Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział XVI – W sprawie więzienia, jakim jest jazz

Wspomniałem już, tak powściągliwie, jak tylko mogłem, że spośród wszystkich zjawisk współczesności, najbardziej potworne i złowrogie, najbardziej smrodliwe od wewnętrznej zgnilizny, ponuro profetyczne i destruktywne, ewidentnie wynikające z podszeptu złego ducha i błyskawicznie ściągające na ziemię gniew niebios, najbliższe szaleństwa i moralnego chaosu oraz najżywiej tętniące diabelstwem i rozpaczą to straszliwa praktyka słuchania głośnej muzyki w restauracjach. Człowiek poddany podobnej torturze rozprasza się rozproszeniem gorszym od zwykłego rozkładu. Bo choć istotnie, zdarza się nam rzucić lekko w niezobowiązującej konwersacji „oj, przepraszam, rozproszyłem się” i nikt nie widzi w tym niczego zdrożnego, to jednak fakt pozostaje faktem, że rozproszenie (w sensie werbalnym przynajmniej) jest dystrakcją, a to już nie taka miła sprawa. Źródłosłów łaciński nie oznacza relaksu; tylko rozerwanie końmi. Źródłosłów grecki z kolei (z którego wziął się źródłosłów łaciński) pojawia się w tym spośród tekstów Biblii, który mówi, że Judasz rozpękł się na poły1. Myśleć o jednej rzeczy naraz to najlepsza metoda myślenia; można jednak, w pewnym sensie, myśleć i o dwóch rzeczach naraz, o ile o ta druga myśl naprawdę jest podświadoma, a więc i naprawdę podrzędna. W wypadku wszakże, w którym druga rzecz, o której myślimy, wpycha się coraz bardziej i bardziej agresywnie przed pierwszą, znajdujemy się w prawdziwym intelektualnym ogniu krzyżowym, a wręcz w stanie intelektualnego ukrzyżowania. Z moich doświadczeń wynika, że niemal każdy wykształcony angielski gentleman, dla którego kontemplacja obrazów religijnych to bałwochwalstwo w czystej formie, ze szczerym zachwytem potrafi wpatrywać się w przeróżnych joginów (czy jakie są jeszcze inne ezoteryczne wcielenia Hindusa) kontemplujących duży palec u nogi. Niemniej, Hindus taki przynajmniej rzeczywiście coś kontempluje, i nie potrzebuje dwudziestu tysięcy miedzianych gongów, aby mu o tym nieustannie przypominały. W tym sensie jest prawdziwym filozofem, na przekór swej osobistej filozofii. Nie próbuje robić dwóch sprzecznych rzeczy naraz.

Pod wpływem tej niezmiernie praktycznej psychologii, starej jak sam świat, społeczeństwo wynalazło kilka pożytecznych rytuałów zasadniczo wspomagających relacje interpersonalne. Picie to pomoc w rozmowie; jeść powinno się bez zachłanności i tyle, ile trzeba; palenie to również przyjemność podświadoma, a więc i rzeczywiście przyjemna. Niemniej, próba nawiązania konwersacji z kimś, kto słucha w tym samym czasie czegoś zupełnie innego, to prawdziwa kwintesencja czy profuzja daremności. Słuchanie czegoś, co jest dość głośne, by zagłuszyć mowę, nie dość głośne zaś, by wymusić ciszę, to węzeł gordyjski sprzecznych interesów. A także, jak już również zwróciłem uwagę, zwykła niegrzeczność w stosunku do wszystkich zainteresowanych. To coś takiego, jak gdyby pójść się na koncert Paderewskiego lub pani Kiesler2 i zacząć rozkładać przed sobą sutą kolację, w skład której wchodziłyby ostrygi, strudel mięsny, szampan, kawa i bogaty zestaw alkoholi. Byłoby to równie obelżywe dla kucharza, jak i dla muzyka; ale przede wszystkim chyba dla moich kompanów, którzy zapewne zdecydowaliby się towarzyszyć mi w przeświadczeniu, że będą mogli rozerwać się nieco w tradycyjnych warunkach; na przykład, słuchając muzyki podczas koncertu i zabawiając się rozmową podczas posiłku. Czasami zaprasza się przecież u nas gości na „cichy obiad”3. Jeśli pomyśli się nad tym momencik, sformułowanie to wyda się niechybnie cokolwiek osobliwe; jak gdyby obiad jako taki mógł być głośny; jak gdyby zupa sama z siebie mogła huczeć jak wzburzone morze, szparagi dostać słowotoku, a stek wołowy zacząć wrzeszczeć jak mandragora. Niemniej, stanowi ono na pewno także świadectwo tego, jak zazwyczaj pojmuje się miły nastrój; „cichy obiad” oznacza cichą konwersację. Ale jeśli ktoś chce odbyć cichą konwersację, dlaczego miałby pakować się w sam środek ogłuszającego harmidru?

