Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział II – W sprawie nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia

Fot. Luis Llerena, stocksnap.io

Akapity niniejsze pierwszy raz ukazały się jakoś w trakcie Świątecznego tygodnia; gwałcąc w ten sposób wszystkie najbardziej fundamentalne zasady współczesnej cywilizacji, i łamiąc wszystkie konwencjonalne i konieczne prawa Świątecznego Handlu, Świątecznych Wyprzedaży, Świątecznych Loterii, Świątecznych Zakupów, a nawet znacznej części Świątecznych życzeń; jednym słowem: dopuszczając się zbrodni mówienia o Świętach niedługo przed Świętami. Jako iż osobliwy obyczaj naszych czasów zamienił Święta w rodzaj wielkiego oczekiwania; zamieniając je zasadniczo w jedną wielką reklamę. Wielu dziennikarzy musi pisać swoje artykuły Świąteczne w ciągu kilku ostatnich dni letniego urlopu; i przygotować je do wydania najwcześniej gdzieś w środku jesieni. Zmuszeni są napychać swoją wyobraźnię gałązkami ostrokrzewu i jemioły, spoglądając na ostatnią różę lata; albo wywoływać w niej wizje padającego śniegu pośród spadającego listowia jesiennego lasu. To raczej szczególna cecha czasów współczesnych; niepozbawiona związku z innymi, typowo współczesnymi zjawiskami. Być może, że gra tu pewną rolę także ów duch prorocki, który stworzył nowoczesne utopie; i sprawił, że niektórzy ludzie zaczęli nazywać siebie futurystami, wychodząc z przedziwnego założenia, jakoby rzeczywiście człowiek mógł przepadać za przyszłością. Łączy się to wszystko z ową formą optymizmu, która znalazła kiedyś swój romantyczny wyraz w sformułowaniu: „Dobre czasy nadchodzą”1; a której sens jej prostsi zwolennicy mogliby pewnie zawrzeć w słowach: „Już niedługo”2; jej bardziej sardoniczni krytycy zaś – „z-jam jutro, lecz nigdy nie z-jam dzisiaj”3. W kwestii poważnych przewidywań dotyczących postępu społecznego przynajmniej, trudno uznać za niesprawiedliwość stwierdzenie, że i dziś wielu ludzi zgodziłoby się co do tego, że dobre czasy nadchodzą; lecz miałoby jednocześnie pewną trudność z tezą, że to „już niedługo”. Ciągle powtarzaliby jeszcze, że utopia jest coraz bliżej – na podobnej zasadzie, na jakiej wielu powtarza bez ustanku, że coraz bliżej Święta; a szczególnie – kiedy czyni to (nie bez pewnej dozy goryczy) w okolicy marca czy kwietnia. Lecz, pomimo wszelką oficjalną popularność, rzadko zdarza się komukolwiek powiedzieć, że coraz bliżej Święta wtedy, kiedy naprawdę są one blisko. A jeszcze rzadziej – z mocną i kompletną satysfakcją ogłosić, że Święta naprawdę nadeszły.

Jako iż futurystyczna fanaberia naszych czasów doprowadziła już do tego, że wszyscy prawie szukają szczęścia jutro raczej, niż dziś. Dlatego też, podczas gdy trwają przecież permanentne, a być może i postępujące ciągle dyskusje na temat charakteru Bożonarodzeniowych uroczystości, zdecydowanie za mało energii poświęca się dziś na to, aby naprawdę nadać Bożemu Narodzeniu uroczysty charakter. Człowiek współczesny żyje z niejasnym poczuciem, że początek uroczystości oznacza koniec świętowania. Dzięki współczesnej rutynie rynkowej przygotowania są tak długie, że obchody wydają się jednym okamgnieniem. Wszystko to, rzecz jasna, pozostaje w jaskrawej sprzeczności ze starszymi tradycjami tych czasów, w których Boże Narodzenie stanowiło piękne święto prostych ludzi. Przygotowania do niego przybierały wtedy bardziej surową formę Adwentu i wigilijnego postu. Lecz kiedy nadchodziły wreszcie Świąteczne uroczystości, trwały one jeszcze długi czas po Świętach. Był to rodzaj nieprzerwanej celebracji radości, rozciągającej się na minimum dwanaście dni; i znajdującej koniec wyłącznie w owej nieokiełznanej kulminacji, opisanej przez Szekspira jako Wieczór Trzech Króli albo jak się wam podoba. To znaczy – pewnego rodzaju saturnaliami, które kończyły się tak, że każdy robił to, na co miał akurat ochotę; i bardzo piękną, lecz średnio związaną z tematem poezją Williama Szekspira, napisaną przy okazji snucia kompletnie nieprawdopodobnej opowieści o bracie i siostrze, którzy wyglądali dokładnie tak samo. W naszej bardziej oświeconej epoce, tego typu nieprawdopodobne historie drukuje się w różnych czasopismach miesiąc czy dwa przed Świętami; i w nieodłącznym od podobnie wczesnej publikacji pośpiechu i pogmatwaniu, o ich pięknej poezji z tych lub innych przyczyn zazwyczaj się zapomina.

