Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział VI – W sprawie nowej pruderii

Odkryłem niedawno, że tzw. nowa pruderia jest znacznie bardziej ograniczona i pruderyjna od starej pruderii; nawet tej z najbardziej ponurych i przygnębiających (czyli najbardziej niedawnych) dni purytanizmu. Odkrycie to jest dla mnie niemało interesujące; jako iż zawsze sądziłem, że pałam do zwyczajnej formy purytanizmu nienawiścią czystą, doskonałą i nieskazitelną. Niemniej, pełnokrwisty purytanin nie jest nawet w połowie tak ponury, negatywnie nastawiony i skłonny do represji, jak czysty progresywista. Nowa pruderia nie stanowi owocu skostniałych sekt czy starych, sfatygowanych kapliczek: tylko wszystkich naszych nowych klubów, nowych lig, nowych gildii artystycznych i kulturalnych, nowych szkół letnich nauki i filantropii. Wszystko to zaś, to zasadniczo sprawa Przyszłości (takiej przez duże P); czy może raczej futurystów, którym wydaje się, że nasza Futuri będzie należeć do nich. Jest to nawet bardzo wyraźnie sprawa młodego pokolenia i, co jeszcze bardziej osobliwe, zwłaszcza tej jego części, która nazywa siebie także wolnym pokoleniem. I chrześcijańskie Dziesięć Przykazań, a nawet purytańskie Tysiąc Przykazań, jako takie stanowią środowisko doskonałej wolności w porównaniu z terroryzmem i surowością jego nowych tabu.

Aby dowieść trzeźwej prawdziwości tego, co mówię, posłużę się jednym praktycznym przykładem. Pewna dama, opiekując się akurat dzieckiem pewnej młodszej damy, odkryła niespodzianie, że maleństwo owo przejawiało cokolwiek mroczne i niezdrowe zainteresowanie historią świętej Joanny z Arc. Młodsza z tych kobiet należała zaś do tej spośród naszych szkół filozoficznych, która chlubi się z tego, że jest młoda; i to nie w tym sensie, w którym pewien poeta pisze o sączeniu piwa w krainie młodości, ale raczej w związku z osobliwszą poniekąd krainą młodości, w której nikomu nie wolno sączyć piwa, ale wyłącznie koktajle lub zimną wodę – co czasami kończy się sięgnięciem po arszenik. Krótko mówiąc, wyznawała ona wszystkie najważniejsze idee filozofii postępu i zdecydowała się, jako matka, przedstawić owej działającej in loco parentis opiekunce listę zasad, których powinno się od tej pory ściśle przestrzegać, zarówno ucząc, jak i (czy może przede wszystkim?) bawiąc jej dziecko. (1) Dziecko nie może czytać żadnych bajek ani nawet słyszeć o jakiejkolwiek bajkowej postaci. (2) Dziecko nie może nawet słyszeć o istnieniu jakiegokolwiek rodzaju przemocy. (3) Dziecko należy ściśle odizolować od gorszących plotek o istnieniu czegoś takiego, jak wierzenia religijne. Rzeczonej opiekunce pozwolę sobie zostawić problem tego, jak opowiedzieć historię św. Joanny z Arc bez przekraczania powyższych ograniczeń. Dziecko nie może usłyszeć, jak św. Joanna bawiła się w ganianie wróżek wokół drzewa; nie może usłyszeć o żadnej ze stoczonych przez Joannę bitew, bo w bitwie używa się przecież przemocy (sprawa tym kłopotliwsza, że, jak się obawiam, to całkiem spora część życia tej świętej); nie może usłyszeć o tym, jak św. Joanna zginęła – bo tu również nie obyło się bez przemocy, a dodatkowo sprawa ma pewien związek ze wstydliwym zagadnieniem wiary religijnej; wreszcie: o tym, za co Joanna zginęła – i za co walczyła. Naprawdę, chciałbym zobaczyć kiedyś podobnie oczyszczoną i ocenzurowaną biografię tej piętnastowiecznej heroiny.