Mimo to, wbrew wszystkim tym uwagom, i czyniąc gwałt wszystkim wyznawanym zasadom, jednego dnia postanowiłem jednak poświęcić chwilę uwagi grającemu w restauracji zespołowi muzycznemu. Najpierw zauważyłem zatem, że tym istnym koszmarom jazgotu, przypominającym raczej trąby piekielne niż trąby archaniołów, zazwyczaj towarzyszy nieprawdopodobnie monotonne walenie w bęben, które uważa się, o ile mi wiadomo, za jeden z największych uroków jazzu. W związku z czym, nie udając, że wiem cokolwiek o muzyce, doszedłem w tej sprawie do cokolwiek daleko idących wniosków. Bo jazz faktycznie coś wyraża; i tym czymś jest niewolnictwo. Dlatego właśnie podobny rodzaj podniecenia osiągnąć można przysłuchując się dudnieniu barbarzyńskich tam-tamów, które odgrywają tak ważną rolę w muzyce czy dramacie największego spośród niewolniczych krajów Afryki. Jazz to w kwestii wyrazu dokładna odwrotność wolności, nawet zbyt dużej wolności, a nawet wprost anarchii. To manifestacja najbardziej pesymistycznego poglądu, że natura nie potrafi przekroczyć naturalnych praw, że życie nie potrafi przewyższyć życiowych mądrości, i że człowiek ostatecznie zawsze wraca tam, skąd wyszedł, że nie ma rewolucji, nie ma odkupienia, że nie ma wyzwolenia dla niewolników tego świata – ani od pragnień tego świata. Napisano na ten temat niezliczone ilości pesymistycznych wierszy, na swój sposób częstokroć istotnie zachwycających; i bez wątpienia, pisana na ten temat muzyka również może być zachwycająca. Na pewno jednak nie może być ona uwalniająca, ani nawet uspokajająca; nie pozwala uciec na chwilę od codzienności, jak czasem pozwalają to uczynić najbardziej nawet wulgarne melodie. To pieśń kieratu. Przyzwyczaiłem się do tego ryku wystarczająco, aby nie przeszkadzał mi myśleć, nawet jeśli bywało, że przeszkadzał mi mówić. Potem zaś, nagle, nie wiadomo skąd, muzycy zaczęli grać różne melodie z czasów przedwojennych, tak wyjątkowych i tak dawno minionych, które też – tak się składa – były dla mnie czasem młodości. Znaczna część z tych melodii była bardzo tania, i służyła za podkład dla bardzo głupich piosenek. Ale w tym wypadku przynajmniej, naprawdę grano melodie i naprawdę śpiewano piosenki. A zatem robiono coś, co rzeczywiście coś wyrażało; konkretnie to, co dotąd stanowiło wielką tajemnicę człowieka i wyjaśniało jego miejsce w świecie natury: wolność.

