Znaczy: wiele rzeczy. Błędem, na przykład, jest reaktywowanie co chwila wygaszonego bloga z zarzekaniem się przy tym, że to już po raz ostatni. Tego błędu więcej nie popełnię i stwierdzam niniejszym, że blog jednak wraca: w formie „mini” wszakże; czyli tak, jak by go nie było. Chesterton Polska służy upowszechnianiu myśli Gilberta (głównie politycznej) za pośrednictwem tłumaczeń, z których najnowsze będzie za drobną chwilkę, nie chciałbym zaś powrotu do sytuacji, że moje osobiste wypociny przyćmią istotę sprawy (zresztą, mini-blog pozwoli i to uporządkować, o ile uda mi się utrzymać zamierzoną dyscyplinę w tych publikacjach). Nie mówimy tu jednak tylko o pospolitych błędach, ale o Błędach, które już naprawić nie tak łatwo; i takim właśnie to Błędem chciałem się tutaj zająć: Błędem, wielkim, potężnym i niemożliwym do usprawiedliwienia, tego, co nazwać można umownie „prawicą polską”.

Piszę, mimo wszystko, nie jako ktoś z zewnątrz, przynajmniej w sensie ideowym. Tak byłem wychowany w domu i w tych poglądach wzrastałem. Jako przysłowiowy „g***wniarz” (nie mylić z geniuszem) czytałem „Najwyższy czas!” i „Stańczyka”. To mnie jakoś uformowało. I cóż, nie da się problemu tej formacji opisać tak do końca jasno, przynajmniej nie w tak krótkiej formie. Życie jest dziwne i wiele rzeczy przynosi w nim naraz dobro i zło, szkodzi i pomaga, leczy i zatruwa. Coś się zyskuje i naraz coś się traci. Dla postmodernistów to prawdziwy raj na ziemi, bo niby pokazuje, że zasada tożsamości nie ma zasięgu uniwersalnego. Oczywiście, każdy, kto rozumie prawdziwy sens zasady tożsamości będzie się z tego śmiał. Filozofia klasyczna miała i ma dość zrozumienia i wyczucia dla złożoności konkretu, aby pojąć tę sprawę – o teologii nie wspominając. Jacques Maritain, na przykład, na poziomie bardziej teoretycznym, wyróżniał w dziele Kościół Chrystusa (czy O Kościele Chrystusa) trzy różne rodzaje działania „następczej” Woli Bożej w świecie: chcenie, które dotyczy wyłącznie dobra, dopust, który dotyczy wyłącznie zła – i „dopust-chcenie”, które dotyczy tych wypadków, w których (a takich w działaniach stworzeń, z definicji niedoskonałych, jest najwięcej) dobro i zło mieszają się ze sobą. Trudno to krótko wyjaśnić, więc nie będę, niemniej wydaje mi się, że samo narzucające się skomplikowanie zagadnienia wystarczy, by pokazać, że jako chrześcijanin jestem dość dobrze przygotowany na podobne sytuacje. Niewątpliwie zatem, że zacznę od tego (bo tak lepiej), moje prawicowe wychowanie przyniosło przynajmniej tyle dobrego, że nie stałem się lewicowcem: że rozumiem złudę powierzchownego pojęcia postępu, że mam szacunek dla kultury klasycznej i tradycji naszego kontynentu, że pojmuję niebezpieczeństwa utopii czy chęci natychmiastowego wydoskonalenia wszystkiego, wreszcie (bo w praktyce się to łączy, choć teoretycznie nie powinno): że zasmakowałem nieco z tego, co nazywa się obiegowo „tradycyjnym katolicyzmem”, że mogłem zobaczyć Kościół w jego prawdziwym majestacie, pojąć wielkość jego osiągnięć, złożoność problemów, z którymi się mierzył, krótko: że zdołałem wyjść poza obiegowe, antyklerykalne bzdury, które się o nim mówi.

