Gilbert Keith Chesterton

Wszyscy oni to purytanie

Ze zbioru Sidelights (1932)

Toczy się dzisiaj podobno w Ameryce, w sensie zupełnie dosłownym, coś w rodzaju wojny domowej między purytanami i anty-purytanami. W tym wypadku, rzecz jasna, nie możemy mówić o purytanach i Kawalerach; jako iż najbardziej aktywni anty-purytanie, to ludzie tacy jak Sinclair Lewis i pan Mecken, których z republiką łączy chyba jeszcze wyłącznie niechęć do umierania z mieczem w ręku za swojego króla. Jak najbardziej można ich jednak nazywać purytanami i anty-purytanami, i przybysz z Anglii czy Europy, po zapoznaniu się z obydwiema frakcjami, może poczuć niemałą pokusę, aby sformułować na ich temat pewną generalizację. Ja przynajmniej, jak najbardziej jestem do tego kuszony – choć zdaję sobie sprawę, że to uproszczenie, i to być może uproszczenie cokolwiek przesadne. Kusi mnie, żeby powiedzieć, że oni wszyscy są purytanami – anty-purytanie zaś, w szczególności.

Oczywiście, istnieją tu jeszcze zwyczajowe wyjątki, marginalne różnice i debaty nad definicją. Religia, która utrzymuje się w mnóstwie amerykańskich wsi, różni się zasadniczo od źródła, z którego wzięły swój początek jej różne denominacje. To już nie czysty purytanizm. Przeciwnie – to raczej coś mocno zanieczyszczonego, co stanowi praktyczny produkt purytanizmu. W sensie bardziej ogólnym można by nazwać to prohibicjonizmem. Prawdziwy purytanizm wszakże, nie istniał dłużej, niż przez jedno czy dwa pokolenia nienaturalnej intensywności i izolacji, w którym to czasie dokonał wielu nadzwyczajnych rzeczy – dalekich od normalności, a na pewno dalekich od regularnego dziewiętnastowiecznego dysydenctwa.

Purytanie zastąpili Boga, który pragnie ludzkiego zbawienia, Bogiem, który pragnie ludzkiego potępienia. Zmusili parlament do wystąpienia przeciwko królowi – a potem zrujnowali parlament, aby zabić króla. Wskrzesili barbarzyński zwyczaj zabijania jeńców wojennych – jak wtedy, kiedy za radą grupy kalwińskich pastorów wyrżnięto takowych z zimną krwią po zwycięstwie nad markizem Montrose1. Stworzyli instytucję „szkockiego szabatu” – w porównaniu do którego szabat żydowski to radosna sprawa. Każdy człowiek ma jednak jakąś piętę normalności2; i tak na przykład, purytanie nie byli abstynentami.

Skrupuły współczesnego purytanina różnią się od skrupułów pierwotnego purytanina dosłownie w każdym możliwym punkcie, z wyjątkiem jednego: bo i te, i tamte, zawsze były naraz gwałtowne i trywialne. Istotę purytańskiego nastroju stanowi chaos moralnego gniewu. Chodzi o sprawiedliwe oburzanie się na nie tę rzecz, co trzeba. Że nowi purytanie dodali kilka pozycji do starego kacerskiego katalogu grzechów, nic nie zmienia w kwestii istoty sprawy: że purytanie niezmiennie dokładają ogromnych starań aby błądzić w kwestii tego, co uznają za błąd.

Do starych grzechów tanecznych harców i hazardu, dodali oni jeszcze grzech picia piwa; niezależnie jednak od tego, czy nazwiemy tę nową kombinację „purytanizmem” czy jakkolwiek inaczej – to coś istnieje, i jakoś trzeba to nazwać. Angielski termin na oznaczenie tego zjawiska, jaki funkcjonował w czasach mojej młodości, brzmiał „dysydenckie sumienie”, niemniej – w Anglii zjawisko to już umarło, podczas gdy w Ameryce wciąż wykazuje całkiem niezłą żywotność. W tym właśnie sensie mówię, że anty-purytanie również są purytanami; są prawie bardziej purytańscy od samych purytanów. Przeciętny, żyjący w świecie abstrakcji wolnomyśliciel czy wolny strzelec, jak choćby pan Walter Lippmann3, jest purytaninem. Świętej pamięci Jakub Huencker4 był purytaninem. Pan Mecken jest purytaninem. Wszyscy oni – to purytanie.

