Gilbert Keith Chesterton

Rozdział XI: Znaczenie krucjaty

(Ze zbioru Nowe Jeruzalem, 1921)

Istnieją trzy przykłady pracy, którą wykonał Zachód na wielkim wschodnim stoku Góry Oliwnej; i tworzą one jak gdyby trójkąt, stanowiący ilustrację prawdy o różnych rodzajach wpływu, jaki Zachód wywarł na Wschód. U podnóża tego wzniesienia, w miejscu, w którym, jak się domniemywa, znajdowało się Getsemani, rośnie pielęgnowany przez franciszkanów ogród oliwny, w nim zaś – omszała oliwka, o której mówi się, że była świadkiem straszliwego konania Chrystusa. Biorąc pod uwagę ogromnie stary wiek oraz powolny wzrost drzew oliwnych, trzeba powiedzieć, że tradycja ta nie jest  tak nieracjonalna, jak się wielu wydaje. Niezależnie wszakże od tego, czy jest ona słuszna pod względem historycznym, czy nie, pod względem artystycznym na pewno nie jest błędna. Instynkt (jeżeli to tylko instynkt), który skłonił ludzi do skoncentrowania się na tym przedziwnym wzroście szarego i poskręcanego drewna, był instynktem prawdziwie twórczym. Jedną z osobliwych cech tego osobliwego, południowego drzewa, stanowi jego niemalże przerażająca twardość; przypadkowo, uderzenie w gałąź oliwki przypomina uderzenie o kamień. Ze swoją kamienną powierzchnią, karłowatym rozmiarem oraz dziwnymi dziurami i wypróchniałościami, często bardziej przypomina ono grotę, niż drzewo. Z tego względu nie wydaje się czymś przesadnie nienaturalnym traktowanie go jako świętej groty; podobnie jak hipotetyczny wypadek, w którym ten przedziwny rodzaj roślinności rościłby sobie prawo do trwania po sam koniec wieków, na kształt rzeźbionego pomnika. Same nawet migoczące lub dygoczące liście żywej oliwki mogą mieć własną legendę, podobną tej o osice; jak gdyby przyprószył je siwizną ów strach z apokaliptycznego paradoksu Boga widzącego własną śmierć. Dziecko z jednej z okolicznych wsi powiedziało mi, łamaną angielszczyzną, że w tym właśnie miejscu Bóg się modlił. Nie wiem jak inni, ale ja na pewno nie mógłbym prosić o wspanialsze i bardziej prowokacyjne ujęcie tego wszystkiego, co oddziela chrześcijanina od muzułmanina czy Żyda; credo quia impossibile.

Wokół tego straszliwego miejsca, franciszkanie zrobili coś, co wielu dobrych i rozważnych ludzi uderzy jako w fantastyczny sposób nieadekwatne; co mnie zaś uderza jako w fantastyczny lecz całkowity sposób słuszne. Urządzili oni ów ogród zwyczajnie jako ogród, najzupełniej naturalnie – ponieważ najzupełniej sztucznie. Przygotowali oni klomby w kształcie gwiazd i księżyców, i ubarwili je kwiatami jak gdyby wyjętymi z ogródka za wiejską chatą. Połączenie tych skąpanych w świetle słońca, pogodnych wzorów z zalegającym w centrum, strasznym cieniem, niewątpliwie stanowi niestosowność – w tym sensie, że jest to kontrast. Niemniej, jest to kontrast poetyczny, jak w wypadku ptaków wijących sobie gniazda na murach świątyni lub kwiatów rosnących na grobie. Najlepsza propozycja ujęcia w słowa tego, co ja przynajmniej czuję w związku z całą sprawą, mogłaby brzmieć mniej-więcej tak; wyobraźmy sobie grupkę dzieci, podobnych tym, które Chrystus błogosławił w Jerozolimie, którym po wszystkich wypadkach powierzono na zawsze opiekę nad miejscem jego boleści; prawdopodobnie uczyniłyby one z nim – jeżeli w ogóle uczyniłyby z nim cokolwiek – dokładnie coś takiego. Mogłyby pociąć je w dziwaczne kształty i nakropić czerwonymi stokrotkami lub żółtym nagietkiem. Naprawdę, nie wiem, czy jest cokolwiek lepszego, co mogliby uczynić w tej kwestii ludzie dorośli – biorąc pod uwagę, że i tak wszystko, co uczyniłby największy spośród nich, z konieczności wydawałoby się równie małe. „Jakżebym mógł – tańczący w Twoim świetle giez – ośmielić się być nabożnym?”1. Franciszkanie nie ośmielili się być nabożnymi; jedyne, na co się ośmielili, to radość. Być może, że wyobrażenie Chrystusa przebywającego w tym ogrodzie to dla ludzkiej wyobraźni zbyt straszliwa przygoda. Nie ma jednak najmniejszej trudności z wyobrażeniem sobie w nim św. Franciszka z Asyżu; a w przypadku instytucji mającej na karku przeszło osiemset lat, coś takiego mówi bardzo wiele.

Tuż nad tym malutkim ogrodem, ocieniając go, a prawie wręcz przyćmiewając, znajduje się świetny, złocony budynek ze złotymi kopułami i minaretami lśniącymi w świetle słońca i wypełniającymi to wspaniałe miejsce niemal bezwstydnym przepychem; rosyjski kościół, wzniesiony nad górną częścią ogrodu i należący do Greckiej Cerkwi. W tym wypadku również wielu z zachodnich podróżników poczuje niejaki niepokój; i pomyśli sobie, że ta złota budowla zdecydowanie za bardzo przypomina bajkowy pałac z jakiejś pantomimy. W tym jednak wypadku po raz kolejny się z nimi nie zgodzę, choć może już nie tak zdecydowanie. Może być i tak, że przyjemność z oglądania go to rzecz dziecinna raczej, niż dziecięca; mogę sobie jednak wyobrazić dziecko klaszczące w swoje małe dłonie na sam widok tych wielkich kopuł, przypominających na błękitnym tle nieba ogromne bańki ze złota. To coś jak pałac Aladyna, wszakże mający swoje miejsce w sztuce – na podobnej zasadzie, na jakiej Aladyn ma swoje miejsce w literaturze; szczególnie – skoro to literatura orientalna. Na owej ziemi skrzących się na złoto meczetów, podobny kościół mogli zbudować owi mądrzy misjonarze z Chin, którzy nie bali się przedstawiać Dwunastu Apostołów jako ubranych w chińskie szaty. I skoro mówi się, że Rosjanin ma w sobie zarówno coś z dziecka, jak i Azjaty, podobny styl naprawdę może być całkiem szczery, a nawet cechować się w całym swoim przepychu pewną odmianą prostoty. Jest on autentyczny zgodnie z wymogami swojego rodzaju; zbudowano go dla tych, którym się podoba; ci zaś, którym się on nie podoba, zawsze mogą popatrzeć sobie na coś innego. Podobne rzeczy można określić jako tandetne, na pewno nie jest to jednak to, co ja określam mianem fałszywego. Coś, co rzeczywiście mógłbym określić jako fałszywe, znajduje się natomiast na jeszcze wyższej części tego samego wzgórza; wzbijając się pod samo niebo i dominując nad wszystkimi okolicznymi dolinami.