Niemniej, niestety, wychowanie to miało rozliczne wady, z których największą stanowi fakt, że było głupie. No dobrze: może nie głupie; może po prostu nierozsądne. Że roiło się od błędów i uproszczeń, które na długo wypaczyły moje myślenie polityczne i wepchnęły mnie w szkodliwe schematy, z których trudno mi się było wyzwolić. Najgorszym zaś z nich jest ten, który nazwać można „obsesją antysocjalistyczną” (i nie, bynajmniej, „antykomunistyczną”, bo tu nie chodzi broń Boże o obronę PRL).

Natura tej obsesji jest zaś bardzo prosta: otóż polega ona na unikaniu jak ognia wszystkiego, co mogłoby sprawiać choćby cień wrażenia, że ma się coś wspólnego z socjalistami. Trzeba zatem ich bardzo uważnie słuchać – a potem na wyścigi negować wszystko, co powiedzieli. Nawet, i to jest punkt kluczowy, gdyby to było prawdziwe. Doskonałego przykładu tego zjawiska dostarczają wydarzenia niedawne, stanowiące główną inspirację do napisania tego szkicu. Otóż pojawił się (czy pojawi niedługo?; nie pamiętam) w polskiej przestrzeni publicznej pewien film dokumentalny, traktujący o lewicy ‘68 i jej różnych pomysłach. Na ile widzę, jednym z głównych zarzutów formułowanych (słusznie zresztą co do meritum) pod adresem tego ruchu jest to, że wywodzi się z marksizmu – dlatego też w zwiastunie, który widziałem, rozmaici ważni ludzie po prawej stronie polskiej kultury wypowiadali się tyleż przeciw niej, co właśnie przeciw marksizmowi, pod którego adresem formułowali rozliczne zastrzeżenia, lepsze czy gorsze, ale jedno z nich uderzyło mnie szczególnie, mianowicie: otóż redaktor pewnego ważnego tygodnika opinii pisanego zza tej strony barykady, stwierdził (cytuję z pamięci), że Marks „uważał rzekomo uciskanych robotników za swego rodzaju mesjasza, który doprowadzi do ostatecznego wyzwolenia ludzkości”.

No i to jest, tak krótko mówiąc doskonały przykład tego, co mam na myśli. Szczerze, to w pierwszym odruchu upewniłem się, czy aby przypadkiem nie przysnąłem i czy mi się to wszystko nie zdawało. Ale jednak nie: nie przysnąłem (można weryfikować – oczywiście treść wypowiedzi, nie to, czy nie przysnąłem). Naprawdę z ust tego redaktora, człowieka przecież nieprzeciętnego wykształcenia, dowiadujemy się, że ucisk klas robotniczych w wieku XIX był rzekomy, a więc że go nie było. Nie że był mniejszy, niż się mówi, czy aktywniej zwalczany, niż się mówi, nie że był wynikiem błędu, przypadkowych przeoczeń, niefortunnego splotu zjawisk, itp. (bo to byłoby jeszcze dopuszczalne), ale że najzwyczajniej w świecie nie miał miejsca. Nie zachodził. Nie istniał. Właściwie, to nic się nie działo. A wszystko, co się na ten temat mówi, to ledwie wymysły „lewackich” propagandystów.

No i to jest ten moment, w którym właśnie wysiadam. Bo to, szanowni Państwo, „ręce opadowywują” (że rzucę klasyką).