Chodzi mi tutaj mniej więcej o to: że pomiędzy dwiema skrajnościami, z panią Carrie Nation5, rozwalającą saloony siekierą po jednej, a bohemą z Greenwich Village, nasycającą się obcą kulturą w skoncentrowanej wersji absyntu po drugiej stronie, istnieją oczywiście całe tysiące subtelnych odcieni zdrowego i niezdrowego rozsądku. Pomiędzy szalonym purytaninem a szalonym poganinem znaleźć można absolutnie dowolne rodzaje normalnych amerykańskich obywateli. Z mojego własnego punktu widzenia wszakże, który nie jest ani purytański, ani pogański, we wszystkich tych różnych wypadkach ujawnia się jeden przynajmniej wspólny element. I tak na przykład, jeden sort Amerykanów powie ostatecznie: „Nie sądzę, aby ktokolwiek mógł być dobrym obywatelem nie będąc dobrym chrześcijaninem – a Biblia, która wystarczała mojej matce, wystarczy i mnie. Nie mówię, ze nigdy w życiu nie spróbowałem alkoholu, ale nie pozwolę go pić w moim domu – i zrobiłbym wszystko, byle ocalić moich synów przed hazardem”.

Inny sort ludzi powie zaś: „Obawiam się, że samemu nie potrafię uwierzyć w jakąkolwiek doktrynę – mam jednak wielki szacunek dla Chrystusa i dobrych chrześcijan. Jeśli religia w ich wypadku się sprawdza – tym lepiej dla nich. Lecz oczywiście, nie mam ambicji zostać świętym; owszem, popijam sobie od czasu do czasu – i nie miałbym nic przeciwko partyjce pokera”.

Następnie, mamy trzeci sort ludzi, który wybucha nagle z niecierpliwością: „ Widać świat nie jest godny tych chrześcijan – tak to w każdym razie wygląda, choć w sumie znaczna większość z nich to popijający w ukryciu hipokryci. Kiedy się już ich pozna, nie są już tak cholernie chrześcijańscy. Ja nie udaję. Kości, whisky i ten świat – tyle mi wystarczy”.

Zaraz obok stoi inna, bardziej gniewna grupa, która mówi: „Chrześcijaństwo nie było nigdy niczym innym, jak tylko potwornym przekleństwem na wszelkiej swawoli i swobodzie ludzkości. Z dumą mówię: `jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy`. Chrześcijanie zaś powtarzają tylko w kółko: `Nie pijmy i jedzmy ledwo co, bo jutro zostaniemy potępieni`. Poczytajcie, co Mecken pisze o tych wszystkich pastorach walczących z hazardem itd.” Następnie, rzecz jasna, następuje znacznie bardziej logiczne i filozoficzne zwieńczenie tej filozofii, tak jak u samego pana Meckena.

