Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział XI – W sprawie powrotu do życia z ziemi

Gdy siadam do pisania niniejszych słów, leży przede mną błyskotliwa i dobitna książeczka pana G.C. Heseltine’a1, Z miasta na wieś, stanowiąca znakomity zapis dokładnie tej prawdy, której najbardziej nam dzisiaj potrzeba. Ukazała się ona niedawno nakładem wydawnictwa Burns, Oates i Washbourne, i nosi nader praktyczny i stosowny do okazji podtytuł: „Poradnik dla mieszkańców miast, którzy pragnęliby zacząć żyć z ziemi”. Została również opatrzona zabawnym mottem: „Nadszedł już czas, powiedział Mors”2. Autor myślał zapewne o kilku przynajmniej implikacjach owego fantastycznego liryku, z którego ten cytat pochodzi. Należy pamiętać, że dwa wspaniałe wiktoriańskie potwory z tego wiersza, dotknięte ręką dziewiętnastowiecznego sentymentalizmu – oraz, jak wszystko na to wskazuje, dziewiętnastowiecznej bezradności – „wylały wielkie morze łez widząc tak wielką połać piasku”. Oto dokładnie owo potężne, zamierzchłe uczucie romantyków, z jakim Byron i Alfred de Musset3 spoglądali na niekończące się piaski pustyni. Można jednak po sprawiedliwości powiedzieć, że nigdy nie było w tym niczego owocnego – ani w piaskach pustyni, ani w poetyckich sentymentach. Nie lekceważę sobie ich wizji, przynajmniej nie z punktu widzenia inwencji twórczej, wszakże fakt faktem, że zwróciła ona umysły ludzi wieku dziewiętnastego (a przynajmniej poetów wieku dziewiętnastego) zbyt jednostronnie w kierunku pustyń. Wielcy romantycy powiedzieli wiele smutnych i świetnych rzeczy o piaskach przesypujących się w klepsydrze czasu, czy rozpościerających się przed oczyma pielgrzymów; w jednym błysku czy jednym pociągnięciem pędzla wyczarowali mnóstwo cudownych pejzaży, podobnych Swinburne’owskiej „krainie piasku, ruiny i złota”. Niestety, w chwili obecnej złoto się nam skończyło, bez powodzenia zatem próbujemy zastąpić je piaskiem – i znajdujemy się niebezpiecznie blisko ruiny.

Słowem, co do niedawna nazywano jeszcze „miłością natury” stało się, dla człowieka współczesnego, nieco zbyt jednostronnie miłością martwej natury; natury nieruchomej; krótko mówiąc, paraliżującego przeciwieństwa mistycznej prawdy średniowiecza o natura naturans. Poeci romantyczni byli prawdziwymi poetami. I wcale nie mamy zamiaru sobie z nich podkpiwać, gdy twierdzimy, że byli również osobami osobliwej cokolwiek wrażliwości. Niemniej, zupełną prawdą jest przecież, iż czasami wystarczyło im tylko spoglądać na piaski pustyni; i „wylewać całe morze łez na widok tych połaci piasku”. Dawnymi czasy ludzie dysponowali jednak wobec czegoś podobnego, jak w każdych czasach zresztą powinni, jedną zupełnie naturalną, spontaniczną i satysfakcjonującą odpowiedzią. W każdym bowiem dowolnym momencie dziejów powinna istnieć odpowiednio duża grupa poetów i filozofów, którzy „laliby morze łez z radości widząc tak wielką połać ziemi”. Zawsze powinien występować wśród ludzi naturalny zachwyt nad przyrodzoną gościnnością gruntu i mocą możliwości, jakie otwiera przed człowiekiem; we wszystkich innych epokach i społeczeństwach podobna radość wyrażała się w setkach form poetyckich, od szynkarskich przyśpiewek o furmankach i zbiorach po długie poematy dydaktyczne, poświęcone dojeniu krów lub sposobom obchodzenia się z ulem. Szczególnym kłopotem czasów obecnych, w odróżnieniu o jakichkolwiek innych, jest dokładnie to, że widok tego typu rolniczej fortuny nie wlewa w nasze serca otuchy; i nie wylewamy morza łez, nawet gdy widzimy tak wielką połać ziemi. Był taki czas, gdy mogliśmy znaleźć wymówkę – i powiedzieć, że coś tej ziemi za bardzo nie widać. Obecnie wszakże, tak wielka część Anglii nie jest w jakikolwiek sposób zagospodarowana, że właściwie równie dobrze mógłby to być jeden z najmłodszych, a nie najstarszych krajów świata – z jedną z najstarszych kultur wielkiego, rzymskiego planu Zachodu. To nie nowe, a stare kraje wołają dzisiaj o pług.