Warto, jak sądzę, zwrócić uwagę na naturę owej różnicy. Dom Niemiecki, który służył za coś w rodzaju pałacu dla niemieckiego cesarza, to bardzo duży budynek z bardzo wysoką wieżą, zaprojektowany – jak mniemam – z wielką skutecznością, solidnością i wygodą, wyposażony w tysiące różnych elementów podkreślających jego nowoczesność w porównaniu do elementów otoczenia, do osobliwego ogrodu franciszkanów czy fantastycznej świątyni Rosjan. To coś, co potrafię opisać tylko jako „ładny” budynek; w stylu podobnym do tego, w jakim bardziej wulgarne umysły epoki wiktoriańskiej zwykły rozprawiać o „atrakcyjnych” kobietach. Gdy nazywam go „ładnym” budynkiem, chodzi mi o to, że od samego szczytu jego oszałamiająco strzelistej wieży po sam spód jego najgłębszego fundamentu, nie znajdzie się na nim ani śladu piękna. Niemniej, ów negatywny fakt sam w sobie nie znaczyłby nic; budynek ten mógłby być po prostu brzydki i utylitarny, jak fabryka czy więzienie; tymczasem – nie jest. Jest on tak pretensjonalny jak złocone kopuły poniżej; wszakże podczas gdy pretensjonalność drugiej z tych budowli, to rzecz dobra i niewinna, jego pretensjonalność to rzecz zła i zepsuta. To, co mnie w nim drażni, to fakt, że nie zbudowały go dzieci, nawet nie dzikusi, tylko profesorowie; i to profesorowie, którzy wykładali sztukę ex professo, ale nie potrafili jej tworzyć. Architekt wiedział wszystko o stylu romańskim – poza tym, jak w nim budować. Czujemy wyraźnie, że skumulowali oni na tym miejscu całą uczoność, organizację, obycie i bogactwo świata, aby wykonać tę jedną, konkretną rzecz; i wykonali ją źle. Wykonali ją źle nie ze względu na przesądy, nie ze względu na fanatyczne wyolbrzymienia, nie ze względu na prowincjonalną ignorancję, ale ze względu na czystą, wzniosłą, wewnętrzną, intelektualną niekompetencję, tak często towarzyszącą intelektualnej pysze. Z całej setki spraw, wspomnę tutaj zaledwie o jednej. Wszystkie kolumny w kaplicy Kaisera w jednym sensie rzeczywiście bardzo pasują do tego miejsca; każda z nich ma spuchniętą głowę. Kolumna jako taka jest smukła, zwieńczenie jej wszakże – nie tyle duże, co nabrzmiałe; i ma się takie wrażenie, jakby obrzmiewało ono ku dołowi, jak gdyby napierając potężnie na coś, co nie potrafi go utrzymać. To jest nonsens; nie tyle w świetle zasad którejś z konkretnych szkół architektonicznych, o których profesorowie mogą sobie poczytać w bibliotekach, ale w świetle najgłębszej, instynktownej koncepcji architektury jako takiej. Normański kapitel może być ciężki, ponieważ kolumna normańska jest gruba, i całość wyraża tutaj słoniowatą masywność i spokój. Kolumna gotycka zaś, może być smukła, ponieważ jej siłę stanowi energia; i energia owa wyraża się w jej sylwetce, wzbijającej się w górę niczym życie drzewa, niczym strumień wody tryskającej z fontanny, a nawet niczym huk rakiety. Ale smukły element u dołu, w oczywisty sposób miażdżony przez opasły element u góry, mocą jednej z owych cudownych pomyłek, której błąd jest tak samo precyzyjny, jak precyzyjna jest prawdziwość arcydzieła, sugeruje słabość. Do tego wszystkiego zaś, dochodzi jedna, niemożliwa do zniesienia intuicja; że Rosjanie i franciszkanie, nawet jeśli przypisujemy im fantastyczną ignorancję, przynajmniej spoglądają w niebo; i dobrze wiemy, w jaki sposób patrzyliby na nich z góry uczeni Niemcy, zamknięci w swojej potwornej wieży na szczycie wzniesienia.

Konkluzja ta jest zaś prawdziwa tak w wypadku morału, jak i elementów artystycznych współczesnego Jeruzalem. Aby pokazać, że nie jestem niesprawiedliwie stronniczy, szczerze powiem, że nie widzę zbyt wielu powodów do narzekania w owym powszechnym tutaj przedmiocie narzekań; mozaikowym portrecie cesarza na suficie kaplicy. To tylko jedna z wielu postaci; i umieszczanie wizerunku fundatora pomiędzy kościelnymi dekoracjami to dosyć dobrze znana praktyka. Prawdziwy przykład owej cechującej barbarzyński imperializm, zadziwiającej tępoty moralnej, stanowi inna zgoła postać, której, jak się zdaje (i  rzecz to ciekawa), poświęcano jak dotąd znacznie mniej uwagi. Jest to sprawa tym bardziej niezwykła, że postać ta stanowi ledwie artystyczny cień realnego faktu; i ledwie zapis, w formie zarysu i reliefu, tymczasowej maskarady, którą człowiek ten organizował sobie beztrosko w biały zupełnie dzień. Chodzi mi tu o wprawiającą w osłupienie sztuczkę przebierania się za krzyżowca. Biorąc pod uwagę okoliczności, była to rzecz znacznie bardziej absurdalna i pomylona, niż gdyby zapełnił on cały sufit wizerunkami cherubinów, z których każdy miałby jego własną twarz lub wytapetował wszystkie ściany dekoracyjnymi malunkami swoich własnych wąsów.

Niemiecki cesarz przybył do Jerozolimy pod turecką eskortą, jako turecki sprzymierzeniec i tylko i wyłącznie ze względu na tureckie zwycięstwo i supremację. Innymi słowy, przybył on do Jerozolimy wyłącznie dlatego, że krzyżowcy ją stracili; przybył tam wyłącznie dlatego, że krzyżowcy byli gromieni, niszczeni i wyżynani w pień przed i po katastrofie pod Hittin; dlatego, że Krzyż upadł w strugach krwi przed Półksiężycem – tylko zaś pod znakiem Krzyża mógłby on wjechać do tego miasta naprawdę bezpiecznie. Przebierać się za krzyżowca w takich okolicznościach, jakby się szło na jakiś fantazyjny bal kostiumowy, stanowiło mieszaninę szaleństwa i wulgarności, która dosłownie zapiera dech w piersiach. Nie ma żadnego powodu obwiniać go za sojusz z Turkami; sojusz z Turkami zawierały setki ludzi; Anglicy zaś w szczególności byli z nimi sprzymierzeni w zdecydowanie zbyt wysokim stopniu. Niemniej, jeżeli ktokolwiek pragnie zrozumieć prawdziwą różnicę, inną od wszelkiej obłudnej paplaniny gazetowego patriotyzmu, zachodzącą między Anglikami a Niemcami, (których te same gazety klasyfikowały w tej samej kategorii na bardzo krótki czas przed wybuchem wojny), niech potraktuje to jedno wydarzenie jako swoistą próbę. Lord Palmerstone2, na przykład, był wiernym przyjacielem Turcji. Wyobraźcie sobie Lorda Palmerstona wystrojonego w kolczugę i tarczę rycerzy Grobu Pańskiego.

Oczywiste jest to, że Palmerstone powiedziałby, że nie bardziej dba o krucjatę, niż o oblężenie Troi; że w swoich poczynaniach dyplomatycznych kierował się wyłącznie patriotyczną analizą istniejącej sytuacji; i że uważał wojny religijne dwunastego wieku za stertę śmiecia i zamierzchłych przesądów. Mówiąc to, byłby w zupełnym błędzie – ale mówiłby to także z zupełną szczerością; angielski arystokrata wieku dziewiętnastego, prawdziwy spadkobierca angielskiej arystokracji wieku osiemnastego; której poglądy na życie były po prostu poglądami Woltera. Wszystko to zaś, stanowi coś w rodzaju alegorii. Jako iż wolteriański obraz krucjat to ciągle możliwie najbardziej rozumna opcja ze wszystkich potępiających je w prosty sposób poglądów. Jeżeli nie były one twórczym ruchem religijnym, były one zwyczajnie niszczycielskim uniesieniem zabobonu; i niezależnie od tego, czy zgadzając się z Wolterem nazywamy je zabobonem, czy zgadzając się z Villehardouinem3 nazywamy je religią, ci dwaj obdarzeni jasnym umysłem Francuzi zgodziliby się przynajmniej co do tego, że istniał tu jakiś motyw i staraliby się wyjaśnić fakty. Lecz tak jak istnieje niezdarny niemiecki budynek, który naraz traktuje krucjaty protekcjonalnie oraz je parodiuje, istnieje także niezdarna niemiecka teoria, która naraz traktuje krucjaty protekcjonalnie oraz umniejsza ich znaczenie. Według wspomnianej teorii, najważniejszą dotyczącą krucjat prawdą jest ta, że nie były to wcale krucjaty. Że stanowiły one coś, co profesorowie, w zamierzchłych, przedwojennych czasach, zwykli określać mianem „teutońskiej wędrówki ludu”. Gotfryd i św. Ludwik nie walczyli, jak powiedziałby Villehardouin, za prawdę; nie walczyli oni nawet za to, co, jak powiedziałby Wolter, uważali za prawdę; takie rzeczy były w rzeczywistości ledwie czymś, o czym myśleli oni, że o tym myślą, myśląc tak naprawdę o czymś zupełnie innym. Nie skłoniła ich do działania ani pobożność, ani sztuczki klechów, tylko jakaś nowa i niespodziewana forma nomadyzmu. Nie inspirowała ich ani wiara, ani fanatyzm, tylko jakieś niespotykanie bezcelowe zamiłowanie do podróży zagranicznych. Teoria, wedle której wojna między dwiema wielkimi religiami daje się wytłumaczyć zjawiskiem „Wanderlust” z jakieś dwadzieścia lat temu miała wśród niemieckich profesorów historii status obowiązującej i – razem z wieloma innymi ich poglądami – bardzo często przyjmowali ją także angielscy profesorowie historii. Podobnie jak resztę śmiecia, ją również pochłonęło trzęsienie ziemi – w 1914 roku.

