Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział XIII – W sprawie człowieka: dziedzica wszystkich epok

Jeśli człowiek współczesny naprawdę jest dziedzicem wszystkich epok, to nader często wykazuje frapujące podobieństwo z tym rodzajem dziedziców, którzy każą rodzinnemu ekonomowi sprzedać całą tę przeklętą posiadłość aż do ostatniej cegiełki, a potem idą przepuszczać zarobione pieniądze na wyścigach czy w klubach nocnych. Na pewno, nie jest to ten rodzaj dziedzica, który choć od czasu do czasu odwiedza swój majątek: i jeśli naprawdę do niego właśnie należą całe wielkie połacie starożytnej i nowożytnej historii, jako ziemianin wykazuje on cokolwiek małą świadomość osobistego obowiązku. Nie drąży swej dziejowej własności, aby poznać ją i zwiedzić aż do samych podziemi, niezależnie, czy chodzi tu o jaskinię jaskiniowca, czy katakumby pierwszych chrześcijan, lecz zamiast tego zadowala się pisanym w pośpiechu i częstokroć mylącym raportem sporządzonym przez bardzo powierzchownego, a czasem wprost nieuczciwego eksperta. Z pogodą ducha pozwala najdzikszym hipotezom, niczym dzikim chaszczom cierni i głogu, zarastać całą rodzinną niwę, a nawet całą rodzinną nekropolię. Gdy czyta o przeszłości, zawsze daje wiarę nowoczesnym świadectwom wypisanym w książce, a nie ówczesnym świadectwo wypisanym w kamieniu. Wyprzedaje rodzinne portrety z mniejszym pojęciem nawet, niż Karol Powierzchowny1, i z rzadka tylko wie o swojej rodzinie przynajmniej na tyle dużo, by ocalić przed wywózką na śmietnik ulubionego wujka. Bo przymiotnik „prędki”, dawniej klątwa w stosunku do parweniuszy, obecnie stał się komplementem w stosunku do progresywistów. Wiem, że w świecie współczesnym żyje niezliczona ilość ludzi, których nie da się posądzić o coś podobnego; chodzi mi jednak o to, że nawet gdy sąd ów sam się nasuwa, nie uważa się go zazwyczaj za sąd szczególnie negatywny. Niemniej, są pośród nas i tacy, którzy utrzymują, że metafora dziedziczenia historii ludzkości to metafora prawdziwa, i że każdy, kto nie ma związków z przeszłością i zadowala się wyłącznie myśleniem o przyszłości, to człowiek niesprawiedliwie wydziedziczony; tym bardziej niesprawiedliwie, im szczęśliwszy się z tym czuje, i im mniejsze ma szanse zdać sobie sprawę, co tak naprawdę stracił. Ja w każdym razie mniemam, że umysł ludzki ma największe możliwości, a na pewno najszersze horyzonty, gdy odczuwa braterską solidarność z zamierzchłymi i pierwotnymi, a nawet barbarzyńskimi sprawami ludzkości.

Pan Krzysztof Dawson2 jest autorem studiów nad problemami dziejów i pradziejów, podziwianych przez ludzi wyróżniających się pod każdym możliwym względem, a przede wszystkim od siebie nawzajem. Jego praca stała się przedmiotem serdecznych pochwał krytyków tak różnych od siebie jak wielebny William Inge3, pan Aldous Huxley i wielebny C.C. Martindale4. Ja wszakże, cenię jego badania szczególnie z jednego powodu: że jako pierwszy na świecie stworzył możliwie jasny i przekonujący schemat tego, co jego mniej logiczni poprzednicy nazywali „ewolucją religii”. Czy mity i kulta mistyczne rzeczywiście ewoluowały w ramach jednego, spójnego procesu, doprawdy: nie wiem. Teorie wszakże, dotyczące mitów, kultów czy misteriów, na pewno nie miały ani grama spójności. Wykluczają one siebie nawzajem i niemal natychmiast zamieniają się w węzeł sprzeczności. Najpierw zatem mieliśmy Mit Słoneczny, oświecający wszystko na kształt słońca, dzięki któremu biskup Whately5 mógł udowodnić, że Napoleon był postacią mityczną. Potem przyszedł Herbert Spencer z Grantem Allenem6, którzy twierdzili, że wszystko zaczęło się od duchów, grobów i kultu przodków; potem profesor Frazer7, który (przy całym swoim geniuszu) widział w świętym drzewie tylko jedną złotą gałąź. Cokolwiek innego można by zgodnie z prawdą powiedzieć o tych teoriach ewolucji, na pewno nie są ewolucyjnie. Grób nie wyrasta ze słońca; a nawet dąb z grobu; i bez cienia wątpliwości Frazer nie jest ewolucją Spencera. Ich zgadywanki są zupełnie sprzeczne; i jeśli istotnie każdy z nich może powołać się na jakieś dowody (jak bez wątpienia zresztą jest), dowody pogłębiają tylko ogólny chaos. Pan Dawson poradził sobie z chaosem nie przecząc dowodom; i doszedł do wniosku, że – ogólnie mówiąc – duchowa historia ludzkości dzieli się na cztery etapy.