Rzeczywiście, dzisiejsza kondycja naszych pól przedstawia się tak, że można by całkiem zasadnie pójść w ślady Morsa i płakać nad takimi połaciami ziemi; ziemi prawie tak samo jałowej, jak piasek. I jeśli zapytalibyśmy, w czym tkwi przyczyna owego nieprzewidzianego i niepokojącego spustoszenia najbardziej cywilizowanych krajów współczesnego świata, natychmiast zagmatwalibyśmy się rzecz jasna w niezliczone mnóstwo sporów politycznych, częstokroć niewiele lepszych od sporów polityków. Niemniej, w tle tego wszystkiego trwa niezmiennie prawdziwy fakt historii; kultura tych krajów została poddana sztucznej transformacji; i to nie na lepsze. Prawdopodobnie zostanę źle zrozumiany, jeśli powiem, że kulturę ową stanowiła agri-cultura. Zaraz zapewne ten lub inny uzna, że za ludzi najbardziej kulturalnych uważam przeróżnej maści prostaków i obwiesiów. Nie o to jednak chodzi. Jakiekolwiek byłyby wady arystokratycznej Anglii trzech ostatnich wieków, przy całym swoim arystokratyzmie pozostawała ona rolnicza. Gentlemani czytali Georgiki Wergiliusza – a wieśniacy wcielali je w życie. To dosyć niesprawiedliwy podział płodów ziemi; niemniej, obydwaj – i gentleman i wieśniak – zajmowali się właśnie płodami ziemi. I naprawdę wykształciła się u nas pod panowaniem możnych, które zawsze uważać będę za sprawę znacznie bardziej nikczemną, niż republika chłopów, całkowicie realna i praktyczna sztuka i nauka obchodzenia się z gruntem. Wiejskim rzemiosłem zajmowali się najzwyklejsi mieszkańcy angielskich wsi. I nie było to tylko rzemiosło – ale i sztuka. Można to stwierdzić dzięki owej nieprzyjemnej acz nieprzemijającej próbie wszelkiej sztuki; że niektórzy ludzie potrafili tworzyć ją bardzo udanie, inni zaś – nie. Rzeczy takie jak strzecharstwo czy siew rzutowy wymagały artyzmu, dzięki któremu zdobywało się lokalną sławę; dokładnie tak, jak można by to zrobić dzięki tkactwu czy rzeźbie. Krótko mówiąc, zarówno w mieście, jak i na wsi, zapomniano dzisiaj o rzemieślniku. I jest jeszcze jedna alegoria w owej starej poezji nonsensownej naszych przedszkoli, z jej przedziwnym obrazem dwóch absurdalnych stworzeń łkających nad piaskiem. Ludzie epoki wiktoriańskiej, interesując się wyłącznie własną koncepcją nonsensu, koncentrowali się na Morsie. Naprawdę zapomniawszy o Cieśli.