Nie zamierzam pisać tutaj szczegółowego traktatu na temat tego, jak degradowała się w kapitalistycznej Europie pozycja robotnika, co się działo w kwestii pracy dzieci, w jakim wieku średnio umierało się w fabrykach w Manchesterze czy Liverpoolu, kto to był „tramp” czy zjawisko „pauperyzmu”. Lepszych źródeł jest dosyć – i każdy kto chce, może sobie po nie sięgnąć. Ale właśnie: źródeł jest dosyć. Ludzie, przecież to sobie wystarczy do pierwszej-lepszej książki Dickensa zajrzeć, aby się o tym przekonać (Dickensa, który nie miał przecież przekonań socjalistycznych, czy choćby lewicowych!). Do byle jakiego opowiadania o duchach (gwarantuję: zawsze znajdzie się gdzieś jakoś-tam przynajmniej aluzja do slumsów i nędzy klasy pracującej). To był problem wszechobecny. I zauważany przez wszystkich, nie tylko ludzi lewicy. Przecież to Leon XIII, w słynnej encyklice Rerum novarum (a chyba dla katolika jest to nie bez znaczenia) pisał: „ [dokonało się] skupienie najmu pracy i handlu w rękach niewielu prawie ludzi, tak że garść możnych i bogaczy nałożyła jarzmo prawie niewolnicze niezmiernej liczbie proletariuszy”. Jeśli neguje się to, znaczy tak ogromną masę świadectw, naukowych i pozanaukowych, rzecz tak gigantycznie obecną w całej kulturze od dołu do góry, to można zanegować wszystko: każdy przekaz historyczny, każde świadectwo, każde wydarzenie, choćby najlepiej udokumentowane. Jest to kwestia zdrowego rozsądku: albo wierzymy, że ludzie generalnie nie kłamią i coś-tam z rzeczywistości rozumieją, i dzięki temu ta nauka, którą nazywamy historią, jest możliwa – albo nie, ale wtedy nie wierzymy w nic, nawet w to, że słońce wczoraj wstało, bo skoro ludzie nieustannie się mylą, to i ja sam mogę się przecież co do tego faktu mylić, chyba że jestem jakiś specjalny; ale wtedy wchodzimy w obszar dość ciekawych dociekań natury filozoficznej, z których niełatwo, w dłuższej perspektywie, wybrnąć.

Krótko mówiąc, żeby to naprawdę mocno wybrzmiało: albo wyzysk wieku XIX jest faktem, albo wszystkie książki historyczne należy wyrzucić na śmietnik. Tertium non datur.

No i w naturalny sposób rodzi się pytanie: po cóż to tak czynić? Ano po to, odpowiedź brzmi, żeby zanegować absolutnie wszystko, cokolwiek może skojarzyć się ludziom z socjalistami. Aby dowieść, że cokolwiek tyko mówili, to kłamali. No i że, oczywiście, ja socjalistą nie jestem – a więc nie kłamię. Kółeczko się zamyka.

No i to jest właśnie ten błąd, który ja nazywam Błędem: błąd, który zamyka prawicy drogę do jakiegokolwiek wpływu na dzieje poza rozwiązaniami siłowymi. Polityka bowiem, jeżeli patrzeć na nią jako na kwestię ludzkiego konsensusu, w znacznej mierze stanowi sztukę odpowiadania na coraz to nowe problemy, jakie pojawiają się w toku rozwoju społecznego. Jeśli zaś się tych problemów nie zauważa, jeżeli udaje się, że ich nie ma, tylko dlatego, że zauważają je także nasi przeciwnicy, to jak można przekonać ludzi do czegokolwiek, nie mówiąc już o jakimś względnym poparciu? No, nijak właśnie. Można ich ewentualnie wziąć za mordę. Co też tłumaczy niechęć ruchów prawicowych, w tym polskich, do demokracji i pojęcia samostanowienia.

A przecież tutaj nie ma najmniejszej, zgoła, konieczności logicznej. Wszystko to, to ledwie efekt dość banalnego w sumie pomylenia faktów z ich interpretacją. Samo to, że dostrzega się jakiś problem, nic w sumie jeszcze nie znaczy: pytanie, jak się go wyjaśnia i jak chce się mu zaradzić. Przecież to nie jest „socjalizm” powiedzieć, że socjaliści, istotnie, zauważyli coś, co naprawdę się działo. Socjalizm zaczyna się od środków zaradczych, jakie zaproponowali. I tutaj sobie można pohulać: że fałszywa antropologia, że kolektywizm, że centralizm, że błędne pojęcie historii – do wyboru, do koloru, znajdzie się tego aż nadto. Ale, do jasnej cholery, nie wolno w imię walki z socjalizmem wmawiać ludziom, że samo zauważanie pewnych problemów, które przypadkowo zauważyli także socjaliści, prowadzi do socjalizmu, bo to jest jakiś kompletny nonsens. Aż trudno w zasadzie cokolwiek na ten temat powiedzieć, bo doprawdy nie mam zielonego pojęcia, skąd się mogło wziąć takie przekonanie, niniejszym proponuję zatem spuścić na to zasłonę milczenia i podumać w samotności. Być może przysłuży się to lepiej czemuś, przynajmniej trawieniu, niż katowanie własnych nerwów komentowaniem spraw podobnie jałowych i absurdalnych.