Pierwsze pojęcie, początek drogi, u którego spotykamy – jak się zdaje – najnędzniejszych i najbardziej prymitywnych dzikusów, uderzająco przypomina idee, w których Towarzystwo Nowej Myśli z nadzieją upatruje końca religijnego rozwoju ludzkości. Chodzi o szeroko pojętą wiarę w to, co nazywa się dzisiaj „duchową stroną życia”; w ducha prawie że bezosobowego, ale i tak wyższego od naszych materialnych myśli; który może zsyłać nam inspirujące natchnienia i wizje. To etap szamana, uzdrowiciela, który, niezależny i samotny mistyk, potrafi porozumieć się z nieogarnionymi i nieznanymi siłami, jakie przenikają świat. Mocą specjalnych rytuałów magicznych, specjalnych przedmiotów materialnych, ziół, kamieni czy czego tam jeszcze, potrafi uwolnić wszystkie te tajemnicze energie. Na marginesie: to nie jest panteizm; święte drzewo jest w środku lasu, albo driada w środku drzewa. Mnie osobiście ta magia nie zadowala, niezależnie od tego, co myślą o tym ludzie „nowomyślni”. Nie porozumiem się jednak na pewno nigdy z człowiekiem, który choć trochę jej nie rozumie; i uważam, że kogoś, kto choć raz w życiu nie poczuł się uzdrowicielem, nie można nazwać otwartym czy twórczym. Dla mnie rzeczą zupełnie naturalną jest zastanawiać się podczas spokojnej przechadzki w lesie, czy wygwizdanie tej samej nuty, którą przed sekundą zakwilił jakiś ptak, albo skosztowanie soku tej lub innej jagódki nie wprawiłoby mnie w zachwycenie lub nie pozwoliło odnaleźć zaginionej krainy czarów. To właśnie znaczy, jak mniemam, być dziedzicem wszystkich epok.

Etap drugi to etap statycznej kultury archaicznej, w której całe ludy żyją w rytmie tych samych rytuałów, na ogół związanych z cyklem siewu i żniw, na którym nie ma rozróżnienia na sacrum i profanum, bo orka i rybołówstwo to również formy kultu; nie ma także rozróżnienia między królem i kapłanem, ponieważ Święty Władca rządzi całością zorganizowanego rytualnie życia na kształt boga. Przykładem Chiny, Egipt i jeszcze kilka innych kultur. W tym wypadku również, podobnie ceremonialna religia nie do końca by mi odpowiadała; bo czuję, że dusza, według szlachetnej frazy Sir Tomasza Browne’a8, przerasta wszelki ziemski żywioł i słońcu nie jest winna czci. Jeszcze mniej podoba mi się wszakże ktoś, kto – udając osobę kulturalną – bezmyślnie pogardza rytuałem. Nigdy nie potrafię patrzeć na ceremonie dożynkowe nie mając przy tym poczucia, że to rzecz religijna, i czerpię sporą przyjemność z wyobrażania sobie, że tak samo czuł to wszystko pierwszy cesarz Chin. To właśnie znaczy, jak mniemam, być dziedzicem wszystkich epok.