Tak właśnie przedstawia się podstawowa tragedia naszych czasów, której zaradzić może jedynie powrót do praktycznego rzemiosła typu ciesielki, strzecharstwa, orki i życia z ziemi. Wybrałem sobie jednak z doskonałego pamfleciku pana Heseltine’a jeden fragment – dokładnie dlatego, że bezpośrednio dotyczy kwestii, jak właściwie można by przeprowadzić podobnie trudną rzecz. Istotnie, samym tytulik, który wybrał dla swojego dzieła, Z miasta na wieś, precyzyjnie ową trudność określa – trudność, z jaką mierzy się obecnie wielu mieszkańców wsi i praktycznie wszyscy mieszkańcy miast. Nie mam zamiaru przybliżać tutaj szczegółów jego nader rozsądnych rad; wspomnę ledwie jedną wątpliwość czy witz, które – jak sądzę – wywierają ogromny wpływ na wiązane z tą sprawą nadzieje.

Gwoli zwięzłości można powiedzieć tyle, że naczelne zastrzeżenie, jakie zawsze wnosi się w związku z tą kwestią, brzmi: „Jak ludzie, którzy wychowali się miastach, kiedykolwiek mogliby przystosować się do wiejskiego życia?” Nikt nie wydaje się przy tym zadawać innego, bardzo prostego i ugruntowanego historycznie pytania: „Jak ludzie, którzy wychowali się na wsi, kiedykolwiek zdołali przystosować się do miejskiego życia?” Jeżeli ludzka natura została nieodwracalnie zmieniona i ukształtowana przez mniej niż sto lat życia przemysłowego, dlaczego wcześniej nieodwracalnie nie zmieniły jej i nie ukształtowały setki i tysiące lat życia na wsi? Jeżeli trzeba było ledwie dwóch pokoleń, aby wydźwignąć człowieka z niskiego i nędznego stanu uczciwego oracza na wzniosły i doskonały poziom maklerskiego kręta, dlaczego syn owego maklerskiego kręta nie miałby mieć dość rozumu, aby dostrzec, że weselej byłoby mu zostać uczciwym oraczem – szczególnie jeżeli na maklerstwie ewidentnie dziś ciężko zarobić? Dlaczego, by ująć to w sposób żałośnie wręcz prosty, skoro niegdyś ludzie milionami napływali do miast w poszukiwaniu pieniędzy, teraz miałoby im nie dostawać światła rozumu, aby mogli z owych miast wyjechać – skoro jasne jest, że pieniądze się skończyły? Nie wiem, jaka teoria uprawniałaby kogokolwiek do uznania jednej z tych transformacji za bardziej niemożliwą od drugiej. Znam również wszystkie pomniejsze argumenty na temat różnorakich miejskich rozrywek – i pan Heseltine znakomicie radzi sobie z ową złowieszczą poniekąd przypowieścią, by nie powiedzieć: przepowiednią, jakoby człowiek potrzebował zarówno chleba, jak i igrzysk. Nie mam zamiaru zajmować się tutaj jakąkolwiek podobnie szczegółową dyskusją; jedyne, co pragnąłbym zrobić, to wskazać na fakt, że migracja do miast wzięła się prawdopodobnie z fizycznego uczucia głodu; i głodu owego miasta nie potrafią już zaspokoić. Fakty są bowiem takie, że ludzki głód można zaspokoić tylko w jeden sposób. Nawet w godzinie tryumfu miast i merkantylizmu udało się to nam osiągnąć wyłącznie przez zapewnienie miastom odpowiedniej ilości talonów na produkty rolne. Nikt jednak nigdy nie żywił się, ani nie będzie się żywił, niczym innym poza produktami rolnymi. I hipoteza, że teraz możemy zechcieć pozyskiwać je metodami prostymi, a nie pokrętnymi, mnie przynajmniej wydaje się całkiem rozsądna.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Niestety, współcześnie brak szczegółowych informacji o tym pisarzu; choć amerykańscy dystrybucjoniści wznowili jakiś czas temu jego książkę.

2 Aluzja do wiersza Lewisa Carrolla, „The Walrus and the Carpenter” (pol. „Mors i Cieśla”) z Po drugiej stronie lustra.

3 Alfred Ludwik Karol de Musset (1810-57) – francuski romantyk, pisarz, poeta, dramaturg. Postać słynna.