Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział III – W sprawie bycia w centrum wydarzeń

Nigdy nie potrafiłem do końca zaufać komuś, kto relacjonuje coś jako będący „w centrum wydarzeń”; ponieważ nie mogę pozbyć się wrażenia, że przypadkowo chodzi tu także o bycie w centrum uwagi. Przypomina to w pewien sposób uczucie, jakie budzi w nas kartka pocztowa mająca stanowić dowód, że oto ten lub inny turysta znalazł się w trakcie swoich podróży w samym centrum jakiejś lokalnej rzeczywistości; trudno w takim wypadku nie podejrzewać, że centrum lokalnej rzeczywistości oznacza w tym wypadku znane centrum turystyczne. Zasada, na której współczesna popularność stawia jakiegoś człowieka czy jakieś miejsce akurat w centrum sceny, nie do końca gwarantuje tutaj reprezentatywność wyboru. Prawdę mówiąc, zawsze miałem takie wrażenie, że najszczęśliwszą ze wszystkich podróży byłoby wybrać się w jakieś słynne miejsce, zgubić drogę, i dotrzeć zupełnie gdzie indziej. Owo inne miejsce byłoby prawdopodobnie tak samo piękne i urokliwe; lecz jego urok nie byłby jeszcze tak drastycznie zubożały. I oto mielibyśmy to niesamowite szczęście naprawdę odnaleźć słynne miejsce, którego szukaliśmy – z czasów, zanim jeszcze stało się ono słynne.

Sąd ów jest jeszcze bardziej prawdziwy w wypadku kraju, którym targają jakieś poważne konflikty wewnętrzne; w którym istnieje wiele rywalizujących ze sobą świątyń czy szkół; albo wielu zwalczających się twórców bądź znawców kultury. Innymi słowy, człowiek z centrum wydarzeń to zjawisko jeszcze bardziej zagadkowe czy zwodnicze w kraju, który (by tak rzec) nieco się zdekoncentrował. Tego typu rozdrobnienie czy rozproszenie interesów według wszelkiego prawdopodobieństwa da o sobie znać w każdej debacie o polityce czy religii; czy w ogóle o czymkolwiek, co rzeczywiście ma jakieś znaczenie; niemniej – ustalenie występujących tutaj proporcji będzie zadaniem o trudności proporcjonalnej do problemu. I tak ktoś, kto chciałby zainteresować nas, powiedzmy, kultem nudyzmu, powie nam, że to kwintesencja nordyckości; choć nie bardzo potrafię zrozumieć, czemu właściwie ludzie mieliby nosić mniej ubrań dlatego, że żyją w zimnym klimacie. Powie nam, jak wyczytałem niedawno w jednej książce, że pierwotną i świętą ojczyznę nudyzmu stanowi Szwecja, czy jakiś inny kraj Skandynawii. A jednak, w samym centrum Szwecji znajdzie się zapewne bardzo wiele osób, które mogłyby mieć inne zdanie co do centralnego motywu szwedzkiej historii. W tym wypadku, jak już wspomniałem, chodzi nie tyle o bycie w centrum wydarzeń, co w centrum uwagi. Tego typu wariatom robi się dzisiaj sporą reklamę; choć, ściśle mówiąc, w większości wypadków to po prostu autoreklama. W kwestiach takich jak nudyzm człowiek z centrum wydarzeń to sprawa cokolwiek uciążliwa; i choć mogę zapewnić, że nie mam jakiegoś szczególnego nabożeństwa do Herr Hitlera, i do nazistów ciągnie mnie mniej więcej tak, jak do nudystów – to nie mogę mieć do Herr Hitlera również jakiegoś szczególnego żalu o to, że wobec podobnych widoków świecących widzom z samego centrum sceny, zdecydował się ostatecznie opuścić kurtynę; i naprawdę mógłbym zrozumieć, gdyby kusiło go, aby centrum sceny zamienić w tym wypadku na coś, co nieco bardziej przypominałoby centrum penitencjarne.