Istnieje dosłownie niezliczona rzesza inteligentnych, miłych i radosnych ludzi tych wszystkich odcieni myśli. Chodzi mi jednak o to, ze wszyscy oni to purytanie, albo przynajmniej – ci z nich, których określamy w Anglii mianem dysydentów. Wyznają oni dokładnie ów precyzyjny ale i problematyczny cokolwiek, dysydencki system wartości. Wszyscy oni mają dokładnie to samo, trwałe ale i niespotykane zupełnie pojęcie o naturze chrześcijaństwa. Niektórzy z nich przyjmują chrześcijaństwo, w związku z czym odrzucają wino, whisky czy gry szczęścia. Niektórzy z nich wahają się co do chrześcijaństwa, w związku z czym wahają się również co do wina, whisky czy gier szczęścia. Niektórzy z nich niechętnie wyrzekają się chrześcijaństwa, w związku z czym (niemal niechętnie) akceptują wino, whisky i gry szczęścia. Niektórzy z nich wściekle odrzucają chrześcijaństwo, w związku z czym wściekle rzucają się na wino, whisky i gry szczęścia. Wszyscy oni wszakże wydają się uważać, że rzeczy tego typu stanowią główny przedmiot religii. Można się bardzo bezpiecznie założyć, że jeśli jakikolwiek amerykański autor wspomni choćby o religii na początku jednego akapitu, zanim dojdzie do jego końca przynajmniej raz powie również coś o alkoholu. Dla człowieka innego credo i kultury, cała ta rzecz jest zupełnie oszałamiająca. Dla podobnego cudzoziemca purytanizm Meckena to większa zagadka, niż purytanizm pana Moodyego6 i pana Sankeya7.

Cudzoziemiec taki powinien jednak pamiętać, że Amerykanie mają jedną wielką moc, która więcej niż równoważy całą tę ich moralność. Mam na myśli to, że cały ów idealizm kariery, dorabiania się kokosów i tym podobnych rzeczy, wyrządza im mniejszą szkodę, niż miałoby to miejsce w innego typu społeczeństwach; w wypadku ludów bardziej nieprawych i płochliwych; plemion bardziej ślamazarnych i skrytych. Amerykanie nie tylko są cnotliwi, ale również, co jeszcze lepsze, są tego zupełnie nieświadomi. Tak czy inaczej, nawet kiedy o tym wiedzą, nie wiedzą, że ich cnotliwość jest szczególnie cnotliwa; i ów stan rzeczy tak radykalnie odbiega od ich tradycyjnego moralizowania, że sam nie wiem, jak opisać go w taki sposób, aby nie został źle zrozumiany.

Mógłbym spróbować poniekąd skrótowo wyrazić, o co mi chodzi, mówiąc, że większość Amerykanów rodzi się pijana – i potrzebuje odrobiny wina czy piwa, aby odzyskać trzeźwość. Znajdują się w stanie jakiegoś permanentnego upojenia wewnętrznego; noszą w sobie coś w rodzaju niewidzialnego szampana, którego należy dociążyć i uspokoić czymś podobnym do kieliszka porto, którym Anglicy zwykli kończyć i wieńczyć swoje obiady. Amerykanie nie potrzebują alkoholu, aby znaleźć motywację i wreszcie coś zrobić; sądzę, że potrzebują go czasem jednak do znacznie świetniejszego i subtelniejszego celu: aby nauczyć się, jak nie robić nic.

Obserwujący Amerykanów Anglik czuje niejasną pokusę, by puścić wodze fantazji, istotnie – bardzo frenetycznej fantazji, i zastanowić się, co by było, gdyby któryś z nich się upił – skoro nawet na trzeźwo są oni tacy, a nie inni; i może być tak, przyznaję otwarcie, że w namyśle tym kryje się pewne psychologiczne usprawiedliwienie prohibicji. Jako iż gdyby Amerykanie pili alkohol (i wolno mi chyba uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, że niektórzy z nich czasami to robią), obawiam się, że nie gustowaliby raczej w porto, mocnym piwie, czy jakimkolwiek z podobnie zacnych trunków; ale wyłącznie w whisky – co mogłoby przynieść iście przerażające skutki i uczynić ich jeszcze bardziej przebojowymi, niż są zazwyczaj. Niemniej, choć Anglik nie może nie poczuć owego lekkiego ukłucia zdumienia na widok podobnie auto-upojonej aktywności, pojmie również, jeżeli to mądry człowiek, że łączy się ona z pewną prawdziwą cnotą, w porównaniu do której zwyczajną abstynencję można by niemal nazwać grzechem.