Bo oto jest właśnie naczelny paradoks dokonującej się właśnie transformacji. Stare popularne piosenki były banalne, ale również wolne. Ich rytm nie opierał się wyłącznie na powtarzaniu w kółko tego samego. Owszem, również zataczał koła, ale tylko po to, żeby móc sobie po drodze poskakać; i ostatnie kółeczko stanowiło zarazem najbardziej strzelisty fikołek, zwany refrenem. Ich obroty nie były ledwie obrazem obrotów wskazówek zegara, ale raczej młotka, rzuconego do celu przez muskularne ramię w starych zawodach szkockich górali. Innymi słowy, stare piosenki pozwalały, jak nadmieniłem, uciec; oderwać się od czegoś. Nurtował w nich, czasem nieprawdopodobnie prymitywny, czasem do bólu banalny, ale zawsze rzeczywisty ruch ucieczki; jazz natomiast, wyraża najwyżej tyle, że nie ma ucieczki. Jak zaś było z muzyką (Boże się pożal), tak było i z literaturą (Boże dopomóż). Stare głupie piosenki raziły sentymentalizmem, ale miały w sobie romantyzm. To znaczy, wiarę w siebie i we własne możliwości, nadzieję na osiągnięcie osobistego szczęścia; szczęścia zaś, to bardzo poważna sprawa. Świat współczesny wszakże, potrafi wierzyć jedynie w nieszczęście, w związku z czym musi udawać, że to bardzo niepoważna sprawa. Efektem jest jednak wyłącznie utrata wrażliwości i instynktów lirycznych. Nie twierdzę, że refren mojej młodości „Piwo, piwo, piwo, piwo, pijmy piwo jako żywo” zasługuje na szczególnie istotne miejsce w historii naszej literatury czy choćby Złotym skarbczyku poezji angielskiej4. Twierdzę wszakże, że nikt nie byłby zdolny wyśpiewać czegoś równie porywającego, spontanicznego i szczerego po wypiciu koktajlu, czy nawet setek koktajli. Poezja koktajlowa, to poezja niepewności, obawy, przesadnego skupienia na sobie, poezja wycofana. Nie twierdzę, że słynna piosenka zaczynająca się od słów „Daisy, Daisy” to owoc najcudowniejszych natchnień muz mej ziemi rodzinnej, niemniej twierdzę na pewno, że to piosenka do śpiewania. W epoce jazzu i koktajli natomiast, można (najwyraźniej) pisać tylko takie piosenki, których nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby choćby wyrecytować, albo dać sobie z tym spokój en bloc i w zamian zająć się wypacaniem luźnych fragmentów jakiegoś pomylonego pamiętniczka.

To właśnie utrata tego szczerego zapału wydaje mi się najbardziej interesującym skutkiem poluzowania wiktoriańskich konwencji. Bez ustanku powtarza się nam, że całe życie byliśmy zniewoleni; że siła konwencji miażdżyła naszych ojców i matki, i dławiła nasze dzieciństwo chłodem sztywnej szacowności. A jednak, nie ma wątpliwości, że te wszystkie stare piosenki, nawet jeśli były płaskie i banalne, to na pewno również bardziej porywające i burzycielskie od wszystkiego, co nastąpiło po nich. Czasami mam takie wrażenie, że nasi ojcowie faktycznie umieli ciężko pracować – w związku z czym umieli odpoczywać. Ich odpoczynek istotnie stanowił niekiedy prawdziwą orgię groteski, niemniej – rzeczywiście odpoczywali, a więc byli wolni. Współczesny poeta zaś, zawsze musi zachowywać się jak należy; przy czym mówiąc „jak należy” mam oczywiście na myśli, że jak nie należy. Wszędzie gdzie chodzi, musi chodzić w mundurze; czyli w pogrzebowym stroju cynicznego błazna. Ani na moment nie może wmieszać się w tłum, nawet tylko po to, żeby wspólnie z innymi zaśpiewać refren jakiejś głupiej piosenki. Długo rozglądałem się ze smutkiem po mojej restauracji, pełnej kulturalnych gości w najmodniejszych frakach; żaden z nich wszakże nie zaintonował „Piwo, piwo, piwo, piwo”. Tak więc, jak pisują autorzy gazetowych opowiadań, zapłaciłem rachunek, i z ciężkim sercem wyszedłem w noc.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

Dz 1, 18. Korzystam z tłumaczenia Wujkowego z lekką modyfikacją, jak zwykle zresztą. Nie jest to rozwiązanie idealne, bo GKC, jako Anglik, znał Biblię przede wszystkim z przekłady króla Jakuba I (przynajmniej oficjalnie był to jego przekład, wiadomo, jak to z królami bywa), protestanckiego, dokonanego z języków oryginalnych, który to przekład wszedł właściwie do potocznej angielszczyzny – no ale cóż… (przypis tłumacza oczywiście naturalnie)

 

2 Prawdopodobnie chodzi o Gertrudę Kiesler (1894-1977), pianistkę austriacką, dziś znaną przede wszystkim z bycia matką pani Hedy Lamarr (1914-2000), amerykańskiej aktorki i reżyserki.

 

Ang. quiet dinner. Wyrażenie popularne.

 

4 Popularna antologia poezji angielskiej wydana pierwszy raz w roku 1861.