Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział XII – W sprawie dialektów i decorum

Są tacy, którym naprawdę podobają się wiejskie dialekty, systematycznie niszczone dzisiaj przez edukacje państwową. Są i tacy, którym podobają się one bardziej nawet niż dialekt londyński – systematycznie popularyzowany dzisiaj przez edukację państwową. Taki jest bowiem być może najbardziej praktyczny i namacalny skutek naszego obecnego systemu państwowych szkoleń: że wiejskie dzieci nie mówią już jak matołkowaci mieszkańcy Sussex czy Suffolk; lecz jak oświeceni rezydenci Hoxton i Houndsditch1. Ekscentryczni reakcjoniści wszakże, którzy z jakiegoś powodu rejestrują tę zmianę z niekłamanym żalem, więcej niż raz wspomnieli coś niecoś także na temat innego jeszcze i bardziej osobliwego faktu. Pewien wiejski proboszcz Kościoła anglikańskiego, mój osobisty przyjaciel, powiedział mi kiedyś, że chodzi tu nie tylko o utratę wymowy, ale i wyczucia. „Nie tylko że nie potrafią jakiegoś słowa powiedzieć; nie potrafią go też usłyszeć”; dokładnie tak to ujął. Gdyby prawy pastor, o którym tu mówimy, okazał się na tyle nierozsądny, by uczyć dzieci w podstawówce recytacji, powiedzmy, „Dolores” Swinburne’a2 – co, przyznaję, nie jest możliwością przesadnie prawdopodobną – każde recytowałoby z innym akcentem; ale byłaby to inność bez intencji. Kapłan powiedziałby: „Pięknością oblicz jak ognia okręgiem”. Dzieciaki ze szkółki niedzielnej powtórzyłyby zaś posłusznie: „Pięknościę oblicz jak ognia okrengim”3; z zupełnym przekonaniem, że to dokładnie to, co powiedział. I nieważne jak bardzo wysilałby się potem i tłumaczył, że mówi się „okręgiem” a nie „okrengim”, i tak mówiłyby „okrengim” – i dla ich uszu brzmiałoby to dokładnie tak, jak „okręgiem”.

Krótko mówiąc, coś takiego to nie wariacja czy wersja czegoś innego; przeciwnie, to niezdolność dostrzeżenia, że coś w ogóle ma różne wersje. To nie różnica w sensie rozróżnienia; przeciwnie, to nagłe niepowodzenie w rozróżnianiu. Co jest różne, może zostać odróżnione. I tak, Burnsa i Barnesa4 naprawdę da się odróżnić – dzięki owej szczególnej formie rozróżnienia, jaką jest dialekt. Lecz zmiana, o której tutaj mówimy, to rzecz znacznie bardziej bezkształtna i znacznie bardziej bezprecedensowa niż cokolwiek, co mogłoby wziąć się z najbardziej nawet nieszczęsnych czy nieokrzesanych spośród lokalnych czy wiejskich akcentów. To swoista utrata ostrości, nie tylko mowy, ale i słuchu; nie tylko spętanie języka, ale i znieczulica ucha. I choć to sama w sobie względnie mała sprawa, szczególnie jeśli porównać ją z wieloma analogicznymi sprawami, to właśnie ta cecha czyni ją symbolem problemów społecznych naszego czasu. Jako iż jednym z najgłębszych problemów tego czasu jest dokładnie ten fakt; że oto coś promuje się nagle jako szczyt smaku; ale to po prostu stan ducha, w którym wszystko staje się bez smaku. Że coś proponuje się ludziom jako nowy sens; choć to nawet nie do końca nowa sensytywność; istotnie, to raczej duma z nowej asensytywności.

