Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział IX – W sprawie pomyłki, jaką jest eugenika

Nawet gdy będą chować mnie w moim nędznym grobie biedaka, nie przestanę wychwalać, honorować i uwielbiać imienia pana H.G. Wellsa; nawet jeżeli do tego czasu zdąży już samemu znaleźć się w wielkim Kosmicznym Krematorium czy Pogańskim Panteonie, gdzie przechowywać się będzie święte urny z prochami założycieli Nowego Państwa. I nie będzie tak wyłącznie z powodów oczywistych. Nie tylko dlatego, że człowiek ten wypełnił moją młodość mnóstwem naukowych bajek – które, gdy już odkryje się, że to naprawdę bajki, stają się tak bardzo rozkoszne. Nie tylko dlatego, że dał wspaniałą interpretację umysłu Anglika, który – nawet według świadectwa współczesnej prasy – zamienił się wobec panujących współcześnie warunków w kogoś, kogo nazywa się u nas potocznie Człowiekiem Niepozornym. Niestety, to istotnie ledwie jego człowieczeństwo stało się niepozorne. Nie wolno mu posiadać żadnej innej małej rzeczy, poza samym sobą. Nie wolno mu być właścicielem małego sklepu, małego gospodarstwa, małego warsztatu; dlatego też, w naturalny sposób, stał się małym człowiekiem. Tym jednak, co udało się panu H.G. Wellsowi pokazać, w barwnych i płonących realizmem obrazach, jest fakt, że mały człowiek również może być wielki. Bo choć maszyna rzeczywiście może przemielić efekty ludzkiej pracy w proch nierozróżnialnych atomów, za nic nie potrafi zmienić faktu, że człowiek to nie jest mała rzecz. Nie potrafi zmienić faktu, że człowiek to rzecz większa od maszyny – nawet jeżeli zginie za sprawą maszyny. Moje pochwały wszakże nie ustaną nie tylko dlatego, że pan Wells pokazał światu ową wielką prawdę o wielkości ludzi pozornie zupełnie trywialnych – i uczynił to jeszcze przy pomocy najrozkoszniejszej komedii kontrastów zachodzących między postaciami jego książki. Nie dlatego nawet, że stworzył postać ciotki głównego bohatera Tono-Bungay1; zapomniałem już jak miała na imię – ciągle pamiętam wszakże jaką miała naturę. Znam ją bardzo dobrze; i stała się ona dla mnie prawdziwą pociechą w życiu; prawdziwym tryumfem zarazem czułości i siły. Nie dlatego nawet, że odprawił pewnego nader wenerowanego pacyfistę z kontynentu mocnymi słowami, których akurat nigdy nie zapomnę: „’Au-dessus de la mêlée’2, jak powiedział jeden człowiek, który siedział na drzewie i patrzył, jak wściekły byk rozrywa mu siostrę na kawałki”. W tym momencie przynajmniej, żadna z tych rzeczy nie stanowi przyczyny, dla której tak dogłębnie pragnąłbym urządzić wielką pogańską libację przed ową szacowną pogańską urną – jeżeli, rzecz jasna, przyjdzie kiedykolwiek taki czas (a może to być sprawa bardzo odległa), że pan Wells rzeczywiście wyposaży się w taką urnę. Źródłem mojej wdzięczności jest kolosalny i imponujący fakt, że to właśnie pan H.G. Wells, a nie jeden z nas, biednych zakładników zabobonu, zwrócił dawno temu uwagę na ziejącą i zastraszającą pomyłkę naukową, obecną we wszystkim tym, co wskrzesza się dzisiaj pod nazwą eugeniki i dziedziczności.