Od tamtego momentu, na ile mi wiadomo, jedyna osobą, cierpliwą na tyle, by ją ponownie wykopać, był pan Ezra Pound. Jako amerykański poeta, jest on bardzo dobrze znany; jako jednostce, jak uważam, nie można odmówić mu także wielkiego talentu i obycia w świecie. Jego próba odzyskania starej, teutońskiej teorii wędrówki ludu, na którą udał się Piotr Pustelnik, znalazła jednak swój wyraz w prozie; w artykule dla gazety New Age. Nie mam powodu podawać w wątpliwość faktu, że powinniśmy zaliczać go do grona naszych najlojalniejszych sojuszników; niemniej dosyć ewidentnie należy on także do grona tych ludzi, którzy, nie wykazując zupełnie nastawienia pro-niemieckiego, mimo wszystko są w stanie być zwyczajnie niemieccy. Teoria teutońska była bardzo teutońska; niczym Dom Niemiecki, stojący na szczycie wzgórza, została ona skonstruowana z wielką dbałością oraz wiedzą, by zaraz potem zgnić od fundamentu aż po strych. Nie rozumiem, skoro już o tym mówimy, dlaczego sojusz z panem Poundem, którym wciąż mamy okazję się cieszyć, nie powinien być traktowany w taki sam sposób, jak inne omawiane tu wydarzenie historyczne; lub dlaczego ostatnia wojna nie miałaby stanowić przykładu Wanderlust. Wszak armię amerykańską musiały wyrzucić na wschodnie, europejskie wybrzeża dokładnie te same, nieokreślone potrzeby nomadyczne, które onegdaj wyrzuciły armię chrześcijańską na wybrzeża Palestyny. Na pewno generał Pershing, podobnie jak Piotr Pustelnik, to po prostu taki niespokojnego usposobienia gentleman, który odkrył, że częste zmiany otoczenia korzystnie wpływają na zdrowie. Amerykanie twierdzili, a może nawet myśleli, że walczą o demokrację; krzyżowcy zaś twierdzili, a może nawet myśleli, że walczą za chrześcijaństwo. Ale skoro wiemy, o co krzyżowcom chodziło, lepiej, niż oni sami, nie bardzo rozumiem dlaczego nie mielibyśmy cieszyć się tą samą, cenną wszechwiedzą, także w odniesieniu do Amerykanów. Istotnie, nie bardzo rozumiem, dlaczego nie mielibyśmy się nią cieszyć (bo byłaby to rzecz naprawdę nader ucieszna) w odniesieniu do jakiegokolwiek, pojedynczego Amerykanina. Z pewnością to ten sam włóczęgowski duch sprawił nie tylko to, że pan Pound przybył do Anglii, ale także, że przybył specyficznie na Fleet Street. Mroczna tendencja plemienna, tak potężna i niewidzialna jak wicher, zaniosła na swych skrzydłach jego samego oraz jego artykuł, niczym liście jesienne, na sam próg redakcji New Age. Lub jakiś ślepy, pradziejowy poryw, pozbawiony zupełnie racjonalnych motywów, sprawił, że pewnego dnia włożył na swą głowę kapelusz i wyszedł z domu, dzierżąc w dłoni zapakowany w kopertę list, aby wrzucić go do najbliższej skrzynki pocztowej. Próżno polemizować na gruncie czysto logicznym z podobnie pierwotnym pożądaniem; sama natura stała za pozornie bezmyślną losowością tego czynu. Teraz zaś, gdy wszystko się już nieodwołalnie wykonało, pan Pound może spojrzeć za siebie i śledzić wzrokiem ogromne linie straszliwych praw statystycznych; aż tam, gdzie z mocy bezwzględnej konieczności określona liczba podobnych Amerykanów zwyczajnie musi w określonym czasie napisać określoną liczbę podobnych listów, na takiej samej zasadzie, na jakiej liście spadają z drzew na jesień, a na wiosennych łąkach ponownie wyrastają kwiaty.

Prosto mówiąc, teorie tego rodzaju stanowią bluźnierstwo przeciwko godności intelektu człowieka. I jest to w takim samym stopniu bluźnierstwo, co błąd; ponieważ przebiegają one całą ziemię w poszukiwaniu zwierzęcego wyjaśnienia dla czegoś, dla czego w oczywisty sposób istnieje wyjaśnienie ludzkie. To coś, jak gdyby jakiś człowiek uświadamiał mi, że zdarza mi się usiąść na czworonożnym krześle wyłącznie ze względu na przyćmione pozostałości instynktów zwierząt czworonożnych. Otóż, odpowiadam: czynię to wyłącznie dlatego, że z siadaniem na jednonożnym krześle, według wszelkich prognoz, mogą się łączyć pewne poważne niedogodności. Lub jak gdyby dowiedziałbym się od kogoś, że moje zamiłowanie do morskich kąpieli wynika wyłącznie z faktu, że jakieś wczesne formy płazów wyszły z morza na suchy ląd. Odpowiem, że wiem, dlaczego pływam w morzu; dlatego, że boska iskra rozumu podpowiada mi, że pływanie w ziemi byłoby poniekąd mniej satysfakcjonującym zajęciem. By ująć rzecz zwięźle, tego rodzaju ewolucjonistyczne teoretyzowanie zasadza się na wynajdowaniu nieprzekonujących wyjaśnień dla rzeczy, które w ogóle nie wymagają wyjaśnienia. W przypadku zaś owych wielkich ruchów politycznych czy religijnych, dzięki którym ludzie od czasu do czasu potrafili, pod tym lub innym względem, który, jak im się wydawało, wymagał zmiany, naprawdę zmienić świat, sprawa ta jest dokładnie tak samo prosta. Krucjaty stanowiły ruch religijny, były jednak także ruchem w pełni racjonalnym; można by wręcz powiedzieć, że racjonalistycznym. Bez większych problemów mógłbym zrozumieć wypadek, w którym pan Pound napisałby, że podobna kampania wojskowa w obronie jakiejś doktryny to rzecz niemoralna; i rzeczywiście, bardzo często bywała ona w przeszłości, i dziś być może naprawdę na ogół jest, straszliwie niemoralna. Jeżeli jednak twierdzi on, że była ona czymś irracjonalnym, wybrał sobie dokładnie tę jedyną rzecz, której nie można jej zarzucić.