Dla przykładu, gdy znosi się jakiś element starego decorum, słusznie czy niesłusznie, zawsze zakłada się, że gdy ludzie zaczną traktować nową nieprzyzwoitość z równą obojętnością, jak starą przyzwoitość, to znaczy, ze wszystko w porządku. Jeśli można powiedzieć, że wnuki szybko „przyzwyczaiły się” do czegoś, o co ich dziadkowie toczyliby pojedynki na śmierć i życie, zawsze zakłada się przy tym, że wnuki znalazły po prostu nowy sposób życia – podczas gdy ci, którzy toczyli pojedynki na śmierć i życie, i tak dawno nie żyli. Niemniej, obecny tutaj fakt psychologiczny to coś kompletnie odwrotnego. Pojedynkowicze mogli być przewrażliwieni, a wręcz przerażający – byli jednak także przerażająco żywotni. Dlatego też umierali. Ich wrażliwość była bystra i mocna, co można stwierdzić na podstawie jedynej prawdziwej próby wszelkiej wrażliwości, a nawet wszelkich wrażeń. Tego, że potrafili wyczuć różnicę między jedną rzeczą a drugą. To żywotniejsze oko potrafi uchwycić różnicę między pawim niebieskim a pawim zielonym; to oko bardziej zmęczone może widzieć obie te barwy jako coś, co bardzo przypomina szarość. To bardziej wyczulone ucho jest w stanie wychwycić w każdej wypowiedzi owe subtelne odcienie, dzielące niewinną ignorancję od ironii; czy ironię od inwektywy. To bardziej przytępiałe ucho odbiera wszystkie tony jako monoton; czyli jako rzecz monotonną. Nawet nadęty arystokrata, jakoby nieustannie zadzierający nosa, znajdował się przynajmniej w sytuacji, w której mógł poczuć różne zapachy świata – i być może zatem także i różnicę. Jest bowiem bardziej oziębły i obojętny rodzaj pychy; pycha człowieka, o którym można powiedzieć, że w każdych okolicznościach kręci nosem. Bo to ledwie bardziej depresyjna metoda kręcenia się w błędnym kole. To nie znak czystości smaku, ale braku smaku, twierdzić że kakao jest tak dobre jak klaret; a nawet, w sferze moralności, może to doprowadzić do ostatecznej katastrofy: czyli mniemania, jakoby kokaina była tak dobra jak kakao. Nawet same zmysły, jak potwierdzi każdy, kto ma zmysł do zmysłowości, świadczą o tej prawdzie: że rozróżnienia przynoszą żywotność. To żadna odpowiedź, zatem, twierdzić że przekonało się cały tłum higienicznych histeryków, by poprzestawali na kakao; nie bardziej, niż twierdzić że przekonało się cały tłum narkomanów, by poprzestawali na kokainie. Ani jedna, ani druga grupa nie ma się lepiej dlatego, że robi coś, co wypacza podniebienie; i prawdopodobnie zupełnie pozbawia jej owej rozumnej rozkoszy, jaką zapewnia wino. Lecz to, czego większość ludzi współczesnych zwyczajnie nie dostrzega, to fakt, że owa drętwota diety i tym podobnych spraw to rzecz analogiczna do zdrętwiałej i obojętnej anarchii w sferze manier i moralności. Nie pysznij się faktem, że przyzwyczaiłeś się widzieć lub słyszeć bez szoku coś, co szokowało twoją babcię. Słowo „nerwy” ma dwa znaczenia; i „życie bez nerwów” nie świadczy nawet o wyższości fizycznej. Może bowiem znaczyć tyle, że twoja babcia była żywotnym i silnym stworzeniem; ty zaś jesteś paralitykiem.