Argument ów jest zaś jak następuje; i nigdy nie doczekał się odpowiedzi. Sądząc po sposobie, w jaki dyskutują ten problem politycy i publicyści, nigdy nie doczekał się zrozumienia. Faktem jest, że w kwestii dziedziczności nie chodzi o żaden realny skutek poza dziedziczeniem najprostszych cech fizycznych. Wszyscy wiemy, że pewien realny, fizyczny element człowieczeństwa, stanowiący także element całkowicie i zupełnie prosty, rzeczywiście można odziedziczyć; choć nawet z tej perspektywy prorokowanie, czy naprawdę się go odziedziczy, jest rzeczą wielce ryzykowną. Wszyscy wiemy, co to znaczy, że Robinsonowie to wysokie chłopy; albo że rude włosy to powtarzająca się, czy może wręcz częsta cecha w rodzinie Pickelby. Nikt jednak nie chce, by ludzki wzrost zwiększał się w nieskończoność, czy by trzeba go było zapisywać w jardach; rude włosy zaś, mogą towarzyszyć całej masie najróżniejszych cech ludzkich, od cech Judasza Iskarioty po cechy Bernarda Shawa. Wszystkie rzeczy, o które warto się starać, takie jak zdrowie, piękno, szczęście czy cnota, to wszystko, bez wyjątku, skutki pewnej proporcji między wielością czynników. O nowo narodzonym dziecku mówi się na przykład czule, że ma oczy swej matki, spokojnie – że ma nos swego ojca, i z lekkim niepokojem – że ma żuchwę stryjecznego dziadka. Lecz nawet gdyby oczy jego matki były tak piękne, jak oczy Heleny Trojańskiej, same jej oczy nie uczyniłyby go pięknym jak Parys czy Apollo. Piękność oblicza zależy od tego, czy oczy i inne jego części pasują do siebie; i jeśli ich równowaga zostaje zrównana z ziemią przez szczękę wujka Humphreya, ostateczny skutek będzie katastrofalny – nawet jeśli wujek Humphrey sam był bardzo przystojnym, choć poniekąd trudnym, gentlemanem. Jako iż harmonie owe, które my, ludzie, tak bardzo cenimy, jak piękno, cnota czy cała reszta, naprawdę stanowią element(jak to niektórzy z nas zabobonnie wierzą) ostatecznego zamysłu Boga – niemniej, na pewno nie stanowią elementu tego, co można by nazwać ostatecznym i ostentacyjnym zamysłem Natury. W tym zakresie, jaki nas tutaj interesuje, to ledwie nuty czy melodie, które przypadkiem się nam podobają; przygodne związki barw i form, które przynoszą nam zachwyt. A jednak, dokładnie to samo można zgodnie z prawdą powiedzieć nawet o czymś, co wydaje się równie proste i naturalne, jak zdrowie. Nie ma większego sensu, by eugenicy przekonywali nas, że zdrowi rodzice zawsze mają zdrowe dzieci; szczególnie zaś – że dzieci zdrowych umysłowo rodziców również są zawsze umysłowo zdrowe. Jeśli pożyło się dostatecznie długo w realnym świecie, po prostu wiadomo, że to nieprawda.

Chodzi tu jednak o to, że powód niezmiennie pozostaje ten sam. Zdrowie umysłu, podobnie jak piękno ciała, to nie osobna, pozytywna, konkretna cecha, którą można przekazać dalej, jak ogólnie grube kości czy charakterystyczne dla danej rasy, czarne loczki. Pytanie odnośnie dowolnej jednostki nie dotyczy tego, czy odziedziczyła ona jakieś cechy różnych członków swej rodziny; bo bez wątpienia tak się stało. Tylko czy, według słów Szekspira, „wszystkie żywioły tak się w niej skleiły”3, że według naszego specjalnego standardu wartości duchowych osiągnie ona sukces, czy też może przeciwnie – poniesie porażkę. Nie ma nikogo, kto mając liczniejsze grono znajomych, nie znałby kilku rodzin, w których obydwoje rodziców to normalni, zdrowi, a nawet wspaniali przedstawiciele gatunku ludzkiego, ale w których także coś poszło nie tak z pełnym, psychologicznym rozwojem jednego czy dwojga dzieci. To wszakże, co poszło nie tak, nie miało związku z odziedziczeniem jakieś cechy pozytywnej. Ani nawet odziedziczeniem cechy negatywnej; choćby takiej, jaką implikuje się w owym bardzo mętnym sformułowaniu na temat „upośledzeń umysłowych”4; jako iż częstokroć ani ojciec, ani matka rodziny nie byli żadną miarą upośledzeni. Tym, co w pewien sposób poszło nie tak – jak możemy się domyślać – to proces osiągania właściwych proporcji. Czegoś było za dużo; czegoś innego za mało – i niezbędne dla normalnego funkcjonowania połączenie straciło równowagę. Syn zdrowego na umyśle człowieka często jest szalony z tego powodu, że odczuwa właściwe skrupuły w niewłaściwym momencie. Syn człowieka przystojnego często jest brzydki – ponieważ ma właściwe cechy na niewłaściwej twarzy.