To nie oświecenie, ale – przeciwnie – ignorancja i zaściankowość sprawia, że większość z nas nie zauważa tego faktu. Niemniej to, że wojna religijna sama w sobie to rzecz znacznie bardziej racjonalna, niż wojna patriotyczna, z całą pewnością jest faktem. Sam często broniłem wojny patriotycznej, a wręcz do niej zachęcałem, i gotów jestem zarówno bronić, jak i zachęcać do patriotycznych uczuć. Nie można wszakże w żaden sposób zaprzeczyć, że więcej ze zwyczajnej namiętności, więcej ze zwyczajnych upodobań i uprzedzeń, krótko mówiąc: więcej ze zwyczajnego, życiowego przypadku, jest w toczeniu walk z innym narodem, niż inną religią. Krzyżowiec to człowiek w każdym możliwym sensie bardziej racjonalny niż współczesny poborowy czy zawodowy żołnierz. Ma on bardziej racjonalny cel, który stanowi rozumne i zrozumiałe zjawisko konwersji; podczas gdy cel współczesnego militarysty w znacznie większym stopniu mącą chwilowe uniesienia pychy i jednostronne poczucie satysfakcji. Krzyżowiec chciał uczynić Jerozolimę miastem chrześcijańskim; niemniej współczesny Anglik nie pragnie uczynić Berlina miastem angielskim. Jedyna relacja, jaką z nim ma, to zdrowa nienawiść biorąca się z faktu, że jest on miastem pruskim. Muzułmanin pragnął uczynić chrześcijanina muzułmaninem; lecz nawet Prusak nie pragnął nigdy zrobić z Francuza Prusaka. Jedyne, czego chciał, to sprawić, aby Francuzi zaczęli Prusaków uwielbiać; i nie tylko środki, które wybrał do realizacji tego celu, były do niego poniekąd niedostosowane, ale sam cel stanowi rzecz cokolwiek słabo ugruntowaną i irracjonalną. Celem każdej wojny jest pokój; ale celem wojny religijnej jest, oprócz materialnego, także pokój mentalny; to znaczy: zgoda. Krótko mówiąc, wojny religijne w ostatecznym rozrachunku zmierzają do równości, podczas gdy wojny narodowe – do dominacji. Konwersja to jedyny typ podboju, z którego podbijani muszą się radować.

Tylko w tym jednym sensie naśmiewanie się z ludzi, którzy potrafią zabić człowieka za to, że wszedł na teren jakiegoś świętego miejsca, w wypadku nas, ludzi Zachodu, jest czymś zwyczajnie głupim – bo przecież sami potrafimy zabijać tysiące ludzi za to tylko, że przeszli przez granicę między dwoma państwami. Czymś absurdalnym jest w naszym wypadku pogardzanie tymi, którzy przelewają krew za jakąś relikwię – bo przecież sami przelewamy ją za strzęp płótna. Nade wszystko jednak, krucjata, lub, jeśli już o tym mówimy, dżihad, to zdecydowanie bardziej filozoficzny rodzaj walki, nie tylko dzięki zawierającej się w niej idei usuwania różnic, ale także dzięki rozpoznaniu zachodzącej tutaj różnicy jako najgłębszej możliwej różnicy w ogóle. Sugerowanie, że czyjeś poglądy polityczne mają znaczenie, religia zaś – nie, to zwyczajne stawianie rozumu na głowie. To tak, jak gdyby powiedzieć, że człowiek jest uwarunkowany przez miasto, w którym mieszka, ale nie przez świat, w którym żyje. To tak, jakby powiedzieć, że wnosi coś do naszego sposobu postrzegania tego człowieka fakt, że mieszka on w mieście oświetlonym przez obce latarnie, ale już nie to, że jest on innym stworzeniem, pędzącym swój żywot pod obcymi gwiazdami. To dokładnie tak, jakby powiedzieć, że jakichś dwóch ludzi powinno mieszkać w tym samym domu, ale niekoniecznie w tym samym mieście. To dokładnie tak, jakby powiedzieć, że tak długo, jak czyjś adres zawiera w sobie słowo „Jork” nie ma najmniejszego znaczenia, czy chodzi tu o Nowy Jork; albo że jeśli ktoś mieszka w Essex, to nie ma znaczenia, czy mieszka w Anglii.

Abstrakcyjnie rzecz ujmując, cywilizacja chrześcijańska byłaby całkowicie usprawiedliwiona, gdyby samo pojawienie się jakiejś wielkiej, niechrześcijańskiej potęgi, obserwowała z niepokojem bądź podejrzliwością. Gdyby współcześnie niepokoić się pojawieniem się jakiejś siły wyłącznie z tego względu, że byłaby ona militarystyczna, socjalistyczna czy nawet tylko protekcjonistyczna, nikt nie odebrałby tego jako jakoś szczególnie dziwnej rzeczy. Czymś wszakże znacznie bardziej naturalnym jest świadomość różnicy dotyczącej nie tyle sposobu prowadzenia bitew, ale bitwy toczonej o kształt całego życia; nie tyle w pełni definiowalnej radości z posiadania dóbr, ale znacznie bardziej nieuchwytnego dobra radości; nie tyle z fiskalnych różnic między nami a obcymi, ale różnic duchowych, zachodzących nawet między nami i naszymi przyjaciółmi. Istnieją rzeczy, które różnicują się potężnie w zależności od różnic w poglądzie na prawdziwą naturę wszechświata. Jako iż sprawy naszego kraju bardzo często są od nas bardzo odległe; podczas gdy sprawy naszego kosmosu – zawsze są blisko; wobec ruchu pojazdów kołowych w naszym mieście, możemy po prostu zamknąć drzwi; lecz w naszej najbardziej wewnętrznej izdebce słyszymy dźwięk, który nigdy nie ustaje; turkot owego koła, które Dante oraz ludowe porzekadło ośmielili się ochrzcić mianem miłości, wprawiającej w ruch cały okrąg świata. Taki bowiem jest wielki paradoks życia; że nie tylko bywają koła wewnątrz innych kół, ale również, że większe koła mieszczą się czasem wewnątrz mniejszych. Kiedy jedna społeczność zasadza się na jakiejś konkretnej koncepcji życia, śmierci i początku wszystkich rzeczy, w zupełnie naturalny sposób ma prawo postrzegać jakąś drugą wspólnotę, zasadzającą się na odmiennej koncepcji tych rzeczy, jako coś, co na pewno jest inne, a całkiem prawdopodobnie – także i wrogie. Istotnie, jak wykazałem, odnosząc się do pewnych teorii politycznych, uznajemy już tę prawdę w odniesieniu do jej małych i dyskusyjnych przykładów. Negujemy wyłącznie przykłady duże i zupełnie oczywiste.