Tak czy inaczej, nasza ocena odległych od nas problemów, dotyczących innych ras i innych religii, pogarsza się raczej, niż polepsza, pod wpływem regionalnej reglamentacji uwagi; przy której to lub inne zjawisko arbitralnie uznaje się za reprezentatywne dla realnego stanu rzeczy. Niemal lepiej byłoby dedukować pewne prawdopodobieństwa z założeń ogólnych, niż bezwarunkowo przyjmować jako nieomylną wyrocznię prywatne doświadczenia innych ludzi. Istotnie, doszedłem niedawno do wniosku, w tej oraz bardzo wielu innych sprawach, że najczęściej potrzebna okazuje się tutaj metoda stanowiąca dokładną odwrotność współczesnej metody nazywanej empiryczną bądź eksperymentalną. Eksperyment społeczny różni się przecież od eksperymentów chemicznych, czy w ogóle od czegokolwiek równie praktycznego, co eksperyment naukowy. Różnica owa polega zaś na jednej, niezwykle istotnej rzeczy: że studenci nauk społecznych spierają się nie tylko o to, co się tak naprawdę stanie – ale i o to, co się tak naprawdę stało. Dwaj chemicy nie kłócą się zazwyczaj o to, czy miała miejsce jakaś wielka eksplozja, której towarzyszył wielki huk. Jeżeli tak było, obydwaj zgodnie uznają, że z jakiegoś powodu coś znajdowało się w przeszłości w stanie równowagi chwiejnej; i że po pewnym czasie to coś szczęśliwie przestało się chwiać i z wielkim hukiem wróciło do pełnej równowagi. Niemniej, dwóch socjologów nigdy nie przestanie się spierać, czy jakieś społeczeństwo wybuchło, ponieważ znajdowało się w przeszłości w stanie równowagi chwiejnej – czy może powód był zupełnie inny; i czy eksplozja, która nim wstrząsnęła, była słaba czy silna, sztuczna czy realna, przypadkowa czy symptomatyczna, i czy huk był dostatecznie wielki, aby dało się go usłyszeć. I tego typu różnice zdań występują w centrum wydarzeń częściej, niż gdziekolwiek indziej. Działający w centrum wydarzeń specjalista jest bardziej stronniczy, niż jakikolwiek inny człowiek. I tak, ktoś może nam powiedzieć, że pewien wybitny badacz, doktor Hugg1, to specjalista od Wysp Ludożerców, czy czegokolwiek innego; i oto wszyscy w sekundzie zaczną siedzieć u jego stóp i chłonąć jego słowa, jak gdyby był on nie tylko biegłym sądowym, ale i samym bezstronnym sędzią. Lecz, jak by nie patrzeć, jedynym prawdziwym ekspertem od kanibalizmu pozostaje niezmiennie sam kanibal. Nikt nie mógłby być bardziej w centrum wydarzeń, niż on, gdziekolwiek tylko kanibalizm czyni jakieś rzeczywiste postępy. Powodem, dla którego nie chcielibyśmy widzieć kanibala w funkcji sędziego w sprawie kanibalizmu, nie jest fakt, że to w sprawie kanibalizmu ignorant, że kanibalizm średnio go dotyczy, czy że w kwestii rozwoju kanibalistycznych rytuałów nie jest on w ścisłym centrum wydarzeń. Ale wyłącznie dlatego, że jego opinie mogłyby być tutaj ździebko, no – ździebeczko powiedzmy, tendencyjne; dokładnie tak, jak opinie doktora Hugga.

Z tego też powodu, od dawna skłaniam się do niepopularnego raczej poglądu, że to, co można by określić mianem teorii, to rzecz znacznie ważniejsza, niż większość ludzi współczesnych, z dumą nazywających siebie także ludźmi praktycznymi, ma skłonność przypuszczać. Według moich doświadczeń na ogół wygląda to tak, że człowiek praktyczny to również człowiek stronniczy. Niemniej, jest to człowiek stronniczy, którego stronniczość z rzadka tylko da się w miarę jednoznacznie określić, nawet przez odniesienie do ogólnej linii jego stronnictwa – z tego prostego powodu, że nigdy nie zastanawiał się on nad własnym postępowaniem od strony teoretycznej; i z całą pewnością nie ma zielonego pojęcia o teoriach innych ludzi. Ja z kolei, przepadam za znajomością teorii innych ludzi – nawet jeśli są to teorie, których nie lubię, i wyznają je ludzie, których również nie lubię. Bo wiedząc, jaka ogólna zasada kieruje ich działaniem, mogę albo dedukować ich przyszłe czyny albo, na przykład, przekonać ich, że są niekonsekwentni. Lecz kiedy ktoś nazywa sam siebie człowiekiem praktycznym z tego tylko względu, że robi pewne rzeczy nie wiedząc dlaczego – w takim wypadku między naszymi umysłami nie zachodzi żaden zgoła związek. I chętniej już porozmawiałbym z kimś, kto naprawdę rozumie teorię kanibalizmu, niż z kimś, kto byłby w tej kwestii tak potwornie praktyczny, że pozwoliłby się częściowo ugotować w wielkim kotle.