Nieustannie słyszymy na przykład, z ust owych prozaicznych paralityków, którzy nazywają siebie „nudystami”, że ludzie niedługo „przyzwyczają się”, w tej konkretnej sprawie, do upadlającego upadku na poziom zwierząt polnych. Nie mam wątpliwości, że tak się stanie; tak jak szybko przyzwyczają się do własnego pijaństwa, narkomanii, recydywy czy mówienia po londyńsku zamiast po angielsku. W związku z tymi apologetycznymi argumentami zawsze pojawia się w końcu jeden problem, mianowicie: wtedy, gdy trzeba udowodnić, że przyzwyczajenie się do niższości po tym, jak utraciło się wyższość, to rzecz ogólnie korzystna. Na sto różnych sposobów, najnowsza legislacja przejechała niczym walec po instynktach niewinnych i prostych, lecz i bardzo rozsądnych ludzi. O dziwo bowiem, niektórzy z nas mieli poczucie, że mężczyźni i kobiety mogą nie czuć się przesadnie komfortowo, dyskutując z ludźmi, których nigdy wcześniej nie spotkali, o różnych niemoralnych – i być może zwyczajnie niesmacznych – aspektach swoich naturalnych relacji płciowych. Przysporzyło to już sporo dyskretnych kłopotów choćby sędziom; a kłopoty te na pewno się jeszcze nie skończyły. Warto przy okazji zauważyć, że sprzeciw wobec zeznawania wobec sędziów-kobiet nie był sprzeciwem wobec istnienia sędziów-kobiet. Sędzie istniały zawsze. Od pierwszych dni legislacji decydowanie o pewnych sprawach pozostawiano specjalnie powołanej na okoliczność grupie matron. W kwestii sędzi chodziło o poczucie wstydu; i ów wstyd to rzecz znacznie bardziej inteligentna, znacznie bardziej cywilizowana, znacznie bardziej subtelna, znacznie głębiej psychologiczna, niż kołtuńska brutalność, która nim dzisiaj pogardza. W każdym wypadku wszakże, stanowi to dobrą ilustrację tego, co mam na myśli. Pytanie nie o to, czy ów wstyd uda się w jakiś sposób przemóc na tyle, by jak największej ilości ludzi udało się w jakiś sposób dopełnić swych obowiązków wobec prawa. Pytanie o to, czy stępienie tej wrażliwości to na pewno zwycięstwo ludzkiej kultury – czy może porażka ludzkiej kultury. Tak jak pytanie nie o to, czy miliony małych chłopców z różnych dystryktów, w których panują różne dialekty, da się nauczyć tego samego dialektu z Whitechapel w Londynie; ale czy ten dialekt na pewno jest lepszy od innych, i czy to korzystne utracić poczucie różnicy między jednym dialektem a drugim.

Bo wiemy przynajmniej tyle, że człowiek jest człowiekiem dzięki posiadaniu właśnie takich urojonych upodobań; od których wolnomyślicielski plamiak na przykład, całkowicie się wyemancypował; i o które tolerancyjna religijnie rzepa w ogóle zgoła nie dba. Utracić poczucie wstrętu do jednej rzeczy, czy szacunku do innej, to dokładnie – w ostatecznym rozrachunku – wrócić do stanu wegetacji lub w proch się obrócić. Lecz przez pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, niemal cała nasza kultura i wszystkie nasze kontrowersje społeczne rozwijały się po linii przekonania, że o ile będziemy umieli przyzwyczaić się do różnych przejawów chamstwa, najlepiej nam będzie w skórze zwykłych chamów. Nie twierdzę, że wszystkie owoce tego procesu były niekorzystne. Twierdzę wszakże, że kryterium oceny tego procesu od początku do końca było niewłaściwe; bo to, że człowiek może przyzwyczaić się tak do barbarzyństwa, jak i niewolnictwa, nie oznacza, że nie powinien być obywatelem.

Tłm. Maciej Wąs

1 Dzielnice Londynu, słynne z ogólnej biedy.

2 Chodzi o utwór Algernona Karola Swinburne’a (1837-1909) z 1866 roku, będący stylizowanym religijnie uwielbieniem rozpusty. Chesterton, wychowany na angielskiego liberała, progresistę i „nowochrześcijanina” wzgl. „teofilantropa”, czytał Swibnurne’a w młodości, by potem – co oczywiste – „nieco” się na nim zawieść. Jako dobry człowiek nigdy z niego nie szydził, ale zawsze korzystał z jego wierszy jako podręcznych przykładów tego, co było nie tak z kulturą XIX wieku, Q.E.D.

3 Pozwalam sobie zastosować tutaj coś na kształt dialektu małopolskiego, którym mówiła mojej świętej pamięci prababcia. Trudno go oddać literkami, więc może wyjaśnię: cały witz polega na konstruowaniu jakiejś niemożliwej zupełnie głoski, będącej jakby „nosowym” y (co można by oddać jako y/ę, czasem bardziej jak „yn/en”??). Dołącza się do tego także zjadanie „e” przy „ie” (nie „rozbratelkiem”, a „rozbratelkim”) i parę innych osobliwości.

4 Chodzi o Roberta Burnsa (1759-96) i Williama Barnesa (1801-86), dwóch poetów – szkockiego i angielskiego – którzy wyróżniali się (żeby było na temat) tym, że pisali w lokalnych dialektach swoich okolic.