Powiedziałem już, że wszyscy Amerykanie są purytanami – wyjąwszy tych, którzy są katolikami, ale nie wyjąwszy tych, którzy są ateistami, anarchistami, czy – co jeszcze bardziej niebezpieczne – artystami. Poganie są purytanami; wrogowie purytanizmu są purytanami; dowodzi tego sposób, w jaki utożsamiają oni ostatnie purytańskie kaprysy z pierwszymi zasadami chrześcijaństwa. Sam fakt, że uważają iż można sprzeciwić się religii paląc tytoń i pijąc alkohol wskazuje aż nadto wyraźnie, jaką religię dała im Ameryka, aby mogli się jej sprzeciwiać.

Lecz choć ich świadome chrześcijaństwo to prawie zawsze tego typu prosta sprawa – dylematy w stylu czy w Biblii da się znaleźć jakąś wzmiankę o papierosach – ich chrześcijaństwo nieświadome nie jest już wcale płytkie, ale przeciwnie: bardzo głębokie. I, co ciekawe, łączy się również z pewną dziwną energią w osiąganiu wybranych celów, która na pierwszy rzut oka może wydawać się zwykłym, samolubnym pędem ku karierze. Jest w niej jednak coś innego; coś z jakiejś osobliwej prostoty, która dla wielu Anglików byłaby czymś zbyt prostym, abym mogli ją zrozumieć.

Napisałem kiedyś jakiś zupełnie nonsensowny esej, w którym dowodziłem, że święty albo prawdziwy chrześcijanin powinien odnajdować wyłącznie dziecięcy entuzjazm w czynności gonienia za własnym kapeluszem. Otóż amerykański obywatel biegałby za swoim kapeluszem z ekscytacją naprawdę ocierającą się o entuzjazm. Angielski gentleman byłby z konieczności biegania za kapeluszem najwyżej wyraźnie niekontent; faktycznie, w tym właśnie zawiera się cały paradoks tej dziwnej istoty; że nigdy i nikomu nie uda się mu wytłumaczyć, że lepiej jest dla niego biegać za kapeluszem, na którym mu zależy, niż za piłką, na której mu nie zależy. Chodzi zaś tutaj dokładnie o to, że Amerykanin naprawdę myślałby w takim momencie o kapeluszu – a nie o pozostałych elementach swojej aparycji. Zwykły lot kapelusza w powietrzu pociągnąłby za sobą każdy skrawek jego bytu – i nie byłoby w tym śladu samoświadomości; ani śladu samouwielbienia – i ani śladu samopotępienia. Bardzo często zdarza mu się biegać za rzeczami znacznie mniej nieszkodliwymi, niż jego kapelusz. Czasami biega za rzeczami, którego w ogóle nie są jego. Niemniej, czy w bandyterce, czy w morderstwie, czy nawet w biznesie, Amerykanin zachowuje jakąś dziwną niewinność; pozostaje zupełnie wolny od paraliżu pychy. I nawet to, co często określa się mianem „życia w biegu”, ma w sobie tę nieświadomą dobroć, że zabiegani nie wstydzą się tutaj swojego pośpiechu.

Obawiam się, że raczej odrzuci się moje słowa jako paradoks, niż przyjmie je jako komplement, jeżeli powiem, że gorączkowo poszukujący sensacji amerykańscy reporterzy zachowują jakąś łączność z chrześcijańską cnotą pokory. Ale naprawdę – czymś niemal zabawnym jest zwrócić uwagę, jak nawet w sposobie, w jaki przedstawia się ich w literaturze popularnej, choćby w owych tanich opowiadaniach kryminalnych, którymi regularnie napycham sobie kieszenie, ludzie ci są zupełnie wolni od wyrafinowanej samoświadomości bardziej dystyngowanych pogan. Generalnie mówiąc, sekretny ideał danego narodu odgadnąć można na podstawie bohaterów jego powieści. Wszyscy wiemy, jakie konwencje są niezbędne, aby uczynić bohatera angielskiej powieści postacią konwencjonalną. Jedną z najważniejszych jest ta, że powinien on czuć się komfortowo nawet wtedy, kiedy czuje się niekomfortowo. Kiedy znajdzie się na walącym się moście nad jakąś bezdenną przepaścią, bohater ów zademonstruje swoją niewątpliwą angielskość jeśli nieśpiesznie i z wyrazem nudy na twarzy zapali papierosa – albo nawet (rzecz jasna z wielką dyskrecją) ziewnie; oczywiście bezdennie – stosownie do charakteru przepaści.

