Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział XIV – W sprawie prawdziwego zwierza

Jakże to piękna, a wręcz porywająca myśl, że cokolwiek się stanie, nigdy nie będzie to dokładnie to, co fataliści i futuryści nauki współczesnej określili mianem rzeczy nieuniknionej, przed którą nie ma ucieczki. Jest tego całkiem sporo przykładów – na pewno choćby nacjonalistyczny renesans, by nie powiedzieć: nacjonalistyczna rewolucja, jaka dokonała się w różnych częściach Europy dokładnie w tym momencie, w którym wszyscy prorocy etyki ewolucjonistycznej głosili ludowi, że nacjonalizm się skończył, i teraz z konieczności świat wejdzie w fazę internacjonalizmu. Jeśli chodzi o konkretne wypadki, to mogą się nam one podobać lub nie podobać; mogą nas drażnić, lub nie aż tak bardzo. Osobiście, wolę De Valerę1 od Mussoliniego; i zdecydowanie Piłsudskiego od Hitlera. Fakt, że Polacy pokonali bolszewizm na polu bitwy na długo zanim naziści zaczęli organizować przeciw niemu burdy uliczne, uważam za dosyć wymowny; i muszę przyznać, że wydaje mi się, iż Bitwa Warszawska zajmować będzie w annałach historii, wespół z bitwą pod Maratonem i Lepanto, nieco pocześniejsze miejsce niż owa pełna chwały scena, sprzed nie tak długiego czasu, gdy Oddziały Szturmowe2, rozpętując wielki Sturm stali, od którego biorą przecież swą nazwę, przypuściły śmiały atak na grupę małoletnich chłopaków, organizujących festyn przy jakiejś szkole katolickiej, czy coś w tym rodzaju. Bez wątpienia, to wielka rzecz, że od teraz dzieciaki z szerzących zabobony szkółek niedzielnych nie będą mogły organizować nikogo i niczego, bez ściągania na siebie gniewu skumulowanej mocy całych Wielkich Niemiec. A jednak, mimo wszystko wydaje mi się, że zatrzymanie Armii Czerwonej w momencie, w którym była o włos od zalania całej Europy, to jednak rzecz minimalnie większa. Oczywiście, każdy może powiedzieć, że w tym wypadku moje osobiste upodobania to po prostu moje osobiste uprzedzenia. Niezależnie, czy manifestacje nowego nacjonalizmu nas przekonują, czy nie, na pewno musimy się zgodzić, że nacjonalizm rzeczywiście w ten lub inny sposób się odnowił. De Valera to nacjonalista równie płomienny, co Mussolini; Polacy to naród równie patriotyczny, co Prusacy; i dobrze by było, gdyby świat o tym nie zapomni.

W tej chwili interesuje mnie wszakże przede wszystkim mała zgadywanka na temat stojącej za tym wszystkim filozofii – czy też raczej różnic między filozofią a religią. Mniemam, że religia potrafi naprawdę jednoczyć narody; islam, choćby, zjednoczył przecież całą masę różnych ludów. Internacjonalizm wszakże, nie jest religią; to „izm”; „izm” zaś, religią być nie może. To abstrakcja pozbawiona charakteru absolutnego. Naród natomiast, to rzecz; może być to rzecz przykra lub pogardy godna, niemniej naprawdę jest to rzecz – czyli nie teoria. Istnieją pewne metody tworzenia relacji między żyjącymi bytami, nader – by tak rzec – życiowe; byty owe, mogą się złączyć w tym sensie, że mogą się złapać; nie da się ich zbić ani skleić, ani powiązać w całość drutem badań naukowych; muszą być blisko siebie z własnej chęci; muszą się trzymać razem; muszą się trzymać mocno. I przez całą historię, zawsze zmagają się ze sobą dwa rodzaje myślicieli, operujących na dwóch płaszczyznach myśli; ci, którzy myślą o ludziach jako o ludzkości; i ci, którzy myślą o ludzkości jako o ludziach.

Humanitaryści wszakże, mogą nauczyć się czegoś nawet z obserwacji rzeczy tak marnej, jak regularny homo. Nawet w relacji do zwierząt możemy traktować takiego homo po wariacku, albo po ludzku. Wiem, że jestem zwierzem – konkretnie: zwierzem określanym przez Greków mianem anthropos; być może, że nie najwspanialszym przedstawicielem swego gatunku; mimo wszystko jednak – mój gatunek to na pewno mój gatunek. Lecz gdy pewien profesor, oprowadzając turystów po muzeum, nazywa mnie antropoidem, przechodzi mnie dreszcz wątpliwości – i ogarnia dziwny irrealizm. Mogę rzecz jasna być jakoś biologicznie spokrewniony z którąś z większych małp w pobliskiej klatce bądź gablocie; choć do teraz, jak mniemam, nasz profesor prawdopodobnie zdążył odkryć, że tak naprawdę jestem bratankiem marmozety albo ubogim krewnym lemura. Zgódźmy się wszakże, na użytek argumentacji, że w specjalistycznej i abstrakcyjnej klasyfikacji naukowej bliżej mi do dużej małpy niż do jakiegokolwiek innego zwierzęcia. Niemniej, jeśli ktokolwiek będzie mi perswadował, że rzeczywiście bliżej mi do dużej małpy niż do jakiegokolwiek innego zwierzęcia – cóż, po prostu wiem, że to nieprawda. Znacznie bliżej mi do mojego psa. Nie mam najmniejszych doświadczeń z subtelną złożonością uczuć orangutana; z rzadka zdarza mi się napomknąć coś o prawdziwym sentymencie i przywiązaniu w moich relacjach z szympansem; i nieczęsto robię praktyczny użytek z przekonania, że pawian umie świetnie popilnować dziecka, czy chociaż odstraszać potencjalnych włamywaczy. Wiem zatem, że relacja człowieka z psem to relacja realna – i że relacja człowieka z antropoidem to relacja teoretyczna; nawet jeśli teoria ta faktycznie odnosi się do realnych faktów świata naukowego.