Prawda, że pan Wells, w swojej wczesnej książce, do której się tutaj odwołuję, nie potraktował tego problemu tak, jak ja to teraz czynię; w żadnym wypadku nie obarczam go także odpowiedzialnością za moje własne, nieodpowiedzialne spekulacje. Naprawdę jednak udało mu się wtedy, czyli dawno już temu (wydaje mi się, że w książce Ludzkość w przygotowaniu5) wskazać na kluczowy fakt, o którym wszyscy eugenicy, jak się zdaje, na powrót zapomnieli. Hodujemy krowy dla mleka; a nie dla równowagi moralnej czy szczególnej, krowiej cnotliwości. Hodujemy świnie, żeby zrobić z nich wieprzowinę – nie po to, żeby malować im portrety i potem prezentować je jako przykłady doskonałej i harmonijnej piękności. Innymi słowy – możemy hodować świnie i krowy dokładnie z tego względu, że nie bardzo mamy środki, aby krytykować świnie i krowy. Nie możemy osądzać ich z perspektywy Krowiego Konceptu czy Świńskiego Ideału. Dlatego też nie możemy ani nie chcemy krytykować ich w taki sposób, w jaki krytykujemy innych przedstawicieli naszego gatunku (zawsze pod warunkiem, rzecz jasna, że to biedniejsi przedstawiciele naszego gatunku), gdy nazywamy ich „upośledzonymi umysłowo”; albo gdy sami zdradzamy swoje upośledzenie umysłowe, mówiąc o nich, że się „nie nadają”. Jako iż samo sformułowanie „nie nadawać się” zdradza słabość tego pseudonaukowego stanowiska. Moglibyśmy powiedzieć, że jakaś krowa nadaje się do dawania mleka; albo że jakaś świnia nadaje się na wieprzowinę. Jednak nikt nigdy nie powiedziałby o jakieś krowie, że „się nadaje” nie dodając, do czego się nadaje. Nikt nigdy nie wywołałby irracjonalnie izolowanej wizji Nienadającej się Świni, wziętej abstrakcyjnie. Kiedy jednak mówimy o istotach ludzkich, po prostu zmuszeni jesteśmy urwać to zdanie w połowie; zmuszeni jesteśmy powiedzieć o nich, że „nie nadają się” w sensie abstrakcyjnym. Ponieważ dobrze wiemy jak zróżnicowane, jak złożone i jak kontrowersyjne są pytania, rodzące się w związku z zagadnieniem funkcji, do pełnienia których powinni się oni nadawać. Wszystko to jest nader oczywiste – i bardzo wiekowe; sam mówiłem to już dwadzieścia lat temu; i pan Wells, jak już nadmieniłem, powiedział część z tego znacznie lepiej, niż ja potrafiłem. Lecz skoro wydaje się, że następuje właśnie jakieś osobliwe odrodzenie tego typu rzeczy, spóźniony i skretyniały renesans tych manii, o których mniemałem, że dawno poszły w zapomnienie, równie dobrze można i dziś powtórzyć naszą pozostającą bez odpowiedzi odpowiedź na doktrynę, kryjącą się za wszystkimi tego typu barbarzyńskimi przekrętami; jako iż ich występowanie nie ogranicza się wyłącznie do obszaru przedziwnego państwa pana Hitlera.

Tłm. Maciej Wąs

1 Tono-Bungay – powieść realistyczna H.G. Wellsa, wydana w odcinkach w 1908, a w formie zwartej w 1909. Zawiera wątki autobiograficzne.

2 Mniej więcej: „Ponad polem bitwy”. Tytuł manifestu pacyfistycznego pana Romana Rolanda (1866-1944), w którym nawoływał on Francję do wycofania się z I WŚ (zresztą w ramach protestu przeciwko odpowiedzi na niemiecką agresję wyprowadził się on do Szwajcarii). Kreatura ta otrzymała w 1915 roku literacką Nagrodę Nobla.

3 Aluzja do Szekspirowskiego Julisza Cezara; nie pierwszy raz w toku mojej skromnej pracy sięgam do przekładu pana Leona Ulricha – po pierwsze dlatego, że przepadam za polskim romantyzmem, a po drugie, że nasi trzej wybitni tłumacze z tamtego okresu, czyli rzeczony Ulrich, Paszkowski i Koźmian, wydali swoje Dzieła dramatyczne Williama Szekspira wspólnie (ba! pomagał im jeszcze Ignacy Kraszewski), co świadczy dobitnie, że potrafili ciągle – zgodnie z chrześcijańskim duchem cywilizacji, w której wzrośli – zdobyć się na prawdziwa akcję zbiorową, a nie tylko sobie złośliwić i podszczypywać się wzajemnie, jak to się często – a właściwie ciągle – dzieje dzisiaj.

4 Zapewne aluzja do ustawy o niedomaganiach umysłowych z 1913 roku.

5 Mankind in the Making – książka Wellsa z 1903 roku.