Oczywiście, kompletnym nonsensem jest twierdzić, że coś takiego to kwestia liberalizmu i emancypacji; nonsensem udawać, że nie jest to rzecz bardziej ograniczona i obskurancka niż najczarniejszy pesymizm najgorszych czasów purytanizmu. Nie porównuję jej do mojej osobistej religii; tylko do religii, której osobiście najbardziej nie lubię; i powtarzam, że purytanizm – w tej wersji, której naprawdę najbardziej nie lubię – stanowił w porównaniu z tym tworem prawdziwy poryw wolności oraz raj rozkoszy i swobody. Nie lubię instytucji „szkockiego szabatu”, czy ciemnych domów z pozamykanymi okiennicami, długich dni upływających na lekturze nudnych książek religijnych czy na niczym zgoła. A jednak, w starym purytanizmie było znacznie więcej radości, niż jest tutaj; znacznie więcej wolności, niż jest tutaj. Na przykład – nie jednym z argumentów na korzyść purytanizmu, ale częścią przysłowiowego niemal protestu przeciwko tej doktrynie, jest powiedzenie, że pozwalał on swoim wyznawcom czytać właściwie tylko Biblię – szczególnie w niedzielę. Niemniej, Biblia to księga tysiąca i jednej nocy romantycznych i pasjonujących opowieści w porównaniu do warunków, jakie wytwarzają siecią swych ograniczeń współcześni oświeceni. Biblia to Encyclopaedia Britannica mnóstwa tematów i niepoliczonych ludzkich zainteresowań w porównaniu do rozległości wiedzy, jaką można przekazać innym w tych nowych warunkach. Nikt nie może czytać Biblii, nie dowiadując się przy tym wspaniałej masy rzeczy na temat wojen, wiary, prawdziwych i fałszywych religii, mistycznych czy magicznych bytów, fruwających wokół człowieka we wszystkich legendach i całej literaturze świata. Mali chłopcy, dorastający w ciemnych, kalwińskich domach naszych dziadków, dorastali, w jak najbardziej realnym sensie, z głowami pełnymi szlachetnego zgiełku konfliktu i kryzysu; mężnych i mocnych działań opisywanych w najwspanialszej angielszczyźnie, jaką kiedykolwiek znała historia naszego narodu; wśród jazgotu krzyków i wojskowych rozkazów; rydwanów Izraela i jeźdźców jego; w towarzystwie człowieka, który naciągnął łuk i przypadkiem ugodził króla między spojenia pancerza1; i tego, którego jazdę rozpoznawano z daleka, ponieważ jeździł szaleńczo2. To właśnie, przy wszystkich swoich wadach, jest to, co nazywam pewnym poziomem wykształcenia; na pewno lepszym, niż ten, który prezentuje sobą mały, pożałowania godny namaszczeniec, któremu nie wolno mówić, że Joanna z Arc woziła ze sobą proporzec – tylko nieustannie upewniać, że nosiła ona ze sobą parasolkę.

Póki co, ograniczanie literatury wojennej to po prostu ograniczanie literatury – i sama tylko Biblia stanowiłaby lepszy kurs literacki, niż głupkowata skrupulatność, nieświadoma istnienia konia, którego szyję przystrojono gromem3, czy owej dzikiej zwierzyny, która śmiać się będzie ze świstającego oszczepu4. Jeszcze dziwniej robi się wszakże, jeśli wspomnieć, że nawet w owych ciemnych, purytańskich domostwach, o których wspomniałem, dopuszczano jeden, przysłowiowy niemal wyjątek i dzieciom, nawet w niedzielę, wolno było czytać Wędrówkę pielgrzyma5. To znaczy: wolno im było czytać opowieść, która z dużym prawdopodobieństwem może być bajką; która zaś z całą pewnością zawiera sporo opisów walki – i która, według niezliczonej ilości świadectw, stanowiła wcale niezły substytut innych powieści i romansów dla najmłodszych. Tak czy inaczej, obdarzone wolnym duchem dziecko może znaleźć w niej coś w rodzaju ducha walki; i nigdy nie zapomnieć już owego momentu, w którym Apollon zastawił całą szerokość drogi; czy tego, w którym umierający Greatheart oddał swój miecz – i trąby zagrzmiały na jego cześć już po drugiej stronie. I wolałbym być posępnym, przykurzonym, zadziwionym, zamroczonym, siedemnastowiecznym kalwińskim majstrem-klepką, niż nie usłyszeć nigdy w tej łez dolinie dźwięku podobnej trąby.