Cywilizacja chrześcijańska mogłaby się zasadnie niepokoić, nawet gdyby nigdy nie została zaatakowana. A jednak, fakty historyczne są takie, że została zaatakowana. Podejrzliwość krzyżowca w stosunku do muzułmanina byłaby całkiem usprawiedliwiona, nawet gdyby muzułmanin ów był dla niego kimś zupełnie obcym; fakty historyczne są jednak takie, że był on jego starym wrogiem. Krytycy wypraw krzyżowych zachowują się w taki sposób, jakby skierowano je przeciwko jakiemuś pokojowo nastawionemu plemieniu lub niewinnej niczemu świątyni na najwyższych szczytach Tybetu, o której do momentu inwazji nie wiedziano nawet, że istnieje. Wydają się zupełnie zapominać o tym, że na długo zanim rycerze krzyżowi zaczęli marzyć o zdobyciu Jerozolimy, muzułmanie prawie że naprawdę zdobyli Paryż. Wydają się nie pamiętać, że jeśli krzyżowcy rzeczywiście o mało co podbili całą Palestynę, to był to ledwie odwet na muzułmanach, którzy wcześniej o mało co podbili całą Europę. Nie potrzebowali oni, tak jak to przed momentem uczyniłem, uciekać się do argumentów rozumu, mówiących, że podziały religijne naprawdę muszą robić różnicę; zrobiły ją one bowiem już wcześniej. Spotkali się oni z tą różnicą twarzą w twarz, spoglądając na zdumiewające przemiany, jakie zaszły w rzymskich prowincjach Hiszpanii i Barbarii. Krótko mówiąc, było to coś, co musi stać się w teorii i rzeczywiście stało się w praktyce; wskazywały na to wszystkie oczekiwania i potwierdzały to wszystkie doświadczenia. Przemyślawszy go teoretycznie i praktycznie doświadczywszy, krzyżowcy zdecydowali się w równie praktyczny sposób poradzić sobie z problemem. Pierwszy podział dotyczył każdego możliwego szczegółu nauki o ludzkiej psychice; ostatnie zaś elementy całej sprawy urzeczywistniły się zgodnie z każdym możliwym szczegółem nauki wojennej. Krucjaty stanowiły kontruderzenie. To broniąca się armia w odpowiednim czasie przeszła do ataku i zepchnęła przeciwnika na powrót do obozu. I ten właśnie proces, rozumny od pierwszego aksjomatu po ostatni czyn, wybrał sobie pan Pound jako przykład automatycznej wędrówki dzikiego zwierza po świecie. Niemniej, tak bardzo inteligentny człowiek  nie popełniłby nigdy tak nieprawdopodobnego błędu, gdyby nie inny jeszcze błąd, który koniecznie należy w tym miejscu rozważyć. Sugerować, że ludzie zaangażowani, słusznie czy niesłusznie, w podobnie logiczną operację militarną i polityczną zaledwie migrowali sobie niczym ptaki wędrowne albo rój pszczół to coś tak nonsensownego, jak powiedzenie, że amerykańska kampania na rzecz prohibicji stanowiła powrót do zwierzęcego stanu chłeptania wody, jako psy zwykły chłeptać4, albo że pan Rowland Hill wprowadził do obiegu znaczki pocztowe5 wyłącznie ze zwierzęcego zamiłowania do lizania różnych rzeczy, jako koty zwykły lizać. Dlaczego mielibyśmy wyjaśniać innym ludziom motywy ich postępowania, skoro oni sami są w stanie wyjaśnić je nam – i to w sposób bardzo rozumny?

Porównałem to napuszone szalbierstwo naukowego ujmowania historii do napuszonego i niezdarnego budynku, wzniesionego przez naukowo nastawionych Niemców na Górze Oliwnej, ponieważ obydwie te rzeczy w taki sam sposób zastępują średniowieczną prostotę nowoczesną głupotą. Ale na tej samej zasadzie, na jakiej Dom Niemiecki ostatecznie znajduje się w pięknym otoczeniu, i naprawdę mógłby być ładnym budynkiem, istnieje także inna jeszcze prawda, w pewien sposób analogiczna, którą niemieccy historycy od wędrówek ludów całkiem prawdopodobnie mogli mieć na myśli, różna od tego wszystkiego, co rzeczywiście powiedzieli. Jest jeden wzgląd, pod którym wypadek krucjat różni się zasadniczo od współczesnych przedsięwzięć politycznych, takich jak choćby prohibicja czy wprowadzenie do obiegu znaczków pocztowych. Nie odnoszę się tutaj do takich przypadkowych osobliwości jak ta, że prohibicja mogła zostać wprowadzona wyłącznie dzięki ogromnej sile współczesnej plutokracji, lub że nawet poręczność współczesnych form opłaty pocztowej przychodzi w pakiecie ze skrajnie potężną kontrolą policyjną. Chodzi mi tutaj o pewną głębszą różnicę; i może być ona także tym, o co w gruncie rzeczy chodzi wspomnianym krytykom. Niemniej różnica owa leży nie w ewolucyjnym, ale raczej właśnie rewolucyjnym duchu.

Pierwsza krucjata nie była plemienną migracją; stanowiła rzecz znacznie bardziej intelektualną i pełną godności; mianowicie: zamieszki. Aby zrozumieć tę wojnę religijną, musimy sklasyfikować ją nie tyle z innymi wojnami naszej historii ale raczej – z rewolucjami naszej historii. Jak postaram się pokazać nieco później, cechowała się ona całym złem i całym dobrem wydarzeń takich, jak Rewolucja Francuska czy Rewolucja Rosyjska, będąc jednak rewolucją znacznie bardziej ludową, niż one. Prawdziwie współczesny umysł uzna oczywiście, że określenie jej mianem „ludowej” sprowadza się do przyznania, że była ona „zwierzęca”. W tych czasach, gdy gazety i przemówienia pełne są słów takich jak „demokracja” i „auto-determinacja”, cokolwiek, co rzeczywiście przypomina ruch masy gniewnych ludzi, uważane jest za rzecz niewiele lepszą od dzikiego pędu byków lub bezładnej ucieczki szczurów. Nowi socjologowie nazywają to „instynktem stadnym”, na podobnej zasadzie, na której starzy reakcjoniści nazywali to „wielogłową bestią”. Obie te grupy zgadzają się ze sobą co do tego, że świeczki niewarte jest liczyć, z ilu dokładnie głów składa się podobne stado bydła. W obliczu tego typu modnych porównań, mówienie o migracji ptaków czy insektów w porównawczej skali wydaje się nader łagodną retoryką. Niemniej, z dość dużą dozą pewności zaryzykować możemy tezę, że zarówno socjologowie, jak i reakcjoniści, się w tej sprawie mylą. Z faktu, że wyznawane przez ludzi ideały coraz bardziej i bardziej przemawiają do ludzkości nie wynika, że ludzie stają się w związku z tym coraz mniej ludzcy. Podobnie, nie możemy wydedukować, że ludzie stają się bezmyślni tylko z tego faktu, że stają się także coraz bardziej jednomyślni. W rzeczywistości, moralnych energii tłumu nie odnajdzie się w stadzie byków czy wilków, podobnie jak zbrodni, których ów tłum się dopuszcza, nie może dokonać stado owiec czy ławica śledzi. Nigdy nie słyszano o takim przypadku, by jakieś ptaki oblegały ptaszarnię z samej tylko zasady, wyłącznie dlatego, że więziono w niej kiedyś kilka innych ptaków, tak jak tłum Francuzów obległ i zdobył prawie że zupełnie pustą Bastylię wyłącznie dlatego, że stanowiła ona historyczny symbol tyranii. I nigdy nie słyszano, aby tysiące szczurów ginęło wyłącznie po to, aby odwiedzić miejsce, w którym znajdowałaby się jakaś konkretna pułapka, w której postradał życie jakiś konkretny szczur, na tej samej zasadzie, na jakiej biedni chłopi pierwszej krucjaty ginęli tysiącami wyłącznie za strzęp widoku Grobu Pańskiego albo drzazgę z prawdziwego Krzyża. W tym sensie, to znaczy: jeżeli szczur to jedyny prawdziwy racjonalista na świecie, krucjata rzeczywiście nie była przedsięwzięciem racjonalistycznym. Niemniej czymś znacznie głębiej racjonalnym wydaje się w tym wypadku zaznaczyć, że inspiracje podobnego tłumu to nie kwestia owych różnorakich instynktów, które dzielimy ze zwierzętami, ale dokładnie kwestia idei, których zwierzęta (przy wszystkich swoich zaletach) nigdy nie zrozumieją.