I fakty są takie: że albo ludzie przywiązani do tradycyjnej kultury Europy to zrozumieją i zaczną dostrzegać realne problemy, które trapią społeczeństwo, formułując na nie własne odpowiedzi – albo ich sprawa przegra, i trudno będzie po niej nawet płakać. Katedra gotycka, na przykład, to rzecz przepiękna w swoim własnym gatunku: i na pewno nie wolno jej plądrować. Jeśli jednak plądrowanie katedr gotyckich odbywa się dlatego, że ludzie nie mają co jeść, sytuacja się jak gdyby trochę zmienia. Metafora może niefrasobliwa, niemniej fakt pozostaje faktem, bo to kwestia najprostszych, najbardziej intuicyjnych formuł prawa naturalnego. Kultura nie zdaje się na nic, jeżeli nie pomaga człowiekowi żyć bardziej ludzko. Jeśli zaś w tym przeszkadza, to może nastąpić demontaż: choćby i ta kultura była, w swojej istocie, po prostu olśniewająca.

Żeby jednak się to stało, ludzie tacy (jacyś ludzie – no chyba jacyś jednak są) muszą zrobić jedną rzecz, zapewne dla wielu przykrą: wyjść z prawicowości, przynajmniej takiej, jak się ją w Polsce definiuje. Nie oznacza to od razu popadnięcia w lewicowość. Nie oznacza właściwie niczego, poza tym, że trzeba nauczyć się myśleć w kategoriach innych, niż człowieka nauczono. Przykrą: no bo naprawdę to nie jest wszystko do potępienia. Niemniej sprawy zasadnicze, sprawy dla polityki najbardziej istotne, zabrnęły już zdecydowanie zbyt daleko, aby dało się po prostu wycofać i odwrócić bieg rzeczy. Nawyki są zbyt utrwalone, tożsamość zbiorowa zbyt pancerna, aby dało się zrobić cokolwiek próbując chodzić po ścieżkach przez nią wyznaczonych. Na pocieszenie dodam, że nie jest to sytuacja wcale nowa. Jeżeli Kościół nie tylko przetrwał wiek XIX, ale i przeżył w nim zaskakujące odrodzenie, stało się to wyłącznie ze względu na ludzi takich, jak ks. Henry kardynał Manning, angielski „biskup robotników” (jak Ketteler w Niemczech czy Gibbons w USA). On zaś również miał z socjalizmem, i ogólnym stosunkiem doń, pewne przygody. Najlepszym, co mogę tutaj zrobić, to zacytować więc jego historię, tak, jak ją opowiada wybitny znawca tematu, którego również (że tak dodam) nie można posądzić o przesadny radykalizm społeczny:

