Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział VII – W sprawie powrotu barbarzyńcy

Niemiec przeciętny względnie ogrodowy może być opisany jako Niemiec z ogródka piwnego. I jeśli pozostaje akurat w tym wcieleniu – kocham go bardzo, i chciałbym go uściskać. Ostatnio jednak, podobnie jak w kilku innych momentach historii, zamienił się raczej w Niemca z ogrodu zoologicznego. Wobec tego z jego wcieleń zaś, zachowuję miłość znacznie bardziej mistyczną i chłodną – i wolałbym chyba wstrzymać się od uścisków. Jako iż uściski dzikiego zwierza, takiego niedźwiedzia na przykład, nawet w najradośniejszych i najwspanialej oświetlonych ogrodach zoologicznych, mogą odznaczać się tendencją do zbytniej serdeczności – czy zbytniej ciasnoty, stanowiącej ogólną wadę niemieckiego usposobienia.

Odkąd Herr Hitler zaczął zaś zamieniać ogródek piwny w ogród zoologiczny, wszystkie wrażliwe i inteligentne osoby odnoszą coraz wyraźniejsze wrażenie, że stała się rzecz bardzo niebezpieczna. Określony typ cywilizacji nawrócił do barbarzyństwa. Mówiąc to wszakże, nie mam na myśli tego, co ma na myśli – lub mniema, że ma na myśli – dobre pół tysiąca intelektualistów wyemancypowanej prasy. Nie mam na myśli tego, że walka, wściekłość, demaskacja hipokryzji ludzi szanowanych, a nawet postponowanie ludzi bogatych, z konieczności stanowią przejawy barbarzyństwa. Nie jest tak; nawet gdy podobne rzeczy są niesłuszne, to nie są barbarzyńskie. Mogą brać się z zupełnie racjonalnego – i istotnie, zupełnie tradycyjnego – dziedzictwa ludzkiego protestu. Nie chodzi mi także (Boże, uchowaj) o to, że współczesne banki, czy współczesne książki, czy rewelacyjne, realistyczne studia nad tym lub owym, czy owa ruchliwa i zmiennokształtna mgła, którą nazywa się fizyką, czy przeróżni cudacy, którzy nigdy nie przemyśleli sprawy ubrań i biegają po świecie nago, czy pajace, którzy nigdy nie przemyśleli sprawy własności prywatnej i zmieniają się w komunistów, czy próżniacy, którzy żyją na koszt sześciu żon i nazywają to Wolną Miłością – nie chodzi mi o to, że jakakolwiek podobna forma wolności, wyuzdania czy wolnościowego nastawienia kiedykolwiek miała cokolwiek wspólnego z cywilizacją. Sam termin „cywilizacja” wywodzi się od słowa civitas – „miasto”. Miasto z samej swojej natury to coś, co buduje się według jakiegoś projektu; i dostosowanie się do tego projektu, wymaga od mieszkańców nieco poświęcenia. Istnieje wiele rzeczy, nazywanych współcześnie „kulturą”, których zniszczenie – niezależnie od tego, czy dokonaliby go Goci, czy Wandalowie, o przyjaznych, współczesnych Niemcach, którzy robią po prostu wszystko, czego się od nich zażąda, nawet nie wspominając – trzeba by przywitać z wielkim zadowoleniem. Istnieje masa współczesnych książek, reklamowanych jako arcydzieła sztuki literackiej, co do których cieszyłbym się bardzo, gdyby zniszczyły je szczury i robactwo – a co dopiero hitlerowcy. Istnieje wiele idiotycznych eksperymentów z nagością, przeprowadzanych w warunkach północnego klimatu Europy, które może zniweczyć niedługo zwyczajna niemoc – a nie tylko Niemcy.

Nie; istota poruszanego tutaj problemu nie ma związku z ani jedną z powyższych kwestii, które wyniknęły również w czasach upadku cywilizacji Rzymu; kwestii, w wypadku których barbarzyńcy mogą przypadkowo mieć rację, a zdegenerowani obywatele cywilizacji przypadkowo mogę się mylić. Nie mniej prawdą jest wszakże, iż ludzie cywilizowani muszą bronić cywilizacji przed wszystkimi barbarzyńcami, niezależnie od ich rodzaju. Powód tego stanowi natomiast fakt, że cywilizacja zawsze zachowuje ostatecznie zdolność leczenia własnych chorób, barbarzyńcy zaś, ledwie przypadkiem mogą być wolni od choroby barbarzyństwa. Jeśli Anglię zmogła grypa, hipotetycznie (rzecz jasna) mogą zaatakować ją Eskimosi, hipotetycznie (rzecz jasna) uodpornieni na grypę. Nie oznacza to jednak wcale, że kultura Eskimosów jest wyższa od kultury Anglików. Ba – nie oznacza to nawet, że Eskimosi byliby w stanie bronić się przed grypą równie pięknie i praktycznie, jak Anglicy przed nawrotem grypy. Nasza kultura ma tutaj przewagę – nawet jako ledwie kultura bakteryjna. Problem z barbarzyńcą polega na tym, że barbarzyńca może mieć rację tylko przez przypadek – i często nie rozumiejąc przyczyn, dla których ją ma. Człowiek cywilizowany zaś, myli się z własnej winy – i ma owej winy pełną świadomość; wiedząc zaś, że się myli, może znaleźć pewnego dnia powód, aby przestać się mylić. Nigdy nie stawajmy po prostu po stronie barbarzyństwa, bo oznacza ono niezmiennie zniszczenie wszystkiego, co ludzie kiedykolwiek w dziejach rozumieli – przez tych, którzy tego nie rozumieją.