Trzecim z opisywanych etapów jest etap wzrostu religii światowych, religii moralnych i uniwersalnych; bo Budda, Konfucjusz, hebrajscy prorocy i greccy filozofowie pojawili się na świecie mniej-więcej w tym samym czasie. Z nimi zaś, po raz pierwszy pojawiła się na nim również idea, o której mówił Tomasz Browne: że dusza jest większa nad słońce. Od tej pory, sumienie przerasta świat. Albo go potępia, albo ignoruje, jak w buddyzmie; albo nadaje mu mistyczny sens, jak w platonizmie; albo widzi w nim narzędzie większego dobra, jak w judaizmie i chrześcijaństwie. Osobiście, nieszczególnie przepadam za buddyjską skrajnością, która aby stworzyć duszę niemalże unicestwia kosmos. Nie podoba mi się nirwana, na oko nieodróżnialna od śmierci. Jestem wszakże śmiertelnie przekonany, że za nic w świecie – ani w raju, czy pozytywnym, czy negatywnym – nie chciałbym mieć nic wspólnego z kimś, kto nie czułby choćby krzty podziwu dla zapierającego dech w piersiach ascetyzmu Buddy, czy jego zachodniego odpowiednika: rozpaczy stoików, rzucającej wyzwanie gwiazdom. Nikt, kto choć w raz w życiu nie czuł, że dla wewnętrznej sprawiedliwości sumienia samo niebo mogłoby się zawalić, nigdy tak naprawdę nie żył; i znajdzie się w barwnym gobelinie chrześcijaństwa także ciemniejsza nić stoika. I tak właśnie wygląda bycie dziedzicem wszystkich epok.

Nie skończę tutaj mojego wyliczenia, ponieważ etap czwarty zajmuje się znacznie bardziej kontrowersyjną kwestią religii chrześcijańskiej. Używam tego schematu zresztą tylko jako praktycznej klasyfikacji, pozwalającej unaocznić zapomnianą prawdę; że kompletność bytu ludzkiego domaga się obecności wszystkich tych rzeczy, ułożonych warstwowo – oczywiście, o ile zachowana jest między nimi właściwa hierarchia – i że człowiek powinien być księciem, spoglądającym na świat ze szczytu wieży, którą wznieśli jego ojcowie, a nie pełnym pogardy prostakiem, skopującym na dół drabiny, po których się wspiął.

 

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Aluzja do sztuki „Szkoły skandalu”, autorstwa Ryszarda Brinsleya Sheridana (1751-1816), irlandzkiego polityka, dramaturga i pisarza satyrycznego.

2 Krzysztof Dawson (1899-1970) – wybitny angielski historyk i pisarz, szczególnie zasłużony w badaniach nad historią chrześcijaństwa. W Polsce znany bardziej jako Christopher, ale ponieważ za nic nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie tłumaczy się dzisiaj imion (?), to się do tej tendencji nie stosuję.

3 William Inge (1860-1954) – znany jako „Dean Inge”, anglikański duchowny, profesor Cambridge, poczytny i popularny autor książek na tematy religijne, moralne i społeczne, trzykrotnie nominowany do literackiej Nagrody Nobla. Promował model duchowości indywidualistyczny, emocjonalny, wolny od zewnętrznego autorytetu.

4 C.C. Martindale (1879-1963) – angielski duchowny, filozof, profesor na Oksfordzie; po konwersji na katolicyzm wstąpił do zakonu jezuitów.

5 Ryszard Whately (1787-1863) – anglikański arcybiskup Dublina, pisarz, filozof, krytyk literacki, poczytny autor wielu książek, popularna postać publiczna. Jako jeden z pierwszych angielskich krytyków pozytywnie oceniał twórczość pani Austen. Chesterton czyni aluzję do satyrycznej pracy „Wątpliwości historyczne co do postaci Napoleona Bonaparte”, wyśmiewającej przesadny sceptycyzm co do prawdziwości Ewangelii.

6 Karol Grant Allen (1848-99) – angielski (kanadyjski) pisarz, autor powieści i opowiadań, propagator teorii ewolucji.

7 Jakub Frazer (1854-1941) – szkocki historyk religii, antropolog, filolog. W swojej najsłynniejszej pracy, „Złotej gałęzi”, na podstawie naprawdę gigantycznego materiału faktograficznego opracował swoją teorię ewolucji społecznej, wg której społeczeństwo przechodzi przez trzy fazy: magiczną, religijną i naukową. Jeden z twórców totemizmu.

8 Tomasz Browne (1605-82) – angielski przyrodnik, poeta, sceptyk. Orędownik tolerancji religijnej i racjonalizmu, swego rodzaju „proto-deista”.