Posłużę się tu przykładem, co do którego pozostaję ciągle w znacznej mierze agnostykiem – czy też, mówiąc wprost, zupełnym ignorantem. Pan Gandhi wydaje się być człowiekiem od dawna pozostającym w samym centrum wydarzeń; czy też takim centrum, w którym – zgodnie ze słynnym sformułowaniem z Mikado2 – „wszystko jest zawsze w kratkę”. Przeciwnicy pana Gandhiego również są w centrum wydarzeń – i nadchodząca rewolucja może ich jeszcze postawić po drugiej stronie rzeczonej kratki. Nic mi jednak nie pomaga w tej sprawie słuchanie peror wygłaszanych przez obutą w sandały szacowną damę, teozofkę czy socjalistkę, która twierdzi, że wie iż pan Gandhi naprawdę jest świętym – albo, jak pewnie lepiej byłoby powiedzieć: mahatmą. Równie mało pomaga mi także słuchanie przekleństw cholerycznego, anglo-hinduskiego majora, który twierdzi, że on również przez lata pozostawał w centrum dokładnie tych samych wydarzeń, i wie, że pan Gandhi to zwykły szarlatan. Śmiem mniemać, że wszystkie tego typu szacowne persony zdolne są uwierzyć mniej więcej we wszystko, w co tylko zechcą. Gdyby jednak naszła mnie chęć zaspokojenia mojej osobistej ciekawości, każda z nich z całą pewnością pomyślałaby, że to ciekawość najbardziej żałośnie płaskiego, teoretycznego i niepraktycznego typu. Chciałbym zatem dowiedzieć się, po pierwsze: kto to jest mahatma; po drugie: czy pan Gandhi rzeczywiście jest mahatmą; po trzecie: skąd wiemy o tym, że to mahatma; i, po czwarte, jak to wszystko ma się do owego niewątpliwego faktu, że pan Gandhi jest również z urodzenia Hindusem; z tego co mi wiadomo, z trzeciej względnie: kupieckiej kasty. I naprawdę pytam wyłącznie dlatego, że nie wiem. Jedyne, czego szukam, to informacje – tak jak Sokrates czy panna Dartle3. Mahatmów zwykło przyzywać się w obrzędach teozoficznych; o teozofach zwykło zaś mówić się jako o ezoterycznych buddystach; i ja akurat, przy całej swojej ignorancji, wiem, że buddyzm to nie to samo, co brahmanizm. Gdyby ktokolwiek zechciał przedstawić mi względnie uporządkowaną teorię, nawet w kwestii tak małej, jak ta, pomogłoby mi to zrozumieć Indie nieporównanie bardziej, niż zwykłe emocje ludzi praktycznych, kształtujące się zasadniczo pod wpływem ich sympatii i antypatii; najzwyklejsze w świecie sentymenty ludzi w centrum wydarzeń. I to jest dokładnie tego rodzaju rzecz, o której nigdy nie pisze się w gazetach, i o której z rzadka tylko przeczytać można w relacji tego lub innego podróżnika. Może być i tak, że wyjaśnienie tej sprawy jest bardzo proste – tym bardziej chciałbym je wszakże w takim razie poznać, jako iż zależy mi dokładnie na uproszczeniu podstawowych punktów tego problemu. Jako taki, nie wydaje się on być ledwie kwestią sympatii i antypatii, lecz chyba raczej lojalności i nielojalności. I choć wiem o Indiach naprawdę niewiele, wiem tyle przynajmniej, że musi istnieć cała masa różnych rzeczy, stanowiących dla Hindusów przedmiot lojalności o wiele ważniejszej, bądź też całkiem niezależnej, od czysto politycznego zagadnienia lojalności wobec Imperium Brytyjskiego. Nasze gazety skupiły się zaś na tym właśnie, politycznym zagadnieniu, jako iż jest ono również, jak się dzisiaj mówi, zagadnieniem praktycznym. Lecz choć wciąż pozostaję tutaj w gęstych mrokach ignorancji (dokładnie tak jak Sokrates), sądzę, że istnieje w sprawie Indii czy w ogóle Azji przynajmniej jedna rzecz, o której wszyscy mniej więcej mogliby się łatwo dowiedzieć; fakt, że kontynent ów zawsze koncentrował się, i zawsze będzie się koncentrować, na sprawach w znacznej mierze teoretycznych. Pomijać sprawy teoretyczne to w tym wypadku rzecz zbyt samobójczo niepraktyczna – nawet jak dla człowieka praktycznego.

Tłm. Maciej Wąs

1 Być może (choć wcale niekoniecznie) jest to jakaś forma aluzji do postaci Garrego Hogga, angielskiego podróżnika i pisarza, autora wydanego w bodaj 1927 roku opracowania dotyczącego kanibalizmu wśród rdzennych plemion obecnej Nowej Zelandii.

2 Opera komiczna w dwóch aktach, autorstwa Gilberta i Sullivana.

3  Panna Róża Dartle – postać z Dawida Copperfielda.