Intelektualna wartość powyższych przejawów bigoterii polega zaś na tym: że nowe filozofie, nowe religie i nowe systemy społeczne nie potrafią opracować takiego planu emancypacji ludzkości, który by jeszcze by owej ludzkości bardziej nie zniewalał. Nie potrafią przeprowadzić tego, co uznają za zwyczajne reformy bez narzucania społeczeństwu najbardziej nadzwyczajnych restrykcji. Powinniśmy żyć w warunkach stanu wojennego – bylebyśmy tylko nigdy nie usłyszeli o żadnej wojnie. Nasze dzieci powinny pozostawać pod nadzorem najgderliwszych spośród guwernantek – byle tylko nie usłyszały nigdy niczego na temat wróżek czy walki z rzezimieszkami. Każdego powinno się ćwiczyć według antymilitarystycznej dyscypliny prawie tak sztywnej i ścisłej jak dyscyplina militarystyczna. Wszystkie bajki dla dzieci mają być oceniane przez cenzora, który zabroni ich publikacji, jeśli okażą się zbyt ładne – na podobnej zasadzie, na jakiej najnudniejsza odmiana cenzora wiktoriańskiego czy filisterskiego zabraniałaby ich publikacji, gdyby okazały się zbyt brzydkie. Powstanie wśród nas nowa pani Grundy6, która będzie rumienić się nie wobec naturalnych faktów, ale pozanaturalnych fantazji. Nowy Paweł Pry7 zostanie posłany w bój, aby węszył ludziom po domach lub zaglądał w dziurki od klucza i sprawdzał, czy przypadkiem (w jakiejś jaskini nikczemności) dzieci nie uczy się podziwu dla odwagi. Cokolwiek myślelibyśmy o pokrewnych roszczeniach tych dwóch religii, jeden fakt z logicznego punktu widzenia pozostaje pewny: że nowa religia, w dokładnie takim samym stopniu, jak stara, będzie prześladowcza. Będzie to, z samej swojej natury, rzecz walcząca o życie ze wszystkimi normalnymi tendencjami natury ludzkiej; w dokładnie takim samym stopniu, jak mówiło się to w przeszłości o dowolnym systemie ascezy czy wyrzeczenia. Jest to z całą pewnością wypadek, w którym przeciwności się spotykają; choć, prawdę mówiąc, przeciwności owe częstokroć spotykają się dlatego, że są znacznie mniej przeciwne, niż się ludziom wydaje. Współczesny pacyfista w naprawdę dużej mierze przypomina zamierzchłego purytanina; człowiek, który ma w naszych czasach wstręt do wszelkiej teologii w dużej mierze przypomina człowieka, który w tamtych czasach miał wstręt do wszystkiego poza teologią. I za dowód służy tutaj dokładnie ten praktyczny przykład. Staromodny kalwinista, tak samo jak nowoczesny komunista, naprawdę zabrania dzieciom czytać bajki. Staromodny purytanin, zupełnie jak nowoczesny pacyfista, naprawdę zabraniam młodym chłopakom czytać groszową tandetę o piratach. Ów nowy idealista nie jest nawet rzeczywiście nowy, jak byłoby nienarodzone jeszcze dziecko. To po prostu nasz własny, purytański pradziadek, który w jakiś przerażający sposób powstał niedawno z grobu.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Aluzja do I Księgi Królewskiej 22, 34…

2 … i II Księgi Królewskiej 9, 20.

3 Aluzja do Księgi Hioba 39, 19; w Biblii Tysiąclecia przekład jest bardziej prozaiczny.

4 Aluzja do Hi 42,20.

5 Autorstwa Jana Bunyana, wydaną w roku 1678.

6 Pierwotnie mało istotna postać w sztuce Speed the Plough Tomasza Mortona z 1798 roku, z czasem zogromniała do roli postaci przysłowiowej; określenie to oznacza człowieka pruderyjnego i konwencjonalnego.

7 Główny bohater trzyaktowej farsy Jana Poole’a pod takim właśnie tytułem (wydanej w 1825) – młody człowiek, niepotrafiący powściągnąć swojej ciekawości i z lubością podsłuchujący i podglądający innych.