się jako niepłodne, nadęte i hałaśliwe – ponieważ ich geneza jest ściśle bezreligijna. Czymś niezwykle wymownym jest tutaj fakt, że ostatnio każdą formę rozrywki publicznej nazywa się „widowiskiem” – co wyraźnie implikuje, że jej uczestnicy z definicji powinni zobaczyć najwięcej, jak się tylko da. Czasami żywi się przy okazji podobnych wydarzeń nadzieję, że ostatecznie doprowadzą one do czegoś, co można by zbiorczo określić jako „cuda niewidy”, mnie wszakże dużo bardziej prawdopodobną opcją wydaje się to, że ludzie zorientują się w końcu, że współczesne widowisko to najwyżej zwykłe widziadło. Jako iż słabość tego zjawiska, według kryteriów świętej filozofii drzewa, leży dokładnie w tym, że nie ma ono korzeni, albo że korzenie te są bardzo wątłe; że jest czymś zbyt niedawnym, aby mogło się dobrze ukorzenić w ludzkiej podświadomości czy nabrać jakiejkolwiek głębi z punktu widzenia pamięci czy tego, co nazywa się czasami „drugą naturą”. Nie dość w nim rozmachu dla aspiracji rodzaju ludzkiego – i oto na naszych oczach zaczyna chwiać się i słabnąć z przedwczesnej starości.

Tłm. Maciej Wąs

1 Oryg. Hunt the Slipper – tradycyjna angielska zabawa, polegająca mniej więcej na tym: większość graczy siada bądź klęka w kółku, a jeden, losowany bądź typowany, zostaje poza nim, w środku lub na zewnątrz (zależnie od wariantu). Zadaniem graczy siedzących w kółku jest przekazywać sobie w określony sposób (np. nad głową czy pod kolanami) rzeczony pantofel, czy inny przedmiot o podobnie wysokim statusie, zadaniem gracza poruszającego się zaś – jak najszybciej go przechwycić, np. przez pacnięcie w głowę delikwenta, który akurat go ma. Oczywiście, przekazujący sobie pantofel powinni robić wszystko w taki sposób, aby „myśliwy” miał z przechwyceniem go jak największe problemy.