„W latach następnych [osiemdziesiątych wieku XIX – M.W.], gdy brytyjskie rolnictwo i przemysł zaczęły doświadczać coraz ostrzejszej konkurencji ze strony gospodarek Niemiec i Ameryki, skutkiem czego krajem zaczęły wstrząsać niepokoje i radykalna agitacja, Manning zaczął publikować serię artykułów na łamach The Times, w których to wzywał rząd do stworzenia systemu opieki dobroczynnej i zabezpieczeń socjalnych, który byłby w stanie ulżyć nieco trudnemu losowi robotników, na jaki w sposób konieczny skazywały ich tzw. cykle gospodarki kapitalistycznej. ‘Konieczność nie zna pojęcia prawa’, grzmiał Manning, ‚podobnie jak obecny kryzys – poza jednym: poza prawem do domagania się natychmiastowej reakcji’. Środki niezbędne do organizacji tego systemu mogłyby pochodzić, na przykład, z tymczasowych podatków od nieruchomości. Najdalej być może w obronie klasy robotniczej poszedł on w swym artykule z American Quarterly Review (1887), w którym dowodził, że każdy człowiek na naturalne prawo do życia – uprzednie wobec prawa własności. Ktoś, kto umiera z głodu, twierdził kardynał, nie popełnia grzechu kradnąc swemu bliźniemu to, co niezbędne mu do przetrwania. The Times zaatakował poglądy Manninga jako ‘szaloną ideę’, on sam bronił się zaś przez odwołanie do Dunsa Szkota.

Te śmiałe poglądy szybko ściągnęły na Manninga oskarżenie o socjalizm (‚Osobiście nazwałbym to inaczej – może chrześcijaństwem’, pisał w odpowiedzi). Kardynał ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył, stwierdzając po prostu, że ‘socjalizm’ to niejasne, politycznie nacechowane pojęcie, którego nikt już właściwie nie rozumie. W jego opinii, stanowiło ono ledwie ‘zawołanie partyjne’, wykorzystywane przez reakcjonistów do dyskredytowania wszystkich, którzy dążyli do jakiejkolwiek formy zmiany”. (J.P. Corrin, Catholic Intellectuals and the Challenge of Democracy, Notre Dame 2002, s. 51)

Jak widać – naprawdę – pewne problemy nie są zjawiskiem typowo współczesnym. Warto studiować tamte wydarzenia i podobne wypadki, bo – wbrew temu, co się ludziom wmawia – w historii naprawdę leżą odpowiedzi na niemal wszystkie trapiące nas pytania: szczególnie na to, dlaczego świat współczesny, Kościół współczesny, wygląda jak wygląda. Chrześcijaństwo, jeżeli ma przetrwać, musi być „socjalne” – czyli po prostu, powiedzmy, takie „Manningowe”. Co nie oznacza redukcji przesłania chrześcijańskiego do aktywności społecznej (to byłaby herezja i każdy normalny człowiek powinien się z tego śmiać), ale po prostu przyznanie, że Ewangelia ma pewne konsekwencje życiowe – w kontekście zbiorowym tak samo realne, jak w indywidualnym. I że nakłada na tych, którzy ją słuchają, pewne obowiązki w tym zakresie. Od XVIII wieku historię Europy można, pod pewnym względem, określić jako „marsz lewicy przez dzieje” – to historia bezustannego, bardziej lub mniej panicznego, lepiej lub gorzej zorganizowanego ale jednak bezustannego odwrotu Kościoła, chrześcijaństwa czy nawet popłuczyn po chrześcijaństwie wobec niepowstrzymanej ofensywy sekularyzacji i materializmu. Wielu lewicowych demagogów powie na to, rzecz jasna, że to kwestia niepowstrzymanych „praw postępu”. Otóż nie: to kwestia ludzkiej głupoty, krótkowzroczności i samozadowolenia. I trzeba dołożyć wszelkich starań, aby w epoce obecnej, tejże głupoty, krótkowzroczności i samozadowolenia było – no, nie żeby nie było ich w ogóle, bo tego się zrobić nie da, ale żeby było ich najmniej jak to tylko możliwe. A wtedy może się coś, jak to się mówi, udo…

No dobrze, dobrze, zapyta ktoś; tylko jak to się ma wszystko do dystrybucjonizmu i Chestertona? Jak, odpowiem, się nie ma? Jeśli zaś ktoś jednak nadal miałby pewne wątpliwości, albo chciał pogłębić sobie znajomość sprawy, zawsze może zajrzeć do Autobiografii i trochę poszukać.

Maciej Wąs