Osobliwą cechą pierwszej krucjaty było to, że stanowiła ona ruch ludowy w zupełnie nowym i nienormalnym sensie. O mało co mógłbym powiedzieć, że stanowiła ona jedyny prawdziwy ruch ludowy, jaki kiedykolwiek istniał na świecie. Bo nie było to coś, za czym lud podążał; było to coś, co lud sam prowadził. Nie tylko stanowiła ona w istocie swojej rewolucję – ale jedyną rewolucję w dziejach (przynajmniej według stanu mojej wiedzy), którą rozpoczęły masy, działając z własnej inicjatywy i praktycznie bez żadnego wsparcia ze strony stanów społecznych. Kiedy masy zadziałały, stany się dołączyły; i zupełną prawdą jest, że same masy zawiodły, podczas gdy połączone siły mas i stanów – odniosły zwycięstwo. Ale to niewykształceni kształcili wykształconych. Przypadek krucjat jest dokładną odwrotnością sytuacji, w której pewne idee zostały najpierw zaproponowane przez kilku filozofów, by potem przekazali je masom płomienni demagodzy. W wielkim stopniu tak właśnie się rzeczy miały w wypadku Wielkiej Rewolucji Francuskiej; prawdopodobnie w jeszcze większym stopniu w wypadku Rewolucji Rosyjskiej; i nie musimy zatrzymywać się w tej chwili nad owymi subtelnymi odcieniami różnic, składającymi się na fakt, że Rousseau miał rację, a Karol Marks się mylił. W przypadku pierwszej krucjaty tym, który mylił się bądź miał rację, był szary człowiek. Przybył do Palestyny w furii, po tym, jak obrażono jego własne, prywatne wyobrażenia o świecie bądź modlitwy, jak gdyby przybył walczyć własnym, prywatnym pogrzebaczem lub nożem do mięsa. Nie był uzbrojony w nowoczesny oręż błyskotliwości i logiki, rozdawany z wielkich arsenałów akademii. W akademiach średniowiecza błyskotliwości i logiki dałoby się znaleźć dowolną zupełnie ilość; ale typowym przywódcą krucjaty był nie Abelard czy Akwinata, ale Piotr Pustelnik, którego z ledwością nazwać można trybunem ludu, raczej już flagą, pod którą ten lud walczył. I to właśnie jego armia, lub raczej – jego gigantycznych rozmiarów motłoch, jako pierwszy pomaszerował na drugi koniec świata, aby ginąć za wyzwolenie Jeruzalem.

Według historyków, w skład tego wielotysięcznego wojska wchodziło zaledwie dziewięciu rycerzy. Każdemu, kto wie cokolwiek na temat średniowiecznych wojen, fakt ten wydaje się zupełnie osłupiający. Rzeczywiście, dawno rozerwanym na kawałki błędem jest utożsamianie mediewalizmu z feudalizmem. W średniowieczu istniały tysiące demokratycznych instytucji, takich jak choćby cechy; czasami przypadało aż dwadzieścia cechów na jedno, małe miasteczko. Prawdą jest jednak także to, że organizacja wojskowa średniowiecza była niemal zupełnie feudalna; istotnie, moglibyśmy wręcz powiedzieć, że „feudalizm” stanowił nazwę organizacji wojskowej tej epoki. Że tak ogromna liczba żołnierzy w ogóle zdecydowała się iść do bitwy, mając między sobą zaledwie dziewięciu dowódców, wydaje mi się cudem ludowej inicjatywy. To tak, jak gdyby w następnych wyborach powszechnych do parlamentu tylko dwóch głosujących miało możliwość czytać gazety codzienne.

Tłum ów pomaszerował naprzeciw muzułmańskiej machiny wojennej i został zmasakrowany; lub też, jak mógłbym bardziej mistycznie powiedzieć, poniósł śmierć męczeńską. Wielu z wielkich królów i rycerzy, którzy poszli w ich ślady, nie zasłużyło tak bardzo jednoznacznie prostotą i czystością swoich motywów na otoczenie ich głów aureolami. Kanonizacja tak wielkiej liczby ludzi może być rzeczą niemożliwą i na pewno spotkałaby się z oporem współczesnej opinii publicznej; przede wszystkim dlatego, że folgowali oni po drodze swojej demokratycznej brutalności mordując różnorakiej maści lichwiarzy; a podobne zajęcie w naturalny sposób napełnia współczesne społeczeństwo gniewem graniczącym z histerią. Z powodu wrodzonej perwersji, skłonny jestem bardziej płakać nad tysiącami pomordowanych chłopów niż kilkoma mordami na lichwiarzach; niezależnie od wszystkiego jednak, chłopi owi nie ginęli na darmo. Narodziła się wspólna świadomość wszystkich stanów – w czasach, kiedy wszystkie one miały wspólną wiarę – i w bój poszła inna jeszcze armia, o bardzo innym poziomie umiejętności i wyszkolenia; dowodzona przez najzdolniejszych dowódców i jednych z najbardziej rycerskich gentlemanów epoki. Bo, rzecz to ciekawa, do armii owej przyłączył się niejeden człowiek wysokiej kultury, o wierze tak prostej, jak każdy chłop i równie wielkiej gotowości do oddania życia i zniesienia wszystkich tortur wyłącznie dla imienia Jezus.

Zawołanie rodowe materialistów stanowi teza, że prawda historyczna odziera historię z romansu. Umysł współczesny ją pielęgnuje, ponieważ jest depresyjna; niemniej, tak się składa, że nie jest prawdziwa. Prawdziwie realistyczne badanie przeszłości niczego nie potwierdza z tak niezbitą pewnością jak tego, że ludzie romantyczni naprawdę byli romantyczni. To raczej powieści historyczne w niejasny sposób skłonią człowieka współczesnego, aby spodziewał się, że przywódca tego nowego rycerstwa, Gotfryd z Bouillon, był tylko kimś w rodzaju brutalnego barona. Wszystkie zaś fakty historyczne jednoznacznie świadczą o tym, że zdecydowanie bardziej przypominał on rycerza Okrągłego Stołu. Prawdę mówiąc, był on człowiekiem lepszym niż większość rycerzy Okrągłego Stołu, w postaci których autor tej baśni, wiedząc że pisze baśń, z dużą dozą taktu zdecydował się wkomponować także domieszkę niecnoty. Prawda jest nie tylko dziwniejsza, ale często także świętsza od fikcji. Ponieważ prawda jest realna, fikcja zaś – musi być realistyczna. Interesujące, że Gotfryd z Bouillon prawdopodobnie prezentował postawę heroiczną nawet w tych godnych podziwu wydarzeniach, które powszechnie (i być może słusznie) uważa się w całej sprawie za zwykłe sidła fikcji. Tak też był on heroicznej budowy – przystojny, rudobrody mężczyzna wielkiej siły i śmiałości; i on właśnie jako pierwszy z walczących dostał się na mury Jerozolimy, czego nie powstydziłby się żaden z bohaterów powieści przygodowych dla chłopców. Zdziwi jednak zapewne realistów fakt, że był on także człowiekiem nieskazitelnie uczciwym, a także nieskazitelnie rzetelnym praktykiem teoretycznej wielkoduszności rycerstwa. Wskazuje na to wszystko, co go dotyczy; od jego pierwszego przejścia ze strony cesarza na stronę papieża (i ludu), po jego godną podziwu odmowę objęcia rządów królewskich nad miastem, które zdobył; „nie przyjmę korony ze złota, tu, gdzie mój Mistrz nosił koronę z cierni”. Był władcą sprawiedliwym i prawa, które ustanowił, przepaja najszczerszy duch służby publicznej. Jednak nawet jeżeli odrzucilibyśmy wszystko, co tylko napisali o nim chrześcijańscy kronikarze, z tego względu, że mogli pozostawać z nim w przyjaźni (co samo w sobie stanowiłoby zresztą żałośnie wyolbrzymiony komplement w stosunku do harmonijnej jedności krzyżowców i reszty chrześcijan), i tak słowa jego wrogów wystarczyłyby, aby uznać jego niewinność i fakt, że wysłużył sobie koronę męstwa. Jako iż kronikarz saraceński napisał o nim, z pełną gracji prostotą, że gdyby prawda i honor zniknęły prawie zupełnie ze świata, i tak pozostałoby ich wystarczająco dużo, póki żyłby na nim hrabia Gotfryd.