Amerykanie wszakże, nigdy nie podziwiają nudy – nawet w wypadku męczennika stojącego w obliczu śmierci. Podziwiają za to ekscytację – nawet w wypadku człowieka korzystającego w życiu ze wszystkich możliwych wygód. Młody bohater moich ulubionych amerykańskich romansów, bardzo często zresztą dziennikarz, ekscytuje się dosłownie cały czas; podekscytować go może dosłownie każdy i dosłownie wszystko. Poderwie się z krzesła na widok byle pinezki albo znaczka pocztowego; na byle drwinę czy depeszę zacznie literalnie fruwać po pokoju; na wzmiankę o potencjalnej robocie wyskoczy przez okno; na wieść o potencjalnej „sensacji” wystrzeli przez świetlik aż pod samo niebo. Jego wydawca go za to lubi; bohaterka powieści – również go za to lubi; i ja, wyznam szczerze, też go za to lubię.

Osobiście, stanowię przykład dokładnie odwrotnego narodowego temperamentu i tradycji, i żadna okazja napisania jakiego bądź tekstu nigdy nie przeciśnie mnie przez nawet najporęczniej położone okna czy świetliki. Niemniej, moje bardziej medytacyjne nawyki częstokroć mogą okazać się okolicznością sprzyjającą kształceniu w sobie poczucia sprawiedliwości. I istotnie, dostrzegam w tym młodym wariacie jakąś niewątpliwą determinację, otwartość i obojętność na pozory – które to cechy rzucić go mogą kiedyś do jakiejś nieznanej i dzikiej krainy, nie tak odległej od Królestwa Bożego.

 

Tłm. Maciej Wąs

1 Aluzja do bitwy pod Philiphaugh (1645), w której siły królewskie pod wodzą markiza Montrose zostały zmiażdżone przez znacząco przeważające siły zwolenników parlamentu, dowodzone przez sir Dawida Lesliego. Istotnie, po bitwie, wszyscy jeńcy wojenni, a także ci, którzy pracowali w obozie (w tym kobiety i dzieci) zostali za radą kalwińskich pastorów Lesliego wymordowani.

2 Aluzja do Roberta Ludwika Stevensona.

3 Walter Lippmann (1889-1974) – amerykański dziennikarz polityczny i myśliciel. Z początku fascynował się socjalizmem, by potem przejść na pozycje racjonalizmu politycznego (konfrontował podejście rozumne z podejście opartym na zespole odziedziczonych stereotypów). GKC oczywiście nie mógł tego wiedzieć, ale wiele lat później, jako jeden z niewielu komentatorów politycznych Lippmann miał zachować zdrowy rozsądek i widzieć w ZSRR wroga, a nie przyjaciela. Spopularyzował termin „zimna wojna”.

4 Jakub Gibbons Huencker (1857-1921) – amerykański dziennikarz i krytyk literacki, którego misją życiową, wedle słów jednego z jego przyjaciół, było „edukować naród amerykański w kwestiach najlepszych osiągnięć ówcznesj kultury, tak amerykańskiej, jak europejskiej”.

5 Carrie Nation (1846-1911) – radykalna działaczka amerykańskiego ruchu na rzecz trzeźwości, rzeczywiście wsławiona fizycznym masakrowaniem tawern, saloonów (itp.) toporkiem.

6 Ira Dawid Sankey (1840-1908) – amerykański kompozytor i śpiewak gospelowy, przyjaciel Dwighta Moodyego.

7 Dwight Moody (1837-1899) – protestancki pastor i ewangelizator, cieszący się w swoim czasie ogromną popularnością, kojarzony z tzw. „ruchem uświęceniowym”. Założyciel własnej wspólnoty, zwanej „Kościołem Moodyego”.