I te dwa zwierzęta doskonale sprawdzą się w charakterze przypowieści, przy pomocy których wyjaśnię mój pogląd na różnicę między faktem a fantazją. Pies reprezentuje wszystkie realne rzeczy, związane z tym, co historyczne. Małpa – wszystkie teoretyczne abstrakcje, związane z tym, co prehistoryczne. Człowiek historyczny, w toku całej historii, nieodmiennie ma psa – i nigdy o nim nie zapomina; jak widać choćby na przykładach Tobita czy Ulissesa. Jeśli człowiek prehistoryczny wszakże istotnie miał kiedyś prehistorycznego wujka-małpiszona, to do czasu, gdy stał się człowiekiem historycznym, kompletnie wyleciało mu to z głowy. Istotnie, nawet nie odkrył jego istnienia, dopóki nie zaczął strzelać do niego w Afryce, w drugiej połowie wieku osiemnastego. Teraz, zależnie od tego, czy ktoś czuje różnicę między doświadczeniem a nazwą, czy nie, albo zrozumie, albo nie zrozumie, plusów i minusów istnienia narodów; bo naród nie jest nazwą. Można powiedzieć, że z istnienia narodów wynika więcej złego niż dobrego – podobnie jak można powiedzieć, że posiadanie psa wymaga więcej zachodu, niż to warte; można powiedzieć, że pozwolenie narodom na wojny to barbarzyństwo – podobnie jak można powiedzieć, że pozwolenie psom na polowanie to barbarzyństwo. Mówiąc to wszakże, zajmujemy się czymś kompletnie odmiennym od jakiejkolwiek teorii na temat tego, czy pewne żyjące byty mogły mieć kiedyś ze sobą coś wspólnego, czy powinny mieć ze sobą coś wspólnego, albo czy w przyszłości będą mieć ze sobą coś wspólnego; zajmujemy się żyjącymi bytami, które mają ze sobą coś wspólnego.

To zupełna prawda, że kultura europejska wywodzi się z czegoś, co jest starsze nad wszystkie narody. To prawda, że świat chrześcijański istniał na długo zanim zaczęły się one formować. Niemniej prawdą jest również, że ci, którzy trzymają się narodów – choćby z najmniej rozumnych pobudek – trzymają się reliktów, ale żyjących reliktów, pierwotnego, bujnego życia; podczas gdy ci wszyscy, którzy twierdzą, że tworzą nową rzeczywistość, nie tworzą nowej rzeczywistości, a jedynie nowe nazwy. Gdy mówię, że jestem Anglikiem, a nie Francuzem, wiem dokładnie co to znaczy, choć tak się składa, że darzę francuską kulturę i tradycję niemałym podziwem. Nie wiem wszakże za bardzo, o co chodzi, gdy słyszę, że podlegam jurysdykcji Ligi Narodów czy obowiązują mnie ustalenia jakiegoś paktu, spisanego przez polityków podczas wywczasu w szwajcarskich hotelach. I podobnie, nie wiem, o co chodzi, gdy ktoś perswaduje mi, że pochodzę od antropoidów, Anglosasów, czy Aryjczyków, jak ująłby to pan Hitler. Nie wiem co to znaczy – przynajmniej nie w tym samym sensie, w jakim wiem, co to znaczy być Anglikiem.

Jak już powiedziałem, z prawdziwą religia wyglądałoby to inaczej; bo prawdziwa religia to wielka rzecz – naród zaś, to skądinąd sporo mniejsza rzecz. Podałem przykład religii Mahometa – równie dobry, jak jakikolwiek inny. Islam to nie tylko suche stwierdzenie, że jest jeden Bóg, czy że wyrażona w Koranie wiara jest prawdziwa. Islam to metoda, by to wszystko dalej ciągnąć. Niektórym muzułmańskie życie się podoba; inni go nienawidzą. To samo można powiedzieć na temat tych, którzy twierdzą, że Turcy to barbarzyńcy – oraz tych, którzy (a są to zazwyczaj starsze panie) uważają ich za ostatnich gentlemanów Europy. I jedni i drudzy naprawdę coś mówią; bo i jedyni i drudzy odnoszą się do czegoś realnego. Nie do czegoś, co jakiś przypadkowy polityk mógłby uznać za stosowne napisać w tym czy innym pakcie. Lecz, skoro nie jesteśmy muzułmanami, i nie mamy w Europie własnej religii, nigdy ostatecznie nie wyrzekniemy się tego, co ma w sobie jeszcze chociaż ślad rzeczywistości; tradycji naszych ojców i nieokiełznanej żywotności umarłych.

Tłm. Maciej Wąs

1 Eamon De Valera (1882-1975) – irlandzki polityk, premier i prezydent Republiki Irlandii, jeden z głównych architektów jej niepodległości (przypis z Irlandzkich impresji, żeby było lepiej).

2 SA.