Sojusznikami Gotfryda byli Tankred Włoch, Rajmund z Tuluzy, dowodzący oddziałami z południa Francji, oraz Robert z Normandii, syn żądnego przygód Wilhelma Zdobywcy, dowodzący Normanami i Anglikami. Niemniej, jak sądzę, przypuszczenie, że cała krucjata w nagły i nienaturalny sposób zesztywniała w najbardziej rygorystyczną, rycerską dyscyplinę, byłoby nie tylko błędne, ale stałoby się przyczyną nie tylko mylnego jej rozumienia, ale i wewnętrznego bezsensu. O ile się nie mylę, większą część tej armii nadal stanowił motłoch. To a priori jest bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że ten wielki ruch ludowy nadal przemożnie porywał lud. Wskazuje na nie tysiąc faktów z dziejów kampanii wojskowej; nadzwyczajna emocjonalność, która sprawiała, że cała rzesza mężczyzn wspólnie zawodziła i zanosiła się płaczem, istotna rola demagoga, Piotra Pustelnika, którą odgrywał pomimo braku związków z kontekstem militarnym, a także potężne różnice, zachodzące zarówno pomiędzy dowódcami, jak i szeregowcami. To tłum nieokrzesanych i prostych ludzi padł twarzą w święty proch na niewyraźny jeszcze widok małego, górskiego miasteczka, do którego tłukli się po świecie przez dwa tysiące mil. Tankred dostrzegł je jako pierwszy, ze szczytu wzgórza nieopodal Betlejem, które z ochotą otworzyło bramy setce jego włoskich rycerzy; jako iż tak jak dziś, wtedy również stanowiło ono wyspę chrześcijaństwa na wielkim morzu islamu. W tym samym czasie Gotfryd przybył na miejsce traktem wiodącym od strony Jafy i również ujrzał na własne oczy wizję pragnienia całego świata. Ale najbiedniejsi nawet ludzie wokół niego prawdopodobnie czuli dokładnie to samo, co on; wszystkie szeregi wojska uklękły wspólnie na piasku, i cała ta historia to ledwie jedna fala niezliczonych i bezimiennych ludzi. To motłoch powstał, jak jeden mąż, w obronie wiary. To motłoch był za ową wiarę, naprawdę – jak jeden człowiek, torturowany. W tamtym momencie był on już przemieniony nie tylko przez pasję, ale i ból. Ci, którzy wiedzą, co to znaczy walczyć na tutejszych pustyniach w porze wiosennej, nawet jeżeli dysponuje się nowoczesnym transportem zaopatrzenia, technologią, mapami i kalkulacjami, wiedzą również, że sytuację tę można by opisać wyłącznie jako piekło pełne bohaterów. Pojęcie, czym musiało być to wszystko dla tych skromnych, zapyziałych czynszowników i chłopów z wiosek Północy, którzy w najkoszmarniejszych snach nawet nie widzieli nigdy podobnych krajobrazów lub podobnego słońca, którzy nie rozumieli, jak w ogóle możliwe jest dla człowieka żyć w podobnym piecu, i dla których ulga nie mogła przyjść ani od nich samych, ani z zewnątrz, przekracza możliwości ludzkiej wyobraźni. Przybyli na miejsce umierając z pragnienia, padając z wycieńczenia, opłakując umarłych, gnijących gdzieś przy drogach, po których przeszli; przybyli na to miejsce wysuszeni na wiór albo już nawet dygoczący w gorączce – i dokonali tego, czego przyszli tam dokonać.

Ponadto, jasne jest, że ludzie ci mieli nie tylko charakterystyczne cnoty, ale i charakterystyczne przywary tłumu. Szokująca masakra, której dopuścili się w nagłym momencie odprężenia po odniesionym sukcesie, ponad wszelką wątpliwość stanowiła masakrę dokonaną przez motłoch. Sprawa jest tym bardziej rewolucyjna, że motłoch ów musiał być po większej swojej części francuski. Należała ona do tej samej kategorii, co masakry wrześniowe i stanowi jeszcze jeden dowód na prawdziwość tezy, że pierwsza krucjata była czymś równie rewolucyjnym, co Rewolucja Francuska. Należała ona do tej samej kategorii, co masakra w noc św. Bartłomieja, również stanowiąca przejaw czysto ludowego fanatyzmu, skierowanego przeciwko tym, których uważano za anty-narodową kastę arystokratów. Czymś praktycznie samym przez się oczywistym jest fakt, że chrześcijańscy dowódcy jej nie chcieli i próbowali ją zatrzymać. Tankred obiecał muzułmanom, którzy schronili się w meczecie, że ocalą życie, ale tłum najwyraźniej zdecydował się go zignorować. Rajmund z Tuluzy osobiście uratował tych, którzy schronili się w Wieży Dawida i wysłał ich bezpiecznie, razem z należącym do nich majątkiem, do Aszkelonu. Lecz rewolucja, zarówno z całym swoim dobrem, jak i całym swoim złem, szalała już wtedy, poza wszelką kontrolą, na ulicach Miasta Świętego. I w niczym nie można dostrzec równie jasno rewolucyjnego ducha, jak w obrazie wszystkich tych chłopów, czynszowników i wasali, zjednoczonych w jednej, dzikiej konwulsji buntu, skierowanego nie tylko przeciwko zwyciężonym książętom islamu, ale i przeciwko zwycięskim książętom chrześcijaństwa.

Cały wysiłek oblężenia istotnie cechował się wysokim, a może nawet straszliwym, poziomem emocji. Ci, którzy zajmują się dzisiaj psychologią tłumu zgodnie powiedzą nam, że ktoś, kto w taki sposób cierpiał i w taki sposób zwyciężył, nie jest normalny; jego mózg znajduje się w stanie przerażającej równowagi, z której może przejść tak w jedną, jak i drugą skrajność. Oblegający weszli przynajmniej do miasta w nastroju, w którym wszyscy mogliby zostać mnichami; zamiast tego jednak, zamienili się w morderców. Pewien niesamowicie uzdolniony generał, który odegrał decydującą rolę w naszej własnej, niedawnej kampanii wojennej w Palestynie, powiedział mi, z czymś w rodzaju czarnego humoru, że trudno mu dziwić się tej opowieści; ponieważ on sam wszedł do Jeruzalem, odczuwając jak gdyby furię rozczarowania; „przeszliśmy przez piekło, aby się tu dostać, i nigdy już tego miejsca nie odzyskamy”. Tak właśnie przedstawia się zawsze wisząca nad naturą ludzką, smutna ironia, która sprawia, że wchodzimy do Miasta Świętego, jak gdyby było ono Miastem Niebieskim, w stopniu przerastającym możliwości wszelkiego miasta tego świata. Wszakże bój, który doprowadził ostatecznie do sforsowania murów Jeruzalem, stanowił rzecz bardziej nieokiełznaną i nieprzewidywalną, niż cokolwiek, co może wydarzyć się na nowoczesnej wojnie. Trudno mieć wątpliwości, dlaczego walczący za sprawę Krzyża tłum widział przed sobą coś w rodzaju twierdzy pełnej demonów, w otaczających ją wzgórzach zaś – krainę naraz zaklętą i przeklętą. Ponieważ w jednym, bardzo prawdziwym sensie tych słów – rzeczywiście tak się rzeczy miały; ponieważ wszystkie żywioły natury i wszystkie ludzkie działania stanowiły zupełną nowość. Wszystkie metody ich wrogów stanowiły wypuszczone na nich tajemnice. Wszystkie ich własne metody stanowiły stworzone z niczego, nowe zupełnie rzeczy. Nie wiedzieli ani tego, co może stać się po drugiej stronie muru, ani tego, co może stać się po ich stronie muru; wszystko, co robili ich wrogowie, przypominało nagły cios wyprowadzony z ciemności i wszystko, co oni sami robili, przypominało skok w tę właśnie ciemność. Najpierw widzimy Tankreda, który próbuje zdobyć całe ufortyfikowane miasto, wspinając się na mury po jednej, wąskiej drabinie, jak gdyby ktoś chciał złapać górę na lasso. Następnie, widzimy jak z wież obronnych spada na atakujących przedziwny i przerażający deszcz ognia, jak gdyby sama woda mogła zapłonąć. Nadano potem tej rzeczy (którą prawdopodobnie była nafta) nazwę „greckiego ognia”; niemniej tym, którzy nigdy wcześniej jej nie widzieli (ani nie czuli), musiała się ona wydać jakimś płonącym olejem wziętym z ksiąg czarnej magii. W następnej kolejności, Gotfryd i kilku mądrzejszych żołnierzy postanowiło wybudować drewniane wieże oblężnicze, by zorientować się niedługo, że nie mają drewna. Na tym kamienistym pustkowiu nie rosło prawie nic oprócz karłowatych drzewek oliwnych; poetycka fantazja, która po wielu wiekach splotła się z tymi wydarzeniami, opisuje, że nawet podczas wycinki prześladowały ich demony tego przerażającego miejsca. I rzeczywiście, fantazja ta ma w sobie ziarno bardzo istotnej prawdy, ponieważ walczyła przeciw nim sama natura tej ziemi; i każde z tych skarlałych drzew, twardych, wypróchniałych i poskręcanych, mogło wydawać się im uśmiechniętym złowrogo goblinem. Mówi się, że znaleźli oni przez przypadek drewno ukryte w jakiejś grocie; powyłamywali szkielety zrujnowanych domów; w końcu, skontaktowali się w jakiś sposób z pewnym rzemieślnikiem z Genui, który zabrał się do roboty z większymi sukcesami; zdejmując skóry ze stosów zabitych w walce zwierząt i przykrywając nimi belki. Wznieśli trzy, poruszające się na kołach wieże, ludzie zaś i zwierzęta ciągnęły je z ogromnym wysiłkiem w kierunku wysokich baszt obronnych. Odpowiedziały im miejskie katapulty i z nieba spadły strugi pożerającego wszystko ognia; drewniane machiny zachwiały się w posadach i dwie z nich stanęły nagle w bezruchu, kompletnie bezużyteczne. W miarę zaś, jak zapadał zmrok, wielka łuna przed nimi musiała im uświadamiać, że trzecia, nawet jeśli może się jeszcze poruszać, stoi w płomieniach.

