Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział XVII – W sprawie naiwności młodego pokolenia

Jednym z wielu głupstw, w jakie nieodmiennie wpadają autorzy tego, co nazywa się dzisiaj „Odezwami do Młodych”, to przekonanie, jakoby młodość – z całym swym pięknem i powabem – była bardziej skłonna ulegać urokowi rzeczy starych niż starość. Tymczasem młodzi faktycznie, często fascynują się przeszłością – ale tylko dlatego, że myślą, że to przyszłość. Gdy co dziksi spośród młodych poetów i artystów Chelsea i Bloomsbury zaczęli niedawno nosić na policzkach krótki zarost na modłę hiszpańską, wiele z młodych dam tego samego wieku i gatunku (czyli wychowanych w epoce gładkich policzków) zapewne doszło do przekonania, że to coś cudownie innowacyjnego, niespotykana wariacja na temat naturalnie kosmatego fizysu artysty; jak gdyby wąsy stanowiły parę wspaniałych skrzydeł, mogących wynieść człowieka aż do siódmego nieba nadczłowieczeństwa. Tak czy inaczej, mogło to wyglądać rewolucyjnie, i na pewno wyglądało świeżo – dla każdego, kto był dostatecznie młody, by patrzeć na to zjawisko w odpowiedni sposób. Ale każdy, kto był dostatecznie stary, by pamiętać kilka rzeczy, wiedział, że dokładnie taki sam zarost nosił jego własny ojciec, drobny handlowiec i wierny poddany królowej Wiktorii, i że wtedy nazywało się to „bokobrodami” – i w związku z tym dla każdego z takich ludzi były one po prostu stare, nudne i mieszczańskie, dokładnie jak bokobrody. Ja na przykład mam wystarczająco dużo lat na karku, aby pamiętać je ze starych albumów rodzinnych i wczesnych fotografii. Dlatego też artysta z Chelsea w żadnym wypadku nie przypomina mi anarchisty z Barcelony. Tylko kogoś w rodzaju pstrokatego maklera z czasów wiktoriańskich; jak gdyby wybrał się na bal maskowy przebrany za własnego dziadka. Najbardziej płomienni przedstawiciele naszej młodzieży mogli ulec urokowi spodni Plus Fours widząc w nich kwintesencję futuryzmu, podczas gdy wielu starszych spośród nas zobaczyło w nich wyłącznie niewyraźne wspomnienie po prastarych pumpach. Shawowski Matuzalem1, przyjąłby dwudziestowieczna manię golenia się zupełnie spokojnie – pamiętając ją przecież z wieku siedemnastego; podobnie jak nie witałby nowego świtu w dziejach kosmosu, ani cieszył się na wesoły i włochaty poranek dziejów, nawet gdyby wszyscy Anglicy zaczęli nosić brody w stylu D.H. Lawernce’a – podobnie jak on mógł po prostu (czasem tak podejrzewam) naśladować niejawnie styl Alfreda Tennysona. Ale ktoś bardzo młody, nieznający nic poza epoką D.H. Lawernce’a, może uważać brodę za zjawisko zupełnie bezprecedensowe, a nawet bolszewickie. Kwestia tych powrotów i podobieństw, nawet tylko częściowych podobieństw, to niemal w całości kwestia tego, czy żyje się dość długo, by je zobaczyć; i gdyby jakaś kobieta żyła dosyć długo, po dwóch wiekach postępu zaczęłaby pudrować nosek z taką samą skrupulatnością, z jaką niegdyś pudrowała włosy. W każdym razie, podobne błahostki pokazują prawdę równie skutecznie, co bardziej poważne rzeczy. Młode pokolenie może być pod niezliczonymi względami zupełnie cudowne; może być również pod niezliczonymi względami lepsze, niż stare. Ale jednej, jedynej rzeczy na świecie zrobić na pewno nie potrafi – nie potrafi dobrze ocenić, co jest, a co nie jest naprawdę nowe.

Zgadzam się przy tym zupełnie, że nieważne, czy coś jest nowe, ważne, czy jest prawdziwe. Dowolne pokolenie może odtwarzać nieświadomie system społeczny tak stary, jak antyczny Egipt czy Etruria, wyobrażając sobie przy tym, że buduje utopię, o której się nawet panu Wellsowi nie śniło. I gdyby Etruria faktycznie była w jakimś-tam sensie utopią, właściwie nic by to nie zmieniało. Choć niewątpliwie sporo zmienia to w kwestii ogólnego tonu i ducha konkretnego innowatora; z bardzo prostego powodu: bo wiemy (przypadkowo), że Etruria nie była utopią. Możemy odbudować bardziej korzystne urządzenia społeczne przeszłości, ale nikt, komu nie brakuje jednej czy dwóch klepek nie będzie twierdził, że przeszłość nie miała wad; choć wielu wpaja się dzisiaj, z surową i dziwną cokolwiek dyscypliną, że przyszłość nie będzie miała wad. Wiedzieć, że odbudowuje się coś, co już było, a myśleć, że buduje się coś, czego nigdy nie było, to dwie kompletnie inne sprawy. Ktoś może ubrać się w trikorn i ogłosić, że to ostatni krzyk mody, odbicie idealnych proporcji diagramów matematycznych; ktoś może ubrać się w zbroję i ogłosić się prorokiem przemysłu stalowego; może nosić sandały, jak starożytni Rzymianie, i utrzymywać, że to ulubiona zabawka nowożytnych Rosjan; czy spódniczkę z liści, i ogłaszać to nudyzmem czy Nowym Prostym Życiem. Niemniej, zawsze będzie widać ogromną różnicę między osobami tego typu a tymi, które mają pewne pojęcie o historii – czyli po prostu o ludzkiej naturze. Ci bowiem wiedzą bardzo dobrze, że dobro nie oznacza doskonałości. Sandały mogą sprzyjać prostocie życia, lub jej nie sprzyjać; ale czy tak czy inaczej, nie zmieniły Nerona w świętego, czy choćby wegetarianina. W czasach dzielnych i odważnych rycerzy żyło również wielu dzikich i okropnych rycerzy; trikorny zaś, faktycznie, mogą być proporcjonalne, niemniej zdobiły już one w dziejach mnóstwo nieproporcjonalnych głów. To ledwie groteskowe głupstwa; niemniej, istnieją wypadki, w których traktuje się takie rzeczy zupełnie serio. Chodziło i chodzi po tej ziemi wielu, naprawdę wielu porządnych nieraz ludzi, z całą szczerością wierzących, że zmiana obyczajów, diety czy dyscypliny życia przyniesie całej ludzkości szczęście i świętość. I jest tylko jeden człowiek całkowicie odporny na tę iluzję. Człowiek, który wie, że wszystkie, dosłownie wszystkie z proponowanych „nowych” rozwiązań w dziedzinie diety i dyscypliny już gdzieś kiedyś istniały; i że tam, gdzie istniały, ludzie również bywali źli czy głupi, jeśli tylko mieli taką ochotę.