Na próżno tylko mógłbym usiłować ukryć tutaj moje własne, reakcyjne uprzedzenia; pod których zwodniczym wpływem sądzę, że dosyć dużo można by powiedzieć na temat starszych Świątecznych zwyczajów. Ośmielam się nawet otwarcie podejrzewać, że lepiej byłoby dla wszystkich cieszyć się Bożym Narodzeniem wtedy, gdy nadejdzie, zamiast nudzić śmiertelnie przy okazji każdej nowej wiadomości, że właśnie nadchodzi. Sądzę wręcz, że lepiej jest być niegrzecznym chłopcem, który przeje się Świątecznym puddingiem aż do lekkich mdłości, niż chłopcem nihilistycznym, dostającym mdłości na widok samych tylko obrazków Świątecznego puddingu, którymi bombardują go popularne periodyki i kolorowe reklamy na miesiąc przed tym, zanim zdąży zjeść choćby jedną łyżeczkę.

Tak czy inaczej, z puddingiem Świątecznym jak ze wszystkim: nie muszą chwalić, byle jedli. I fakt ów stanowi symbol całego mnóstwa różnych rzeczy; co do których zdecydowanie zbyt wielu ludzi zapomniało, jak się nimi cieszyć – dla nich samych i wtedy, kiedy rzeczywiście się je konsumuje. Zdecydowanie za dużo uwagi poświęca się dzisiaj nazwom, a za mało samej rzeczywistości; projektom, planom i kolorowym prezentacjom różnych obiektów; raczej niż prawdziwym obiektom, kiedy naprawdę są one obiektywne. W świecie jaki znamy, zdecydowanie za dużo jest pogłosek, sprawozdań i stereotypowych opinii; zamiast bezpośrednich sądów smaku i rzeczywistych doświadczeń. Różne trudności, o których niezmiennie słyszą od swoich oponentów choćby ci, którzy pragnęliby przywrócić człowiekowi prostsze życie na jego własnej ziemi, zawsze znajdują wyraz w tej lub innej formie zasadniczego kontrargumentu (prawdziwego bądź fałszywego), że człowiek współczesny zanudziłby się na śmierć, musząc zajmować się realnym krajem, w którym leżałaby jego farma, zamiast nierealnym krajobrazem z jakiegoś filmu. Fakty są takie, że krajobraz prawdziwej farmy ma do siebie całą masę różnych interesujących rzeczy, z którymi krajobraz filmowy nie ma w ogóle najmniejszego związku. Niemniej, współcześni krytycy zwyczajnie nie potrafią uwierzyć, że człowiek kiedykolwiek poczuje chęć powrotu do źródeł, jako czegoś bardziej interesującego od kopii. Pomimo cały oczywisty materializm i masowy mechanicyzm naszej kultury, to my właśnie, w stopniu zdecydowanie większym, niż nasi ojcowie, żyjemy w krainie cieni. I nie zmienia tego w żaden sposób fakt, że wszyscy współcześni prorocy postępu wmawiają nam, jakoby to rzeczy przyszłe rzucały swój cień na teraźniejszość. Przyjmuje się, że nie ma niczego naprawdę zachwycającego, poza tańcem majaków; i tak oto tracimy bezpowrotnie wszelkie znaczenie słowa „substancja”.