Tak właśnie przedstawia się sens, w którym bezstronny i bezemocjonalny obserwator, spoglądając na dokonujące się dziś w sercu plemiennej Germanii przesilenie, będzie czuł pewną skłonność do wietrzenia tragedii. Niemcy zrobili już wiele rzeczy, które wielu z nas uznaje za słuszne – nic wszakże nie może powstrzymać ich przed zrobieniem czegoś, co wszyscy z nas uznają za złe. Historia zna wiele takich etycznych zagwozdek – problem z niemieckimi zaś jest taki, że zawsze były one bardziej etniczne niż etyczne. To znaczy, zawsze odwracały się, mocą swego rodzaju introspektywnego czy dośrodkowego ruchu, od sądzenia według miary cywilizacji chrześcijańskiej, do sądzenia według miary samych Niemiec. W ich wypadku, debata zawsze przechodziła ostatecznie od rozważania tego, czy Niemcy mieli w jakimś momencie słuszność, do rozważania tego, jak prawdziwą słuszność miał w każdym momencie swego życia każdy prawdziwy Niemiec. Racja, że słowo „Niemiec” oznacza obecnie całe mnóstwo różnych plemion i prądów, o których historycy mogą debatować tak długo, jak tylko chcą. Niemniej, wyraźnym faktem czasów współczesnych jest również to, że ta masa rasowa znacznie się zestaliła, nawet jeżeli ledwie bardzo niedawno, mocą jakiegoś przerażającego poczucia tryumfu i hipnotycznej wiary w to, że stanowi jeden lud. Co dziwniejsze, jej rzeczywiście przerażający tryumf zakończył się szybko jeszcze bardziej przerażającą porażką. Taka jest jednak wielka zaleta hipnotyzmu. Taki właśnie czar iluzji i nieodparta moc nierzeczywistości. Niemcy, nie mając za grosz realizmu, już zdążyli zapomnieć, że dziesięć lat temu ponieśli klęskę; wciąż jednak pamiętają jak najwyraźniej, że pięćdziesiąt lat temu odnieśli zwycięstwo. Taka jest właśnie zaleta sentymentalizmu. Pamięta się tylko to, co chce się pamiętać. I taka jest również zaleta barbarzyństwa.

Kiedy mówimy, że puszczamy coś w czambuł, zazwyczaj chodzi nam o stworzenie nieco mniej skomplikowane, niż człowiek. Konia można puścić od czasu do czasu w czambuł – gdyby jakiś jeździec wszakże zdecydował się na podobnie całkowite zapomnienie o sobie, prawdopodobnie jego sobość mogłaby ucierpieć nieco z rąk roztropniejszego kolegi. Niebezpieczeństwo, jakie wiąże się z pojawieniem się na świecie jakichkolwiek czynników barbarzyńskich jest takie, że nie wiemy co robią ani dokąd zmierzają; tak samo, jak nie wiemy, czy jakiś zbiegły koń zostanie złapany przez najbliższego policjanta, czy też rozwali sobie łeb o wystawę sklepową dwie milej dalej. Wszystko to zaś, warto zauważyć, ma bardzo niewielki związek z pierwotną przyczyną całego zajścia i kwestią, czy zaszło coś takiego, co musielibyśmy określić mianem wymówki, czy wręcz usprawiedliwienia dla tego konia. Koń ów mógł przeżyć jakiś szok, którego żaden normalny koń po prostu by nie wytrzymał. Zawsze będzie zachodzić różnica, jeśli sądzimy tego konia właśnie jako konia, między tym, czy spłoszył się on dlatego, że jakieś dziecko wrzuciło gdzieś piłkę, czy umknął, bo jakiś anarchista wrzucił gdzieś bombę. W każdym wypadku sądzimy jednak, sprawiedliwie bądź niesprawiedliwie, według tego, co zwykło się nazywać naturą zwierzęcia. Barbarzyństwo zaś, to dziki zwierz – i ma zwierzęcą naturę. Nie jest to cecha szczególna jakiegokolwiek szczególniejszego ruchu wśród Teutonów, nie bardziej niż wśród Turków, Mongołów czy Słowian. We wszystkich tych wypadkach wszakże, możemy odnaleźć takie momenty historyczne, w których ludzie zwrócili się na powrót w jego kierunku i opóźnili o całe stulecia rozwój cywilizacji naszego rodzaju. Tym wszakże, co w tej nowej formie ciasnego nacjonalizmu i trybalizmu niepokojące, jest fakt, że gra w nim jakaś nuta przenikliwa i dzika, którą słyszano przy wszystkich podobnie destruktywnych kryzysach historii. Jest wiele poszlak, na podstawie których każdy obdarzony choćby iskrą wyobraźni dziejowej może rozpoznać zachodzący tutaj nawrót: potworna i powtarzająca się wciąż obecność jednego symbolu – i to symbolu, którego znaczenia nikt nie zna; tyran, który uwielbia wyolbrzymiać nawet tyrańskość swych rządów i szczeka tak głośno, by nikt nie zdążył zacząć podejrzewać, że więcej szczeka niż gryzie; niecierpliwa obojętność wobec wszystkich niedawnych przyjaciół państwa niemieckiego, zaznaczająca się zwłaszcza wśród tych Niemców, którzy ciągle jeszcze uważają Niemcy za jedyne kryterium osądu politycznego – wszystko to pachnie barbarzyńskim i pośpiesznym uproszczeniem, które może, w wypadku wielu jednostek, mieć związek z zupełnie szczerą irytacją, czy wręcz idealizmem, ale które – jeżeli rozważać je całościowo – sprawia nieprzyjemne poniekąd wrażenie, jakby pewna grupa ludzi zmęczyła się po prostu ową subtelną złożonością, której nadajemy miano cywilizacji.

Tłm. Maciej Wąs