To samo zaobserwować można także w sferze praktyki politycznej. Wiele wielkich rewolucji, reform, czy innych wstrząsów społecznych naszej historii wyjaśnić można ustalając moment, w którym to czy inne stare doświadczenie ludzkości stało się tak stare, że przestało być już nawet przestarzałe; tak stare, że z łatwością mogło stać się nowe. Bo rewolucje zazwyczaj dokonują się nie dlatego, że ludzie patrzą w przyszłość – ale dlatego, że nie patrzą w przeszłość. Że potrafią stracić coś z oczu na dość długo, by później zobaczyć to w innym świetle. Nie dość dużo uwagi poświęcano dotąd w historiografii tego typu przełomowym momentom; i nie mają one swoich dni pamięci; co zresztą logiczne – bo trzeba by im organizować raczej dni niepamięci.

Do czasu, w którym Europa, w szczególności Północna Europa, rzuciła się z entuzjazmem w objęcia polityki narodowej, zrywając ostanie więzy jedności, spajające ze sobą różne prowincje chrześcijaństwa, mieszkańcy jej po prostu zdążyli zapomnieć jak piekielnie niewygodnie żyło się onegdaj w warunkach anarchii niepoliczalnych klanów i kaszteli, w chaosie różnych bóstw i sprzecznych ambicji; tak, jak żyło się przed epoką Cesarstwa Rzymskiego; zanim Cezar dał jej wspólną polityką, a Konstantyn wspólną religię. Kiedy ludzie uwolnili się już od barbarzyństwa i brutalnych wojen watażków dość skutecznie, by zapomnieć czym są, natychmiast do nich wrócili. Chwila, w której powinniśmy ze szczególną dbałością przypominać sobie wszelkie niebezpieczeństwa tej lub innej idei, to dokładnie ta chwila, w której wraca ona, odnowiona, i to często racjonalnie odnowiona, po całych epokach zapomnienia, po długim i odświeżającym odpoczynku wieków. Nie twierdzę, że nie powinniśmy jej popierać, czy pogodzić się z jej powtórnym tryumfem; twierdzę wszakże, że dokładnie w chwili tego tryumfu powinniśmy, starając się przywrócić światu jej zalety, szczególnie strzec się jej wad. Główne niebezpieczeństwo polega na tym, że stworzymy coś w rodzaju bezdusznej i bezmyślnej kopii; dla której jedno pokolenie całkowicie straci głowę, a którą drugie znudzi się w ciągu kilku lat. Wielkie postaci Rewolucji Francuskiej, wielkie bez względu na to, że ostatnio usiłuje umniejszyć ich znaczenie całe mrowie miałkich i mikroskopijnych szkółek reakcji, bez wątpienia popełniły, mimo swej wielkości, dokładnie ten błąd. Minęły tysiące lat odkąd istniały jeszcze na ziemi ostatnie maleńkie i proste polis, stare polis szlachetnych pogan Europy, gdy francuscy rewolucjoniści dokopali na powrót ich idealną republikę, i zaczęli kłaniać się odnalezionym w niej posągom cnót, które im wydawały się czymś tak dziwnym, że niemal niestworzonym. Ponieważ sami zmęczyli się nieco Akwinatą czy Szkotem, nie umieli przewidzieć, jak szybko ich własne dzieci zmęczą się Katonem czy Seneką, których kult im wpajali. I ta przestroga jest ważna nie tylko dla rewolucjonistów, ale i kontrrewolucjonistów; i współcześni faszyści muszą naprawdę uważać, bo nie jest powiedziane, że świat nie znudzi się wkrótce ich czarną koszulą – podobnie jak szybko znudził się czerwoną.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

1 Postać z cyklu pięciu sztuk Bernarda Shawa pt. Powrót do Matuzalema; „opisujących” dzieje ludzkości od Adama i Ewy do 31 290 roku. Trzeba przyznać Gilbertowi, że miał do tego faceta sporo cierpliwości (zwłaszcza że podtytuł brzmiał: „Pięcioksiąg METABIOLOGICZNY”…)