Całą noc Gotfryd starał się odwrócić te katastrofę. Kazał rozebrać jedną z wież dokładnie na miejscu, w którym stała, i wzniósł ją powtórnie na wzgórzu na północ od miasta, na którym obecnie zobaczyć można wspomnianą już sosnę, rosnącą za Bramą Heroda. I cały czas, gdy pracował, jak głosi opowieść, złowrodzy czarnoksiężnicy stali na murach, czyniąc nieznane cuda, mające na celu niweczyć wysiłki człowieka. Jeśli ten wielki rycerz miał delikatną choćby żyłkę do symbolizmu, mógł zobaczyć w swoim własnym zmaganiu się z twardą materią drewna cokolwiek z owego rzemiosła, które łączyło się z początkiem jego własnej wiary, oraz świętego fachu cieśli. I rzeczywiście, podstawowy plan każdej roboty ciesielskiej zawsze stanowi krzyż – i jest w tej alegorii coś więcej, niż tylko przypadek. Poprzeczna pozycja belek naprawdę łączy się z wieloma z owych matematycznych prawd, które wykazują analogię do prawd moralnych i niemal każdy zasadniczy kształt, który te belki łączy, stanowi jakby cień owego mistycznego drzewa życia, na podobnej zasadzie, na jakiej trzy wymiary stanowią jakby cień Trójcy Świętej. Tutaj właśnie spotykamy prawdziwą tajemnice równości; jako iż dłuższa belka może wydłużać się aż do nieskończoności, nigdy jednak nie znajdzie się ani o centymetr bliżej owego symbolicznego kształtu bez pomocy krótszej. Tutaj właśnie ma miejsce owa wojna i zaślubiny dwóch przeciwnych sobie sił, wzajemnie się zwalczających i wspierających; miejsce spotkania dwóch przeciwności, wobec których wcześniej, jak wyrażamy to przy użyciu czegoś w rodzaju świętoszkowatej alegorii, staliśmy na skrzyżowaniu dróg. Tutaj właśnie dajemy naszą dumną odpowiedź na zjadające samo siebie koło Azji. Założenie, że ludzie tacy jak Gotfryd rozciągali w ten sposób to, co mistyczne na to, co metafizyczne, może być dosyć nieprawdopodobne, choć na pewno jest także dalekie od niemożliwości (czasy były wtedy dostatecznie filozoficzne); niemniej autor prawdziwego romansu, opiewającego jego czyny, miałby pełne prawo wyposażyć go w zrozumienie symbolicznego znaczenia jego własnej wieży – wieży wznoszącej się wysoko ponad nim i przebijającej się przez obłok nocy, jak gdyby chciała ona zdobyć samo niebo lub pokazywała całemu światu sieć swoich belek, czerniejących tym bardziej w świetle wschodzącego słońca; szturmującej niebiosa i wystawionej na uderzenia wszystkich wiatrów, drabiny naraz i labiryntu, naśladującej, dopóki całkiem nie spowił jej półmrok, układ znaku krzyża.

Kiedy nadszedł świt, wszyscy owi przymierający głodem chłopi, spoglądając na wysokie, niemożliwe do zdobycia mury miejskie, mogli czuć się tak, jakby spoglądali w twarz samej rozpaczy. Nawet koszmary, które mieli tamtej nocy, koszmary o przerażających nekromantach, spoglądających na nich z wysokości tych umocnień, mocą tajemnych znaków i zaklęć obracających wniwecz rezultaty ich znoju, według wszelkiego prawdopodobieństwa mogły stanowić coś w rodzaju pesymistycznego pocieszenia, przewidującego porażkę i tłumaczącego jej przyczyny. Miasto Święte zdążyło już stać się dla nich fortecą pełną czartów, gdy Gotfryd z Bouillon stanął ponownie, z mieczem w dłoni, na szczycie tej drewnianej machiny i wydał rozkaz, aby zawlec ją raz jeszcze, chwiejącą się i niepewną, w kierunku wież stojących po obu stronach jednej z bocznych bram. Pełznęli więc na powrót przez fosę pełną trupów, ciągnąc za sobą swój potężny dom z drewna, a huk i łoskot wojny rozszalały się znowu nad ich głowami. Grad strzał łomotał o tarcze, które chroniły ich od góry na kształt baldachimu, kamienie spadały na nich z nieba i miażdżyły, jakby byli komarami latającymi nad bagnem, z ziejących zaś greckim ogniem machin potoki wszystkich ich cierpień zalały ich niczym czerwone wody piekieł. Jako iż, istotnie, dusze tych chłopów aż do mdłości brzydzić się musiały podobnym wywróceniem świata do góry nogami, odczuwanym także przez stanowczo zbyt wielu chłopów w naszych własnych czasach, pod budzącymi grozę eskadrami machin wojny prowadzonej metodami naukowymi; bluźnierstwem odwróconego porządku bitwy, w którym samo piekło wdarło się na niebiosa. Coś z oparów, którymi wymiotowała ta okrutna chemia, mogło zmieszać się wtedy z kurzem bitewnym i zaćmić nawet te strużki światła, które przedostawały się do nich, zgiętych do ziemi i oślepionych jak wszyscy, którzy wykonują tak ciężką robotę i na których naciera tak wściekłe gradobicie śmierci, poprzez szczeliny wyszarpywane w chroniącym ich dachu tarcz przez spadające kamienie. Mogli już słyszeć – nie mając przy tym bladego pojęcia o tym, co działo się wtedy wokół nich lub nad nimi – jak przebijające się do nich przez zgiełk walki, bezimienne głosy, obwieszczające ze strzelistych minaretów zwycięstwo islamu, piszczą coraz ostrzej, jakby wiatr zadął w cienkie piszczałki dud. Można przypuszczać, że trudzili się oni i parli do przodu poprzez te podziemne ciemności, nie wiedząc, że wysoko ponad ich głowami, powyżej bitewnej mgły, wieża z drewna i wieża z kamienia spotkały się na środku nieba; i wielki Gotfryd, samotny i żywy, wskoczył na mury Jeruzalem.

Tłm. Maciej Wąs

1 Aluzja do wiersza angielskiego poety, Coventry Patmore’a.

Henry Temple, 3-ci wicehrabia Palmerstone (1784-1864) – angielski polityk stronnictwa torysów, premier i minister spraw zagranicznych. Przeciwnik rozszerzania praw wyborczych na robotników i zwolennik doktryny „równowagi sił w Europie”. Autor zdania: „Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony”.

3 Gotfryd z Villehardouin (1150-1212) – marszałek Szampanii, kronikarz i uczestnik IV krucjaty.

4 Aluzja do Księgi Sędziów (rozdział 7).

5 W 1839 roku.