Jest jeszcze jeden sposób, w jaki Świąteczny pudding, choć to substancja wcale przyzwoita, jako taki stanowi alegorię czy znak czegoś innego. Mały chłopak spodziewa się znaleźć w takim puddingu sześciopensówkę; i to jest zupełnie w porządku – pod warunkiem, że pudding jest tu rzeczywistością pierwotną, a sześciopensówka wtórną. Natomiast przejście ze świata średniowiecznego do współczesnego można bardzo prawdziwie opisać na podstawie tego właśnie obrazu. Wszystko sprowadza się do różnicy, jaka zachodzi między wrzucaniem sześciopensówki do Świątecznego puddingu a robieniem Świątecznego puddingu specjalnie po to, aby oblepić nim sześciopensówkę. W dawnych czasach chrześcijaństwa i chrześcijańskich świąt istniały przecież pieniądze; istniał handel; istnieli kupcy. Niemniej, moralny plan starego porządku, niezależnie od wszelkich jego niegodziwości i schorzeń, zawsze zawierał w sobie założenie, że pieniądz to coś wtórnego w stosunku do substancji; że kupiec to ktoś wtórny do twórcy. Wtedy również różnym ludziom pieniądze spadały czasami z nieba, na podobnej zasadzie, na jakiej z puddingu pozyskuje się w podnieceniu sześciopensówki i szylingi. Niemniej, idea normalnej własności i płynącego zeń zadowolenia przeważała nad ideą akcydentalnego czy awanturniczego zysku. Wraz z pojawieniem się kupieckich awanturników, cały świat stopniowo zaczął się zmieniać, aż wahadło znalazło się zupełnie po przeciwnej stronie. Świat zdominowało nagle to, co Lord Birkenhead4 nazwał „błyskotkami w nagrodę”, bez których – jak wydawał się mniemać – ludzie nie znaleźliby motywacji do jakiegokolwiek zdrowego czy zacnego działania. I prawdą jest, że ludzie zaczęli myśleć zbyt dużo o błyskotkach, a za mało o puddingu. W odniesieniu do zwykłego puddingu, jest to po prostu błąd; w odniesieniu do Świątecznego puddingu wszakże, jest to bluźnierstwo. Bo na pewno jest coś z perwersji, niepozbawionej także cech profanacji, w założeniu, że handel mógłby spowodować transformację tradycji o podobnie sakralnej genezie. Miliony zupełnie zdrowych mężczyzn i kobiet wciąż obchodzą Boże Narodzenie, z cała szczerością zachowując z niego nie tylko świętość, ale i śmiech. Są jednak tacy, którzy, ciągnąc korzyści z podobnie naturalnych projektów długofalowej przyjemności i zabawy, wykorzystali to wydarzenie w celach znacznie bardziej niegodziwych, niż wszelka przyjemność czy zabawa. Zdradzili Boże Narodzenie. Dla nich substancja tego święta, podobnie jak substancja Świątecznego puddingu, stała się ledwie gęstym glutem, w którym ukryli swoje własne skarby; zamieniając sześciopensówki na trzydzieści srebrników.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Aluzja do wiersza Karola Mackaya (1814-89).

2 Oryg. Now we shan’t be long; prawdopodobnie aluzja do modnego na początku XX wieku hasła reklamowego linii kolejowych. W 1898 roku pociąg mający w zamyśle przejechać z Kapsztadu do Kairu (projektu nigdy nie ukończono; warto dodać, że jego twórcą i realizatorem był niejaki Cecyl Rhodes, jeden z Chestertonowskich ulubieńców – co wnosi zapewne to i owo do kwestii) udekorowano napisem: „Now we shan’t be long to Cairo”.

3 Oryg. Jam tomorrow, but never jam today. Aluzja do pięknej powieści dla dzieci w każdym wieku: Po drugiej stronie lustra pana Lewisa Carrolla. To słynne zdanie pada z ust Białej Królowej w rozdziale V i ma stanowić dla Alicji rodzaj oferty pracy. Jak wszystko w tej książce, zawarty tutaj żart również jest nieprzekładalny na język polski. Zasadza się on bowiem na fonetycznej identyczności angielskiego wyrazu „jam” – dżem i łacińskiego wyrazu „jam”, czy w przyjętej w Polsce pisowni: „iam”, oznaczającego „teraz”, ale wyłącznie w czasie przeszłym lub przyszłym (w teraźniejszym jest „nunc”). Stąd właśnie biedna Alicja nie rozumie podczas tej rozmowy, dlaczego niby ma dostać swój dżemik wczoraj i jutro, i każdego innego dnia, ale nigdy dzisiaj (bo jak wiadomo, dzisiaj nie może być wczoraj i jutro, tak że sprawa się komplikuje). Jak to zwykle z Carrollem bywa, cała sprawa stanowi niepozbawiony krytycyzmu żart z angielskiego systemu edukacji – bo Carroll był w ogóle na to bardzo cięty. Zastosowana tutaj wersja „zjam” jest mojego pomysłu (ten cudowny przywilej wybiórczości) i nie wiadomo mi, by ktokolwiek zastosował ją w jakimś opublikowanym w Polsce przekładzie (na ile czytałem, wygląda to inaczej), ale mogę się mylić. Gdyby ktoś coś na ten temat wiedział (albo choć znał po prostu rozwiązanie inne, niż ów nieszczęsny Stillerowski „dżem”) – proszę dać znać.

4 Fryderyk Edwin Smith, któryś-tam hrabia Birkenhead (1872-1930) – angielski polityk z Partii Konserwatywnej, minister w trzech konserwatywnych rządach Wielkiej Brytanii, wielki przyjaciel Winstona Churchilla.